Maciej Nowak

Maciej Nowak (fot. Jan Zamoyski)

wywiad gazeta.pl

Maciej Nowak: "Jedzenie znaczy tyle, co seks w latach 60. i 70. XX wieku"

Maciej Nowak, zdeklarowany mięsożerca, zdradza, czym drażni wegetarian, kto go wkurza i czy kobiety są gorszymi kucharzami niż mężczyźni.

Trudno jest ostatnio poruszać się z tobą po mieście.

- Dlaczego?

Nieustannie cię ktoś zaczepia, pozdrawia, prosi o autograf albo zdjęcie.

- Mnie to nie przeszkadza. Traktuję to jako element mojej pracy w telewizji i nigdy nie odmawiam, jeśli ktoś chce ze mną fotkę. Poza tym jestem - jako blisko dwumetrowy grubas, który całe życie ubiera się kolorowo - przyzwyczajony do wzbudzania zainteresowania. Nie wpływa to na moje zachowanie i samoocenę.

To prawda, zawsze wzbudzałeś zainteresowanie i byłeś otoczony wianuszkiem ludzi, ale to była jednak grupa z artystycznego światka. Znany byłeś w tym kręgu jako dyrektor Teatru Wybrzeże w Gdańsku, wieloletni szef Instytutu Teatralnego czy Warszawskich Spotkań Teatralnych. Teraz zna cię każda gospodyni domowa.

- Zgadza się, ale - powtarzam - ta zmiana nie jest dla mnie żadnym dyskomfortem. Żyję, jak żyłem, i zachowuję się, jak się zachowywałem.

Jesteś teraz „panem, który gotuje”?

- Tak, to się ludziom miesza. Często słyszę: „O! Pan kucharz!”

I wtedy odpowiadasz, że ty nie gotujesz, tylko jesz?

- Kiedyś tak mówiłem, ale teraz już mi się nie chce. Tłumaczenie, że jestem dziennikarzem kulinarnym, jest zbyt skomplikowane. Poza tym wydaje mi się, że może być odebrane jako pretensjonalne. Kiedyś, w czasach moich występów w Telewizji Gdańsk, koleżanka mi powiedziała, że gdy zobaczył mnie w telewizorze jej syn, krzyknął: „O! Pan od obiadów!”, i może niech tak zostanie.

Przez wiele lat zajmowałeś się zawodowo teatrem i gastronomią. Jak to godziłeś?

- Bardzo dokładnie separowałem obie działalności. Wydawało mi się, że świat teatru i gastronomii nijak się mają do siebie i nie powinny się przenikać. Zajmowanie się teatrem wydawało mi się przejawem „arystokratyzmu”, a kuchnią - czymś plebejskim. Oddzielałem to tak bardzo, że niektórzy byli przekonani, że jest dwóch Maciejów Nowaków. Dopiero w ostatnim roku zauważyłem, że przestrzeń kultury wysokiej łączy się z refleksją nad kulinariami do tego stopnia, że podczas najbliższego praskiego Quadriennale - najważniejszej na świecie imprezy poświęconej scenografii teatralnej - będzie sekcja: food design i food performance. Ba! Na poważnych uczelniach, także w Polsce, powstają kierunki kulinarioznawcze. Teraz już nie muszę się wstydzić określenia krytyk teatralno-kulinarny, które jeszcze niedawno brzmiało, musisz przyznać, dość zabawnie.

Krótko mówiąc, zawsze byłeś w awangardzie.

- Nie po raz pierwszy zdarza się, że robię coś dużo wcześniej niż inni.

fot. Jan Zamoyskifot. Jan Zamoyski

Skąd obecnie ten kulinarny boom w Polsce?

- Myślę, że jest to związane z kolejną falą feminizmu. To, co do tej pory było prywatne, stało się publiczne. Jedzenie ma dzisiaj takie znaczenie, jak seks w kontrkulturowych czasach przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Wtedy wyciągnięto go przecież z sypialni i zaczęto o nim gadać. Dzisiaj wyciągamy gotowanie z kuchni. Coś, co było domeną zamkniętych w kuchniach kobiet, staje się publiczne. Odsłaniamy tajemny świat kulinarnych porad i receptur przekazywanych przez pokolenia kobiet kolejnym kobietom.

Dwa lata temu, podczas sesji z okazji 20-lecia śmierci prof. Zbigniewa Raszewskiego, patrona Instytutu Teatralnego, przygotowałem referat „Dieta profesora Raszewskiego”. Zrobiłem wywiad z wdową po profesorze i ta pokazała mi także zeszyt z przepisami, który dostała od swojej matki. W nim było napisane: „Droga Anno, pamiętaj, jak wielkie jest znaczenie domowych posiłków i wspólnego zasiadania do stołu. I nie ma to nic wspólnego z tak zwanym smakoszostwem, które jest przejawem instynktów niższego rzędu”. Bo smakoszostwo, rozumiane jako coś zmysłowego, było uważane za niegodne. Teraz wszystko się zmienia, trwa kulinarna rewolucja. Zaczynamy też myśleć o jedzeniu w kontekście antropologicznym. Co mówi o nas to, co jemy? Co mówi o naszym stosunku do ekologii? Co mówi o naszej znajomości świata? I jakie konsekwencje dla naszej planety ma to, co ląduje na naszym talerzu?

I jakie mamy odpowiedzi?

- Przeczytałem ostatnio, że wszystkie krewetki, które są dostępne w gastronomii, pochodzą z plantacji w Tajlandii. Przy ich produkcji wykorzystuje się niewolników z Birmy, którzy nigdy nie schodzą ze statków, na których produkują karmę dla krewetek. Czy zastanawiamy się, skąd są pochłaniane przez nas krewetki? Czy jedzenie ich jest etyczne?

Jesz więc te krewetki czy nie?

- Od jakiegoś czasu nie jem i niespecjalnie żałuję, bo krewetka - choć pociągająca - w smaku jest dość jałowa. Przyjmuje zawsze smak przypraw, którymi jest podkręcona.

Ale wiesz, że gdyby zrobić śledztwo dotyczące tego, co jemy, okazałoby się, że większość jest produkowana nieetycznie.

- Jasne, bo generalnie eksploatujemy zbrodniczo naszą planetę. Ale nie chcę też popadać w radykalny dogmatyzm. Myślę po prostu, że na pewne rzeczy trzeba uważać.

Jesteś zdeklarowanym mięsożercą i toczysz nieustannie boje z weganami i wegetarianami, których lubisz prowokować. Gdzie jest w tym przypadku twoje wielkie wrażliwe serce?

- Jedzenie mięsa jest elementem mojej tożsamości i kultury. Nie pozwolę sobie tego odebrać. O weganach i wegetarianach myślę, że są rodzajem sekty. Jest w ich postawie sporo pychy, bo uważają, że w związku z tym, że nie jedzą zwierząt, są lepsi od innych, i to mnie naprawdę denerwuje.

Nie przejmują cię zdjęcia kur w klatkach czy świń prowadzonych na rzeź?

- Byłem niedawno na świniobiciu i jechałem na nie - jako zatwardziały mieszczuch, który zobaczył po raz pierwszy z życiu krowę na żywo w wieku 20 lat - z lekkim niepokojem. W moim inteligenckim wyobrażeniu wyglądało to tak, że oszalały chłop goni świnię z siekierą, a jak już ją dopada, to zaczyna się krwawa jatka. Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło. Świnia została uśmiercona błyskawicznym strzałem specjalnym bolcem w głowę i grupa profesjonalistów obrobiła ją tak szybko i troskliwie, że po półgodzinie z denatki już nic nie zostało. I tu od razu muszę powiedzieć, że bardziej od wegetarian irytują mnie ci, którzy kapryszą przy wyborze mięsa. Płucka - nie, móżdżek - ble!

Czyli ja cię irytuję.

- Ty byś pewnie tylko polędwiczkę jadł, a tak nie można. Skoro odbieramy zwierzakowi życie, to trzeba być wobec niego fair i go całego skonsumować. A podroby, czyli tak zwana piąta ćwiartka, są najpyszniejsze. To prawdziwy festiwal smaków! Podroby są dzisiaj także najbardziej awangardowym wyzwaniem dla gastronomii. Udowodnił to znakomicie w swojej wydanej dekadę temu książce „The Whole Beast: Nose to Tail Eating” brytyjski mędrzec Fergus Henderson. Pokazał całemu pokoleniu kucharzy, jak oporządzić całą bestię - od nosa do ogona - i nie zmarnować niczego.

Azjaci robią to od dawna.

- Oczywiście, oni za największy przysmak uważają kurze łapki, których w Europie już właściwie się nie jada. Moi przyjaciele Wietnamczycy opowiadali mi, że kiedy ich rodzice przeprowadzili się w latach 80. do Polski, to myśleli, że trafili do raju, bo kurze łapki dostawali u rzeźnika za darmo. Kuchnia azjatycka kocha podroby, nawet takie z naszego punktu widzenia radykalne. Wielkim przysmakiem jest na przykład potrawka w macicy.

Jak smakuje?

- To bardzo sprężyste mięso z trudem poddające się gryzieniu - na tym polega przyjemność jego konsumpcji. Awangardowym wyzwaniem jest też brutalnie wyrzucona z polskiej kuchni krew. Dzisiaj ludzie mdleją na sam dźwięk słowa „czernina”, a nasze babcie przecież ją wyśmienicie przyrządzały. W Warszawie jest wietnamski bar, w którym spod lady dostaję prawdziwy rarytas, czyli galaretkę z krwi. Pychota!

fot. Jan Zamoyskifot. Jan Zamoyski

Skoro już o Wietnamie mowa, nie mogę cię nie zapytać o skandal, który wywołałeś, informując na Facebooku, że skonsumowałeś - podczas wietnamskich wakacji - psinę. Przecież wiedziałeś, jaką to w Polsce wywoła reakcję. Zrobiłeś to, bo uwielbiasz prowokować?

- Daj spokój, przecież to nie było tak, że szedłem ulicą, zobaczyłem psa i wbiłem mu się w aortę, a następnie pożarłem. Byłem w barze, który miał w menu psinę, więc oczywiście od razu ją zamówiłem, bo nigdy wcześniej psiny nie jadłem. Kiedy napisałem o tym na Facebooku, wybuchła wielka awantura i jechano po mnie w różnych mediach jak po łysej kobyle, nazywając „tak zwanym krytykiem kulinarnym”. Tymczasem na świecie jest więcej państw, w których psinę się konsumuje, niż tych, w których to jest oburzające. Podobnie jest z owadami, które zajada połowa Azji. Mówi się zresztą, że w przyszłości wyżywienie ludzkości będzie zależało właśnie od owadów. Albo weźmy koninę - znów Polacy się strasznie oburzają, jak można jeść konie! A Włosi i Francuzi mają to w nosie i koniną się zajadają, bo jest zdrowa i niesłychanie smaczna.

Jest coś, czego być nie zjadł?

- Nie, muszę próbować wszystkiego. Taki mam zawód. Moja gęba to moje narzędzie pracy.

Co dzisiejsza kuchnia mówi nam o Polakach?

- Że to, co jemy, jest uzależnione od klasy, do której należymy. Najefektowniej jest oczywiście mówić o diecie klasy średniej i wyższej, która mówi, że jesteśmy aspirujący i światowi. W XVI wieku - w czasach jagiellońskiej potęgi - byliśmy największym importerem przypraw na świecie. Nasza dieta była wtedy pierna i korzenna. W taki sposób pokazywaliśmy, że nas stać. Dzisiaj jest dokładnie odwrotnie. Z intelektualnych środowisk w USA via Europa Zachodnia przyszła do nas moda na lokalność. Pokazujemy dzięki temu, jak jesteśmy wrażliwi na środowisko. Jest to oczywiście przywilej tych z grubszym portfelem, bo wszystkie produkty z metką „eko” są zasadniczo droższe i niedostępne dla klasy ludowej.

Tego, przyznam, nigdy nie rozumiałem. Przecież „eko” są po prostu warzywa i owoce kupione na bazarku. W dodatku w sezonie kosztują grosze.

- Ale tu nie chodzi o to, co jest zdrowe, tylko jaką ma metkę. Brand „eko” służy do popisania się przed członkami naszej grupy społecznej. Płacimy za nasze lepsze samopoczucie.

Byłem kiedyś świadkiem takiej sytuacji: pod jednym z warszawskich sklepów z żywnością ekologiczną stała babulinka z twarogiem i jajkami wprost spod kurzej dupy. Próbowała ją przegonić ekoekspedientka, krzycząc, że nie wiadomo jakimi świństwami można się od tych babcinych produktów zarazić, a jajka z ekosklepu mają certyfikaty z samych Niemiec. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że za „eko” uważa się nie te osrane jajka spod Grójca, ale te, które przejechały tysiące kilometrów z Niemiec. A które są zdrowsze i smaczniejsze?

Dlaczego tak bardzo lubimy wszystko, co jest z zagranicy, nawet jak jest gorsze?

- Bo mamy w Polsce elity kompradorskie, czyli sprzedajne. To wynika z naszych kompleksów i poczucia niższości, co jest z kolei wynikiem tego, że jesteśmy społeczeństwem peryferyjnym. Zachwycamy się jedzeniem włoskim czy hiszpańskim, a przecież sami jesteśmy kulinarną potęgą!

Mamy ponad 130 odmian ziemniaków, najlepsze pomidory, jesteśmy chyba drudzy na świecie w produkcji jabłek. Nikt nie ma takiego wspaniałego nabiału. Kucharze z Zachodu są nim zachwyceni, bo u nich nie ma na przykład kilku odmian śmietany, a u nas jest. Produkujemy znakomite mięso. Jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o płody lasu - nasze grzyby i dziczyzna są poszukiwane w całej Europie. Nasze sery zagrodowe niczym nie ustępują tym wytwarzanym we Francji, a my ciągle podniecamy się produktami z innych państw.

Od 18 lat jesteś kulinarnym recenzentem „Co Jest Grane”, piątkowego dodatku do „Stołecznej Gazety Wyborczej”. Zdarzyło się kiedyś, że nie miałeś o czym pisać?

- Nigdy. Nawet gdybym pisał trzy razy w tygodniu, to nie zabrakłoby miejsc do zrecenzowania.

A poza Warszawą?

- Byłoby to pewnie możliwe jeszcze tylko w Krakowie, gdzie zresztą wybitnym recenzentem kulinarnym - w tamtejszej „Wyborczej” - jest Wojciech Nowicki.

Ten obecny rozkwit gastronomii w byłej i obecnej stolicy ma swoją przyczynę. Kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej, na Zachód wyjechało do pracy wielu absolwentów naszych szkół gastronomicznych. Tam się uczyli, nabrali doświadczenia, otrzaskali się z wielkim światem i wrócili do Polski, by otworzyć własne knajpy. To już nie są polskie garkotłuki, ale światowi kucharze bez absolutnie żadnych kompleksów.

Czy mężczyźni są lepszymi kucharzami od kobiet?

- Nie, to jest głupie gadanie. Natomiast kobiet w tej branży jest rzeczywiście mniej.

Dlaczego?

- Dlatego, że to jest bardzo szowinistyczne środowisko. Zwróć uwagę, że kobiety dominują w gotowaniu domowym. Dlaczego? Bo to jest praca wykonywana w kulisach i bezpłatnie. Tam, gdzie w grę wchodzi przestrzeń publiczna, prestiż i pieniądze - natychmiast wkraczają faceci. Widzę po „Top Chefie”, gdzie dziewczyn jest mniej i zawsze ich intensywnie poszukujemy. Oczywiście mniejszą obecność kobiet próbuje się racjonalizować, mówiąc, że to ciężka fizycznie praca, że po nocach, ale to nie są prawdziwe powody.

A jak się w kuchni miewa homofobia?

- Niestety znakomicie. Znam kilku gejów pracujących w zawodzie kucharza, ale się nie ujawniają.

Dlaczego?

- Bo to jest ustawione jako męska przygoda w warunkach ekstremalnych.

Których gej niby nie wytrzyma?

- Wytrzyma, ale profesjonalna kuchnia jest męską przepychanką z nieustannym popisywaniem się. Do tego dochodzą stereotypy, że geje są tacy delikatni, że nie podniosą ciężkiego rondla albo zniszczą sobie paznokcie. Kuchnia to taka męska szatnia.

Ty się w niej jakoś odnajdujesz.

- Ale pamiętaj, że ja nie gotuję.

Boją się ciebie restauratorzy?

- Tak, ale jeśli serwują smaczne jedzenie, to nie mają czego się bać. Kiedy pojawiam się gdzieś w ramach moich recenzenckich obowiązków, to często jest tak, że zaczyna mnie obsługiwać już nie kelner, ale kierownik sali. Po 20 minutach pojawia się też nagle z rozwichrzonym włosem właściciel. I to mnie denerwuje, szczególnie kiedy zapomina się o tym, że w restauracji są inni klienci, a nie tylko „pan gruby”. Ja nie wymagam żadnej specjalnej atencji, należy mnie obsługiwać tak jak każdego innego klienta.

fot. Jan Zamoyskifot. Jan Zamoyski

Dużo zamawiasz?

- Sporo, i staram się wyszukiwać jakieś oryginalne pozycje, bo jedzenie kolejnej piersi kurczaka z serem roquefort mnie nie interesuje. Często też pytam kelnera o radę. Najlepiej kiedy w restauracji jest mała karta, bo to oznacza, że jedzenie nie zalega w zamrażarkach. Wtedy też mogę złożyć moje ulubione zamówienie, które brzmi: „Poproszę wszystko!”

Czujesz, że masz wpływ na miejsca, o których piszesz?

- Kiedy się dowiaduję, że po mojej recenzji ludzie walą gdzieś drzwiami i oknami, to mam wielką satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. A pisanie dobrych recenzji, jak wiesz, wcale nie jest proste. Przyjemniej pisze się oczywiście te negatywne. Kochają je też czytelnicy.

Przez pięć lat prowadziłeś w „Dzień Dobry TVN” swój kącik pod tytułem „Podróżnik kulinarny”. To był twój kulinarny uniwersytet?

- O tak! Znakomita nauka. Zjechałem Polskę wzdłuż i wszerz. Szybko się zorientowałem, że ciekawe jedzenie robią fajni ludzie, i zobaczyłem różnorodność polskich produktów. To wtedy też zrozumiałem, że jesteśmy kulinarną potęgą.

Kolejną ważną szkołą jest „Top Chef”, bo pokazał mi jedzenie z innej perspektywy. Jako krytyk kulinarny zajmowałem się nim z pozycji knajpianego stolika, a dzięki „Top Chefowi” - od kuchni.

Wejście do telewizyjnego świata było proste?

- W żadnym razie. Może trudno ci w to uwierzyć, że ja naprawdę potrafię być speszony. Szczególnie wobec ludzi, których nie znam. Pierwszy dzień „Top Chefa” był koszmarem, rozważałem nawet ucieczkę z planu. Byłem okropnie zdenerwowany, a kiedy się denerwuję, to się pocę. Kiedy się pocę, trzeba przerwać nagranie, żeby zmienić mi koszulę. Kiedy przerywamy nagranie z mojej winy, to się jeszcze bardziej denerwuję, a wtedy jeszcze bardziej się pocę. Masakra! Na szczęście przy trzecim odcinku w końcu się uspokoiłem i ogarnąłem sytuację, a myśli o zwianiu z planu zniknęły.

Przechodziliśmy i przechodzimy przez różne mody jedzeniowe w Polsce: kuchnię wietnamską, sushi, burgery. Co teraz jest modne?

- Dieta bezglutenowa. Co druga osoba jest teraz na niej i to mnie szalenie bawi. Zarzucono mi nawet niewrażliwość na choroby, co jest kuriozalne, bo bez wątpienia taka choroba jak celiakia występuje, ale dotyczy - zdaje się - jednego procentu populacji. Tymczasem liczba osób na diecie bezglutenowej w Warszawie wskazywałaby na epidemię celiakii. Ta moda minie oczywiście jak każda inna, kiedy przyjdzie nowa.

A na co?

- Na niepasteryzowane mleko. Słyszałem, że w Stanach Zjednoczonych jest już całe nabiałowe podziemie, gdzie można je kupić, bo niepasteryzowane mleko jest oczywiście - w Polsce także - nielegalne. Już cię na nie zapraszam!

 

 

Maciej Nowak. Jest krytykiem teatralnym i kulinarnym, jedną z najbarwniejszych postaci warszawskiego światka artystycznego i zdeklarowanym gejem. Był redaktorem naczelnym magazynów teatralnych, szefem działu kulturalnego „Gazety Wyborczej”, dyrektorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie i Warszawskich Spotkań Teatralnych, które spektakularnie reaktywował po latach przerwy. Jest jedną z najbardziej wpływowych postaci polskiego teatru. Od lat recenzuje warszawskie restauracje w stołecznym „Co Jest Grane”, był także autorem „Podróżnika kulinarnego” w „Dzień Dobry TVN”. Obecnie jest jurorem w polsatowskim programie „Top Chef” i przygotowuje przewodnik po najlepszych warszawskich knajpach.

Mike Urbaniak (fot. Artur Kot). Dziennikarz kulturalny, autor rozmów z najwybitniejszymi postaciami polskiej kultury, głównie teatru. Jest stałym współpracownikiem "Wysokich Obcasów", a w warszawskim Radiu RDC prowadzi w każdy poniedziałek o 20.00 swój autorski program "Pan od kultury”. Jest autorem bloga mikeurbaniak.wordpress.com.

Komentarze (216)
Zaloguj się
  • hardcoree

    Oceniono 294 razy 140

    Pan Nowak obraza wegetarian i wegan równocześnie będąc wrażliwym na homofobię. Jest to niewątpliwie oznaka awangardy i wysokiej kultury a moze po prostu buractwa i dyskryminacji. Smacznego

  • sushi2010

    Oceniono 174 razy 120

    Przez ostatnie 40 lat wycielismy az 20% lasu amazonskiego, pluc swiata pod pola uprawne dla kukurydzy i soi, ktore maja wykarmic trzode (przede wszystkim w Europie), zebysmy potem mieli mieso. Czyli krotko mowiac zamieniamy drzewa (produkujace tlen i niezastapione, by utrzymac nas przy zyciu) na mieso - brzmi okrutnie, prawda? NIszczymy i wyjalawiamy glebe, zeby produkowac jedzenie dla tego miesa.
    Nie chodzi o to, zebysmy wszyscy przesli na diete wegetarianska lub weganska, ale zebysmy chociaz ograniczyli spozycie miesa. Nie mowiac o tym, ze produkowany przez krowy metan niszczy atmosfere bardziej niz dwutlenek wegla.
    Tu nie chodzi tylko o cierpienie zwierzat, ale o cala planete. Wykanczamy ja, zrac tyle miesa. Opanujmy sie!

  • Gość: shecat

    Oceniono 250 razy 118

    Panie Nowak, skoro ta kultura jest dla pana tak niezmiernie ważna, że obliguje pana do jedzenia mięsa, to proszę nie być wielce oburzonym, że:
    - dziwi polaków jedzenie psów. Dla naszej części świata pies jest elementem kultury, towarzyszem od lat. Nie jemy przyjaciół i tak, dlatego jedzenie psów nas obrusza.
    - nie chcemy jeść koniny. Konie, tak samo jak psy od wieków to nasi towarzysze, polskie konie były na świecie podziwiane, odważne towarzyszyły nam w największych bitwach. No baardzo dziwne że nas teraz mierzi ich jedzenie!!!

    Z drugiej strony weganizm jest też dla ogromnej części świata element kultury - i co, to już trudniej przełknąć? Trudno tak zrozumieć, że ludzie po prostu szanują życie innych stworzeń? I nie stają się wegetarianami by być lepszymi, tylko by dobrze czuć się ze samym sobą. Panie Nowak, pan jest KOMPLETNYM hipokrytą. Trochę szacunku dla innych niż pańskie "zeżrem wszystko" wyborów życiowych. Przykro czytać.

  • Artur B

    Oceniono 194 razy 94

    Panie Nowak, bardzo się cieszę, że toczy Pan boje z wegetarianami. Mam nadzieję, że patrząc na Pana tuszę każdy mięsożerca dojdzie do wniosku, że chce wyglądać lepiej. Taki czarny PR dla branży mięsnej prosto od jej miłośnika.
    A zrezygnowanie z przyzwyczajenia do jedzenia mięsa (w moim przypadku trwającego 28 lat) na rzecz ograniczenia cierpienia jest aktem empatii, który stawia wegetarian i wegan o oczko wyżej w hierarchii moralnej wartości niż spaślaka przedkładającego los innych nad hedonistyczną przyjemność.

  • Gość: Sekciara

    Oceniono 111 razy 87

    Natomiast mięsożercy są uosobieniem łagodności i nie ma w nich grama pychy, skromność wprost się wytapia...
    (patrz, wywiad z Panem Nowakiem)

  • bloxyx

    Oceniono 94 razy 78

    Kiedy w końcu pewna cześć społeczeństwa nauczy się merytorycznie dyskutować? Po paru wpisach widać, że obrażanie i wyzywanie innych wychodzi najlepiej.
    A co do jedzenia - złota zasada: jem po to żeby żyć a nie żyje po to żeby jeść....

  • hefalumpek12

    Oceniono 189 razy 69

    Bardzo rzadko chodzę do restauracji, ale od zawsze uwielbiam czytać felietony Maćka Nowaka :-) i to pomimo tego, że jestem wegetarianką i większości opisywanych rzeczy bym nie zjadła :-P
    PS. Świetne zdjęcia!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX