Ewa Błaszczyk z córką Marianną na Santorini

Ewa Błaszczyk z córką Marianną na Santorini (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)

wywiad gazeta.pl

Ewa Błaszczyk: Nie chcę mieć etykietki osoby pełnej rozpaczy i cierpienia

Aktorka po przejściach. W 2000 roku zmarł jej mąż, Jacek Janczarski. 100 dni później jedna z córek zakrztusiła się tabletką. Odratowano ją, ale dotąd pozostaje w śpiączce. Ewa Błaszczyk założyła Fundację "Akogo?" i wybudowała klinikę Budzik dla dzieci w komie. Wybudziło się w niej już kilkunastu pacjentów. Ostatnio ze śpiączki wyszło troje nastolatków. Wbrew życiowym przeciwnościom Ewa Błaszczyk tryska energią. Właśnie ukazała się jej książka pt. "Lubię żyć".

W książce przytaczasz modlitwę Ryszarda Riedla „Pozwól mi spróbować jeszcze raz”. Naprawdę chciałabyś żyć po raz drugi?

- Tak. Dlatego zrobiłam recital o tym tytule. Jestem po prostu kretyńską entuzjastką życia.

Dlaczego? Zawsze myślałam, że po tym wszystkim, co ci się zdarzyło, wcale tego życia nie lubisz.

- Co ty mówisz?! Życie bardzo mi się podoba. Podoba mi się wszystko to, co żyje, to, co mnie kreuje, to, co się rozwija. Śmiech, ironia, cierpienie, wszystko.

A choroba twojej córki Oli?

- Tutaj jest gorzej. Muszę z tego cierpienia wyjść, postarać się przynajmniej. Ale to marny temat. Dotknęłaś tutaj czegoś bardzo trudnego, bo do dziś nie mogę się z wypadkiem Oli uporać. Puchnę, gdy o nim myślę.

I wyjesz w łazience?

- Tak. Zamykam się i płaczę, żeby nie obciążać nikogo tym, co czuję. Ale kocham moją córkę i tyle.

Ewa Błaszczyk (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)Spektakl Ewy Błaszczyk w Teatrze Studio (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Lubię twoje opowieści o Oli sprzed jej choroby. Była świetną dziewczynką.

- Łobuziakiem.

Już mając sześć lat, uwodziła chłopaków.

- Tak. I skutecznie ich zaczepiała.

Bałaś się, co z niej wyrośnie?

- Nie. Ciekawiło mnie to.

Mania, twoja druga córka, jest zupełnie inna?

- Nie wiem, jaka by była teraz Ola. Mania jest fajna, podoba mi się.

Gdybyś mogła spróbować jeszcze raz, czego byś chciała uniknąć? Kredytu we frankach?

- Tu byłam mądrzejsza. Namawiano mnie na taki kredyt, ale powiedziałam, że w życiu nie wezmę tego, czego nie jestem w stanie ogarnąć wyobraźnią. Mogę wziąć kredyt w złotówkach, ponieważ wiem, ile muszę pracować, aby spłacać raty. I znam ich wysokość. No i wzięłam kredyt w złotówkach, co wydaje mi się uczciwe. Bo ja muszę żyć przewidywalnie. Przynajmniej na tyle, na ile mogę. Tyle się działo i dzieje niespodziewanie, że cała reszta musi być uporządkowana. Wszystko, co się daje oporządzić, należy gospodarsko poukładać. Muszę liczyć się np. ze swoim zdrowiem, i to prawdziwy problem, ponieważ nie wiem, co się z nim stanie jutro, za rok czy za pięć lat. A wiem, że muszę funkcjonować. Gdybym miała zatkany przepływ w aorcie do mózgu, to wiedziałabym, że grozi mi udar. A gdybym dostała udaru, to kto za mnie to wszystko dalej pociągnie, to całe moje życie?

Sprawdziłaś więc, masz dobry przepływ?

- Jeszcze tego nie zbadałam, ale wkrótce to zrobię. Za to miałam rezonans kręgosłupa i jadę do Solca-Zdroju na rehabilitację. Cały czas sprzątam, zamiatam, ogarniam siebie, żeby mnie starczyło na kawałek dalej.

A przy tym wszystkim mam apetyt na życie. Naprawdę. I żyję, bo lubię. Tytuł książki jest adekwatny do moich uczuć.

Ewa Błaszczyk w ogrodzie (fot. archwium prywatne Ewy Błaszczyk)Ewa Błaszczyk w ogrodzie (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)

Kiedy miałaś 20 lat, jak myślałaś o swoim życiu?

- (chwila milczenia) Podobnie myślałam. Żeby się rozwijać, żeby nie stanąć w miejscu, żeby poznawać ciągle coś nowego i żeby sobie z tym dawać radę.

A teraz myślisz, że coś zaprzepaściłaś?

- Nie. Przecież to wszystko, co się zdarzyło, nie zależało ode mnie, nie miałam na to żadnego wpływu, ale to ja muszę się z tym uporać i rozwijać się nadal.

To znaczy?

- Nigdy sobie nie zadawałam takiego pytania. To się dzieje jakoś tak samo, życie mi samo podpowiada, co robić. Po prostu ma być postęp, kolejny projekt, kolejna kreacja. Ciągle wytyczam sobie jakieś cele. Jestem zadaniowcem.

Zamknęłaś się pomiędzy domem, gdzie za ścianą leży Ola, od ponad 14 lat w śpiączce, a kliniką Budzik, gdzie królową jest koma. Oczywiście jest twoja praca, teatr, recitale, ale tak naprawdę pozbawiłaś sama siebie prawa do własnego życia. Żyjesz bez miłości. Wspominasz na marginesie o swojej samotności, ale przecież to twój wybór.

- To bardzo trudny temat, bardzo intymny. Nie zamykam swojego życia na klucz, to nie tak, jak sądzisz. Zawsze powtarzam, że nie wymyśliłam sobie tego zamknięcia, ale coś musi mnie zakręcić. Ktoś musi mnie zakręcić. Nie mogę kłamać tylko dlatego, żeby się z kimś związać. Ja z takim kłamstwem zwiędnę. Nie należę do kobiet, które mogą żyć w czymś fałszywym. Zamęczyłabym się.

Ewa Błaszczyk z mamą Klimą i córką Olą Ewa Błaszczyk z mamą Klimą i córką (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)

Często myślisz o swoim mężu, Jacku Janczarskim? Umarł już 15 lat temu.

- Często. Był taki okres, kiedy nie mogłam, nie chciałam, ale ostatnio myślę o nim chętnie, miło, miękko. Tak czule.

Przedtem złościłaś się, że umarł, wymyślałaś mu?

- Nie, nigdy. Nigdy nie miałam do niego o to pretensji, ani do losu, ani do Boga. Jestem pozbawiona takich złych uczuć, takiej wściekłości. Uważam, że we wszystkim jest jakaś harmonia. Nawet w tym, co jest dotkliwe, niedobre. I każdy jest tu ofiarą, bo przecież Jacek chciał dalej żyć, wiem o tym. Wiem, jakie miał plany, nie było w nich śmierci. No to, do cholery, jak ja mogę mieć do niego żal! To byłoby strasznie małe i bez sensu.

Rozmawiasz z Jackiem? Odpowiada ci na twoje pytania?

- Mówię mu, że jednak było za krótko, że jednak się nie dopełniło. I jest w tym jakiś rodzaj skowytu. Ale wiem, że muszę to w sobie ugłaskać, uklepać i przykryć dobrymi emocjami. Że trzeba mieć w sobie światło. I tylko w ten sposób możemy sięgać po coś następnego. To, co było, nie może ciągnąć się za nami.

Osiągnęłaś już ten stan?

- Chyba tak, chyba właśnie jestem w takim momencie, o którym wiem, że w nim nastąpi jakaś zmiana, chociaż jeszcze po nic nie sięgnęłam. Od jakiegoś czasu czuję, że się napełniam jakąś harmonią, że nie będę przed niczym uciekać.

W książce wspomniałaś o swoim poprzednim związku z Jackiem Bromskim. Czemu się rozwiodłaś?

- Nie rozwiodłam się, bo nie byliśmy małżeństwem. Ja z nim tylko po prostu spędzałam czas.

Spędzałaś czas parę lat?

- Tak, ale małżeństwo miałam jedno w życiu. I tak powinno być.

Jaki mężczyzna byłby w stanie cię przyciągnąć, zafascynować?

- Taki, któremu o coś chodzi, który ma jakąś pasję i kreatywność, który ma dystans, poczucie humoru i inteligencję - to przecież oczywiste. I tę jasność, którą rozumiem jako przyzwolenie na życie, który lubi żyć i rozumie moje lubienie.

Gdyby miał to wszystko, po prostu nie mogłabym go ominąć. Ale czas mija, a ja nikogo takiego nie spotkałam.

I boisz się tego mijającego czasu?

- Nie. Nie boję się, uwielbiam twarze starych ludzi.

A własną, którą poryją zmarszczki?

- A wiesz, że mam to kompletnie w dupie? Mnie nakręca tylko siła i wola życia.

Nie jesteś typem płaczki?

- Nie, mam w sobie akceptację tego, co się dzieje wokół mnie, i zawsze to miałam. Taki gaz, żeby się działo, działo, działo. Dla mnie największą karą jest bezradność, która blokuje działanie i kreowanie czegoś nowego. To potworna kara, z którą nic nie można zrobić. Czas płynie, a ja się męczę.

Ślub Ewy i Jacka Janczarskiego, 1986 r. (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)Ślub Ewy i Jacka Janczarskiego, 1986 r. (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)

Byłaś bezradna, kiedy Ola zakrztusiła się tabletką, więc wiesz, jak to jest.

- Ale od razu zaczęłam działać. Wściekłam się na tyle, żeby nie czekać, aż ktoś coś zrobi za mnie, bo nie zrobi.

Jesteś cholernie silna. Przetrzymałaś to wszystko.

- Nie wiem, jestem też bardzo krucha. Ale nie mogę dopuścić, żeby jakaś klątwa, muł mnie oblepiły. Staram się poruszać po świecie na powierzchni ziemi, nie zapadając się po biodra w bagno. Bo i tak potrzebuję do każdego kroku dziesięć razy więcej energii niż w takim normalnym życiu. Pomyśl, jak to jest - budzisz się i musisz dzwonić od razu w piętnaście miejsc, a nikt nie odbiera albo jest niegrzeczny. Bo chcesz załatwić coś, co go wyrwie z leniwego poranka.

A on akurat chce wypić spokojnie kawę. Nie uodporniłaś się jeszcze na to?

- Nie narzekam nawet. Ja tylko o tym wspominam. Informuję, że coś takiego ma miejsce.

Przekopałaś jednak ten tunel, Budzik powstał.

- Powstał, jest, ale drugi raz bym już tego nie przerobiła.

Jakbyś musiała, tobyś przerobiła. Gdy się ten pierwszy chłopiec wybudził - euforia?

- Ja się tego spodziewałam, wiedziałam, że to nastąpi, i nie jest to żadnym cudem, to tylko praca. Oczywiście bardzo się cieszyłam, największą nagrodą dla mnie było spojrzenie w oczy matce, bo nie ma słów, które oddałyby to, co się w takim momencie czuje.

Nie zazdrościłaś, że jej dziecko wyszło ze śpiączki, a twoja córka nie?

- Nie myślę o tym w ten sposób, mam wrażenie, że to Ola nadała sens tej beznadziei, wykonała taką robotę dla tysięcy dzieci. Przecież gdyby nie jej wypadek, Budzika by nie było. Nawet nie wiedziałabym, że istnieje taki problem.

Opowiadasz jej o Budziku, rozumie coś?

- Opowiadam, ale naprawdę nie wiem, co jest w stanie z tego pojąć. Podejrzewam, że ma jakąś minimalną świadomość tego, co się dzieje. Czasem się śmieje do swoich myśli. Może rozumie więcej, niż nam się zdaje? Teraz będziemy diagnozować jej możliwości. Stajemy na rzęsach, żeby utrzymać ją w jak najlepszej formie, bo przecież nauka nie stoi w miejscu, medycyna się zmienia i kto wie, czy za pięć, dziesięć albo piętnaście lat nie będzie się można od Oli dowiedzieć, co do niej docierało, kiedy była w śpiączce.

Siostry: Ola i Marianna (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)Siostry: Ola i Marianna (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)

Cały czas więc masz nadzieję, myślisz o tym, co będzie za dwadzieścia lat.

- Jeszcze nie. Na razie myślę krócej, muszę zabezpieczyć Olę przed zapaleniem płuc, muszę zabezpieczyć ją przed innymi chorobami. Moje myśli nie wybiegają dalej niż na miesiąc, góra pół roku w przód.

Cały czas jesteś w centrum wydarzeń, działasz, grasz, piszesz, pokonujesz przeszkody, ale kiedy masz chwilę przerwy, zaczynasz się bać? Niełatwo okiełznać strach?

- Strach? Staram się go odsunąć, dać mu kopa, dlatego zrobiłam sobie badania, żeby wiedzieć, że nic mnie nie powali. A dopóki uważam, że ze mną wszystko w porządku, to mam w sobie jakąś nieustanną radość. Zrobiłam recital, który został fajnie przyjęty, Mania dostała się do Akademii Teatralnej, a ja się teraz wreszcie wyśpię. I jakoś wszystko robi się jasne. Nie boję się, a wręcz odwrotnie - sądzę, że mogłabym skoczyć przez ogień, nie robiąc sobie żadnej krzywdy.

Ale wracam do tego z uporem - kiedy wreszcie będziesz ważna dla siebie ty sama?

- Ja już się staję ważna, przepoczwarzam się, tylko muszę mieć pewność, że z Budzikiem będzie wszystko w porządku, wtedy będę miała przestrzeń dla siebie. Przez całą jesień miałam czas wypełniony do późnych godzin nocnych, aż padałam na łóżko i zasypiałam w minutę. A teraz już jest inaczej, jestem ja i jest Mania, jest rodzina, jest dom, jest Ola, no i praca oczywiście. Ale wszystko się dzieje bardziej w sferze osobistej i intymnej niż na zewnątrz.

Są jeszcze twoi rodzice.

- Są. Starzy, schorowani, ojciec ma osiemdziesiąt siedem lat, mama osiemdziesiąt pięć, co ma swoje konsekwencje. Muszę być przygotowana na wszystko i muszę o tym pamiętać.

Kiedy umarł Jacek, mama była przy tobie, bardzo ci pomagała. Teraz spłacasz ten dług?

- Wszyscy mi wtedy bardzo pomagali. A ja mam kapitał zgromadzony z dzieciństwa, który procentuje. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mamę i ojca zostawić samym sobie. Ten dług przychodzi spłacać w najmniej spodziewanych momentach. Mam próbę generalną recitalu, dzwoni mój brat, że mama o świcie doznała wylewu. Odwołać premierę, nie odwoływać? Przyjeżdża karetka i okazuje się, że to nie wylew, tylko zagęszczenie krwi, trzeba kroplówką ją rozrzedzić. Muszę szybko wszystko zorganizować, mama leży, jest kroplówka. Będzie dobrze. Wracam na próbę, mama dzwoni: Ale ja nie chciałam wam tego zrobić. No przecież wiem, że nie chciała. To zdarzyło się wczoraj.

Wierzysz w cud? W ten cud, o którym powiedział ci kiedyś profesor, dzięki któremu wpadłaś na pomysł Budzika?

- Nie wiem, w co wierzę. W naukę, w doświadczenie, w wiedzę. Ja tego w ogóle nie nazywam, przed wszystkim stawiam duży znak zapytania, bo nie wiem, czy to się dzieje na górze, czy z boku. Identyfikuję się z dobrą wolą, z walką i z dobrymi emocjami. To pomaga mi żyć. Ale fakty są faktami i z nimi nie ma dyskusji. Wiem tylko jedno - muszę być cierpliwa. Zazwyczaj jesteśmy niecierpliwi, tacy wymagający i tacy pyszni, że chcemy, by wszystko działało się od razu. Na pstryk. Pomyślisz i już to masz. A trzeba zainwestować dużo więcej myślenia, cierpienia, woli, żeby stało się to, czego chcemy.

Chyba cierpienia zainwestowałaś już dość.

- Nie wiem, nienawidzę czegoś takiego jak ocenianie. A jednocześnie jest ono tak bardzo ludzką cechą, że chętnie stawiamy innym stopnie. Robimy sobie tym straszną krzywdę. Nie oczekiwać, nie molestować losu, nie męczyć siebie, tylko puścić życie luzem - panta rei, niech sobie płynie, niech się bełta. Nie zmieniać biegu, tylko go obserwować i pilnować. Popatrz, ile w tym wolności i światła. Od mojego kolegi Rolanda nauczyłam się już dawno temu nie szukać niczyjej winy za coś, co się w życiu wydarzy, a najmniej w sobie. Nie pomyślałam więc nigdy, że to ja w czymś zawiniłam, bo właśnie mnie to spotkało. Nigdy nie miałam takiego momentu ekspiacji. A z drugiej strony nie chcę rozkładać na czynniki pierwsze tego, co się stało. Bo to nic nie daje. Każdy mnie podejrzewa, że się buntowałam, zadawałam pytania, na które nie ma odpowiedzi. Otóż oświadczam ci, że nie było niczego takiego.

Nie wmówisz mi, że nie byłaś w depresji, w głębokim dole.

- Byłam.

Co się wydarzyło, że z niego wychodzisz?

- Nie zdarzyło się nic konkretnego. Tkwisz w jakiejś magmie, koledzy działają za ciebie, organizują, robią koncerty... Nie wiedziałam nawet, jak się nazywam, jak mam na imię, jaką mam płeć. W książce napisałam, że ktoś zawiesił kwiaty na furtce do mojego domu i ja dałam je córce gosposi, ponieważ do głowy mi nie przyszło, że one są dla mnie. Bo mnie nie było przecież. A potem nagle stopklatka - organizujemy fundację.

I wtedy zaczęłaś wracać?

- Nie określę ci dokładnie tej chwili, ale gdzieś zobaczyłam kafel - myśmy z Jackiem kiedyś kombinowali, że w naszym domu będzie kominek, bo ja nie znoszę zimna. I mówię sobie: O, kafel, nadawałby się do kominka. A zaraz potem druga myśl: zobaczyłaś kafel, coś zwykłego, codziennego. Przyszłam do domu i mówię: Pani Zdzisiu, od jutra robimy kominek. I za trzy dni już był, z tym kaflem właśnie. Sama siebie zdumiałam, bo co mnie obchodzi jakiś kominek, co mnie w ogóle obchodzi?

Otworzyłam się wtedy na życie po prostu i skupiłam się na nim, na jego harmonii, na tym, co jest wokół mnie, na Mani - drugiej córce.

Wyjazd z ekipą muzyczno- fundacyjną, Nowy Jork (fot. archwium prywatne Ewy Błaszczyk)Wyjazd z ekipą muzyczno- fundacyjną, Nowy Jork (fot. archiwum prywatne Ewy Błaszczyk)

Popadłaś w nadopiekuńczość, lęk, sprawdzanie, gdzie jest i co robi?

- Był taki moment, że żądałam telefonu od każdego, kto chciał Manię podwieźć swoim samochodem dwieście metrów. Musieli zadzwonić do mnie, żeby zapytać o zgodę. Aż wsiadłyśmy w samolot i poleciałyśmy na grecką wyspę i wyleczyłam się z tego lęku. Przez lata Mania nie chciała psychologa, pewnego dnia jednak mówi do mnie: Chcę iść do terapeuty. A za chwilę: Nie, nie pójdę do niego, bo muszę zdać maturę, a jak teraz wszystko w sobie rozgrzebię, to się rozlecę na kawałki. Nie zadawałam jej głupich pytań. Szanuję Manię i jej uczucia, ona jest skryta, albo coś mówi, albo czegoś nie powie i już.

Jak to robisz, że przy tych wszystkich obowiązkach możesz ciągle grać? Zawód aktora nie znosi połowiczności.

- Jak? Przestawiam wajchę. Granie to wentyl, ratunek, wytchnienie i natchnienie. Przestawiam swoją energię na inne pole.

Stałaś się bardzo dojrzałą aktorką. I bardzo dobrą. Bo cierpienie wzbogaca, jakkolwiek cynicznie by to brzmiało?

- Mam teraz inną odwagę artystyczną. Nie ma rewirów zakazanych - czniam to, co ktoś powie, jak mnie oceni. Kiedyś byłam bardzo nieśmiała.

Rozśmieszyła mnie twoja anegdota o prof. Tadeuszu Łomnickim, którego unikałaś, bo ci tę nieśmiałość wypomniał. Wkurzyła go. Ale w końcu wyjął z kieszeni na wpół rozpuszczony cukierek czekoladowy i dał ci go, jakby na przeprosiny. Cudne.

- Już jako dojrzały człowiek, bardzo schorowany, z piersią pooraną by-passami, powiedział mi coś uroczego: Uśmiechaj się, jesteś taka czarująca, kiedy się uśmiechasz. Pamiętaj, ludzie tego potrzebują. Do dziś mam w uszach brzmienie jego głosu.

I uśmiechasz się?

- Ja teraz w ogóle inaczej żyję. Nie chcę mieć etykietki osoby, którą dotknął los, pełnej rozpaczy i cierpienia. Ze mną można pogadać, nawet o ciuchach. Lubię ładne ciało, dobry makijaż, dobre perfumy. Jestem estetką.

Twoja odwaga dotyczy nie tylko spraw artystycznych. Poruszyłaś w „Lubię żyć” wątek Basi Wrzesińskiej, poprzedniej żony Jacka. Byłyście przyjaciółkami. Zraniłaś ją?

- Tak. Czasem się spotykamy, np. na stulecie urodzin Czesława Janczarskiego, ojca Jacka. W zamku była uroczystość, a potem Baśka zrobiła bankiet, na który wszyscy przyszliśmy. Syn Basi i Jacka, Borys, teraz był na moim recitalu. Mam w Basi taką osobę, która dzwoni i mówi, że gdzieś tam były publikowane badania i żebym tę informację znalazła. To jest wzruszające i dojrzałe. Nie będę się tłumaczyć, ale to nie ja rozbiłam ich małżeństwo. Coś tam rozerwało się wcześniej. Jacek przede mną był przez rok z kimś innym. Koniec, kropka.

Ewa Błaszczyk podczas otwarcia nowych pokoi rehabilitacyjnych w Klinice Budzik  (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta) Ewa Błaszczyk podczas otwarcia nowych pokoi rehabilitacyjnych w Klinice Budzik (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Jaką jesteś teraz kobietą?

- A czy ja to mogę wiedzieć?

Możesz wiedzieć, czego cię życie nauczyło.

- To trudne pytanie: jaką jesteś teraz kobietą? Ale gdzie ta kobieta? Pan poeta, pan poeta, ale gdzie ta, ale gdzie ta.

Co cię najbardziej zaskoczyło w sobie samej?

- Nie zadaję sobie takich pytań w ogóle. Jedyne, co wiem o sobie, to że jak mam coś do zrobienia, to robię. Ustawiam to jakoś, rozwiązuję, dopasowuję klocki. Tyle, to o sobie wiem.

Ewa Błaszczyk „Lubię żyć”Ewa Błaszczyk „Lubię żyć” (fot. materiały promocyjne)

Książka do nabycia w promocyjnej cenie w formie e-booka na Publio.pl

 

Ewa Błaszczyk (ur. 1955 r.). Polska aktorka teatralna i filmowa, pieśniarka. Zadebiutowała jako studentka w 1977 r. na scenie Teatru Współczesnego w Warszawie. Film Wiesława Saniewskiego "Nadzór" przyniósł jej główną nagrodę aktorską na Festiwalu Filmów w Gdańsku. Szeroką popularność zdobyła dzięki podwójnej roli Kasi i Mariana w serialu "Zmiennicy" Stanisława Barei i stała się laureatką telewizyjnego "Wiktora" - nagrody publiczności. Poza rolami filmowymi i teatralnymi, ma na swoim koncie także m.in. występy w serialach, teatrach telewizji, programach muzycznych i rozrywkowych. Współzałożycielka i fundatorka istniejącej od 2002 r. organizacji „Akogo?”, która pomaga dzieciom w śpiączce. Fundacja ta wybudowała Klinikę Budzik - pierwszą w Polsce placówkę, w której leczone i rehabilitowane są dzieci po najcięższych urazach mózgu.

Krystyna Pytlakowska. Dziennikarka. W PRL-u pisała reportaże interwencyjne i aferalne. Od 18 lat w dwutygodniku „Viva!”, który współtworzyła. Specjalistka od wywiadów. Podwójna laureatka II nagrody w konkursie na wywiad prasowy im. Barbary Łopieńskiej. Autorka i współautorka kilku książek, m.in. „Zaczatowani”, „Żony o sławnych mężach”, „Obywatel i Małgorzata”. Trzeci mąż, jedna córka, jeden pies i trzy dzikie koty w ogródku.

Komentarze (32)
Zaloguj się
  • nuri71

    Oceniono 146 razy 132

    P.Ewo pozostaje pochylić głowę w uznaniu Pani wielkości. WIELKI SZACUNEK...

  • Lidia Niedorezo

    Oceniono 110 razy 96

    to, że Pani tyle zrobiła- dla córki, dla innych dzieci- budzi najgłębszy szacunek. A to, że nie jest Pani zgorzkniałą, przygniecioną przez los kobietą - podziw.

  • mejerewa

    Oceniono 109 razy 93

    Ewa Błaszczyk - aktorka, społecznica, twórczyni wielkiej rzeczy.
    Jakaż przepaść od Niej dzieli większość aktoreczek - gwiazdek - celebrytek, których największym problemem jest to, żeby zdobyć torebkę za 25 tysięcy, jakiej nie ma żadna inna gwiazdka na ściance.

  • vredzio

    Oceniono 65 razy 51

    ...dziwne...przy naprawdę dobrej rozmowie z naprawdę d o b r ą osobą, przeglądając naprawdę dobre zdjęcia, słuchaczy i komentatorów jak na lekarstwo.
    Przy wywiadach z nikomu nieznajomymi celebrytami i dziećmi resortowymi, i o tym jak to oni wdepnęli w g.......no, i jacy oni to biedni i nieszczęśliwi, z komentarzy poemat stworzyć można....
    Pani Ewo dziękuję za rozmowę...

  • zadrykoza

    Oceniono 40 razy 36

    Pani Ewo, jestem pewien że Pani córka kiedyś się wybudzi i będzie to dla Pani najszczęśliwszy dzień w życiu. Jeszcze wiele dobrego przed panią!

  • Piotr Dzierzawski

    Oceniono 31 razy 23

    tutaj chyba pasuje napis z yad vashem: "kto ratuje jedno zycie ratuje caly swiat."
    Pani Blaszczyk uratowala wiele swiatow. Jaki to dysonans pomiedzy takimi LUDZMI jak ONA a tymi co gonia za dobrami doczesnymi. warto sie nad soba zastanowic... dziekuje, ze jest ktos taki jak Pani.

  • latarnik88

    Oceniono 28 razy 22

    Wspaniała kobieta , ile w niej siły i hartu, nie tylko dla siebie i swoich najbliższych ale dla obcych ,potrzebujących pomocy. Gdyby takich ludzi było więcej , świat byłby doskonały.

  • robertcop

    Oceniono 22 razy 18

    Paradoksalnie gdyby nie choroba córki pani Ewy, pewnie nie powstała by klinika Budzik , która pomaga innym dzieciom w wyjściu ze śpiączki.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX