Jarosław Iwaszkiewicz, 1963 rok

Jarosław Iwaszkiewicz, 1963 rok (fot. Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Prawnuczka Iwaszkiewicza: Zdradzał żonę z mężczyznami, ale to z nią był najbliżej

Ludwika Włodek, prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza, była kiedyś na spotkaniu w jednej ze szkół jego imienia. Czekała na wystąpienie, kiedy jeden z uczniów palnął do kolegi: ''A ten Iwaszkiewicz to pedał podobno był''. - Wyszłam na mównicę i powiedziałam, że owszem, ale w sumie co to za różnica, czy kochał mężczyzn, czy kobiety. Chcę opowiedzieć o człowieku, a nie o pisarzu - wspomina.

Historię Iwaszkiewicza opowiedziała kilka lat temu jego prawnuczka, Ludwika Włodek. W książce "Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów" znalazło się wiele nieznanych faktów z życia pisarza. Co myśli o swoim pradziadku, którego wybory i poglądy nie zawsze były łatwe dla jego rodziny?

Angelika Swoboda: Wybieliłaś nieco Jarosława Iwaszkiewicza?

Ludwika Włodek: Niczego z informacji, które zebrałam, pisząc książkę o moim pradziadku, nie ukryłam. Nie ocenzurowałam. Zabawne, że jedną rzecz miałam ochotę ukryć, a została kompletnie niezauważona. Jesienią 1943 roku brat Bolesław pisał do Jarosława z Ukrainy. Nadchodził front, przejście Armii Czerwonej przez Dniepr było już tylko kwestią czasu: Ciężko mi bardzo opuszczać ten kraj, zdrowie mi już nie bardzo służy po tych okropnych przeżyciach, przede mną tylko śmierć, ale wiesz, zginąć z ręki jakiego bolszewika albo żyda, to też coś okropnego, że trudno sobie wyobrazić. Trochę mi było wstyd, że używa Żydów za oczywistych sprzymierzeńców bolszewików, i zastanawiałam się, czy nie urwać tego listu wcześniej. Ale dałam go w całości. Na szczęście nikt potem nie napisał, że rodzina Iwaszkiewiczów to okropni antysemici.

Ludwika Włodek (fot. Krzysztof Dubiel)Ludwika Włodek (fot. Krzysztof Dubiel)

Nie patrzę na Iwaszkiewicza jak na słynnego pisarza, ale jak na mojego pradziadka, który ukształtował moją rodzinę. Dla nas wszystkich dziadek, bo tak się o nim mówi, zawsze był autorytetem. To trochę śmieszy osoby, które się do mojej rodziny włączają. Bo często się mówi: dziadek to, dziadek tamto, komentuje się, co uważał na dany temat. Ale też zakładamy, że dziadek mógł się mylić, chociażby w kwestiach politycznych.

Czy orientacja seksualna pisarza to u was w rodzinie temat tabu?

- Nie. Nie ukrywamy, że był homoseksualistą. Wiemy, że zdradzał żonę i miał swoje fascynacje. Tymczasem jego żona normalnie rozmawiała z jego kochankami. Przejmowała się chorobą Jerzego Błeszyńskiego, z którym Iwaszkiewicz miał wieloletni, namiętny romans i w którym był bardzo zakochany, i było jej smutno, gdy umarł.

Z drugiej strony mój pradziadek kochał swoją żonę i nie była to miłość pozbawiona fascynacji erotycznej. Przynajmniej na początku. Później uważano moją prababcię za osobę aseksualną. Miała fioła na punkcie czystości, co też może utrudniać udane życie seksualne. Wielu rzeczy się brzydziła, gdziekolwiek przyjeżdżała, przecierała wszystko szmatką nasączoną spirytusem. W pewnym momencie pradziadek swój erotyczny temperament realizował poza małżeństwem. Nie chcę się już wdawać w takie szczegóły, czy sypiał z żoną tylko z poczucia obowiązku, czy z chęci posiadania dzieci. Ale ewidentnie pociągali go mężczyźni. Fizycznie i także psychicznie.

Skąd to wiesz?

- Wiem to po przeczytaniu wszelkich dostępnych dokumentów, ale trudno mi o tym mówić, bo to są intymne sprawy mojej rodziny. Pamiętam spotkanie w szkole im. Iwaszkiewicza w Brwinowie. Zaproszono mnie, żebym wygłosiła pogadankę z okazji dnia patrona. Na piedestale stał portret pradziadka. Czekałam na swoje wystąpienie w pierwszym rzędzie, za mną siedzieli jacyś chłopcy. Nagle jeden z nich mówi do kolegi: A ten Iwaszkiewicz to pedał podobno był. Gdy wyszłam na mównicę, nawiązałam do tego. Powiedziałam, że owszem, tak było, ale w sumie co to za różnica, czy kochał mężczyzn, czy kobiety. Powiedziałam, że chcę opowiedzieć o człowieku, a nie o wielkim pisarzu. Że po co od razu z taką pogardą o nim mówić. I wiesz, te dzieci słuchały mnie przez czterdzieści minut bardzo uważnie.

Oczywiście, łatwiej mówić o tym mnie niż mojej babci czy jej siostrze. Ale i one, trzeba im oddać sprawiedliwość, też tego nie ukrywały. Zdecydowały się wydać dzienniki Iwaszkiewicza bez żadnej cenzury, co świadczy o ich klasie. Bo są tam rzeczy, których ja nie chciałabym przeczytać o własnym ojcu.

Anna i Jarosław na klombie przed Stawiskiem, lata siedemdziesiąte (fot. archiwum rodzinne)Anna i Jarosław na klombie przed Stawiskiem, lata siedemdziesiąte (fot. Anna Włodek)

Jakie było małżeństwo Iwaszkiewiczów?

- To dziwne, bo mimo tej fascynacji mężczyznami Iwaszkiewicz był jednocześnie z żoną bardzo blisko emocjonalnie. Może nawet z nikim innym nie był w stanie wejść na taki sam poziom emocjonalnej bliskości. Ani z córkami, ani tym bardziej z wnukami. Jak się czyta jego dzienniki, to widać, że on się tymi swoimi dalszymi krewnymi też bardzo przejmuje. Pisze, co u wnuków, Anusi czy Maćka, przeżywa, co się z nimi dzieje. Jednak młodsza córka Iwaszkiewicza, Teresa, mówiła mi, że z rodzicami rozmawiało się o książkach, muzyce, poezji czy znajomych. Ale o emocjach, na przykład o pierwszej miłości, się nie rozmawiało. W tym domu było dużo serdeczności, ale w pewnym sensie panował też jakiś emocjonalny dystans.

W przypadku prababci charakterystyczna była ta jej niesamowita pobożność, wręcz dewocja. Moja babcia mawiała: Mama miała w sobie coś takiego, co zwykle miewają bardzo wierzący katolicy, co jest trudne do zrozumienia dla osób mniej wierzących. Chodziło jej o silne wewnętrzne przekonanie o własnej racji, co nieco utrudniało kontakt.

Ale kiedy zachorowała, Iwaszkiewicz rzucił wszystko, by się nią zajmować.

- Po pierwsze, zrezygnował ze swojej kariery dyplomatycznej, co było ważne, bo poszedł w dyplomację, chcąc nadać sobie wyższą rangę. Ale kiedy jego żona poważnie zachorowała, rzeczywiście rzucił Brukselę i wrócił do Polski. Dzień w dzień jeździł do niej do szpitala, rozmawiał, karmił. Właściwie to jego miłość i troska wyciągnęły ją z choroby.

