Krzysztof J. Łukasik

Krzysztof J. Łukasik (fot. archiwum prywatne)

im się udało

Krzysztof J. Łukasik: Nie jestem polskim projektantem, a po prostu projektantem

Miał być wykładowcą literatury francuskiej. Jednak projektuje akcesoria w Loewe, tradycyjnej hiszpańskiej marce, którą odmładza właśnie J.W. Anderson. 27-letni Krzysztof J. Łukasik robi tam wszystko, co jest mniejsze od torby, oraz rysuje przedmioty do domu. A nie jest to wcale początek jego międzynarodowych sukcesów.

Pod koniec września na paryskim Fashion Weeku Loewe pokaże pierwszą damską kolekcję, odkąd dyrektorem artystycznym marki został Jonathan W. Anderson. Jaka atmosfera w firmie?

- Rosną emocje. Ubrania, prawdę mówiąc, są jeszcze w rozsypce. W czerwcu pokazaliśmy pierwszą męską kolekcję, zanim była gotowa - zmieniała się kilka razy. Teraz to wygląda podobnie. Pracy jest mnóstwo, Jonathan, mówiąc nieco żartem, nie daje nam spać, nie daje nam żyć. Jeśli komuś wydaje się, że w modzie mało się pracuje, to musi zmienić zdanie.

Przypomnijmy. To ten projektant, który słynie ze spódnic dla facetów.

- To uproszczenie. Jego po prostu interesuje przekraczanie granic w modzie. Zastanawia się, jak mężczyzna będzie wyglądał w czymś skrojonym według damskich fasonów. Ostatnio pokazał męskie kombinezony inspirowane damską modą z lat 20. i 30. Jego rzeczy nie są łatwe, a jednak sprzedają się bardzo dobrze. Zresztą to bardzo ciekawy człowiek. Wymagający, ale wie, czego chce, nie kaprysi. Ma 29 lat i dużo osiągnięć - najpierw z własną marką, męska kolekcja dla Loewe też miała bardzo dobrą prasę. A to było trudne wyzwanie, bo Loewe jest hiszpańską firmą z tradycjami. Unowocześnianie jej to ryzyko utraty starych klientów, a tego, czy przyjdą nowi, przecież nie wiemy.

Krzysztof J. Łukasik (fot. archiwum prywatne)Krzysztof J. Łukasik (fot. archiwum prywatne)

Jak to się stało, że uczestniczysz w tym przedsięwzięciu?

- W lipcu zeszłego roku zobaczyłem ogłoszenie, że koncern LVMH, właściciel marki, poszukuje kogoś z podwójną - związaną z modą i designem - historią. Wysłałem więc portfolio. Wtedy nie było jeszcze wiadomo, że Jonathan zostanie dyrektorem artystycznym Loewe. Tym większe było moje zdziwienie, gdy któregoś dnia - jechałem akurat pociągiem - odebrałem telefon od Andersona. Okazało się, że przeglądał aplikacje i nie czekając aż przejdę wszystkie etapy rozmów o pracę w Loewe, zaproponował mi angaż w swojej marce. Nie przyjąłem jednak tej propozycji. Zdecydowały finanse. J.W. Anderson to dziewięć osób, małe studio w Londynie. Loewe to może nie gigant, w studiu pracuje nas około 30 osób, ale stoją za nim pieniądze LVMH. Czyli w praktyce możemy pozwolić sobie na wszystko. W tym roku przeniesiono siedzibę marki z Madrytu do Paryża, wkrótce będziemy mieć trzypiętrowe biuro na Saint-Germain-de-Prés. Ja mogę realizować wszystkie swoje pomysły.

Czyli?

- Najwięcej pracuję nad tym, co musi znaleźć się w każdej kolekcji i co się najlepiej sprzedaje, bo od tych stosunkowo niedrogich rzeczy zaczyna się kontakt klienta z marką. A więc spinki do krawatów, paski, portfele, breloczki do kluczy, oczywiście biżuteria - właściwie wszystko, co jest mniejsze od torby. Mamy już pierwszy sukces. Współprojektowana przeze mnie męska poszetka sprzedaje się lepiej niż torba Amazona, która od 60 lat była najważniejszym hitem Loewe. Z projektów długoterminowych, pracuję między innymi nad nową butelką perfum, to zajmie mi jeszcze wiele miesięcy.

Biżuteria dla Maison Martin MargielaBiżuteria dla Maison Martin Margiela

A wszystko zaczęło się od wagarów na placu Zbawiciela.

- Może raczej od czytania. Od dzieciństwa bardzo dużo czytałem, taki mieliśmy sposób spędzania wolnego czasu w rodzinie. Mama, prawniczka, zawsze brała na wakacje walizkę książek. Mnie zdarzało się nie czekać do wakacji i zamiast na lekcjach w Liceum im. Żmichowskiej, przesiadywałem w pobliskiej Coffee Karma i czytałem książki. Marzyłem, by w przyszłości wykładać literaturę francuską. Dlatego na studia pojechałem do Lyonu, na literaturoznawstwo. Lyon okazał się wspaniały. To piękne miejsce, wiodłem spokojne życie, jadłem pyszne rzeczy, piłem burgundzkie wina. Jednak po pierwszym roku poczułem, że czytanie to za mało. Zdałem więc do École nationale supérieure des beaux-arts. ASP w Lyonie to świetna szkoła, skoncentrowana na sztuce współczesnej.

Tak po prostu z literaturoznawstwa przeniosłeś się na ASP?

- Nie przeniosłem się, do poziomu licencjata łączyłem oba kierunki. A że akurat ASP? Kiedyś coś tam rysowałem do szuflady. Manualne zdolności odziedziczyłem po tacie. On - ekonomista - robił ręcznie wiele rzeczy, nawet szył na maszynie. Gdzieś więc miałem zakodowane te umiejętności. Od zawsze lubiłem też „rzeczy”. Lubię zastanawiać się, do czego służą przedmioty, przyglądać się im, sprawdzać, jak są skonstruowane, z czego zbudowane. Nie pamiętam ludzi, których spotkałem lata temu, a interesujące przedmioty sprzed dziesięciu lat - zawsze. Kiedy więc przyszło do wyboru specjalizacji, wybrałem design produit - kierunek skupiony na galeryjnej, eksperymentalnej, a nie masowej produkcji. Po licencjacie przeniosłem się do Lozanny, tamtejsza École cantonale d'art to jedna z najsłynniejszych szkół designu na świecie.

Projekty Krzysztofa J. ŁukasikaProjekty Krzysztofa J. Łukasika

Tam zrobiłeś dyplom, który przyniósł ci popularność w świecie designu. Zdaje się, że nie powstałby, gdyby nie literatura.

- To prawda. Przy moim łóżku zalegają otwarte grzbietem do góry książki. W tych, które noszę ze sobą, miejsce, gdzie skończyłem czytać, zaznaczam biletami, chusteczkami, pocztówkami, bywa, że dowodem osobistym. Wymyśliłem więc serię marmurowych zakładek do książek - takich, które mogą służyć jako ozdoba w pokoju, a przy okazji można tam odłożyć otwartą książkę. W przedmiocie interesuje mnie nie tylko jego uroda, ale też użytkowość. Projekt powstawał kilka lat, pierwsza zakładka była z marmuru burgundzkiego - tego samego, z którego budowano amfiteatry i świątynie rzymskie w okolicach Lyonu. Przy cmentarzu w Lyonie znalazłem kamieniarza, do niego jeżdżę pracować. Najpierw zrobiłem zakładkę do książki kieszonkowej, potem inne formaty - A5, album, dziennik „Le Monde”, wreszcie „New York Times”. Najmniejsza waży sześć kilo, największa - 48. I rzeczywiście, serią „ Pétrifications” zainteresowała się prasa. Pokazał je „ Wallpaper” w wydaniu poświęconym nowym talentom, był duży artykuł we „Frame”, wzmianki w „Elle Deco”, „Marie Claire Maison”. Wiosną ubiegłego roku na targach designu w Mediolanie wykorzystała je w swojej ekspozycji Vitra, a potem zdecydowała się pozostawić w stałej kolekcji w Vitra House.

Kolekcja PetrificationsKolekcja Petrifications

A ty tymczasem uciekłeś do świata mody. Jak to się stało?

- Nie, nie, w żadnym razie nie porzuciłem designu. Wciąż pracuję nad swoją następną marmurową serią - „Stratifications”. To są misy i coś w rodzaju stojaków na biurko zrobione z resztek marmuru. Marmur kupuje się w cienkich, kilkucentymetrowych płatach. Po wykrojeniu z nich na przykład nagrobka zostają ścinki za małe, by zrobić z nich następny nagrobek czy pomnik. Wykorzystuję je więc do swoich prac. Pierwsze prace z tej serii pokazałem w zeszłym roku na London Design Week, wkrótce, na paryskim tygodniu designu, zaprezentuję następne. Zaczynam pracę nad kolekcją lamp, w których światło będzie odbijać się od marmuru.

Co istotne, w Loewe, poza biżuterią i akcesoriami skórzanymi - te robię w zespole, mam jednoosobowy dział przedmiotów do domu. W listopadzie będzie w butikach moja kolekcja przedmiotów na biurko, w planach mamy kolekcję mebli.

Jednak pod szyldem marki kojarzonej z modą. Jak trafiłeś do mody?

- Przypadkiem. Pierwszy staż, na który pojechałem po pierwszym roku studiów w Lyonie, był w paryskim studiu, które robiło okulary dla Chloé. To było moje pierwsze zetknięcie z modą, poza krótkim epizodem w czasach szkolnych, gdy będąc na stażu w „Gazecie Wyborczej” tłumaczyłem z francuskiego artykuły o modzie. Kiedy po pierwszym roku w Lozannie wybieraliśmy staże, wysłałem portfolio do Maison Martin Margiela.

Kolekcja StratificationsKolekcja Stratifications

To już raczej nie był przypadek?

- Nie, nie. To już było marzenie. I spełniło się. Zaprosili mnie na rozmowę. Dostałem się na staż w dziele akcesoriów. Paryż, Belleville, ich słynna urządzona na biało siedziba, coś niebywałego. W tamtym czasie Maison Martin Margiela był dla mnie czymś nieosiągalnym, a sam Margiela był w jakimś sensie guru, niedoścignionym wzorem projektanta - postaci bez twarzy, którą identyfikuje się jedynie z jego kreacjami, a nie z nim samym. Fascynowała mnie jego twórczość, przetwarzanie istniejących przedmiotów, ubrań, nadawanie nowego kontekstu rzeczom wyciągniętym z życia codziennego.

Spotkałeś prawdziwego Margielę?

- Nie, jego już wtedy tam nie było. Za to miałem nieograniczony dostęp do archiwów. Spędzałem długie godziny, przeglądając dawne projekty, materiały, tkaniny. Szukanie źródeł, zastanawianie się, co skąd pochodzi - to jest dla mnie bardzo ciekawe. Zawsze zaczynam od poszukiwań historycznych. W zeszłym roku nawiązałem współpracę z francuskim producentem porcelany, zasłużonym, z tradycjami. Też spędziłem mnóstwo czasu, oglądając 150-letnie talerze, by dowiedzieć się, jakich kiedyś używano technik. Każda marka sprzedaje się przez historię, dzięki archiwalnym poszukiwaniom można ją sobie rozkodować, lepiej zrozumieć. Tak samo jest teraz w Loewe. Zanim przenieśliśmy się do Paryża, spędziłem kilka miesięcy w madryckich archiwach. Samo mieszkanie w Madrycie, przekonanie się, że w każdej bogatej rodzinie jest jakiś przedmiot Loewe, pomogło mi zrozumieć, nad czym pracuję. A dzięki przewertowaniu archiwum trafiłem na przykład na projekty mebli z lat 50. i 60., które powstawały we współpracy z wybitnymi architektami tamtej epoki. Chcemy niektóre z nich wykorzystać do zbudowania wokół nich nowych kolekcji.

Z tamtego stażu u Margieli coś wyniknęło?

- Kilkanaście moich projektów weszło do stałej kolekcji marki.

Nie starałeś się, by zostać tam na stałe?

Wtedy pracowałem już nad kolekcją zakładek, nie chciałem porzucać studiów. Moda zresztą do tej pory nie jest w centrum moich zainteresowań.

A co jest?

- Myślę, że poszukiwanie przedmiotów, które byłyby jednocześnie ładne i użyteczne. Projektując portfel, myślę oczywiście o tym, jak on się sprzeda - wiem, że w Chinach mężczyźni kupują tylko duże, w Europie nie potrzebują przegródki na monety, a w Stanach ciągle tak, więc dostosowuję się do tego - ale również o tym, żeby z tym, co wymyślę, ludziom żyło się po prostu wygodnie.

Jeden z projektów z kolekcji StratificationsJeden z projektów z kolekcji Stratifications

Mówisz, że każda marka opowiada jakąś historię. Jaką historię opowiada twoja marka - przedmioty sygnowane KJL?

- Najłatwiej jest odczytać „Pétrifications”. Te zakładki to na pewno wynik przecięcia dawnych marzeń o wykładaniu literatury z tym, czym ostatecznie się zająłem. Ta kolekcja opowiada moją historię osobistą. Inne? Raczej estetyczną. Pracując na co dzień z bardzo wieloma inspiracjami, w designie wybieram prostotę.

A Polska? Jest w nich obecna?

- Trudno powiedzieć. Jestem z Warszawy, stąd jest moja rodzina, mam tu znajomych, jakieś nostalgiczne przywiązanie. Natomiast estetycznie w dużej mierze ukształtowała mnie kultura francuska. Tutaj zacząłem interesować się wzornictwem. Nie przyjechałem do Francji za chlebem, tylko studiować, a potem pracować. Przyswoiłem sobie tę kulturę, styl życia. Niedawno, podczas przygotowań do polskiej wystawy na paryskim Design Week, organizatorzy - swoją drogą jest to belgijski magazyn "TL" - zapytali mnie, czy czuję się polskim projektantem. Nie, jednak po prostu projektantem. Nie wypieram się Polski, ale też nie afiszuję się z dumą z bycia Polakiem, nie lubię polskiego patriotyzmu spod znaku krzyża, wydaje mi się on nawet niebezpieczny. Po prostu jestem z Polski. Trzeba być skądś. We Francji podoba mi się, że nawet potrawy - wołowina, sery, wina - nazywają się tak jak miasta czy regiony, z których pochodzą. To jest wpisane w życiorys i już. Nawet jeśli oddalasz się od miejsca, to ono jakoś w tobie zostaje.

Jak już jesteśmy przy serze i winie... Lubiłeś Lyon za smakowanie życia. W Paryżu masz na to czas?

- W Paryżu jem kanapki za dziewięć euro w przerwie na lunch. Mamy teraz siedzibę w pobliżu Avenue Montaigne, a więc w najdroższej dzielnicy Paryża, wokół są atelier wszystkich najważniejszych domów mody. Tempo mojego życia bardzo przyspieszyło. Poza pracą w studiu raz na 10 dni jeżdżę do Madrytu, bo tam mamy produkcję wyrobów skórzanych. W czerwcu i lipcu co tydzień byłem we Florencji, bo tam produkujemy biżuterię. Ale lubię Paryż, mieszkam w przyjemnym miejscu, mam dużo znajomych, czuję się już prawie jak w domu.

Krzysztof J. Łukasik (fot. archiwum prywatne)Krzysztof J. Łukasik (fot. archiwum prywatne)

Wakacje?

- Kiedyś spędzałem je na południu Francji, mam tam jedno ulubione kamienne miasteczko. W tym roku jednocześnie z pracą w Loewe zacząłem coś w rodzaju kursu w Hermes. Co dwa lata ogłasza się tam konkursy dla projektantów i rzemieślników, w których nagrodą jest kilkumiesięczne szkolenie w jakiejś technice. Tym razem była to praca z drewnem. Dla mnie ekstremalnie ciekawe, bo nigdy wcześniej nie pracowałem z drewnem. Po pół roku wykładów, konferencji, warsztatów przyszedł czas na produkcję zaprojektowanego przedmiotu. Na to właśnie poświęcam swój urlop.

Co to za przedmiot?

- Powiem, jak będzie gotowy.

Czytasz jeszcze?

- Tak! Wciąż czasem zaczytuję się tak, że idę z książką po ulicy.

Ostatnie literackie fascynacje?

- W wyborze lektur, tak jak i w designie, mam różne okresy, wyraźne tendencje. Skończyłem właśnie piątą z rzędu powieść Joyce Carol Oates, którą szczerze uwielbiam. Swoją drogą Oates wykłada na Uniwersytecie Princeton, razem z inną moją ulubioną pisarką Toni Morrison. Czasem wyobrażam sobie ich spotkania na korytarzach czy w bibliotece uniwersyteckiej. W wakacje zwykle wybieram coś z klasyki, w tym roku padło na „Kłębowisko żmij” François Mauriaca. Teraz czytam zaskakującą książkę o relacjach i współzawodnictwie między Karlem Lagerfeldem a Yves'em Saint Laurentem „Beautiful people - YSL et Karl Lagerfeld, splendeur et misere de la mode” autorstwa Alicii Drake. Oprócz innych zaskoczeń można się z niej dowiedzieć, ile Lagerfeld ma lat.

 

Krzysztof J. Łukasik. Urodził się w 1987 roku w Warszawie, mieszka w Paryżu. Projektant przedmiotów użytkowych, akcesoriów, edytor magazynów, absolwent École nationale supérieure des beaux-arts w Lyonie, ECAL w Lozannie i Literaturoznawstwa na Université Lumiere Lyon II. Jego marmurowa zakładka do książek z serii Pétrifications jest w stałej kolekcji Vitra House. Od stycznia 2014 jest projektantem akcesoriów w domu mody Loewe.

Aleksandra Boćkowska. Freelancerka, dziennikarka, redaktorka i sekretarz redakcji w magazynie „Viva! Moda”. W lutym nakładem wydawnictwa Czarne ukaże się jej książka o modzie w PRL „To nie są moje wielbłądy”.

Komentarze (64)
Zaloguj się
  • eddiepolo25

    Oceniono 7 razy 3

    Czytam te komentarz i nasuwa mi się nieodparcie skojarzenie z klasyczną polską zawiścią.
    Dla mnie historia życia i kariery opowiedziana przez KŁ jest fantastycznym przykładem tego, że młode pokolenie Polaków wkracza w dorosłe życie bez kompleksów i zahamowań, które były udziałem ich rodziców. I czuje się w tej roli dobrze, wygrywa.
    .
    A że dla hejterów na tym forum najwyraźniej nie istnieje świat wielkiej mody, dizajnu, projektantów - cóż, może to właśnie ten kompleks zaścianka, mentalna niemoc wyjścia poza parafialne opłotki ich dotyka?...

  • Gość: Przerażony Gość

    Oceniono 4 razy 0

    Jestem przerażona komentarzami! Dlaczego nie potrafimy lub nie chcemy docenić, że komuś się wiedzie, ma talent i szczęście, które umie wykorzystać. Bardzo chciałabym być takim nieprzeciętnym człowiekiem! Życze panu Łukasikowi dalszych sukcesów a rodakom tolerancji i obiektywizmu.

  • golass

    Oceniono 3 razy 1

    ej, kochani, tak naprawde to nie chodzi o tego chlopca, tylko o sam fenomen luksusu w dzisiejszych czasach - to on jest odrzucajacy! a ten chlopiec swietnie owo zjawisko nie tylko rozgryzl, ale sie w nie wgryzl, tym samym odnoszac sukces, za ktory nalezy mu sie pochwala! mozna mu zarzucic, ze bezrefleksyjnie wdepnal w pewne subiektywnie zenujace konteksty, ale nie mozna miec pewnosci, ze nie robi tego wszystkiego z wyrachowaniem. taki swiat. aktualnie luksus to oderwanie od rzeczywistosci (projektuje sie zakladki zeby byly ladne i wygodne (sic!), wiec bez dzwigu nie przestawisz takiej na biurku), sztampowosc i konserwa przebrane za wyjatkowosc i geniusz (marmur koniecznie, bo "sie wie", ze to nie jakies "gowno", bizuteria tylko z florencji, bo "sie wie", ze cud zlotniczy to tylko stamtad), przyporzadkowanie zycia nie wlasnym, szczerym potrzebom, ale pewnej wizji, ktora wykreowali inni (idziemy czytajac w drogiej dzielnicy, wpadajac na zamoznych pieszych i oblewajac sie kawa za kilkanascie euro, delektujemy sie burgundami, bywamy w madrytach i mediolanach) itd. itp. w sumie zawsze tak bylo, tylko nieliczni potrafili (potrafia) nie dac sie przerobic "trendom"; w koncu luksus to nadmiar wspanialosci, pies pogrzebany jest zas tam, gdzie okresla sie, co wspanialoscia mialoby byc...

  • szakaraka

    Oceniono 10 razy 6

    Gość ma całkowitą rację, nie jest "polskim projektantem". Wyjechał w wieku 19 lat, dopiero we Francji zaczął edukację artystyczną, więc polski design jest mu obcy - zna francuski. Nawiasem gratuluję.

  • Gość: polski projektant - architekt

    Oceniono 13 razy 7

    ... albo ten tekst jest fatalnie napisany, albo ten facet jest jakiś "nie halo" - generalnie to gdzie ta sztuka??? bo jakoś jej nie dostrzegam w tych marmurowych odpadkach z nagrobków ani w tym strasznym zdjęciu "pozera z doniczkami, na fatalnych drewnopodobnych panelach". Na szczęście widzę że nie tylko na mnie zrobiło to takie koszmarne wrażenie.

  • Gość: aaaa

    Oceniono 13 razy 1

    Ą-ę. Po co okulary? Widać, że "zerówki" - skoro nie ma wady wzroku, to po co one? Szpan? Pic? "Moda"?

  • citaobscura

    Oceniono 8 razy 0

    ******
    Krótko mówiąc: "Ą, Ę, d*pa przez RZ"

  • komentarzowicz

    Oceniono 16 razy 2

    Kolekcja powinna się nazywać essence de décharge, co kto wyrzucił na śmietnik, jest paskudne, ale ja jestem designerem i powiem, że to sztuka bo jem canapki za 9 euro

  • aniechtowas

    Oceniono 15 razy -9

    a to przystojny pejsaty. z polski jest! arogancja. robi sztuke i mysli, ile da sie zarobic. dziwna ta nacja... w tej warszawie zawsze siedzial parch na parchu... a dlaczego oni tak potrzebuja polski, zeby skads byc? tak samo mysla ci, którzy oblludnie prowadza polske ku upadkowi...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX