Kazik Staszewski

Kazik Staszewski (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Kazik Staszewski: Nie warto ginąć za idee. Zwłaszcza te iluzoryczne

Całe życie mnie uczono, że Polska była w gronie zwycięzców II wojny światowej. Dopiero później do mnie dotarło, że była to jedna z największych klęsk, jakie Polska przeżyła - mówi Kazik Staszewski. Przy okazji premiery płyty ?Wiwisekcja? pytamy go, czy jego zdaniem zbliża się islamska rewolucja, jak ocenia sytuację na Ukrainie i za których polskich polityków się wstydzi.

W „Kalifacie”, singlu wypuszczonym kilka dni temu, poruszasz temat islamskiego ekstremizmu. Skłonił cię do tego zamach na redakcję „Charlie Hebdo”?

- „Kalifat” napisałem dokładnie dwa dni przed tym zamachem. A nagrałem jeden dzień przed. Koledzy z kwartetu ProForma świadkami.

Do napisania tej piosenki skłoniła mnie ubiegłoroczna wizyta w Londynie i Dublinie. Pojechałem tam jesienią i zobaczyłem rozkład zachodniej cywilizacji. Zobaczyłem, jak bawi się młodzież w pewnych kwartałach tych miast. Niemalże dzieci, które marzą, żeby gromadnie nawalić się narkotykami, upić się czy uprawiać wulgarny i szybki seks. Wiele w życiu widziałem, a nawet dla mnie była to szokująca sytuacja.

Dla pobożnego muzułmanina przybyłego skądinąd mogłoby to być coś w rodzaju piekła na ziemi. Piekła, które należy unicestwić i zniszczyć. Staje on z mieczem u raju bram, gotów na nagrodę za zniszczenie szatana. Spróbowałem spojrzeć na to jego oczami. Jestem przeciwny mordowaniu i przemocy w tych kwestiach, proszę mnie dobrze zrozumieć. Ale w końcu pochodzimy z innych kultur. Poza tym islam ma dopiero około 1300 lat. A pamiętajmy, co chrześcijanie wyprawiali, gdy ich religia była w podobnym wieku. Jedyne, co nas różni, to postęp techniczny.

Kiedyś już napisałeś piosenkę na ten temat. Nazywała się „Al-Jazeera” i w 2008 roku obawiałeś się ją wrzucić na płytę El Dupy.

- Ta piosenka w końcu pojawiła się na singlu i DVD. Obawy nieco minęły. Choć nie wiem, czy są ku temu podstawy.

Czy zbliża się islamska rewolucja? Nie, to będzie globalna wojna religijna i cywilizacyjna. Jedyna pociecha jest taka, że tego nie dożyję. Ba, nie dożyją tego pewnie i moje wnuki. Ale to się nieuchronnie zbliża.

Tuż po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku napisałeś w felietonie, że to wydarzenie „radykalnie przemieliło system postrzegania świata i brutalnie usunęło Stany Zjednoczone z bezpiecznego fotela przy kominku”. Wydaje się, że w zeszłym roku z tego fotela usunięta została Europa. Boisz się tego, co dzieje się na Wschodzie?

- Boję się. I nie wiem, jak bym się zachował, gdyby... Na pewno zrobiłbym wszystko, żeby bronić swojej rodziny. W pewnych sytuacjach działa się impulsywnie. Nie zastanawiasz się, kiedy coś bezpośrednio zagraża tobie i twoim bliskim. Ale czy bym poszedł jako najemnik na Ukrainę? Bardzo wątpię.

Politycy lekką ręką decydują o życiu młodych ludzi w zaciszu swoich bezpiecznych nor. Owszem, jeśli Tusk czy inny Kaczyński pójdą na linię frontu walczyć, to być może zostanę podkomendnym w ich batalionie. W innym wypadku nie mam zamiaru. Poza tym jestem za stary.

Występ Kultu w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, 2011 rok (fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)Występ Kultu w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, 2011 rok (fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)

Mógłbyś dopisać kolejną zwrotkę do piosenki „Wewnętrzne sprawy”? Tym razem o Ukrainie AD 2015.

- Mógłbym. Bo wiesz, cała ta sytuacja przeraża mnie o tyle, że znajduję pewną analogię w zachowaniu tego sytego i wygodnego świata zachodniego do sytuacji z 1938 roku z Monachium. Tam też Hitler robił, co chciał, i wszyscy uznali, że te tereny, które on zajął, to generalnie mogą sobie być zajęte. Chamberlain twierdził, że jest to gwarancja pokoju na kolejne dziesiątki lat. Jak to się skończyło, pokazała historia. Niewiele więcej niż rok i ruchawka opanowała prawie cały świat.

Dzisiejsza Rosja to państwo, które ma potrzebę bycia imperium i niczego innego za bardzo nie ma. Tam się nigdy nie miała szans wytworzyć pełna forma demokracji. Rosjanie żyją tym, że są potęgą militarną.

Jestem miłośnikiem filmów wojennych i oglądam je wszystkie jak leci. I w filmach rosyjskich do dziś nie ma miejsca na taką refleksję, jakim nieludzkim organizmem była Armia Czerwona. Ostatnie produkcje Nikity Michałkowa, czyli „Spaleni słońcem 2” i „Spaleni słońcem: Cytadela”, czy też rosyjska wersja „Stalingradu” pokazują wojnę jako jakąś taką humorystyczną przygodę najbardziej szlachetnych bohaterów bez skazy. Oni tak postrzegają siebie.

Teraz jestem w kompletnej kropce. Bo nie wiem, może obecnie te wojny będą wyglądały tak, że większość spraw się załatwi przez decyzje gospodarcze, ekonomiczne i komputery? Ktoś mi niedawno powiedział: Kazik, jaka wojna? Przecież tu nikt nie będzie z karabinami latał. Wystarczy cybernetyczny atak na Rosję i w dwa tygodnie ona upada. Być może tak, ale odnoszę wrażenie, że w naturze człowieka pozostało jeszcze trochę tej atawistycznej potrzeby latania z dzidą i poderżnięcia gardła komuś, kto staje naprzeciwko.

„Zaklinam cię na wszystko: nie giń za ideę. / Nie daj się omotać, byś zaczął zabijać, / żadna idea nie jest warta życia” - tak napisałeś ponad 20 lat temu w piosence „Odrzuć to!”. Podtrzymujesz to?

- Tak. Idee są często kreowane przez czynniki stricte polityczne. A polityka jest dość brudnym zajęciem - i taka była przez całą historię ludzkości. Dziś mamy o tyle więcej szczęścia, że większość z nas zdaje sobie z tego sprawę. Ale gdzieś do końca XIX wieku zdecydowana większość ludzkości rodziła się tylko po to, żeby zdechnąć za jakiegoś księcia czy pana na polu bitwy albo uprawiając jego ziemię. Nie było mass mediów, więc ludzie nie wiedzieli, jak żyje elita władzy. Uważam, że na przestrzeni całej swojej historii świat się zmienił w bardzo małym stopniu. I jedyną rzeczą, która kolosalnie zmieniła świadomość ludzi, był właśnie przepływ informacji. Dziś w najgorszym slumsie jest telewizor i każdy chciałby żyć tak jak w serialu „Dynastia”.

Różnego rodzaju idee, czy to natury religijnej, czy społeczno-narodowej, bywały wykorzystywane w tak niecnych celach, że należałoby się dwukrotnie zastanowić, czy to jedyne życie, które się ma, warto czemuś takiemu poświęcać. Setki tysięcy niemieckich chłopaków szły na front w poczuciu misji i czegoś dobrego. Z kolei obok mnie jest cmentarz żołnierzy sowieckich - i to są głównie jeszcze dzieci.

To zwycięzcy piszą historię i na pewno inaczej wyglądałby obraz historii powszechnej, gdyby Hitler wygrał wojnę. Mówiłoby się o zbrodniach alianckich, jakimi były bombardowania miast niemieckich i traktowanie Niemców na froncie wschodnim. A milczałoby się o obozach koncentracyjnych. Wiesz, całe życie mnie uczono, że Polska była w gronie zwycięzców II wojny światowej. Dopiero później do mnie dotarło, że była to jedna z największych klęsk, jakie Polska przeżyła. Wyszliśmy niezwykle poturbowani i z rozstrzelanym pokoleniem najbardziej wartościowych młodych ludzi. Więc nie, nie warto ginąć za idee. Zwłaszcza te mocno iluzoryczne. Inna rzecz, gdy ktoś bezpośrednio grozi twojej mamie, żonie czy dzieciom.

Wojnę na Ukrainie obserwujesz z perspektywy dalszej, hiszpańskiej.

- Nie no, bez przesady. Rozeszło się, że mieszkam w tej Hiszpanii, a ja tam bywam góra trzy miesiące w roku, to wszystko. Obserwuję to tylko i wyłącznie z perspektywy polskiej. Tutaj jestem współuczestnikiem jakiegoś etosu kulturowego. Mówimy i myślimy podobnym kodem. A tam jest przyjemnie, ale obco. Tam jestem gościem zaproszonym na dobry obiad i, o ile to nie wpływa na jakość potraw, mało mnie obchodzi, czy gospodarz z gospodynią się 5 minut przed moim przyjściem nie pokłócili. A Polska to moje gniazdo i rzeczy z mojego gniazda nie pozostają mi obojętne - smucą mnie, cieszą, irytują.

Koncert w Gorzowie Wielkopolskim, 2011 (fot. Daniel Adamski / Agencja Gazeta)Koncert w Gorzowie Wielkopolskim, 2011 (fot. Daniel Adamski / Agencja Gazeta)

Co cię ostatnio zirytowało? Zachowanie prezydenta Komorowskiego w czasie podróży do Japonii?

- Prezydent Komorowski tak już ma. To jest pewien jego urok, jak paplał kiedyś o tym bigosie czy coś. Myślę, że jesteśmy za mocno przewrażliwieni na to, w jaki sposób świat nas postrzega. To krzyczenie Szogunie! czy pisanie ból przez u otwarte - to wszystko dotyka w największym stopniu nas. A za granicą mało kogo to obchodzi.

W Hiszpanii swego czasu poruszyło ludzi, jak na zjeździe głów państw latynoskich jeszcze żyjący Chavez zaczął coś tam pleść na hiszpańskiego premiera Zapatero. I Juan Carlos, król Hiszpanii, który o Zapatero miał jak najgorsze zdanie, tutaj wyraził solidarność i rzucił do Chaveza: Czy ty się wreszcie zamkniesz!? To było spektakularne wydarzenie w Hiszpanii. Przez pewien czas ta gadka to był najpopularniejszy dzwonek w hiszpańskich telefonach. A czy tu się ktoś tym przejął?

Rozmawiałem kiedyś z polskojęzycznymi Amerykanami i oni krzyczeli, jaki to wstyd jest, jak George W. Bush się publicznie wypowiada na jakikolwiek temat. Jak kiedyś powiedział internety zamiast internet albo Grecjanie zamiast Grecy. I oni mówili, że to jest poruta i tak dalej. Ale poza Ameryką nikogo to nie obeszło.

Weźmy Lecha Wałęsę. Tutaj się wszyscy łapali za głowy, że w ogóle co on gada i jak on gada... A ludzie niemówiący po polsku widzieli tylko, że z faceta biła gigantyczna charyzma. Czegokolwiek by o jego prezydenturze i w ogóle całokształcie nie mówić. I myślę, że już po zakończeniu jego prezydentury nie wykorzystaliśmy tego, jaką on był niezwykle istotną i potężną postacią na arenie międzynarodowej. Więc za prezydenta Komorowskiego nie ma się co wstydzić. To wszystko należy do jego delikatnego uroku. I nie martwmy się tym, że ktoś się tam we Francji za głowę złapał. Niech się wstydzi ten, co robi, a nie ten, co widzi (śmiech).

Nigdy nie wstydziłeś się za żadnego polskiego polityka?

- Na pewno nietaktem i skandalem było, jak Kwaśniewski pojechał pod wpływem na groby żołnierzy polskich do Charkowa. I potem te wszystkie próby tłumaczenia tego nieżytem goleni prawej... To było wielce niestosowne. Ale i tu musiał mi podpowiedzieć znajomy. Bo na początku, przez pierwszą kadencję Kwaśniewski miał - nie wiadomo skąd w zasadzie, bo to facet o korzeniach komunistycznych - tak ogromny kredyt zaufania, że nawet ja uległem tej fali i nie zwróciłem uwagi na niestosowność jego zachowania. Aż ktoś mi taką paralelę podsunął, że co by było, gdyby premier albo prezydent Izraela przyjechał w podobnym stanie do Auschwitz. Dopiero po takim porównaniu zaczęło mi być wstyd.

W połowie lat 90. zawstydził cię Józef Oleksy - i napisałeś utwór „Łysy jedzie do Moskwy”. Tytułowy bohater niedawno zmarł. Wciąż śpiewasz ten numer na koncertach KNŻ-tu?

- Tak.

A „Pie***lę Pera”?

- Nie, tego nie. Miałem opory i przestałem to śpiewać, bo jego śmierć moim zdaniem nie została w pełni wyjaśniona. A po drugie, piosenka była zdecydowanie negatywna, żeby nie powiedzieć: wulgarna. Więc jej nie śpiewam, to by było nie na miejscu.

A „Łysy jedzie do Moskwy”? Tu niczego pejoratywnego nie ma. To opowieść o tym, jak w czasie wojny czeczeńskiej nasz premier znalazł się na defiladzie zwycięstwa w Moskwie. Nie widzę w tym tekście niczego niestosownego czy niewrażliwego. Ten numer został.

Kazik na Juwenaliach w Lublinie, 2014 (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)Kazik na Juwenaliach w Lublinie, 2014 (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Kibicujesz Pawłowi Kukizowi w wyścigu prezydenckim?

- Nie. Wiesz, Kukiza to ja słabo znam, ale odbieram go jako człowieka o bardzo niskim poziomie poczucia humoru. A jak kiedyś ktoś mądry powiedział, poczucie humoru stanowi o inteligencji. Zupełnie kuriozalną rzeczą były jego wypowiedzi sugerujące, że ja specjalnie zatytułowałem płytę „Zakażone piosenki”, bo on miesiąc czy półtora miesiąca wcześniej nagrał „Zakazane piosenki”. To miał być z mojej strony jakiś sabotaż czy coś. Pomijam to, że projekt Zuch Kazik to nie mój projekt i brałem w nim udział śladowo - ograniczył się on do nagrania wokali. Ale pod koniec wywiadu przeczytałem, że Kukiz ma pozwolenie na broń. I że faktycznie ma tę broń w domu. Więc wiesz, nie na żarty się przestraszyłem (śmiech).

Z twoich kolegów po fachu nie tylko Paweł Kukiz zajął się kwestiami pozamuzycznymi. Tymon Tymański napisał scenariusz do „Polskiego gówna”. Podobał ci się film?

- Jeszcze nie wiem. Mi się na przykład „Rejs” za pierwszym razem zupełnie nie podobał. Jakaś taka nieskładna zbieranina skeczy... a potem się okazało, że to jest film kultowy. Może „Polskie gówno” też będzie kultowe?

Irytuje mnie w tym filmie taka postawa, że albo jesteś wierny swoim ideałom i zachowujesz się porządnie, ale wtedy jesteś biedny, albo jesteś komercyjną świnią i sprzedajesz się pod każdym względem - i wtedy stać cię na życie na jako takim poziomie. A ja, Muniek Staszczyk, Maciej Maleńczuk, Kasia Nosowska czy Piotrek Banach jesteśmy najlepszym dowodem na to, że może być również coś pomiędzy.

Na świecie jest to widoczne wyraźniej: patrz Depeche Mode (które bardzo lubię) czy U2 (którego nie lubię, ale szanuję). Nie zauważyłem u nich jakichś stricte komercyjnych zagrań, służących jedynie przypodobaniu się publiczności. Pomiędzy czernią i bielą są odcienie szarości.

Dostrzegłeś w „Polskim gównie” aluzje do siebie samego? Wydaje się na przykład, że w postaci Jakubika jest sporo z Muńka...

- Może Muńka, a może mnie? (śmiech) Nie patrzyłem pod tym kątem. Na pewno wiem, dlaczego irytuję część środowiska muzycznego. Bo ja tam nie pasuję, ani do takiej postawy, ani do takiej. Często słyszę w wywiadach jakieś przytyki - na przykład strasznie ich boli to moje mieszkanie na Teneryfie. A z drugiej strony ci sami ludzie niejednokrotnie proponowali mi współpracę. Więc gdzieś mamy tu do czynienia z dużą niekonsekwencją (śmiech).

Zawsze odmawiasz?

- Nie zawsze. Ale ja po prostu nie lubię duetów. Najważniejszą materią zawsze powinna być muzyka. Swego czasu dostałem propozycję od Dody. I odmówiłem - ale nie dlatego, że to była Doda. Bo uważam, że to jest postać nietuzinkowa. Tylko że muzycznie to było takie wiesz... niczego tam nie znalazłem dla siebie. Muzyka przede wszystkim, to jest baza. A cała reszta to jest nadbudowa.

Wracając do kina: myślisz, że polska scena punkowa to dobry materiał na film? Powstało już choćby „Wszystko, co kocham”...

- Trudno powiedzieć. Z każdego tematu można zrobić coś fajnego i każdy temat można zdupić. „Wszystko, co kocham” mi się akurat nie podobało, bo ja jestem purystą. To jest film, którego akcja rozgrywa się w '81 roku, a są tam kawałki Deutera nagrane rok później. Poza tym „Wszystko, co kocham” nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, bo ja w ogóle miałem bardzo słabe kontakty ze środowiskiem punkowym z małych miasteczek. No, może nie licząc KSU - kolegowałem się z nimi, ale to była zupełnie inna para kaloszy. To był zespół, który się pokazał i momentalnie zyskał mir u wszystkich gości z Warszawy czy z Trójmiasta. Po prostu byli najlepsi. Ale tych zespołów, co jeździły po przeglądach i grały raz lepiej, raz gorzej, po prostu nie znałem.

Znałeś za to Magika, o którym opowiada „Jesteś Bogiem”.

- Ten film też mi nie przypasował. Nie chcę tu być jakimś samolubem czy chwalipiętą, ale ja się przyznaję po części do odkrycia Kalibra 44. Bo już wtedy było wiadomo, że hip-hop w Polsce to będzie coś dużego. Wcześniej robiłem jakieś rzeczy, które ciężko nazwać czystym hip-hopem, ale potem pojawił się ten Liroy, było Wzgórze Ya-Pa 3... I padł w wydawnictwie pomysł, żeby spróbować powyławiać raperów z całej Polski. Bogna Świątkowska prowadziła audycję w Radiu Kolor, tam przychodziły demówki. Z nich wyselekcjonowaliśmy najlepszych i zrobiliśmy składankę. I tu absolutnie dominował Kaliber 44. Do dziś mi za to żal takiej kapeli z Jawora, Sekator się nazywali. Oni mieli ogromny potencjał, tylko cierpliwości nie mieli. Bo chcieli, żebyśmy ich od razu wydali.

Ja w ogóle popełniłem taki scenariusz na bazie „Hamleta” w tłumaczeniu Barańczaka. Dziś już tego nie mam, gdzieś zgubiłem. Wymyśliłem sobie, że to młode pokolenie, które występuje w dramacie, to będą różni chłopcy i dziewczyny ze środowiska hiphopowego. A starsi to byliby aktorzy zawodowi: Katarzyna Figura, Sławomir Orzechowski, Krzysztof Majchrzak. I jako tego Hamleta to zdecydowanie widziałem Magika. I on zaraz potem umarł.

Widziałem się z Magikiem ze cztery dni przed jego śmiercią, przyjechał z żoną do Sławka Pietrzaka [właściciela firmy SP Records, wydawcy zarówno Kazika, jak i Kalibra 44 - przyp. BP]. I to się w tym filmie nie zgadza, że on żył w jakiejś strasznej nędzy. Przecież Kaliber 44, pomijając pewną artystyczną doniosłość tej całej historii, to był komercyjny sukces! Pierwsza płyta 40 tysięcy sztuk, a druga 60 tysięcy. Więc to nie było tak, że on chodził za tym Gustawem i żebrał o 10 złotych. To samo zresztą mówił Abradab w jakimś wywiadzie. Pomijam już to, że w filmie w ogóle nie jest poruszony temat narkotyków, które grane tam były na potęgę. I nie mówię tu o marihuanie, ale też o bielszych i mocniejszych rzeczach.

"Kazik na żywo" w klubie Wytwórnia w Warszawie, 2015 (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

Widziałeś stronę StrataKazika.pl?

- Widziałem.

Strona nalicza twoją domniemaną stratę finansową, która zwiększa się za każdym razem, gdy ktoś nielegalnie ściąga twoją płytę. Twórcy Straty Kazika nabijają się z poglądów na piractwo, które głosiłeś parę lat temu. Podtrzymujesz swoje opinie z wtedy?

- Podtrzymuję wszystko, co myślę na temat złodziejstwa, ale nie gadam już o tym w kółko. Żyjemy w czasach, w których metody dystrybucji muzyki są zupełnie inne niż jeszcze 20 czy 30 lat temu.

Ubolewasz nad tym czy się z tym pogodziłeś?

- Wiesz, jestem starej daty. Dla mnie zawsze płyta winylowa, kompaktowa czy książka z papieru - to jest to. Do dziś nie przeczytałem żadnego tekstu na ekranie monitora, który byłby dłuższy niż trzy czy cztery strony. Lubię zapach druku, zapach płyty... A czy nad tym ubolewać? Żal mi tych ludzi, którzy słuchają muzyki na gównianych empetrójkach i w ogóle nie wiedzą, czym jest dobra jakość dźwięku, puszczonego z dobrze wytłoczonego winylu czy ze złotego kompaktu na porządnym sprzęcie. Oczywiście nigdy nie było tak, że wszystkich na takie wynalazki było stać. Ale naprawdę między bajki należy włożyć, że kompresowanie do MP3 prawie nie wpływa na jakość dźwięku. Mam ogromny ubytek słuchu, ale i tak to słyszę.

A że to wszystko będzie fikało w formie nośników cyfrowych? Cóż. To jest tak, jak kiedyś było z wynalezieniem druku. Mnisi przeklinali, że pisanie zostało splugawione, bo to się powinno robić ręcznie, a teraz ogarniają to jakieś maszyny. Więc myślę, że w przekazie różnych dóbr kultury nadchodzi nowy czas. A i tak nie wiadomo, co nas czeka.

Parę lat temu na swoim blogu Tymon Tymański stwierdził, że podejście do piractwa ze strony starych rockmanów to hipokryzja, bo w latach 80. „na potęgę kopiowaliśmy zagraniczne płyty, które w Trójce prezentowali Piotr Kaczkowski czy Marek Wiernik (najwięksi piraci PRL-u)”.

- No, ja tak samo przegrywałem płyty z radia. Tyle że nie miałem zielonego pojęcia... Oczywiście, nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania. Ale pewną taką świadomość, że ma to fizyczny wpływ na to, co się dzieje w kieszeni muzyka, zyskałem dopiero w latach 90. Wcześniej o tym nie wiedziałem. To nie hipokryzja, a wyraz nieświadomości.

Nie robię już żadnych awantur o tych, co ściągają, bo kultura i sztuka nigdy nie były za darmo. I to się samo jakoś wyreguluje. Pamiętajmy, że komputer i internet - poza tym, że to ogromnie wygodne narzędzia - są też narzędziami inwigilacji i kontroli obywatela. Być może teraz niewiele się w tej kwestii dzieje, ale 10-20 lat to na przestrzeni historii bardzo krótki okres czasu.

Za 20 lat nie dość, że będą ci naliczać kasę za ściągnięcie jakiejkolwiek piosenki, to jeszcze będziesz na bieżąco karany za różnego rodzaju występki i bezustannie kontrolowany - gdzie jesteś i co robisz. Już dziś stajesz przed alternatywą: albo idziesz do lasu i jesteś wolny - ale będzie ci ciężko. Albo się wprzęgasz w system, ale z pełną zgodą na to, że jesteś, do cholery, zachipowany. I to jest dla mnie najbardziej gryzący problem. A nie to, że ktoś mi za moją piosenkę nie zapłaci.

Na twoje koncerty przychodzą ludzie o 20 lat młodsi - i to już ze swoimi dziećmi. Nie boisz się, że twoje poglądy w kwestii nowych technologii staną się obciachowe dla pokolenia, które nie pamięta już życia bez internetu?

- (śmiech) Słuchaj, oni coś jednak cały czas w tym moim podskakiwaniu na scenie znajdują. Na razie nie zauważyłem takich symptomów. Będę się martwił, jak będą puste sale.

(fot. Dominik Gajda / Agencja Gazeta)(fot. Dominik Gajda / Agencja Gazeta)

Jak doszło do tego, że spotkałeś się z kwartetem ProForma i że wydajecie niedługo płytę?

- Długa historia. Najpierw oni zaczęli grać piosenki mojego ojca, a ja im zagroziłem sądem. Oczywiście niesłusznie, bo oni wcale nie musieli się o moją zgodę pytać. Trafili na mój zły dzień.

A potem był koncert, który graliśmy dla siostry jednego z nich, chorej na raka. Niestety, koncert w niczym nie pomógł. Później graliśmy okazjonalnie: w Przemyślu dwa lata temu, w zeszłym roku siedem koncertów... fajni koledzy. Z wielką przyjemnością kolaboruję. I widzę, że to jest mój skład. W sensie, że nie na wyłączność, ale... to będzie na parę lat mój numer dwa. Po Kulcie, bo Kult zawsze będzie numerem jeden.

Kiedy premiera płyty?

- 27 marca. Cały czas są jakieś kłopoty. Gramy jeden numer Cave'a i jeden Clashów, i okazało się, że trzeba mieć zgody. I od września te zgody były mniej lub bardziej sprawnie załatwiane. Od Clashów nie dostaliśmy tej zgody do dziś, od Cave'a dostaliśmy.

Które numery?

- „Should I stay or should I go” Clashów i „Weeping song” Cave'a. A teraz, na domiar złego, zniknęła nam okładka. Ze dwa tygodnie temu. Sesję robiliśmy we wrześniu, ale wszystkie materiały rozpłynęły się w czeluściach twardego dysku. I trzeba robić tę całą sesję jeszcze raz. A ona była dość skomplikowana, mieliśmy na sobie kostiumy... A ja miałem prawdziwe baczki, bo sobie wymyśliłem taki image na potrzeby kolaboracji z ProFormą. A teraz już tych baczków nie mam.

Z tyłu płyty będziemy my wszyscy jako Stańczykowie. A z przodu na okładce jest reprodukcja „Lekcji anatomii doktora Tulpa” Rembrandta. Wiesz, ten obraz, na którym pośrodku leży nieboszczyk, a wokół niego zebrali się różni tacy w kapeluszach.

Kto leży jako nieboszczyk?

- Ja.

 

 

Kazik Staszewski. Od zeszłego tygodnia 52-latek. Wokalista, kompozytor, autor tekstów, producent muzyczny, felietonista. Śpiewał i grał w zespołach takich, jak Kult, KNŻ, El Dupa, Buldog. Za tydzień na rynku pojawi się płyta „Wiwisekcja”, nagrana z kwartetem ProForma.

Bartek Przybyszewski. Dziennikarz serwisu popkulturalnego Popmoderna. Wchłania przede wszystkim komiksy (głównie europejskie) i filmy (głównie amerykańskie). Admin fanpage'a Bardzo złe filmy.

Komentarze (221)
Zaloguj się
  • michnik6666

    Oceniono 105 razy -59

    Szczerze mi żal fanów tego "artysty",który nie rozumie podstawowych spraw,a poucza innych.

  • rekontra333

    Oceniono 74 razy -46

    Rozumiem ze mozna wejsc do domu Kazika zgwalcic mu zone corke, i on saczac łiskacza w fotelu bedzie na to spokojnie patrzyl i powie nam, ze nie bedzie umieral za idee

  • lakatafior

    Oceniono 88 razy -42

    Wez już nic nie mów. Sprzedawco. Handlarzu. Muzykiem nigdy nie byłeś. Do powiedzenia specjalnie też nie masz nic. Dorobiłeś się na przemianach ustrojowych i społecznych - dobra twoja. Ale nie rób sięna jakiegoś autoryteta bosmieszneto. Wiesz gdzie byś był, jakbywtwoich czasach był internet? Nigdzie.

  • zubzoro

    Oceniono 62 razy -22

    przestaję słuchac kazika
    żenada

    niech powie że nie warto ginąc za idee chłopakowi któy stanął w obronie koleżanki i któremu amputowano rękę ( z czasów obecnych )
    niech powie że nie warto ginąć za idee , tym co nie poszli na współpracę z bezpieką i woleli dostac czapę ( z czasów powojennych )
    niech powie ze nie warto ginąc za idee nieletnim powstancom warszawskim co ginęli za idee wolnej Polski

    niech smarcze w rękaw że ludzie piratuja muzykę , bo może KUŹWA TEZ , JAK KAZIK żyja w ,,nieświadomości"

    wyszedłes cieciu na buca , nawet za darmo tego śmiecia słuchac nie bedę

  • grzespelc

    Oceniono 28 razy -12

    W "Jeesteś Bogiem" dosłownie może nic o narkotykach nie ma, ale nietrudno się o nich domyśleć...

  • magia_sieci

    Oceniono 17 razy -5

    Kolejny wywiad udowadnia ze pan staszewski jest normalnym b.u.c.em i nie wiadomo czy nie na ruSSkim żołdzie. Co powie pan Staszewski kiedy pewnego dnia Armia Czerwona zapuka do jego drzwi kałachami i zrobi mu z d...y burito?Moze pożałuje swoich słów zawartych w powyższym wywiadzie?

  • alfalfa

    Oceniono 4 razy -4

    Przykro się to czyta. Faceta ma kalkę myślową zamiast mózgu i wyraźnie przyjął dużą dawkę propagandy. Potwierdza istnienie poprawności nie tylko politycznej.
    A.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX