(fot. 55Laney69 / http://bit.ly/1L8mhCg / CC BY / http://bit.ly/1mhaR6e)

wywiad gazeta.pl

Dzieci urodzone z pragnień. ''In vitro to była jedyna metoda, żebyś pojawiła się na świecie''

- Jeden z bohaterów książki po latach orientuje się, że po świecie może chodzić setka jego dzieci. Dla niego to przerażające, ale to problemy, z którymi musimy się współcześnie mierzyć. W Polsce nie ma dziś dyskusji o in vitro, jest tylko ideologiczna kłótnia. A przecież dylematy mamy te same co ludzie w innych krajach - mówi Karolina Domagalska, dziennikarka, autorka książki ?Nie przeproszę, że urodziłam? z reportażami o rodzinach in vitro.

MATKI

Na początek historia z twojej książki: Polska, 42-letnia matka dwóch córek, po rozwodzie, zakochuje się po raz drugi, bierze ślub. Razem z nowym partnerem starają się bezskutecznie o dziecko. Po kilku nieudanych próbach lekarz sugeruje skorzystanie z komórki jajowej 20-letniej córki. Zabieg się udaje, matka zachodzi w ciążę, a potem rodzi bliźniaczki. Chociaż, biologicznie patrząc, są to dzieci jej córki. Uff...

- Trudne, prawda? A mimo to na miejscu nie wyczułam, żeby coś w tej rodzinie było nie tak. Dziewczyna, która biologicznie jest matką tych bliźniaczek, traktuje je po prostu jak młodsze siostry. Chociaż uważam, że w takich sytuacjach powinno się zapewnić opiekę psychologiczną. Klinika, która pomagała tej rodzinie, nie uznała tego za stosowne, i tak jest w większości klinik w Polsce. Wbrew pozorom to nie są jakieś bardzo rzadkie przypadki. Kolejka po komórki dawczyni jest długa, a dla bardzo wielu kobiet czas odgrywa kluczową rolę. Dlatego zwracają się do członkiń rodziny: sióstr, kuzynek czy córek.

I one są potem blisko dzieci, których nie urodziły, ale które mają ich geny. Biologicznie są ich dziećmi.

- Dlatego tak ważne są te badania psychologiczne. Na przykład w wypadku, kiedy dawczynią jest siostra, lepiej jest, kiedy ma już jakieś swoje dziecko, bo wtedy nie będzie szukać na siłę relacji z dzieckiem siostry. Jest to też o tyle bezpieczniejsze, że wie, czym jest posiadanie dziecka. Bo jeśli nie wie i za kilka lat urodzi swoje własne, jej podejście i uczucia mogą się zmienić. A przecież może stać się też tak, że będzie miała kłopoty z zajściem w ciążę albo nie będzie mogła znaleźć odpowiedniego partnera.

Kolejka po komórki dawczyni jest długa. Wielu kobiet zwraca się po pomoc do członkiń rodziny: sióstr, kuzynek czy córek (fot. Vladimir Pustovit / http://bit.ly/1AYs8Hs / CC BY / http://bit.ly/1mhaR6e)Kolejka po komórki dawczyni jest długa. Wielu kobiet zwraca się po pomoc do członkiń rodziny: sióstr, kuzynek czy córek (fot. Vladimir Pustovit / http://bit.ly/1AYs8Hs / CC BY / http://bit.ly/1mhaR6e)

W przypadku historii, którą przytaczasz w książce, sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Dawczyni komórek jest córką matki, ma 20 lat, w jej życiu wiele się może jeszcze wydarzyć. Nie wiadomo, jaki to będzie miało wpływ na jej relacje z resztą rodziny.

- Z tego właśnie powodu uważam, że w przypadku dawców wewnątrzrodzinnych konsultacje psychologiczne powinny trwać dłużej i obejmować całą rodzinę, bo to przecież zawsze jest sieć relacji. Biologicznie ta córka ma bowiem dziecko z partnerem swojej mamy. W Stanach na przykład ta relacja nosiłaby znamiona kazirodztwa. Opieka psychologa pozwala przygotować się na trudne pytania i wątpliwości, które mogą się pojawiać.

W Polsce właściwie nie ma takich dyskusji. U nas, jeśli rozmawia się o in vitro, to w kontekście światopoglądowych czy ideologicznych sporów. Albo wierzysz, że zarodek to już człowiek, albo nie. Nie ma tu miejsca na rozmowy.

- Właśnie dlatego napisałam tę książkę. Ten temat jest niezwykle skomplikowany. Stawia przed społeczeństwami mnóstwo dylematów, na nowo definiuje rodziny, relacje społeczne. Świat wciąż ma problem z uregulowaniem tego prawnie. Stąd też ludzie jeżdżą po całej Europie, bo w jednym kraju nie można legalnie wynająć surogatki, w innym brakuje dawców spermy, a w jeszcze innym dawstwo komórek rozrodczych jest całkowicie zabronione. Rozwój tej dziedziny ma niesamowite tempo, nawet badaczom nie wystarcza wyobraźni, żeby wszystko przewidzieć. W Polsce nikt o tym właściwie nie mówi. Ci, którzy korzystają z in vitro, boją się mówić głośno o swoich potrzebach, bo istnieje ryzyko, że za chwilę konserwatyści zabiorą im nawet to, co jest teraz. Jakakolwiek analiza, pytanie postawione metodzie in vitro, natychmiast stawia cię po stronie konserwatystów i daje im paliwo do walki z tą metoda. A cierpią na tym najbardziej pacjenci, czyli ludzie niepłodni, bo oni mogą pokazywać tylko twarz zwycięzcy. Publicznie nie mogą mówić o swoich wątpliwościach ani chwilach słabości.

Karolina Domagalska (fot. archiwum prywatne)Karolina Domagalska (fot. Alina Gajdamowicz)

A przecież ich nie brakuje. W twojej książce jest wiele historii zdesperowanych kobiet, które robią dosłownie wszystko, żeby mieć dziecko. Wydają oszczędności życia, tracą pracę, bo całe dnie spędzają w gabinetach lekarskich. Wpadają w depresje, chorują też fizycznie. Dlaczego są w stanie poświęcić tak wiele? Instynkt macierzyński?

- Myślę, że to znacznie więcej niż biologiczna potrzeba, bo nawet to, co wydaje nam się biologiczne, jest konstruowane społecznie. Oczywiście ludzie czują potrzebę, żeby przekazać geny i wychować dzieci, ale oprócz tego żyjemy w świecie, który wymaga od nas reprodukcji. Tak zostaliśmy zaprogramowani. Dlatego jedna z kobiet powiedziała mi, że chęć posiadania dziecka bardziej niż decyzję przypomina stan umysłu. Dzięki temu, że medycyna się tak rozwinęła, właściwie zawsze możemy znaleźć jakąś drogę: hormony, in vitro, dawcy, surogatki. Te wszystkie możliwości przynoszą ludziom spełnienie najgłębszych marzeń, ale też stanowią coś w rodzaju przymusu. Bo skoro chcesz mieć dziecko, a medycyna na to pozwala, to znaczy, że powinnaś spróbować. Postęp naukowy sprawia, że - do pewnego wieku - można właściwie próbować w nieskończoność. Niektóre kobiety mówiły mi, że to jest przekleństwo. Trudno jest zrezygnować po kilku latach nieudanych prób, bo w głowie zawsze pojawia się pytanie: A co by było, gdybym spróbowała jeszcze raz i teraz właśnie by się udało? Trudno sobie odpuścić. Ludzie są tak przepełnieni nadzieją, że zderzeni z szansą dawaną przez medycynę są właściwie bezbronni.

Ale też, o czym piszesz w książce, wywalczają sobie prawo do posiadania dzieci niezależnie od sytuacji społecznej. Na Zachodzie istnieje dziś coś, co można nazwać nowym modelem rodziny, tzw. solo mamy, czyli samotne matki z wyboru.

- To kobiety, które nie znalazły partnera, z którym mogłyby mieć dzieci, ale nie chcą rezygnować z macierzyństwa. W niektórych krajach, nawet tych bardzo liberalnych, nie mogą skorzystać z państwowej inseminacji lub in vitro, bo dostępne są one tylko dla par albo małżeństw. Ale jeśli tylko mają pieniądze, mogą pojechać zagranicę, kupić nasienie dawcy i skorzystać z kliniki.

OJCOWIE

Jak się wybiera ojca dla swoich dzieci?

- W duńskim Cryosie, największym banku spermy w Europie (nasienie stamtąd zamawiają też polskie kliniki), kobietom oferuje się bardzo rozbudowany profil dawcy. Są zdjęcia dawcy z dzieciństwa, jego hobby, wykształcenie, zainteresowania, nagrana przez niego wiadomość głosowa, wyniki badań inteligencji emocjonalnej. To często tak szczegółowa analiza osobowości, że odkrywa rzeczy, których pewnie czasem nie wiemy nawet o swoich bliskich. Na forach internetowych można sprawdzić czy dany dawca ma już jakieś dzieci, ile ich jest.

Wszystko po to, żeby wybrać idealnego ojca?

- Ten aspekt ma znaczenie, ale dla wielu matek bardzo ważne jest też nadanie temu medycznemu procesowi przynajmniej jakichś pozorów zwykłego życia. Jedna z bohaterek książki powiedziała na przykład, że wybierała dawcę, z którym mogłaby się potencjalnie spotkać. Był od niej 20 lat młodszy, ale chodziło o sam fakt, że to mężczyzna, który jej się podoba i teoretycznie mogłaby mieć z nim dziecko. Dla wielu kobiet ważne jest też to, żeby móc coś potem opowiedzieć dziecku o ojcu. Ale są też pary - szczególnie te heteroseksualne, gdzie mężczyzna jest bezpłodny - które chcą wiedzieć jak najmniej. Sprawdzają tylko zgodność grupy krwi, kolor włosów, i to wszystko. Obecność dawcy w życiu rodziny zaburzałaby ich relacje. Rozmawiałam z kobietą, która mówiła, że oglądając profile dawców, czuła się, jakby zdradzała własnego męża. Te pary często decydują się na zachowanie prawdy o ojcu biologicznym w tajemnicy.

Dzieci z in vitro, konferencja naukowo-medyczna na temt in vitro w Białymstoku, 2012 rok (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)Dzieci z in vitro, konferencja naukowo-medyczna na temat in vitro w Białymstoku, 2012 rok (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Dawcy nasienia to tacy cisi bohaterowie całego procesu. Rzadko ktokolwiek o nich mówi. Ot, studenci, którzy chcieli trochę dorobić i zgłosili się do banku spermy.

- Motywacje są bardzo różne. Dla części z nich to aspekt finansowy, ale są też inne powody: chęć pomocy albo zostawienia po sobie jakiegoś śladu. Jeden z moich rozmówców mówi wprost, że cieszy go to, że po świecie może chodzić tyle jego dzieci, a jego matka uważała, że to cudownie, że ich biologiczna rodzina będzie taka wielka. Z drugiej strony, kilku moich rozmówców przyznawało, że moment, w którym sobie uświadomili, że na świecie może żyć teoretycznie setka ich dzieci, był absolutnie przerażający.

Setka?!

- W Europie teoretycznie obowiązują limity, na przykład w Danii spermę jednego dawcy można przekazać maksymalnie 12 matkom. Ale często jest tak, że nikt nie reguluje sprzedaży materiału od dawcy do innych państw, więc w praktyce to jest niekontrolowane. Kiedy to dociera do dawców, często po latach, bywają tą myślą sparaliżowani.

Mimo że prawie na pewno nigdy tych dzieci nie poznają?

- Praca nad tą książką pokazała mi, jak bardzo jesteśmy osadzeni wszyscy w genetyfikcji życia. Na ludzi to bardzo działa. Jeśli usłyszą, że jakaś część ich DNA może przejść na dziecko, nawet podświadomie, ale będą to doceniali. Ostatnio w Wielkiej Brytanii przegłosowano tzw. wymiany mitochondrialne. W zamyśle ma to chronić przed chorobą mitochondrialną, dosyć rzadką, ale niebezpieczną. Ta sprawa ma jeszcze inny aspekt, w takiej sytuacji dziecko, biologicznie, ma troje rodziców. Oczywiście formalnie rzecz biorąc, udział trzeciego rodzica jest minimalny - dziecko nie będzie miało jego cech wyglądu itd. Specjaliści mówią, że w przyszłości z tego rozwiązania chętnie będą korzystały lesbijki, bo to jedyna szansa na to, żeby dziecko było naprawdę „dwóch matek”. Nie będzie tego widać w oczach ani rysach twarzy, ale sama świadomość udziału biologicznego w powstaniu dziecka jest dla wielu ludzi ogromnie ważna. W Izraelu rozmawiałam z rodziną dwóch gejów, którzy skorzystali z komórek jajowych swoich sióstr, aby dzieci były z nimi spokrewnione jak najbliżej genetycznie.

Robot służący do zapładniania in vitro, klinika leczenia niepłodności w Katowicach (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)Robot służący do zapładniania in vitro, klinika leczenia niepłodności w Katowicach (fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Piszesz też o historii holenderskiej pary, w której - wobec bezpłodności męża - para zdecydowała się na skorzystanie z nasienia jego ojca. Formalnie jest więc dziadkiem ich dzieci, chociaż biologicznie ich ojcem. Nie bali się psychicznych konotacji takiej relacji?

- Ta rodzina bardzo mocno stawiała na otwartość. Tłumaczyli swojej córce, odpowiednim do wieku językiem, że musieli „wziąć komórkę” od dziadka. Oni głęboko to przemyśleli, mieli poukładane w głowach odpowiedzi na różne pytania, które mogą się pojawić. Jedyny moment, kiedy poczułam, że ta sytuacja może być też dla nich trudna, był wtedy, gdy matka opowiadała o inseminacji. Płakała na wspomnienie tej fizycznej konieczności wstrzyknięcia nasienia swojego teścia. Psycholodzy zauważają, że w takich sytuacjach, chociaż sprawa jest medyczna, kazirodcze tabu sprawia, że dla ludzi to może być psychicznie trudne.

Z jednej strony ludzie nie mają problemu ze skorzystaniem z anonimowego dawcy i zapłodnieniem w eleganckiej klinice, z drugiej tak bardzo liczy się dla nich, kto jest biologicznym rodzicem? Nie dziwi cię ta sprzeczność?

- Wielu osobom wydaje się, że najważniejsza jest relacja społeczna, miłość, wychowywanie, a geny są nieistotne. Ale kiedy mówimy o prawach dzieci, geny nagle stają się bardzo ważne. To perspektywa, która nam umyka. W Polsce nie mówi się o tym wcale, ale i na świecie do niedawna nikt nie widział problemu. Wydaje się, że największym szczęściem jest to, że para ma dziecko. Przez wiele lat nikt nie myślał o tym, co czuje takie dziecko, czego potrzebuje.

Jedna z bohaterek twojej książki mówi o szantażu emocjonalnym: „Musisz się z tym pogodzić, bo to była jedyna metoda, żebyś pojawiła się na świecie. Wiem, że cierpisz, ale gdyby nie to, nigdy byś się nie urodziła”.

- To nadal jest częsty argument obrońców anonimowości dawców. Dzieci nazywają ten argument "długiem egzystencjalnym". Myślę, że to pokazuje bezradność rodziców. Nie wiedzą co odpowiedzieć dzieciom, które pytają dlaczego prawo dziecka do wiedzy na temat jego biologicznego pochodzenia nie jest tak ważne jak prawo rodzica do posiadania dziecka biologicznie spokrewnionego. Przecież skorzystanie z komórek dawcy oznacza, że bardzo nam zależy, aby chociaż jedno z rodziców miało z dzieckiem więź biologiczną. Ale trzeba też pamiętać, że wielu rodzicom, kiedy podejmowali decyzję o skorzystaniu z dawstwa, nikt nie powiedział, że to może być problemem. W Wielkiej Brytanii lekarze długo zalecali zachowanie tajemnicy, u nas zresztą robią to często do tej pory. Ci rodzice podejmowali tę decyzję w dobrej wierze.

Pikieta Nowej Prawicy pod kliniką leczenia niepłodności w Warszawie (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta) Pikieta Nowej Prawicy pod kliniką leczenia niepłodności w Warszawie (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Dzisiaj świadomość krzywdy, którą dzieciom może wyrządzić tajemnica, jest już powszechniejsza?

- Bardzo ważna jest tendencja odchodzenia od anonimowości. W Norwegii, Szwecji, Finlandii, Holandii, Wielkiej Brytanii, Austrii, Szwajcarii anonimowość dawców jest zabroniona. Pod koniec stycznia do tego grona dołączyły Niemcy. W Wielkiej Brytanii sytuację zmienił ruch dzieci, które nie znały swoich biologicznych ojców i głośno domagały się wiedzy o swoim pochodzeniu. I sobie ją wywalczyły. W tej okolicy Dania jest wyjątkiem, dawca może tam wybrać, czy chce być anonimowy czy nie. W Polsce i innych krajach bloku wschodniego sytuacja dalej pozwala na anonimowe dawstwo.

DZIECI

Skoro to o dzieci w tym wszystkim chodzi, nikt wcześniej nie pomyślał o tym, jakie to może mieć konsekwencje?

- Pierwsze dziecko powstałe dzięki in vitro urodziło się 37 lat temu. Dawstwo istniało już wcześniej, bo aby skorzystać z nasienia dawcy czasem wystarczy inseminacja. Ale na szerszą skalę zaczęto je stosować po wynalezieniu i spopularyzowaniu in vitro. Sytuacja praw dzieci pokazuje, że rozwój medycyny reprodukcyjnej nabrał tak szybkiego tempa, że prawo, etyka, społeczeństwa zwyczajnie nie nadążają. Z dzisiejszej perspektywy to rzeczywiście dziwne, że można było pominąć perspektywę dzieci. Dopiero od kilku lat zaczyna to być istotne. Z jednej strony wciąż mamy takie kraje jak Polska, gdzie panuje przekonanie, że dziecko nie powinno wiedzieć a z drugiej internet, w którym ogranizacje takie jak Donor Sibling Registry pomagają odnaleźć dzieciom ich biologicznych ojców albo rodzeństwo, w tym wypadku nazywane często "dawceństwem".

Dlaczego to dla nich takie ważne? We współczesnym świecie żyje przecież masa dzieci, które wychowują się bez ojców, często nigdy nawet nie miały okazji ich poznać.

- Myślę, że nikt, kto urodził się w tradycyjnej rodzinie, nie będzie w stanie tego pojąć. W sytuacji, o której mówisz, matka zawsze może coś dziecku o jego ojcu powiedzieć: jak go poznała, jak wyglądał, choćby kilka zdań, które można włożyć w puste miejsce. Dziecko potrzebuje wiedzieć cokolwiek o drugim rodzicu. Jego brak jest jak wielka dziura w osobowości i dzieci potrzebują ją czymś zasypać.

Kilka podstawowych faktów wystarczy, żeby to zrobić?

- Czasami ludzie poszukujący swoich korzeni sprawiają wrażenie jakby wpadli w obsesję. To są niezwykle silne emocje. A potem okazuje się, że wystarczy im krótka rozmowa przez telefon albo możliwość, żeby raz spotkać się na kawie. I już, wystarczy. Sama się dziwiłam: cała ta aktywność, często wieloletnie poszukiwania, tylko po to, żeby raz się zobaczyć? Ale właśnie o to chodzi: zobaczysz gesty, twarz, usłyszysz głos i problem, który masz w sobie, może zniknąć. Część dzieci, które były okłamywane i dopiero po jakimś czasie dowiedziały się, że ich ojcem jest dawca, ma problemy tożsamościowe, wpada w depresje, bo to rujnuje całe ich postrzeganie świata. Dlatego dziś, w krajach gdzie anonimowość jest zabroniona, rodzice są szkoleni z tego, jak i kiedy mówić dzieciom o ich pochodzeniu. Solo mamy same aktywnie szukają kontaktu z rodzinami dzieci tego samego dawcy, bo wychodzą z założenia, że nie mają prawa pozbawiać dziecka całej gałęzi genealogicznej ze strony ojca. Zamiast babci i dziadka te dzieci mają więc na przykład trzydzieścioro rodzeństwa, które mogą na przykład odwiedzić w czasie wakacji.

Zapłodnienie in vitro w klinice leczenia niepłodności (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)Zapłodnienie in vitro w klinice leczenia niepłodności (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Dziś dawcy muszą liczyć się z tym, że kiedyś staną przed nimi dzieci, o których nie mieli pojęcia?

- W większości krajów jest tak, że dziecko może skontaktować się z dawcą po ukończeniu 18. roku życia. Gorzej z tymi, którzy urodzili się przed zmianami w prawie. W Wielkiej Brytanii do 1991 roku nie było obowiązku archiwizowania jakichkolwiek dokumentów. Kliniki je niszczyły, wyrzucały na śmietnik albo gdzieś gubiły i dziś są tysiące dzieci, które nie mają żadnych szans odnaleźć swoich ojców.

Chyba że, jak w opisywanej przez ciebie historii dawcy, ojciec zgłosi się sam.

- Andy, bohater tej historii, zobaczył w telewizji dokument o dzieciach, które szukają dawcy  i stwierdził, że jeśli jest sprawcą tylu ludzkich nieszczęść, to jest gotów spotkać się ze wszystkimi, którzy się zgłoszą. Zapisał się do rejestru dawców i dzieci dawców, które urodziły się przed 1991 rokiem, gdzie zdeponował swój materiał genetyczny. Jeśli jego biologiczne dzieci też tam trafią, być może kiedyś wykonają do niego telefon albo napiszą maila. Jego żona na myśl o tym dostaje zawału serca, i to też jest aspekt, o którym w kontekście dawców długo nikt nie mówił: przecież ci ludzie wchodzą potem w związki, mają swoje rodziny i te sytuacje mogą wrócić.

Kiedy słuchałaś tych wszystkich historii, nie miałaś wątpliwości, czy ten postęp medyczny jest na pewno dobry?

- Myślę, że nie wolno sprowadzać tego do kategorii: dobry lub zły. Medycyna reprodukcyjna po prostu jest. I nigdzie się nie wybiera. Tu nie ma łatwych odpowiedzi. Każdy kto się z nią styka jest zmuszony odpowiedzieć sobie na pytania fundamentalne, często do tej pory nie stawiane. W opracowaniach socjologicznych i antropologicznych pojawia się sformułowanie „moralni pionierzy”. To może trochę górnolotnie brzmi, ale uważam, że wszyscy, którzy stają teraz przed nowymi możliwościami reprodukcyjnymi, niezależnie od tego czy są to osoby niepłodne z powodów medycznych czy społecznych, biorą na siebie bardzo trudne zadanie, przecierają szlaki. I robią to w pewnym sensie za nas.

 

Książka do nabycia w promocyjnej cenie w formie e-booka na Publio.pl

"Nie przeproszę, że urodziłam", Karolina Domagalska (fot. materiały promocyjne)

 

Karolina Domagalska. Dziennikarka "Wysokich Obcasów". Autorka książki "Nie przeproszę, że urodziłam", z reportażami o rodzinach korzystających z metody in vitro. Studiowała etnologię na Uniwersytecie Warszawskim i Gender Studies w Central European University. Prywatnie mama.

Bartosz Janiszewski. Dziennikarz i scenarzysta. Przez wiele lat członek redakcji tygodnika "Newsweek", potem "Wprost". Pisze przede wszystkim reportaże i teksty społeczne. Laureat festiwalu scenarzystów Script Fiesta, nominowany do nagród Grand Press i MediaTory. Zakochany w Warszawie, zafascynowany podróżami, szczególnie Ameryką Południową.

Komentarze (264)
Zaloguj się
  • pt.nut

    Oceniono 182 razy 122

    Kto wedlug szanownych dyskutantow ma prawo oceniac i wyznaczac ramy ludzkich pragnien? Chyba tylko obecni tu medrcy i oczywiscie faceci w sukienkach... ja sie nie podejmuje i szanuje ludzkie wybory. Znam dzieci poczete metoda In Vitro i nie widze roznic w ich czlowieczenstwie.

  • popijajac_piwo

    Oceniono 199 razy 97

    Każdemu kto jest przeciwko in virto proponuję odebrać dziecko (jeśli ma) albo wysterylizować (jeśli nie ma). A potem pogadamy...

  • aurita

    Oceniono 138 razy 96

    dzieci narodzone z pragnienia:) Jestem mama takiego dziecka. Dumna mama :) Jak dobrze, ze nikogo nie sluchalam i jestes coreczko;poprostu JESTES!!!

  • saammm

    Oceniono 114 razy 86

    /Brawo, nareszcie racjonalne i szerokie spojrzenie na ten niełatwy temat. Jest nadzieja że takie podejście do tematu wzbudzi coś, o co trudno w naszym podzielonym kraju- dyskusję, zamiast pyskówek. Przy okazji spojrzałem na zdjęcie ojca z dzieckiem trzymającym hasło "stop in vitro". Nie wiem czy ten człowiek zdawał sobie sprawę jak było to okrutne i raniące osoby które w "naturalny" sposób dzieci mieć nie mogą, To było wręcz naigrawanie się z cudzego nieszczęścia. Ale jak wiadomo- syty głodnego nie zrozumie...

  • the-only-baca

    Oceniono 70 razy 46

    dzieci to największy skarb! mam wielkie szczescie, ze jestem Tatą :-) Nigdy nikogo nie opluwałem z powodu in vitro, całym sercem jestem za ta metodą. Szkoda tylko, że u nas tak wiele się plecie bzdur i tyle jadu leje z ust duchownych i prawicowych wariatów!

  • boobooo

    Oceniono 93 razy 39

    Dla mnie temat mocno naciagany. 90% dzieci in vitro to dzieci par damsko meskich z problemami zajscia w ciaze. A jesli chodzi o niezgodnosc genetyczna, to podobno 40% ojcow nie jest biologicznymi ojcamu w "normalnych" rodzinach

  • zomzom

    Oceniono 77 razy 35

    Jeden z ciekawszych wywiadów. Z chęcią całą książkę przeczytam. Osobiście mierzi mnie nieco in-vitro (nie chciałabym z tego korzystać), ale właśnie wielowymiarowość tego problemu jest fascynująca i pokazuje, że można sobie własne zdanie czasem wsadzić w kieszeń.

    Pewnie będzie pełno jadowitych bezmyślnych komentarzy, a mam wrażenie, że też o tym jest ten wywiad - by myśleć, by rozpatrywać coś z wielu aspektów, by dodać nieco relatywizmu, nie zamykać się, nie oczekiwać, że wszyscy będą myśleć identycznie jak my.

  • rosencoff

    Oceniono 67 razy 29

    in vitro nie invitro, co za różnica, ważny skutek. dzietność jest polsce potrzebna jak tlen.

  • lob1

    Oceniono 36 razy 24

    Jak czytam te negatywne wypowiedzi,to serce mi się ściska ,ile w tych ludziach jadu i obłudy.Byle dopiec,byle komuś podstawić świnię.Tym jadem można by uleczyć miliony ludzi chorych na stawy i kręgosłup..

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX