Jan Żyliński - książę, który wyzwał na pojedynek Farage'a

Jan Żyliński - książę, który wyzwał na pojedynek Farage'a (fot. archiwum prywatne)

Ludzie

Jan Żyliński - kim jest książę, który wyzwał na pojedynek Farage'a?

Usłyszano o nim na świecie po tym filmiku. Książę Jan Żyliński za pomocą YouTube wyzwał na pojedynek Nigela Farage'a, lidera partii brytyjskich nacjonalistów i zdeklarowanego przeciwnika imigracji. Urodzony w Londynie polski arystokrata i biznesmen postawił sobie cel: poprawić wizerunek Polaków w oczach Brytyjczyków. Wciąż szuka pomysłu - jak.

Był pan już dzisiaj na lekcji baletu?

- Tak, zaliczyłem już półtorej godziny zajęć. Codziennie o 10 rano jestem w studiu baletowym.

Jak narodziła się pana pasja do tańca?

- Gdy byłem w szkole, brałem udział w ćwiczeniach z przysposobienia obronnego, na których najbardziej upodobałem sobie musztrę. Jak zostałem oficerem, zacząłem tworzyć nowe formy i manewry musztry. Poszedłem więc w choreografię i bardzo mi się to spodobało. Potem przez wiele lat nic nie robiłem w tym kierunku. Dopiero 10 lat temu, gdy nabawiłem się cukrzycy, musiałem zrzucić trochę wagi i zrobić coś dla ciała. Postanowiłem spróbować baletu. W tym czasie zacząłem budować White House, pałac w stylu stanisławowskim, w którym teraz mieszkam. Otoczony z każdej strony klasyką zdałem sobie sprawę, że balet to sięgająca starożytnej Grecji forma klasycyzmu przełożona na ludzkie ciało - harmonia, elegancja, gracja, proporcje. W takt muzyki i w ruchu. Po pierwszej lekcji w gmachu Opery Królewskiej w Londynie natychmiast poszedłem do księgarni i kupiłem wszystkie dostępne książki o balecie. Zakochałem się w historii tego tańca. Zacząłem nawet interpretować historię ostatnich dwustu lat z punktu widzenia baletu. Przez pryzmat zmian na scenie zobaczyłem historię polityczną i gospodarczą świata.

Na lekcji baletu dokonał pan jeszcze jednego ważnego odkrycia.

- Blisko siedem lat temu na drzwiach do pokoju napoleońskiego, w którym teraz siedzimy, artystka Edyta Matusiak namalowała Terpsychorę, muzę tańca. Kilka lat później poznałem jej uosobienie. W studiu baletowym. I zakochałem się. Ma na imię Desiree i jesteśmy teraz razem. Można powiedzieć, że to był proroczy malunek.

Jan Żyliński (fot. archiwum prywatne)Jan Żyliński (fot. archiwum prywatne)

Fechtunku na razie nie musi pan ćwiczyć. Nigel Farage, którego wyzwał pan na pojedynek na szable, odmówił stawienia się w Hyde Parku. Do tego w ostatnich wyborach jego Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (ang. United Kingdom Independence Party, UKIP) poniosła porażkę, a sam Farage nie dostał mandatu.

- Następnego dnia po dymisji Farage'a dostałem SMS od mojej narzeczonej z lat 70., która mieszka w Paryżu. Polka, Ania, bardzo inteligentna i zdolna kobieta. Zadała mi pytanie, czy to ja "zamordowałem" Farage'a? Tego nie można udowodnić, ale na pewno w jakimś sensie się do tego przyczyniłem.

Farage jednak coś kręci. Obiecywał, że ustąpi z funkcji przewodniczącego UKIP, a teraz decyduje się tego nie robić.

- Bardzo się cieszę, że powrócił. Trochę się przy okazji ośmieszył. Obiecał, że ustąpi, a tu nagle wraca. Wiele ludzi uważa, że to było z góry zaplanowane, wyreżyserowane.

Co takiego powiedział Farage, że zdecydował się pan wyzwać go na pojedynek?

- W grudniu wyjątkowo mnie rozwścieczył, gdy spóźnił się trzy godziny na spotkanie z działaczami swojej partii z powodu zatorów na autostradzie. Winę za ich powstanie zwalił na imigrantów. Doszedłem do wniosku, że to już przesada. Po miesiącu narodził się pomysł z pojedynkiem. Jednak w tym samym czasie w Paryżu miał miejsce zamach islamistów na redakcję "Charlie Hebdo", więc postanowiłem się wstrzymać. Nie chciałem być kojarzony z dżihadystami. W kulturze Bliskiego Wschodu szabla ma duże znaczenie. Odczekałem chwilę i wypuściłem dwuminutowy filmik, nie mając jeszcze pojęcia, że to będzie taki hit, i to na całym świecie. Amerykański "Huffington Post" miał nawet nagłówek: "Farage wyzwany na pojedynek przez polskiego Księcia. Świat czeka z zapartym tchem".

Ale szabla to nie jest rozwiązanie...

- Czy to w biznesie, czy jeśli chodzi o architekturę, stawiam na tzw. efekt wow. Jako nastolatek marzyłem, żeby być reżyserem. Idealizowałem Andrzeja Wajdę, który studiował malarstwo, więc jego filmy są bardzo malarskie. Ja z kolei studiowałem reżyserię, więc przy pomocy środków wizualnych takich jak pałac, łuk triumfalny czy szabla udaje mi się reżyserować pewne sytuacje, gdzie dany przedmiot czy budynek jest sam w sobie silnym przekazem, który trafia do wszystkich.

No właśnie. Wspomniał pan łuk triumfalny. Jeden już stoi na wejściu do pana posiadłości. Słyszałam, że kolejny zamierza pan postawić w Warszawie.

- Planuję wybudować porządny łuk poświęcony setnej rocznicy Bitwy Warszawskiej. Będzie mierzył 52 metry, więc metr więcej niż ten w Paryżu. A na szczycie znajdzie się rzeźba marszałka Piłsudskiego. Gdzie stanie łuk, jeszcze zobaczymy. To zależy od miasta, ale na pewno w Śródmieściu. Plac na Rozdrożu, rondo de Gaulle'a albo okolice Ogrodu Saskiego... Jest wiele możliwości.

Nad czym jeszcze pan pracuje?

- Szykuję się do kampanii związanej z Polakami tu, w Londynie, i to na wielu frontach. Chcę walczyć z rasistami w stylu Farage'a. I zmienić wizerunek Polaków na Wyspach Brytyjskich.

Jak pan to zrobi?

- Jeszcze dokładnie nie wiem. Załatwi to podświadomość. To jak programowanie, imputowanie do komputera. Wystarczy wystukać polecenie, a ten wykonuje za nas zadanie. Nie trzeba się martwić, że komputer zapomni, co mu się przekazało. Człowiek ma taki "wewnętrzny komputer", naszą podświadomość. Używałem jej wielokrotnie. Zawsze się sprawdzało. Mam przykłady: jako sześciolatek obiecałem babci, że odbuduję ponownie jej pałac. Właśnie w nim siedzimy. Zajęło mi to co prawda 50 lat, więc z drobnym poślizgiem, ale najważniejsze, że się udało. W roku 1990 postanowiłem, że postawię łuk triumfalny. No i tak zrobiłem. Mały, tylko 10-metrowy, no ale od czegoś trzeba zacząć.

Jan Żyliński przed swoim White House (fot. archiwum prywatne)Jan Żyliński przed swoim White House (fot. archiwum prywatne)

Łuki triumfalne, pałace... lubi pan upamiętniać historię w bardzo patetycznym i monumentalnym stylu.

- Niekoniecznie. White House, w którym mieszkam, jak na pałac jest bardzo mały. Ma zaledwie tysiąc metrów kwadratowych. W porównaniu do Zamku Królewskiego, który jest jakieś dwadzieścia razy większy, to niewielki budynek. Lubię rzeczy małe. Myślę, że chodzi pani bardziej o klasykę, której rzeczywiście jestem entuzjastą. Lekarz odradził mi nowoczesne rzeczy i architekturę. Mam nie zbliżać się do nowoczesnej sztuki. Bo to rozstraja, a klasycyzm koi.

Teraz chce pan koić polskie serca?

- I krzepić. Postawiony przeze mnie pomnik Złotego Ułana w Kałuszynie koło Warszawy, pałac czy łuki nie są tworzone po to, by cieszyć małą garstkę architektów czy rzeźbiarzy współczesnych. To jest małe środowisko. Robię to dla ludzi. Chcę tworzyć rzeczy niewychodzące z mody. Ten styl, który nas otacza, istnieje już ponad dwa tysiące lat. Sprawdził się. Modernizm? Kto tam wie. Nowalijka, może minie za parę lat.

Jestem biznesmenem, jednak przede wszystkim uważam się za twórcę, który stawia sobie za cel, żeby przemówić do serc zwykłych ludzi. Chodzi mi o przekazanie rzeczy skomplikowanych, ale w taki sposób, żeby każdy bez względu na wykształcenie czy pochodzenie mógł je zrozumieć. Raz była u mnie pani z Arabii Saudyjskiej. Zwiedziwszy mój dom, powiedziała: - Twój pałac przypomina mi dom rodzinny w Arabii Saudyjskiej. Podniosła mnie tymi słowami na duchu. Widocznie stworzyłem tutaj pewnego rodzaju klimat, który można poczuć bez względu na pochodzenie. Myślę, że to wynika z tego, że urodziłem się jako Polak w Wielkiej Brytanii. Do tego babcia od wczesnych lat zaczęła mnie uczyć tradycji arystokratycznych, języka i kultury francuskiej. Więc na pewno jestem takim stworem mieszanym, dzieckiem trzech kultur.

Dom Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)Pokój napoleoński w domu Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)

Salon w domu Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)Salon w domu Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)

Historia była ważnym tematem w pana domu?

- Tak, niezmiernie ważnym. Urodziłem się w polskim Londynie. Wtedy Polska była już częścią Imperium Radzieckiego. Myśmy uważali, że Polska nie leży już nad Wisłą, leży nad Tamizą. Mieliśmy tu rząd, wojsko, Wodza Naczelnego, teatry, chóry, restauracje, polskie szkoły. Urodziłem się na Atlantydzie Polski przedwojennej. To jest moja wartość, w której zostałem wychowany. Ta Polska to Eldorado, ziemia obiecana, za którą ciągle tęsknię i w której duchowo żyję.

Jak to się więc stało, że o największym dokonaniu swojego ojca, Andrzeja Żylińskiego, czyli zwycięstwie pod Kałuszynem, dowiedział się pan z internetu?

- Mój ojciec był bardzo skromnym człowiekiem. O jego zasługach nie rozmawiało się w domu. Nawet mama o nich nie wiedziała. Ojciec dowodził 11. Pułkiem Ułanów Legionowych, którzy 12 września 1939 roku zwyciężyli z Niemcami pod Kałuszynem. Spisał jedynie relację z tego wydarzenia i złożył ją w Instytucie Sikorskiego w Londynie. Relację podpisali różni świadkowie, wiec jest to dokument historyczny. W Polsce przez 50 lat historycy sądzili, że szarża w ogóle nie miała miejsca. Zaprzeczali albo sądzili, że ktoś inny nią dowodził. Dopiero w latach 90. zgodzili się, że bitwa miała miejsce, i że to Andrzej Żyliński ją poprowadził. A ja faktycznie dowiedziałem się o tym z internetu.

Ojciec zmarł, gdy miał pan sześć lat. Pamięta go pan?

- Nie mam z nim wielu wspomnień, jednak jego śmierć kojarzę z okresem, w którym byłem bardzo nieszczęśliwy i wyalienowany. Odejście ojca wywołało wilka z lasu w postaci odziedziczonej traumy wojennej. Najlepiej opisali ją Żydzi. Stworzyli pojęcie "traumy drugiego pokolenia Holocaustu". Mam w sobie spadek powojennej Polski. Noszę wszystko to, co przeżyła moja rodzina. Zajęło mi dwadzieścia lat, by przestała mnie ta trauma męczyć i żebym stał się "normalnym człowiekiem".

Ojciec Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)Ojciec Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)

Czy przypadkiem nie jest tak, że z tą traumą borykamy się jako naród? Ciągle przygniatani wydarzeniami z poprzedniego stulecia?

- Oczywiście, nawet gdy o tym nie myślimy. Młodzi nie pamiętają komuny, nie mówiąc już o II wojnie światowej. Ale trauma po nich jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, często między wierszami. Dwudziestoletni Polacy nie myślą o wojnie, lecz o ciuchach, miłości, żeby zarobić, wyjechać na Zachód. Ale to w nich tkwi. Wyszło to ostatnio na jaw dzięki Władimirowi Putinowi. To kolejna osoba, która świetnie nadaje się na wroga. Młodym przypomniało się, co spotkało Polaków w XX wieku i co może się powtórzyć.

Dlatego jestem gorącym zwolennikiem samoobrony terytorialnej. Nie obowiązkowego poboru do wojska, lecz tego, żeby w Polsce pod każdym łóżkiem leżał pistolet maszynowy. Tak jak w Szwajcarii czy Izraelu. Bez amunicji oczywiście, bo się by ludzie po alkoholu pozabijali. Wszystko po to, by nasi sąsiedzi, zwłaszcza ci ze Wschodu, zdawali sobie sprawę, że wchodząc do Polski, czeka ich wojna 30-letnia, z której nie wyjdą cało. Partyzantka. Obrona terytorialna wystraszy każdego skuteczniej niż tysiąc bomb i rakiet atomowych. Jednak najważniejszy fakt jest taki, że Polacy przestaną się bać. Boimy się wojny, Rosjan, banków szwajcarskich. Mamy masę kompleksów, a tak naprawdę jesteśmy mocarstwem.

Jan Żyliński (fot. archiwum prywatne)Jan Żyliński (fot. archiwum prywatne)

Jak pozbyć się tej traumy?

- Musimy zrozumieć, że jesteśmy najlepsi. "The Times" napisał, że jesteśmy najlepszymi pracownikami w Europie. Mamy wielkie osiągnięcia, jesteśmy wspaniałym narodem. To nie znaczy, że inne państwa są nic nie warte. Tu nie chodzi o poniżanie kogokolwiek, chodzi o dowartościowywanie nas samych. Doświadczenia z ostatnich dwustu lat nauczyły nas, że jeśli pozbędziemy się kompleksów, przestaniemy się bać siebie i życia, to możemy dokonać wszystkiego. Ja w to absolutnie wierzę.

W Polsce działa moja fundacja Złoty Ułan. W Wielkiej Brytanii zakładam fundację Polish Pride (Polska Duma). Chodzi o to, by nakręcić Polaków. Nie zmienimy naszego wizerunku w oczach Anglików, jeśli nie zmienimy najpierw sposobu myślenia o nas samych. Zacząłem od akcji z Nigelem Farage'em, teraz sukcesywnie będę podejmował kolejne inicjatywy. Jakiś czas temu pewna pani wypowiedziała zdanie, które jest streszczeniem całej mojej działalności: - Janku, ty się nie boisz. Ty czujesz i myślisz to, co my, ale my boimy się o tym powiedzieć.

Nie znałem źródła mojej traumy. Matka mnie nie biła, nie byłem molestowany, a miałem w sobie permanentną depresję. Wyleczyło mnie 40 lat w biznesie, który jest jak wojna. Chwilami musiałem wychodzić z domu w towarzystwie ochroniarzy, bo grożono mi. Tak bywa. Dzięki temu wyzbyłem się wielu pokładów strachu. Teraz mogę iść na wojnę z każdym. Ale nie taką, która jest przesycona fizyczną przemocą czy agresją, ale na wojnę, której celem jest dialog i przyjaźń. Ważne, by robić to z lekkością i humorem. To pojedynek wyobraźni i dialogu, który zaczyna się od samodowartościowania. Przez to, co zrobiłem z Farage'em, odkryłem swój potencjał. To mnie bardzo kręci. Czuję się jak 14-letni chłopak, który odkrywa seks. To wielkie i ważne przeżycie. Nie zdawałem sobie sprawy, że ta szabla może mieć taką wymowę i moc.

Za co mogą nas nie lubić Brytyjczycy?

- Za to, że jesteśmy inni. Pokutuje w nich imperializm brytyjski. Czuję to od urodzenia. Doświadczyłem tego w szkole jako mały chłopiec, takiego okazywania wyższości, działo się to głównie między wierszami. Anglicy boją się nas, bo czują, że jesteśmy lepsi - intensywnie pracujemy i idziemy do przodu.

Rodzice Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)Rodzice Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)

Czyli przejawy niechęci do innych narodów to bardziej wynik zazdrości i frustracji niż konkretnych zarzutów?

- Tak, ten kraj stracił swoją wizję i wielkość. Gdzie podziała się wizja budowania dobrobytu, silnego społeczeństwa i harmonii? Nie ma! Anglicy dużo odzyskali, jeśli chodzi o swoją dumę w latach 80. i 90., za rządów pani Thatcher. Tu potrzebna jest nowa rewolucja. Anglia musi się odrodzić. Nasza obecność przypomina im, że to konieczne. Można Polaków próbować wypędzić, zrobić z nich chłopców do bicia, ale to nie rozwiązuje podstawowych problemów.

Wróćmy do pana rodziny. Zdaje się, że miał pan bliską relację z babcią.

- Ja ją wprost ubóstwiałem. Ona mnie też. Uwielbiała przyjęcia, często przychodziło do niej nawet 100-150 osób. Przed wojną bywał u nas marszałek Rydz-Śmigły. W Londynie zaś zbierała się śmietanka emigracji: generał Anders, generał Haller, hrabiowie, politycy... Co drugi mężczyzna na jej imieninach to albo były minister, albo premier. Częstym gościem był Roman Odzierzyński, mój przyszywany wuj, premier rządu emigracyjnego oraz generał, który dowodził artylerią pod Monte Cassino. Darzył mnie wielką sympatią, z wzajemnością. Pamiętam, jak miałem 10 lat i tłumaczyłem mu, że źle ustawił działa pod Monte Cassino. Oni wszyscy mnie uwielbiali i opowiadali niezwykłe historie. Czuję, że to był osobisty przekaz wystosowany specjalnie do mnie. Mimo iż Polska była zniewolona, to sen o polskości nadal w nas tkwił. Jako nastolatek miałem rozterki. Zadawałem sobie pytania: Kim ja jestem? Polakiem? Anglikiem? Mieszanką? Zdałem sobie sprawę, że nie mogę się odwrócić od polskości, że nie mogę się odwrócić od tego, co przeżyła moja rodzina.

Rodzina Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)Rodzina Jana Żylińskiego (fot. archiwum prywatne)

Może się wydawać, że polska arystokracja na powojennej emigracji wciąż utrzymywała ten sam poziom życia. Jednak nie do końca tak było. Na przykład generał Maczek pracował jako kelner, gdyż z przyczyn formalnych nie otrzymał emerytury wojskowej. Widać w tym analogię do współczesnych czasów, gdy osoby z tytułem magistra przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii, by pracować fizycznie.

- Nawet wielcy generałowie pracowali na zmywaku, współcześni młodzi nie powinni być więc tym tak przerażeni. To, że ludzie zaczynali i zaczynają bardzo skromnie, to rzecz, która łączy te dwie emigracje. Moja mama i babcia, gdy przyjechały do Londynu, mieszkały w pokoju 3 m na 3 m z pojedynczym łóżkiem. Babcia spała na łóżku, mama na podłodze. Po kątach, jak większość Polaków. Jesteśmy jednak bardzo energiczni, pracowici, przedsiębiorczy i mamy wyobraźnię, wiec z upływem czasu dochodzimy do stabilizacji, a nawet dobrobytu.

Pomnik Złotego Ułana (fot. archiwum prywatne)Pomnik Złotego Ułana (fot. archiwum prywatne)

Czym jest dla pana współczesny patriotyzm?

- Tydzień po odsłonięciu pomnika Złotego Ułana zadzwoniła do mnie Ewa Winnicka, autorka książki "Londyńczycy", i powiedziała: - Janek, ty tworzysz nowy patriotyzm. Nowy patriotyzm to taki, który nie wyklucza innych. Łatwo być patriotą w stylu banderowców na Ukrainie, którzy najchętniej wszystkich by wyrżnęli, bo tak kochają swój kraj, że każdy staje się wrogiem. Nie tędy droga. Trzeba mieć własną tożsamość, ale nie można nikogo wykluczać. Moja fundacja Polish Pride skupia się na tym, by Polacy się integrowali, a nie całkowicie asymilowali, tracąc tożsamość. Łączymy się z tubylcami, ale zachowujemy własną dumę. Naród to plemię, do którego należymy, z którego powinniśmy być dumni. Nie można tego okazywać w sposób martyrologiczny, agresywny czy tworzeniem wrogów. Żyjemy w XXI wieku. Musi być sukces i dobrobyt, technologia. Nie jesteśmy purytanami, którzy muszą się umartwiać dla sprawy. Wilk musi być syty i owca cała.

Film to również jedna z najbardziej popularnych form upamiętniania historii. Studiował pan reżyserię, przemknął panu przez myśl pomysł nakręcenia filmu?

- Przecież nakręciłem film, który miał pół miliona odsłon. (śmiech)

I trwał tylko dwie minuty. Niezły sukces.

- No właśnie. Po co kręcić filmy pełnometrażowe? Wystarczą dwie minuty. Marzy mi się jednak nakręcenie filmu o tacie. Fabularnego. W stylu "Przeminęło z wiatrem", czyli wojna, miłość, dużo seksu i bohaterstwa. Ja ojca prawie nie pamiętam. Mało było też o nim opowiadań w rodzinie. Odnalazłem go dopiero, stawiając mu pomnik.

W jaki sposób?

- W sobie. Wierzę w geny. Sprawdziłem to wielokrotnie. Jest coś, co się przekazuje z pokolenia na pokolenie. Wiem i czuję, co on myślał i jakie wyznawał wartości. Wiadomo, że tego nie udowodnię, jest to czysto subiektywne, ale dla mnie pozostanie obiektywne. Gdzie szukać prawdy, jak nie w sobie?

Ojciec Jana Żylińskiego -  rtm. Andrzej ŻylińskiOjciec Jana Żylińskiego - rtm. Andrzej Żyliński (fot. archiwum prywatne)

CZYTAJ TAKŻE:

Prezes Związku Szlachty Polskiej: Negatywny stereotyp - że szlachta nakradła i uciekła - budowano celowo w latach komunistycznych

Leszek Wielki Książę Wierzchowski: Polsce brakuje matki lub ojca narodu

 

Jan Żyliński. Urodzony w 1951 r. w Londynie arystokrata, biznesmen, działacz polonijny i koneser sztuki. W 2009 roku zbudował pałac White House w londyńskiej dzielnicy Ealing, spełniając w ten sposób obietnicę złożoną babci w dzieciństwie. Syn Grażyny Krzętowskiej i Andrzeja Żylińskiego, dowódcy zwycięskiej szarży 4. Szwadronu 11. Pułku Ułanów Legionowych im. Marszałka Rydza-Śmigłego. Rok temu ufundował pomnik Złotego Ułana w Kałuszynie, upamiętniający dokonania ojca i polskich kawalerzystów. W ostatnich tygodniach głośno zrobiło się o nim w mediach za sprawą pojedynku, który wypowiedział liderowi brytyjskich nacjonalistów Nigelowi Farage'owi.

Dominika Wasilewska. Pisze o modzie z punktu widzenia sztuki, designu i kultury. Na stałe współpracuje z magazynem "Viva! Moda". Laureatka szóstej edycji Art & Fashion Festivalu w Poznaniu. Od września studentka Central Saint Martins w Londynie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (110)
Zaloguj się
  • maly_zlosliwiec

    Oceniono 126 razy 98

    A mnie sie podoba taka fantazja !
    Ksiaze Pan (z Rumcajsa..) ma moze szalone pomysly i wykonanie. Ale sam to sobie wymyslil i sam realizuje. Mnie sie marzy, ze kiedys najbogatsi Polacy zaloza fundacje, za ktorej pieniadze bedzie mozna wyksztalcic najzdolniejsze dzieci. Bo widze w narodzie wielka potrzebe talentow, na miare miedzynarodowa...

  • nirelle

    Oceniono 114 razy 90

    Oby każdy Polak urodzony na obczyźnie miał taką ułańską fantazję i był patriotą ojczyzny w której się nie wychował.
    Arystokrata ducha.

  • alesieporobilo

    Oceniono 62 razy 46

    Bardzo sympatyczny pan, tylko jedna rzecz tu sie nie zgadza, nie ma rodziny ksiazecej o nazwisku Zylinski.

  • peterjk

    Oceniono 38 razy 30

    Niestety, ale jednego się Polacy chyba nigdy nie pozbęda, właśnie kompleksów (na tym forum widać to szczególnie). I nie o Żylińskiego tu chodzi, który swoją postawa zrobił więcej niż wszystkie rządy w wolnej Polsce (nawet posługując się niesłusznie tytułem księcia, czym zabił klina Angolom). Bo emigrujący Polacy w całej Europie stali się tarcza w która wala wszyscy nacjonaliści od Irlandii aż po Niemcy, a polscy politycy przypominają sobie o nich tylko w trakcie kampanii wyborczych. Nasi wielcy biznesmeni zaś, którzy dorobili się miliardów, dbają o to by nie zapłacić przypadkiem jakiegoś podatku w Polsce.

  • Jan Nowak

    Oceniono 59 razy 23

    Arystokracja ? Jaśnie Państwo ?
    Ustrój stanowy w Polsce został zniesiony przez Konstytucję marcową z 1921. W artykule 96. zapisano: Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych. Obywatelowi Rzeczypospolitej nie wolno przyjmować bez zezwolenia Prezydenta Rzeczypospolitej tytułów ani orderów cudzoziemskich.

  • gburiaifuria

    Oceniono 54 razy 22

    Z calym szacunkiem dla Ksiecia Pana, ale ten pomnik, zloty ulan to straszny kicz, a tak przy okazji to skad sie u Jasnie Wielmoznego przyplatal tytul ksiazecy bo jakos niezbyt jasno to wynika z tekstu, hobby czy co, bo Tato czyli rtm.Zylinski jakos nie byl tytulowany ksieciem? Ksiazeca Mosc nabyl ten tytul?

  • mer-llink

    Oceniono 40 razy 16

    Pani Wasilewsko Dominiko,
    będe Panią tytułował Arcyprincessą Najjasniejszego Dworu.
    A może wolałaby Pani Można Protektorla Orderu Wielkiego Księcia Arnolfa Arnolfowicza?
    Prosze bardzo, dziś to tanie frazesiki - moge je Pani dostarczać pęczkami.
    Tak jak Pani dostarcza przyjemności panu Zylińskiemu, tytulując go księciem i mieniąc artystokratą.

    Pan Zyliński jest barwnym, z fantazją, wesołym, pracowitym i pomysłowym ancymonkiem. Doprawdy: wesołą i pożyteczna postacią. Domazuje sobie (albo lepiej: zgadza sie milczaco na domazywanie mu przez cmokierki takie, jak PaniWasilewska Dominika...) tytuł i pochodzenie, a de facto to powojenny wytrwały przedsiebiorca (ergo>: dorobił sie świezo dzięki własnej inteligencji i pracy, i brawo dla niego!!!).

    Ale:
    ANi do tytułu księcia, ani do aureoli polskiego rpzedwojennego arystokraty pan Zyliński nie ma żadnego tytułu. Tylko w maglu, na bazarze i w warzywniaku różne gosposie uznaja księstwo i arystokratyzm p. Zylińskiego, ekscytują sie tym, że ktoś tam "hrabia" (zamiatacz ulic -patrz Hasek JArosłąw) albo "polski książę" (mamusia zgrzeszyłą z przejezdnym palestrantem podającym się za księcia; zresztą: w jezykach zachodnioeuropejskich "polski książę" to obraźliwe stwierdzonko, takie jak u nas inflancki baron czy austriacki hrabia - znaczy albo nuworysz, albo golec majątkowy z zadęciem do koronek, kawioru i koniaku, a zywiący się w jadłodajni dla ubogich...).

    No więc, be zadęcia, miła Pani Księzno Udzielna Wód Terytorialnych Rurytanii Wasilewsko Dominiko. P. Zyliński jest takim samym księciem, jak Pani jest ekspertem od błękitnej krwi...

    Z tym, że on ma mnóstwo - sowizdrzalskiego bo sowizdrzalskiego, ale - wdzięku....

  • jmb2

    Oceniono 20 razy 16

    Polacy tylko dzięki pracy zespołowej, wykonywanej indywidualnie na każdym własnym polu, mogą przenosić góry ale tylko pod odpowiednim przywództwem, ... które potrafi nas łączyć. Mamy w sobie niespożyte pokłady wciąż niewykorzystanej energii lub źle ukierunkowanej energii, ale po odpowiedniej modyfikacji tego niespożytego potencjału wiedzy i umiejętności (co już się dzieje, także dzięki emigracji w Wielkiej Brytanii) plus wiara w siebie połączona z niezbędnym wysokim poziomem kultury oraz pokorą może pozwolić nam zmienić cały świat na lepszy !!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX