Ponad 7 tys. jezior i około 770 km linii brzegowej z plażami i innymi zakątkami do wypoczynku, do tego tereny rekreacyjne nad rzekami - to z grubsza letni potencjał urlopowy naszego kraju, wykorzystywany przez miliony Polaków. Według danych Ministerstwa Sportu i Turystyki z ostatnich lat w lipcu i sierpniu około 11-13 mln rodaków (w zależności od roku) spędza wakacje w Polsce. Lwia część tych turystów preferuje relaks nad wodą - o tym nie trzeba przekonywać nikogo, wystarczy rzut oka na zakorkowane drogi prowadzące na Pomorze czy Mazury, na zatłoczone plaże, albo w policyjne statystyki.
>>> Od dzisiaj działamy siedem dni w tygodniu. Poznaj nowy Weekend w Gazeta.pl
- W samym Mielnie mamy 100 tys. wczasowiczów. To mniej więcej tak, jakby przeprowadził się tam cały Koszalin - mówi mł. asp. Monika Kosiec z koszalińskiej policji. Gmina Mielno liczy około 5 tys. mieszkańców, więc na co dzień trudno tu o zastępy mundurowych, bo niby czego mieliby strzec? Ale w letnim sezonie z całej Polski ściągają nad Bałtyk posiłki, z grupą szturmową policji włącznie. Czego (lub kogo) szuka tu oddział "przygotowany do bezpośredniego ujęcia i obezwładnienia osób ściganych", można się tylko domyślać.
Tłok na plażach da się tłumaczyć tym, że Polacy nie mają zbyt wiele czasu, by cieszyć się ładną pogodą. Przeciętna polska rodzina z dziećmi ma ledwie dwa wakacyjne miesiące, żeby zgrać swoje urlopy i "wstrzelić się w bezchmurne okienko". Przyjeżdża wtedy - zwykle autem - do miejscowości nad Bałtykiem czy nad jezioro na Mazurach lub Pomorzu, żeby złapać trochę słońca. - I odpocząć w tej ludzkiej masie, która w pierwszej chwili wydaje się jednorodna, co oczywiście jest tylko mylnym wrażeniem - mówi Przemysław Staroń, psycholog i kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. - Większość plażowiczów to kulturalnie zachowujący się mili ludzie. Ale zwykle z wakacji zapamiętujemy tych, którzy czymś się wyróżnili.
Królowie Życia
Najbardziej w oczy rzucają się Królowie Życia. Wychodzą z założenia, że są najważniejsi, a to automatycznie oznacza, że wszyscy inni są mniej ważni. Za nic mają wszelkie przepisy i zasady - zarówno prawne zakazy i nakazy, jak i savoir-vivre. Nad morzem czy jeziorem piją alkohol na potęgę. I nie tylko. - Do alkoholu już się przyzwyczailiśmy, ale ludzie zamroczeni narkotykami czy dopalaczami to dla nas stosunkowo nowy problem - mówi Marek Koperski, prezes pomorskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. - Leżą na plaży, kontakt z nimi jest utrudniony, policja ani pogotowie nie chcą delikwentów przejmować, więc nasi ratownicy układają ich w bezpiecznym miejscu, w cieniu, i mają cały czas na oku, aż do "wytrzeźwienia".
Pół biedy, jeśli swoje "królowanie" na plaży taki osobnik kończy zwinięty na piasku w pozycji embrionalnej. Gorzej, jeśli ma jeszcze siły, ponosi go fantazja i wsiada na skuter wodny. Koniecznie musi pływać przy brzegu, niech inni patrzą, "jak szlachta się bawi". A że ktoś przy tym może ucierpieć albo zginąć... Tego wyobraźnia mu nie podpowiada. Podobnie jak konsekwencji zażywania kąpieli "na podwójnym gazie". W ubiegłym roku utonęło w Polsce 656 osób. O 157 wiadomo, że były pod wpływem alkoholu, który we wczasowych miejscowościach leje się strumieniami właściwie przez całą dobę. Ilu zażyło inne środki odurzające? O tym policyjne statystyki milczą.
Król Życia pety gasi w piasku, puste butelki rzuca "za siebie". Często towarzyszy mu sprzęt muzyczny, ustawiony na cały regulator, i zapach kebabu, hamburgera, frytek... - Albo jedzenia z grilla, oczywiście samodzielnie przyrządzonego na plaży - potwierdza Dorota, która w tym roku wraz z mężem i dziećmi postanowiła spędzić tydzień na polu namiotowym nad jednym z mazurskich jezior, bo takie biwakowanie bardzo podobało się maluchom. - Dymem z grilla byliśmy wędzeni z różnych stron i o różnych porach dnia i nocy. Niedopalone węgle regularnie lądowały w jeziorze, a o przypalone lub niedopieczone resztki z "pańskiego stołu" rywalizowały biegające po całym polu psy. Zwierzęta najpierw gryzły się o kawałki mięsa, a potem nimi wymiotowały. Akompaniamentem do tego wszystkiego były nie tylko hity disco polo, ale i porykiwania nietrzeźwych delikwentów, którzy odzyskali siły po grillowanych kiełbasach.
Ten typ wczasowicza jest głuchy na prośby o ciszę, czy uwagi, żeby nie sikał tam, gdzie akurat stoi. Jeśli uzna za stosowne przemówić, wypluwa stek przekleństw, albo reaguje szczerym zdziwieniem: "Przecież są wakacje...".
Zdziwieni
Zdziwienie to w ogóle reakcja wielu plażowiczów, którym zwróci się uwagę na niestosowne zachowanie. Zwłaszcza jeśli chodzi o ich dzieci albo psy, które powinny być traktowane jak książęta. "Naprawdę sypanie piasku na plecy tego pana z koca obok to nie jest najlepszy pomysł? Przecież powinien się śmiać". - Ostatnio rozwaliła mnie historia znad Bałtyku opowiedziana przez znajomych - mówi Piotr, pracownik firmy telekomunikacyjnej. - Podczas ich kąpieli czy spaceru dzieci z grajdołu obok wyżarły im całe drugie śniadanie. Przeprosimy ze strony rodziców? Ależ skąd! Przecież pacholęta były głodne. I jak w ogóle można dziecku żałować...
Widok szkrabów sikających do morza czy jeziora, matek zmieniających im pieluchy na plaży i brudnych pieluch walających się w okolicy potrafi sprawić, że odechciewa się i kąpieli, i opalania. - Rok temu, podczas sierpniowego długiego weekendu, pojechaliśmy do Władysławowa. Nad wodą spędziliśmy raptem 15 minut, bo wszędzie leżały pety i śmieci. Ale szczytem był taki oto obrazek: mamusia na środku plaży, między leżącymi na ręcznikach turystami, wygrzebała w piasku dołek, jej pociecha zrobiła tam kupę, którą następnie mama zasypała - opowiada Dorota.
Jedni rodzice myślą, że kupa ich dzieci pachnie fiołkiem, inni są przeświadczeni, że dziecko puszczone samopas na plaży będzie do nich wracać jak bumerang. - Coraz częściej mamy do czynienia z zagubionymi maluchami - mówi mł. asp. Karina Kamińska z sopockiej policji. Tym, co ją uderza, jest niefrasobliwość rodziców. "No pięć minut temu go widziałam" - zarzeka się mama. Szkopuł w tym, że jest to niemożliwe, bo jej syna właśnie udało się odnaleźć cztery kilometry od plaży, na której są rodzice - opowiada policjantka.
Gniazdownicy
Dla odmiany Gniazdownik to typ wczasowicza, który potomstwa pilnuje wyjątkowo czujnie. Jego obserwacja może przynieść wiele uciechy połączonej, niestety, z irytacją. Często występuje w grupie, głównie złożonej z członków jednej rodziny. Jeśli wypoczywa w hotelu - nieważne w Polsce czy za granicą - z pewnością oddeleguje jednego z przedstawicieli stada, by o 5 rano rozrzucił ręczniki na leżakach przy basenie, zajmując tym samym najlepsze miejsca. Najokazalej prezentuje się jednak w przestrzeni otwartej. Bo na plażę zabiera tyle rzeczy, że mógłby z nich wybudować dom. I buduje.
Rozpoznać można go z daleka. - Facet ciągnie wózek spacerówkę wyładowany po brzegi sprzętem plażowym - relacjonuje spotkanie z rodziną gniazdowników jedna z forowiczek na gazeta.pl. - Za nim żona - z trzema ogromnymi torbami - i dzieci. Zaczęli rozstawiać fortecę: cztery parawany z małym wyjściem. W tej zagrodzie nadmuchali materace, potem rozstawili jeszcze gigantyczny parasol, ale to nie wszystko... Mieli jeszcze dmuchany basenik! Zajął miejsce pośrodku obozu. Myślałam, że skończyli, ale nie... był jeszcze namiot plażowy ustawiony w rogu zagrody. Pan domu wyglądał jak dumny samiec budujący rodzinie gniazdko, samica krzątała się pośród dzieci z małą przenośną lodówką, obmyślając, jak umeblować to mieszkanko.
Gniazdowników jest coraz więcej. Czasem co prawda budują fortecę z trzech parawanów (czyli bez jednej ściany), ale tylko po to, by uzyskać dostęp do morza, zagradzając go innym plażowiczom. Niechętnie się z nimi integrują, choć koczują na piasku przez cały dzień. Najlepiej wypoczywają w swoim gronie i nie ufają innym. Dystans do obcych i podejrzewanie ich o najgorsze intencje wpajają także swoim dzieciom. - Moja córka wie, że zabawkami trzeba się dzielić, więc nie histeryzuje, kiedy dzieci biorą jej łopatki czy wiaderka, ale sama też wyciąga chętnie ręce po cudze. O ile za granicą takie zachowanie jest tolerowane, to polski rodzic, widząc, że obce dziecko przejęło zabawkę jego malucha, albo zaczyna śledzić potencjalnego "złodzieja", albo konspiracyjnym szeptem mówi do swojego dziecka: "Uważaj, żeby ci nie zabrała" - opowiada Ewelina z Krakowa. Z jej doświadczeń wynika, że takie zachowanie niekoniecznie musi iść w parze z odgradzaniem się parawanami od reszty wczasowiczów. To po prostu stan umysłu.
Lanserzy, Strojnisie i Golaski
Choć policja ostrzega, by nie zostawiać na ręcznikach i materacach rzeczy, które mogą paść łupem złodzieja, co roku z polskich plaż ginie masa sprzętu elektronicznego. O ile noszenie przy sobie smartfona to standard nie tylko plażowy, są tacy miłośnicy najnowszych technologii, którzy nad wodę zabierają laptopy, tablety i drogie aparaty fotograficzne czy kamery. Skoro telefonem można dziś zrobić zdjęcie, posłuchać z niego muzyki, sprawdzić pocztę i użyć go w wielu innych celach - jak inaczej niż lansem tłumaczyć tę gadżetomanię?
Gosia Kuniewicz, stylistka z Osy , zwraca uwagę, że Polak na plaży nadmiernie obwiesza się biżuterią. - Ostentacyjnie duże wisiorki czy bransoletki u pań, łańcuchy na szyjach panów nie dość, że wyglądają źle, to jeszcze mogą skończyć się poparzeniami. Przecież to wszystko się nagrzewa... - mówi. Chwali jednak mężczyzn za to, że coraz rzadziej noszą skarpety do sandałów. I tylko kobietom należałoby przypomnieć, że ostry makijaż i nienaganna fryzura, usztywniona tak, że żaden wiatr jej nie zburzy, nie wyglądają na plaży naturalnie, za to na wieczorne przyjęcie są jak najbardziej stosowne.
- Polacy w ogóle mają problem z rejestrowaniem pewnych granic. Ta myśl powraca do mnie zawsze, gdy widzę pana w slipkach paradującego Monciakiem. Zadaję sobie pytanie, czy takie osoby nie są w stanie wyczuć, gdzie kończy się plaża, a gdzie zaczyna miasto, a tym samym gdzie jest granica, po przekroczeniu której zaczynają obowiązywać inne zasady związane z ubiorem? - zastanawia się Przemysław Staroń. Gosia Kuniewicz twierdzi wręcz, że slipki nawet na plaży to ubiór niestosowny. - Panowie powinni nosić szorty. Slipki to bielizna, a obcisłe kąpielówki zostawmy, bardzo proszę, pływakom - dodaje. Pytana o to, czy zdarza się jej na zagranicznej plaży spojrzeć na kogoś i pomyśleć: "To na pewno wczasowicze z Polski", odpowiada, że znakiem rozpoznawczym Polek są niedopasowane stroje kąpielowe. - Na przykład małe majteczki przy dużej pupie i sporym brzuchu to nie najlepszy wybór, powinny być zabudowane - mówi.
Lokalsi
Czy w tym kolorowym tłumie mogą się jakoś odnaleźć mieszkańcy nadmorskich kurortów? - W lipcu i sierpniu omijam nadbałtyckie plaże i zauważyłem, że jest to strategia wielu osób - mówi Staroń. "Od kiedy przepłynęła koło mnie podpaska, już nie kąpię się w Bałtyku" - twierdzi jedna z internautek mieszkających na Wybrzeżu. Większą tolerancję wobec turystów mają ci, którzy na nich zarabiają. Ale po intensywnym wakacyjnym sezonie i oni czują ulgę. Bo pomyślcie, jak spokojnie musi zrobić się w Milenie, gdy już wyjedzie stamtąd 100 tys. ludzi?
Jolanta Molińska. Dziennikarka i redaktorka weekendowego magazynu Gazeta.pl. Pisała m.in. do "Życia Warszawy" i "Newsweeka".