To małżeństwo jest w ogóle ciekawym przypadkiem. Tych dwoje bardzo się kochało i wspierało, i choć na starość byli sobą zmęczeni, ciągle ze sobą rozmawiali. Iwaszkiewicz tylko z żoną dyskutował o polityce, mimo że się kompletnie nie zgadzali. Podśmiewał się z niej, że jest "czarną reakcją", a ona z kolei miała mu za złe, że jest za blisko z komunistami.

Jak to w rodzinie.

- Tak, ale pisząc "Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów", odkryłam wiele krzywdzących stereotypów w mojej rodzinie. Każdy miał jakąś łatkę. Na przykład Stanisław Lilpop, teść Iwaszkiewicza, którego zięć ewidentnie nie lubił. I miał ku temu powody, bo już na samym początku został przez rodzinę Lilpopów odrzucony. Byli bardzo niezadowoleni, że Hania chce za niego wyjść. Zanim teść nie popełnił samobójstwa, Iwaszkiewicz był trochę gościem we własnym domu. Lilpop uchodził za głównego gospodarza, a zięć z żoną robili za takie młodsze, gorsze państwo.

O Lilpopie mówiło się później w mojej rodzinie, że polował i parcelował. Żył z wyprzedaży wielkiego majątku w Brwinowie i był takim nieczułym mieszczaninem, od którego odeszła żona. Później nie chciał jej wydać córki, tylko wychowywał ją sam. Odkryłam jednak, że mogło to wynikać nie tylko z urażonej ambicji zdradzonego męża, ale także z rzeczywistej ogromnej miłości do Hani. Jak pojechał na safari do Afryki, codziennie pisał do córki wzruszające listy, które się ułożyły w pamiętnik. Urocze. W listach tłumaczył, dlaczego nie pozwolił jej na kontakt z matką: nie chciał, by żyła w poczuciu ciągłej tęsknoty, niedosytu matki.

Zdjęcie ślubne dziadków Ludwiki: Marii Iwaszkiewiczówny i Stanisława Włodka, zrobione przed wyjściem z kościoła w Brwinowie. Od lewej: Teresa, Marysia, Stachunio Włodek, jego matka Kazimiera Włodkowa (w ciemnym toczku), Anna Iwaszkiewiczowa (w białym kapeluszu) i Jarosław Iwaszkiewicz, sierpień 1944 (fot. archiwum rodzinne)Zdjęcie ślubne dziadków Ludwiki: Marii Iwaszkiewiczówny i Stanisława Włodka, zrobione przed wyjściem z kościoła w Brwinowie. Od lewej: Teresa, Marysia, Stachunio Włodek, jego matka Kazimiera Włodkowa (w ciemnym toczku), Anna Iwaszkiewiczowa (w białym kapeluszu) i Jarosław Iwaszkiewicz, sierpień 1944 (fot. archiwum rodzinne)

Co cię jeszcze zaskoczyło?

- Jedną z ciekawszych rozmów o Iwaszkiewiczu była ta, w której jego córki opowiedziały mi o 1968 roku. Zaczynała się już antysemicka nagonka, sytuacja w polityce była napięta. Teresa i Marysia poszły więc do ojca prosić, by wyraźnie zaznaczył swoje stanowisko i dobitnie, publicznie odciął się od tego, co się dzieje. Bardzo miło z nimi porozmawiał, wysłuchał, ale oficjalnie właściwie nic nie zrobił. Tylko wyjechał do Włoch.

On bardzo często tak robił, jak pojawiała się sytuacja, w której nic nie powiedzieć byłoby nieprzyzwoicie, a z kolei powiedzieć czegokolwiek nie chciał. Oczywiście był bardzo przyzwoitym człowiekiem i ta jego nieobecność też była symboliczna, ale córki uważały, że powinien był zrobić wtedy znacznie więcej. A on tymczasem demonstrował, że ważniejsze są czyny niż słowa. U mnie w domu żartuje się, że nawet fakt, iż dziadek umarł w marcu 1980 roku, to też było takie dyplomatyczne wycofanie się. Żeby, jak już wybuchnie "Solidarność", nie musieć zabierać głosu i opowiadać się po którejś ze stron.

Pamiętasz inne takie uniki?

- Na przykład sprawa taterników, kiedy to młodzi ludzie umówili się, że będą przerzucać przez Tatry materiały dotyczące marca '68 dla paryskiej "Kultury". Zaangażował się w to i mój tata, który jak cała reszta nie miał doświadczenia politycznego. Jak się później okazało, od samego początku mieli służby na ogonie i szybko zostali złapani. Był taki moment, kiedy mój tata załatwiał coś w tej sprawie i dzwonił do Włoch. On nie znał włoskiego, a telefon odebrał ktoś, kto mówił tylko po włosku. Mój tata poszedł więc do dziadka, żeby ten tłumaczył. Dziadek pomógł, ale potem zrobił gigantyczną awanturę nie mojemu tacie, tylko swojej żonie. Że wszyscy knują za jego plecami i myślą, że on jest jakiś głuchy. Wiem to od gosposi.

W jakimś liście do Kota Jeleńskiego, który był jego dobrym znajomym, a jednocześnie wieloletnim współpracownikiem "Kultury" wyszło później, że Iwaszkiewicz miał do wnuka ogromny żal, że stanął po stronie emigracyjnej. Ale jak później, po dziewięciu miesiącach pobytu w więzieniu, mój ojciec przyjeżdża na Stawisko, dziadek go serdecznie całuje. Ani słowem nie komentuje sprawy i nigdy do niej nie wraca. Mimo że wnuk czeka na jakąś rozmowę.

Chcesz powiedzieć, że Iwaszkiewicz był tchórzem?

- Było dla mnie uderzające, że człowiek, który tak pięknie pisze o uczuciach, o ludzkich zmaganiach, sam nie potrafi z bliskimi o tym rozmawiać. Choć nawet by od niego tego oczekiwano, bo traktowano go jako wzór i autorytet. Myślę, że nie był tchórzem, on po prostu mógł tego nie lubić. Poza tym chyba nie lubił stawiania spraw na ostrzu noża.

Konformista?

- Może trochę tak, a może uważał, że tak trzeba. Weźmy na przykład jego opowiedzenie się po stronie partii. Zrobił tak, bo uważał, że ówczesny system będzie trwał jeszcze 300 lat. Tymczasem okazało się, że wystarczy go mocniej kopnąć i runął w niecałe 50 lat. Mój ojciec mawia, że historia pokazała, iż to nie Iwaszkiewicz miał rację.

Jarosław i Teresa z małym Maćkiem Włodkiem, lato 1945 (fot. archiwum rodzinne)Jarosław i Teresa z małym Maćkiem Włodkiem, lato 1945 (fot. archiwum rodzinne)

Podobno miał sporo kompleksów, narzekał, że jest stary i gruby.

- Rzeczywiście, pod koniec życia był gruby, miał zresztą cukrzycę. Był taki strasznie duży, co akurat w przypadku mężczyzny jest zaletą, a nie wadą. Czy miał z tego powodu kompleksy? Nie wiem. Raczej miał kompleks niedocenienia i kompleks niższości, który z kolei inni odbierali jako kompleks wyższości. Wydawało im się, że zgrywa wielkie panisko.

Był z niego trochę "gadżeciarz".

- Wydaje mi się to charakterystyczne dla mężczyzn homoseksualnych. Oni bardziej dbają o świat wokół siebie, lepiej się ubierają, potrafią ładniej urządzić mieszkanie. Iwaszkiewicz nosił ubrania dobrze uszyte, wysokiej jakości. Dbał o to. Miał też ewidentny talent do dobierania ładnych rzeczy. Opisuje na przykład, jak urządzał mieszkanie w Kopenhadze, i pisze, jak się cieszy, że przyjedzie do niego żona z córkami.

Mój ojciec odziedziczył po nim kolekcję pięknych krawatów i spinek do mankietów. Iwaszkiewicz przywoził je najczęściej z Włoch.

Jakim zatem człowiekiem był twój pradziadek?

- Na zewnątrz uchodził za dziedzica, eleganckiego pana. Dlatego tak urzekający jest dla mnie fragment jego listu do córki Teresy, w którym pisze, że chodzi w dziurawych gaciach. I że jakby go na przykład przejechał tramwaj, to wszyscy zobaczą, w jakim stanie ma bieliznę. Lata 50. i 60. były na Stawisku bardzo skromne. Z drugiej strony pochodzący z niezamożnej rodziny Iwaszkiewicz był na te kwestie niezwykle czuły. On właściwie przez całe życie aspirował. Jego ojciec wcześnie osierocił rodzinę. Żyli - Jarosław, jego trzy siostry i matka, a do pewnego momentu także starszy brat Bolesław - z bardzo skromnej renty. Matka prowadziła życie jak reszta polskiej szlachty na Ukrainie: bywanie, koncerty, eleganckie wieczorki. W domu mieli jednak skromniutko, wiecznie dziurawy dach, cerowane ubrania. Jarosław już od wczesnej młodości zatrudniał się więc jako guwerner dla dzieci arystokratów. Zawsze czuł się gorszy, także materialnie. Choć był od nich lepiej wykształcony i często przewyższał ich intelektualnie.

Z kolei w PRL-u ciągle aspirował do pozycji intelektualistów zachodnich. Gdzieś za granicą spotkał w kawiarni Sartre'a [Jean-Paul Sartre, pisarz i filozof francuski - przyp. red.] i długo potem to przeżywał w dziennikach. Pisał, że przy nim jest nikim, tylko dlatego, że jest z Polski, z tego biednego świata. To w nim tkwiło zawsze.

Anna Iwaszkiewiczowa z córkami (Marysia wyżej), lata trzydzieste (fot. archiwum rodzinne)Anna Iwaszkiewiczowa z córkami (Marysia wyżej), lata trzydzieste (fot. archiwum rodzinne)

Czytałam, że zapisywał wszystkie wydatki, bo skrupulatnie pilnował finansów.

- Zarzucano mu wielkopańskie maniery, tymczasem on utrzymywał Stawisko dzięki własnej, ciężkiej pracy. A kołdra zawsze była za krótka i żeby kupić żonie rękawiczki, musiał zrezygnować z kupienia sobie butów czy chociażby bielizny. Zresztą Iwaszkiewiczowie mieli intercyzę - majątek Anny nie był majątkiem Jarosława.

Tymczasem w latach 30. ustanowiony przez Lilpopów zarządca popełnił samobójstwo, bo doprowadził Stawisko do bankructwa. Gdy wyszło na jaw, że zastawił wszystkie działki, Lilpopowie powiedzieli do Iwaszkiewicza: Teraz ty sobie to wszystko weź, najwyżej sprzedasz. Iwaszkiewicz zaczął wtedy dobrze zarabiać, grano wówczas wiele jego sztuk, więc się zawziął. Po kolei działki wykupił, zdejmując wszystkie hipoteki. To było przed samą wojną i dzięki Iwaszkiewiczowi rodzina przez całą wojnę mogła żyć ze sprzedaży tych działek. I pomagać w piękny sposób różnym innym ludziom, co też się często Iwaszkiewiczowi zapomina.

Na przykład to, że w czasie wojny na Stawisku pomieszkiwały dziesiątki ludzi i czasem trudno było ich wszystkich wykarmić.

- Największy tłum mieszkał tam po powstaniu. Jerzy Andrzejewski z żoną, Pola Gojawiczyńska, Jerzy Waldorf, profesor Władysław Tatarkiewicz. Czasami spędzali jedną noc i szli dalej, czasami zostawali na parę tygodni. Niektórzy bagatelizują to, mówiąc "a bo to z majątku teścia". Nie. Iwaszkiewicz na ten majątek po raz drugi zarobił.

Ja bardzo nie chcę, by z naszej rozmowy wyszło, że ja ciągle tego Iwaszkiewicza krytykuję. To był wielkoduszny i wspaniały człowiek. Babcia opowiadała mi, że po jego śmierci znaleziono na Stawisku mnóstwo listów od kompletnie obcych ludzi. Dziękowali mu za pomoc, bo wysyłał im pieniądze na życie. Załatwiał im różne rzeczy, na przykład Boleckiemu, pracownikowi "Twórczości" [miesięcznik wydawany od 1945 roku przez Bibliotekę Narodową, a od 2010 roku przez Instytut Książki - przyp. red.], załatwił telefon. Publicznie nie zajął stanowiska w nagonce antysemickiej, ale wielu osobom podczas jej trwania pomagał. Chodził i załatwiał. Umiał pójść i poprosić, choć wiemy, co myślał o tych wszystkich partyjniakach. Oczywiście, że sam też czerpał z tego korzyści, materialne i niematerialne. Ale bardzo dużo pomagał też innym ludziom.

Kim właściwie jest dla ciebie Iwaszkiewicz?

- Jak o nim myślę, to nazywam go dziadkiem. Ale jak o nim opowiadam publicznie, to mówię Iwaszkiewicz. Choć przez pewien czas istniał dla mnie wielki pisarz i mój pradziadek. Dopiero po pewnym czasie skleiłam te dwie postaci w jednego człowieka. Jest mi bliski, bardzo go lubię, oczywiście nie bez znaczenia jest to, że napisał dla mnie wiersz i w paru miejscach w dziennikach ciepło o mnie pisze. Byłam przecież jego pierwszą prawnuczką i jedyną, która mieszkała na Stawisku. Pamiętam, jak brał mnie na kolana. Miał chyba dzięki mnie takie poczucie ciągłości rodu.

Mam do Iwaszkiewicza, czy też do swojego dziadka, stosunek bardzo pozytywny. Jak ludzie go oczerniają, to mam ochotę go bronić. Ale wydaje mi się, że nie robię tego na ślepo, jestem świadoma jego różnych słabości. I boli mnie, jak się go przedstawia jako kolaboranta łasego na zaszczyty czy grafomana, bo i takie opinie słyszałam. Moim zdaniem to był bardzo dobry pisarz i bardzo dobry poeta. A przy tym bardzo pracowity człowiek.

Ludwika z pradziadkiem. Sypialnia Iwaszkiewiczów 1978 rok (fot. archiwum rodzinne)Ludwika z pradziadkiem. Sypialnia Iwaszkiewiczów 1978 rok (fot. archiwum rodzinne)

Dlaczego zapisał Stawisko państwu?

- Zależało mu, by ten dom pozostał w stanie nienaruszonym. Na pewno było w tym i trochę próżności, i trochę zdrowego rozsądku. Wiedział, ile kosztuje utrzymanie tego ogromnego domu. Dla mojej rodziny na pewno była to supertrudna decyzja, zwłaszcza dla mojego ojca i jego siostry. Stawisko było ich rodzinnym domem, z którego nagle musieli się wynieść. Prababcia, jeszcze jak żyła, też się z tym nie zgadzała. Dlatego część ziemi w Podkowie została zapisana w postaci działek - mój ojciec swoją działkę sprzedał i kupił sobie mieszkanie na Ursynowie. Nie uczyniło to z niego bogatego człowieka, ale jakiś start życiowy miał.

Dziś z perspektywy czasu myślę, że może była to dobra decyzja. Na pewno moja rodzina nie byłaby w stanie tego Stawiska utrzymać. No i rzeczywiście jest to unikalne miejsce. Zachowała się tam cząstka świata, który nie przetrwał.

Masz coś stamtąd?

- Tak. Dużo mebli. Te dwa krzesła na przykład są ze Stawiska, te foteliki, biurko, przy którym pracuję. Mam też parę drobnych rzeczy, na przykład śmieszną sakiewkę po Lilpopach. Lubię te rzeczy. Nigdy bym ich nie sprzedała.

 

Premiera książki Anny Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" już 15 października. W sprzedaży wciąż dostępna jest również "Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów" Ludwiki Włodek. Obie książki do kupienia w Publio.pl w promocyjnej cenie.

Anna Król 'Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie'; Ludwika Włodek 'Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów' (fot. materiały promocyjne)Anna Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie"; Ludwika Włodek "Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów" (fot. materiały promocyjne)

 

Ludwika Włodek. Dziennikarka i socjolożka. Prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza - jej ojciec Maciej to syn Marii, córki Jarosława. Jest adiunktem na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie opowiada studentom o Azji Środkowej, którą zajmuje się od kilkunastu lat. Publikuje m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Travelerze", "Nowej Europie Wschodniej" i "Harper's Bazaar". Oprócz "Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów" wydała także zbiór reportaży z Azji Środkowej "Wystarczy przejść przez rzekę". Mieszka w Warszawie, ale marzy żeby wynieść się w góry. Ma dwóch synów, męża i psa.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (46)
Zaloguj się
  • remis1

    Oceniono 16 razy 12

    Poczułem się miło gdy w San Gimignano zobaczyłem tabliczkę na jednym z domów informującą, że mieszkał tu wybitny polski pisarz Jarosław Iwaszkiewicz.

  • skoment

    Oceniono 20 razy 12

    Bardzo cenię i szanuję Jarosława Iwaszkiewicza. Przeczytałam jego "Dzienniki" z wypiekami na twarzy, wiem jakie miał trudne życie. Również przez swoją homoseksualność. Podziwiam go. Podziwiałam jak się troszczył o Błeszyńskiego, który nic mu nie dał sam.

  • lesand12

    Oceniono 51 razy 43

    Pochodzę z Sandomierza -ulubionego miasta p.Jarosława.Był przyjacielem mojej rodziny i jako dziecko miałem okazję rozmawiać z nim wielokrotnie.Zapamietałem go jako człowieka skromnego -choć wtedy dla mnie -światowca,życzliwego i ciekawego naszego życia.Pozdrawiam prawnuczkę.

  • bles19

    Oceniono 101 razy 85

    Bardzo fajny i ciekawy wywiad. Lubię u p. Włodek tę umiejętność pisania i mówienia o rzeczach trudnych jednocześnie bezkompromisowo i łagodnie. To taka rzadkość u nas. A Iwaszkiewicz, pomimo, że wielki, to, niestety, coraz bardziej zapominany i to pomimo wydania w ostatnich latach dzienników, czy kilku innych książek o nim i rodzinie.

  • waleriandom

    Oceniono 99 razy -65

    Nie wybielajmy i nie krytykujmy. Prawda jest po srodku, byl za Komuna i z niej zył bardzo dobrze. Nie miał odwagi zostac opozycjonista. Pomagal? za mało jak na jego mozliwosci. Ale pomagał.i to jest plus.
    Czytajcie moje ksiażki "Fabryki dymu" i "Klasa robotnicza rządzi".Humor, satyra o PRL-. Zbiory opowiadan.
    Patzr www.ksiegarniagazetypolskiej.pl
    amazon.co.uk
    Walerian Domanski
    www.DomanskiBooks.com
    Wkrótce 'Seksowne małe dziewczynki z duzej wioski" oraz "Zaplatanyw "Solidarnosć"
    Tak jeszcze nikt nie pisał o KOmunie.

  • justykob

    Oceniono 91 razy -33

    Każdy, kto zna prozę Iwaszkiewicza, jego twórczośc a nade wszystko "Dzienniki", wie o tym wszystkim doskonale. Pisanie o tym w atmosferze sztucznie kreowanego skandalu i odkrycia jest żałosne. :-(

  • jozef.ok

    Oceniono 50 razy -14

    Jarek to był pupil Gierka. Wiedział skąd wiatr[wówczas]wiał

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX