s

s (Fot. Albert Zawada / AG)

wywiad gazeta.pl

Modest Amaro: "Moi kucharze siedzą albo w lesie, albo w laboratorium"

Jedyny, jak dotąd, polski szef kuchni obdarowany prestiżową gwiazdką przewodnika Michelin budzi respekt. Nie tylko imponującymi dokonaniami w Atelier Amaro, lecz także groźną medialną prezencją. Nie tylko w bohaterach prowadzonych przez siebie telewizyjnych show - ponoć Wojciech Modest Amaro jest bardzo popularny wśród telewidzów w grupie wiekowej 12-16 lat. Czyżbyśmy wszyscy szukali kulinarnych autorytetów?

Czy szefowie kuchni sprawują już w Polsce rząd dusz?

Jeśliby rozpatrywać tę kwestię w kontekście setek maili, które dostaję codziennie, w których ludzie opisują swoją sytuację lub proszą o pomoc, staż, pracę lub po prostu o pokazanie ścieżki, to chyba tak. Udało się zasiać w ludziach przekonanie, że zawód kucharza może być ciekawy i przyjemny, że dzięki niemu można do czegoś dojść. Fajnie będzie natomiast również wtedy, gdy doczekamy się, tak jak wszędzie na świecie, całego grona autorytetów, bo ja nie jestem w stanie przerobić takiego ruchu. [śmiech] Niektóre listy i opowieści - a czytam wszystkie! - są absolutnie przejmujące i mam kłopot, co z tą wiedzą zrobić. Nie jestem gruboskórny i po przeczytaniu takiego listu czuję, że ktoś wkłada w moje ręce ważną życiową decyzję i nie da się na to odpisać: "Nie, dziękuję" albo "Radź sobie sam".

Ile osób jest pan w stanie przyjąć na staż w ciągu roku?

Około osiemdziesięciu. Przeważnie grafik mamy zapełniony do końca roku.

Przychodzą też zgłoszenia spoza Polski?

Tak, z Włoch, Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii. Mieliśmy nawet Japończyka - szefa kuchni z gwiazdką, który zapragnął u nas stażować, mieliśmy sous-chefa [zastępcę szefa kuchni - przyp. autorki] z dwugwiazdkowej restauracji w Belgii. Był ktoś z hotelu The Dorchester, z restauracji The Grill, czyli bliskiego sąsiedztwa wielkiego Alaina Ducasse'a, który w tym samym budynku prowadzi swoją flagową restaurację. Mieliśmy sous-chefa z Włoch z jednogwiazdkowej restauracji. Organizujemy też wspólne spotkania wokół gotowania z wielkimi osobowościami. W ramach Porsche Gourmet Tour gotował u nas ostatnio "trzygwiazdkowy" Enrico Cerea czy wcześniej Paul Liebrandt albo Mauro Colagreco. Udało się już ściągnąć do Atelier masę szefów kuchni z pierwszej ligi. Kiedy spotykamy się w kuchni, często słyszę, że w dalszym ciągu znajdują w mojej pracy coś, co ich inspiruje. Ja zresztą zachowuję się tak samo, gdy trafiam do czyjejś restauracji: znajduję intrygujące elementy i mam na nie swój pomysł. Wtedy jak najszybciej chcę wrócić do siebie i rozwijać te koncepcje. Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak szybko wieść o nas przekroczyła granice i dotarła do światowej gastronomii.

Czy w związku z tym nie czuje się pan rarogiem? Kimś, kogo ludzie z jednej strony podziwiają za geniusz i pozycję, ale kogo z drugiej strony pragnęliby zastąpić?

Nie, to jest klasyczne nastawienie: trzeba zabić swego mistrza, żeby zrobić krok naprzód. Jestem tego w pełni świadomy. Krzysiek Rabek, do niedawna kulinarny freelancer po trzech latach szefowania poznańskiej Hugo Restaurant, jest u mnie od dwóch miesięcy szefem kuchni. W środowisku, gdzie relacje podszyte są zawiścią, spotkało się to z zaskoczeniem - że sięgnąłem po osobę z naszych kręgów. A ja rozpoznałem jako znajome problemy, z którymi borykał się Krzysiek - poszukiwanie swojego miejsca i tzw. inwestorów, z którymi można by znaleźć wspólny język i płaszczyznę porozumienia. Na marginesie dodam, że jest to niezwykle trudne, bo inwestorzy zazwyczaj myślą kategoriami mocno finansowymi. Nie wiem, ilu znalazłoby się w dniu dzisiejszym chętnych, by sfinansować biznesplan restauracji, który zakłada miejsce dla 30 gości i zatrudnienie 27 pracowników, jak ma to miejsce w Atelier! (śmiech) A z Krzyśkiem jednoczymy się we wspólnym celu: rozwijać się. Taki powinien być kierunek działania każdej restauracji. Ja pewnie trafię do historii za tę pierwszą gwiazdkę, ale jest jeszcze całe pole do popisu: niech ktoś pierwszy zdobędzie dwie albo trzy! To musi się stać, żeby rozwój gastronomii w Polsce postępował. Cieszyłbym się, gdyby to z mojego zespołu wyszła osoba, która w przyszłości "zabije swojego mistrza". Ja swojego w pewnym sensie zabiłem: pracowałem kilka lat w Scott's z Nigelem Davisem, którego marzeniem było zdobycie odznaczenia Michelin już "na swoim". I gdy opuścił restaurację ze swoją żoną, by kupić pub pod Londynem, przez wiele lat prowadzenia go niestety nie doczekał się gwiazdki. Ja mogłem się nią poszczycić po 16 miesiącach od startu Atelier Amaro.

05.06.2014 Warszawa. Kucharz Modest Amaro. Fot. Albert Zawada / Agencja GazetaFot. Albert Zawada / AG

A jak pan znajduje na to czas? Na Atelier, na laboratorium, na "Hell's Kitchen - Piekielną kuchnię" i "Top Chefa"? Organizował pan też zlot największych kucharzy na Suwalszczyźnie, planował realizację festiwalu Forgotten Fields tego lata.

No, muszę jakoś znajdować czas! Ujmuję ciągle z tego niewielkiego marginesu, który pozostaje mi na bycie z rodziną i sen, jeszcze tylko z tych płaszczyzn mogę coś uszczknąć. Staram się to jakoś pogodzić. Oczywiście sprawy dotyczące programów upycham w miejscach, w których najmniej zaszkodzą Atelier. Tak też będzie w wakacje - na nagrania poświęcę te dwa czy trzy tygodnie na przełomie lipca i sierpnia, kiedy Atelier jest zamknięte. Na szczęście twórcy programu mogą się w tym aspekcie do mnie dostosować. Cieszę się, że stacja się na to godzi - bo choć nie wszyscy to widzą, te programy mają swój cel i niosą określony przekaz. Nie lubię robić rzeczy na pół gwizdka i dlatego też przełożyliśmy realizację festiwalu Forgotten Fields na przyszły rok. Teraz nie byłbym w stanie odpowiednio nad nim zapanować. Sam odzew, który otrzymaliśmy od ludzi, przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Przyszły setki maili z pomysłami na różne "zapomniane pola": przepisy, obszary, produkty, ludzi. Pomyślałem, że to byłoby nie fair, nie zwrócić na kogoś uwagi. Dzięki temu opracujemy lepszy system, który pozwoli stworzyć mapę Polski z zaznaczeniem tych miejsc i osób, żeby nie przepadły. Chcemy pokazać i uczcić ludzi, którzy mają do przekazania kulinarne doświadczenia.

Patrząc już dziś na mapę polskich produktów znajdujemy sporo rzeczy, którymi możemy się chwalić, prawda?

Owszem. Te produkty są dobre, bo są naturalne. Trzeba jednak jasno powiedzieć - nic nikomu nie ujmując - że one nie potrzebują etykiet "bio" i "eko". Sposoby produkcji i uprawy, które komuś mogą się wydawać siermiężne, sprzyjają właśnie tej naturalności. W Atelier zwiększyliśmy skalę naszych wizyt po lasach (śmiech)...

No właśnie, czego pan tam właściwie szuka?

...do wyjazdów praktycznie codziennych. Przy każdym kucharzu na grafiku widnieje napis "LAB" i "LAS", co oznacza, że dany dzień spędza albo w lesie, albo w laboratorium. Szukamy praktycznie wszystkiego - właśnie kończy się sezon "igłowo-listny", rosną młode jadalne igły i listki, np. bukowe, z których potem robimy niesamowity olej. Szukamy modrzewi, świerków i sosen, zajmują nas tematy pokrzywowe czy tatarakowo-pałkowo-wodne. Zbieramy krwawniki i szczawiki zajęcze, które już się trochę rozpanoszyły w nowoczesnej gastronomii. Z drugiej strony, dzięki moim wielomiesięcznym staraniom mamy dostęp do banku nasion roślin. Odkrywamy, że znane wszystkim warzywa i owoce występują w przyrodzie w znacznie większej obfitości, niż można się spodziewać. Nie mówię już o marchewce, której jest ze 40 rodzajów, ale kto by przypuszczał, że agrestu może być aż 27 odmian? Chcemy pójść tą drogą: różnicować produkty, które znamy. Być może jakaś odmiana okaże się lepsza do naszych celów - ciekawsza w smaku czy bardziej apetyczna w wyglądzie. Nie da się w nieskończoność zaskakiwać oryginalnością samego produktu, to prowadzi ad absurdum. Do tego, jak to kiedyś powiedziałem, bluszczyku kurdybanku, który rośnie tylko na lewym zboczu prawej góry i można go zbierać tylko o 5 rano. To jest otchłań - i nawet głupio o tym mówić, bo to jest właściwie niedostępne dla nikogo.

Ktoś już państwu uprawia rośliny wysiane z tych nasion?

Dopiero je pozyskaliśmy po wielu miesiącach starań. Ten rok chcemy poświęcić najpierw na produkcję - nie wysypiemy ich przecież do ziemi i nie przejemy od razu tego materiału genetycznego. Być może na pierwszą edycję festiwalu Forgotten Fields będziemy mieli już coś do pokazania. Obserwuję, jak świadomość produktów rośnie. Jak pokazuje ostatni marsz w obronie dobrej żywności, front zmian musi iść w kilku kierunkach. Pierwszy z nich, to oddawanie w ręce rolników możliwości sprzedawania swoich przetworów, drugi - edukacja, trzeci - nacisk na inwestorów itd. Trzeba też wymagać od rolników, bo mimo wszystko sporo ziem w Polsce leży odłogiem. Panowie farmerzy spotykają się w niedzielę pod najbliższym hipermarketem, gdzie kupują pędzoną marchew, z której przyrządzają własne obiady, a kawałek ziemi czy pola za domem pozostaje nietknięty. Odwróciły się role - ja raczej widzę ludzi wyedukowanych, którzy chcą uciekać na wieś zrobić fajny ser zagrodowy, kupić kawałek ziemi albo zjednoczyć się w grupy i z drugiego końca Polski zamówić paczkę naturalnego jedzenia. Jesteśmy w tym momencie - ktoś mógłby powiedzieć: najgorszym - kiedy w tym worku wszystko się jeszcze miesza. Ale przyjdzie moment, kiedy kurz opadnie i na pewno będzie lepiej, niż było.

05.06.2014 Warszawa. Kucharz Modest Amaro. Fot. Albert Zawada / Agencja GazetaFot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Tylko jak doprowadzić do spotkania tych z miasta, którzy chcą jeść dobry ser zagrodowy z rolnikami, którzy jeszcze nie wiedzą, że mogą go zacząć wytwarzać?

Wieś bardzo chce, historycznie zresztą, do miasta i to jest zrozumiałe. Warto by jednak było nie zostawiać za sobą spalonej ziemi. Zachowywać miejsca kultywujące tradycję. Jednym z takich narzędzi mogłaby być ustawa, która pozwalałby temu we wsi, kto najlepiej kisi kapustę, zrobić dwie beczki i sprzedać je lokalnie. Myślę, że nie byłoby problemu ze zbytem. Gorzej, jeśli takich przedsiębiorców obciążają przepisy, które de facto doprowadzają do tego, że powinni stać się koncernem, żeby im sprostać. W takim modelu cała inicjatywa oczywiście umrze na pniu.

Wracając do telewizji - czy pana obecność w programach Polsatu przysporzyła Atelier Amaro popularności?

Na pewno. Co ciekawe i pewnie psychologicznie wyjaśnialne, okazało się, że jestem idolem w grupie 12-16 lat. (śmiech) Wysyłam tym dzieciakom setki autografów.

Wojciech Amaro i Justin Bieber?

Mnie to zastanawia, dlaczego akurat przez ten program ["Hell's Kitchen" - przyp. autorki], który nie jest ani taki znowu lekki, łatwy i przyjemny, ani przesadnie zabawny. Ale z drugiej strony może to pokazuje, że młodzież, na którą dziś narzekamy, że coraz bardziej się rozłazi w swoim niesprecyzowaniu, potrzebuje może nie od razu rządów twardej ręki, ale autorytetu, wyznaczenia celu, do którego należy za wszelką cenę dążyć. Z drugiej strony, w naszych programach staramy się rozmontowywać mit kucharza wyłącznie jako artysty, bo taki stan uda się osiągnąć ledwie kilku osobom. Chodzi o pokazanie przekroju pracy w kuchni, z wszystkimi konsekwencjami, atmosferą itd. Może to sprawi, że ktoś się dwa razy zastanowi, czy iść do szkoły gastronomicznej, jeśli będzie wiedział, z czym to się je. A w kimś innym taki program utrwali chęć zostania kucharzem, bo zobaczy też finalny efekt, coś inspirującego, co przynosi niesamowitą satysfakcję. W życiu w każdej dziedzinie ważne jest zasianie ziarna.

Myślę, że pod tym kątem większe zasługi ma "Top Chef".

Tak, "Top Chef" jest wybitny pod tym względem. Pokazuje, na czym szczególnie powinno nam zależeć. Po dwóch edycjach dość dokładnie widać, że ktoś, kto miał kontakt z gastronomią za granicą, przeskakuje ponad tymi, którzy nie mieli takiej możliwości. Oczywiście nie chodzi o to, żeby wszyscy wyjechali i nie wrócili, chociaż ja bardzo polecam nawet kilkudniowy czy tygodniowy staż zagranicą, jeśli ma się taką możliwość. W "Top Chefie" chcemy też zwrócić uwagę na to, że system szkolenia w gastronomikach i sposób patrzenia na gotowanie domagają się pilnych zmian. Od dawna na świecie nie chodzi o to, żeby ze ścian w restauracji kapało bogactwo, a kuchnia była wielkości toalety, miała dwie frytury i mikrofale, które załatwiają temat. Panuje raczej tendencja do odwracania tych proporcji. Kuchnia jest sercem restauracji i tam musi się najpierw skupiać wysiłek. El Bulli i Fat Duck, przypomnę, mają ściany bielone wapnem, niewiele się tam dzieje pod kątem wystroju, jest czysto i schludnie, ale to potrawy, które lądują przed gośćmi, mają im zamieszać w głowach.

Widać postęp, bohaterowie drugiej edycji "Top Chefa" byli już bardziej doświadczeni.

Tak! Chociaż mieliśmy wielu krytyków, którzy przywiązali się, po ludzku, do bohaterów z pierwszej serii i dla nich druga była już pod każdym względem nieudana. Ale tegoroczni uczestnicy mieli więcej doświadczenia i fantazji. Ich talerze wyglądały już inaczej. Wiadomo, że pierwsze tygodnie w programie służą temu, żeby odsiać tych zdecydowanie słabszych. Ale kiedy odłączymy czynnik osobistych sympatii, okaże się, że finał jest jak najbardziej wiarygodny i zasłużony. Same finałowe dania potwierdzają, że nasze decyzje były trafne. Wybór zwycięzcy był tym razem bardzo trudny, odbył się w głosowaniu 2:1:1, czyli każdy dostał po głosie, a jedna osoba otrzymała jeszcze ten decydujący. Dostrzegliśmy ich potencjał, umiejętności i serce, które włożyli w gotowanie.

A czy panu, jako intelektualiście i artyście, popularność, którą przynosi telewizja, tak ciut automatyczna, nie wydaje się trochę intelektualnie podejrzana?

Ja na pewno odbieram to inaczej. Ale rzeczywiście trochę do tego przywykliśmy, jeśli chodzi o obecność w mediach, że to z natury rzeczy jest podejrzane. Że albo ten ktoś ma niesamowite parcie, albo jakiś świetny układ. Faktycznie rzadko wynika to po prostu z zasług, chyba że mowa o sportowcu, który zdobył dwa złote medale na skoczni olimpijskiej. Przeważnie to jest jednak duży kawałek papki medialnej, szoł-biznes przez "ł", i pewnie takie myśli powstają w głowie każdemu, kto ma do czynienia z tą machiną. Z drugiej strony, gdyby ktoś zechciał zawitać do Atelier i zejść na dół do kuchni, może ze mną porozmawiać i sam się przekonać, że nie odbiła mi żadna palma i mocno stąpam po ziemi. Mam też świadomość, że ta fala kiedyś naturalnie opadnie - widzieliśmy, co działo z każdym z tych pędów, które chwyciły naród za rogi, od tańca, przez śpiew, po gotowanie. Rozwiniemy się, będzie przybywać lepszych restauracji, ale rynek sam to wyreguluje, kiedy zyskamy większą wiedzę i doświadczenie. Tam, gdzie jest beznadziejnie, wracać nie będziemy i to miejsce upadnie. Jeśli choćby wykorzystamy medialność kulinariów tylko w takim celu, by podnosić poziom, edukować się, być lepszymi nie tylko kucharzami, ale i klientami - bo im więcej rozumiemy i widzimy za kulisami, tym więcej wymagamy - to już było warto.

05.06.2014 Warszawa. Kucharz Modest Amaro. Fot. Albert Zawada / Agencja GazetaFot. Albert Zawada / AG

Czy można się spodziewać, że powstanie filia Atelier Amaro za granicą?

Myślę, że powstanie w ciągu najbliższych dwóch lat, aczkolwiek jest tyle propozycji, że ciężko mi się na coś zdecydować i rozważam je naprawdę na poziomie niuansów. Skłaniam się ku wyborowi takiego rozwiązania, z którym będę się czuł najbezpieczniej - że nie zacznie żyć samoistnie, ale pozostanie pod moją prawdziwą, fachową kontrolą. Leży przede mną z dziesięć ofert. Zamknąłem ostatnio temat Londynu w przepięknym starym gastropubie pod konserwatorem zabytków. Wiem, że w organizacji tego miejsca chce dopomóc działający w Anglii Damian Wawrzyniak. Ja nie mogłem się na to zdecydować. Na szczęście obecność Krzyśka Rabka w moim zespole również pozwala mi zacząć myśleć o tym poważnie, o ile nasza współpraca będzie przebiegała tak, jakbyśmy sobie tego obaj życzyli. Najgorszy tutaj byłby pośpiech. Niektórzy uważają, że powinienem wykorzystać tę "medialność", to moje pięć minut, i pootwierać Atelier na każdym rogu. Ja się nie zgadzam i nie boję, że moje pięć minut przeminie, bo ono nie zaczęło się od telewizji, tylko od kuchni 20 lat temu. Nawet gdybym miał zniknąć z ekranu, będzie to znaczyło, że po prostu częściej będę bywał w kuchni, a to nie przysparza mi powodu do zmartwień.

A kiedy poczuł pan po raz pierwszy, że jedzenie jest ważne?

Chyba podczas mojego pierwszego wyjazdu na wieś z rodzeństwem, kiedy byliśmy bardzo mali. Jako że w domu się nie przelewało, całe dwa miesiące wakacji spędzaliśmy u dziadków w okolicach Leszna. Jedliśmy tam zupełnie co innego, niż na co dzień. To był dla mnie ważny sygnał, że jedzenie może być różnorodne, że może stać się rytuałem! Przez wiele lat jeździliśmy tam co roku i wprost nie mogliśmy się tego doczekać. Było ciekawie, łowiło się ryby, jeździło na Romecie czy na wozie z sianem. Te smaki są istotne - one są pierwotne, myślę, że zapisują się w człowieku w sposób bardzo czysty. W perspektywie zajmowania się nimi zawodowo ułatwia mi to odnalezienie w sobie tego wzorca. Bez tego ABC wgranego za młodu trudno by mi było tak dobrze gotować.

Czego jeszcze nie ma Wojciech Modest Amaro?

Hmmm. Nie mam jeszcze balansu między rodziną a pracą. Tak sobie ciągle obiecuję i wymyślam różne sposoby na przeorganizowanie życia, ale wszystko jest związane planami i decyzjami, o których mówiłem. Mój syn ma cztery lata i może chociaż jemu z moich dzieci udałoby mi się poświęcić trochę więcej czasu. Wierzę, że taki moment nastąpi. Nie chcę odcinać kuponów - nazywam to zupełnie po imieniu - ani odtrąbić niesamowitego zwycięstwa. Moment, w którym człowiek uwierzy, że jest najlepszy, jest tak naprawdę początkiem końca. Dlatego raczej wkładam więcej pracy w rozwój, czy to poprzez laboratorium, czy mniejsze projekty, o którym mało mówimy, ale które skrupulatnie realizujemy, choć nie przynoszą medialnego rozgłosu. Mam nadzieję, że ta ciągle zdobywana wiedza pozwoli mi znaleźć ten balans, oby nie za późno! (śmiech) Obym następny raz nie dmuchał świeczek z okazji osiemnastych urodzin mojego syna!

W kwietniu - w Radiu TOK FM - z Modestem Amaro rozmawiał Wojciech Krzyżaniak - posłuchaj rozmowy:

Agata Michalak. Redaktorka naczelna magazynu "Kukbuk", z wykształcenia kulturoznawczyni. Szefowała miesięcznikowi "Aktivist", pisywała do berlińskiego dwutygodnika "Zitty", "Wysokich Obcasów" czy "Exklusiva". Współtworzyła dział kultury w portalu naTemat.pl, współprowadziła autorską audycję gastronomiczno-miejską w Radiu Roxy. Prowadzi bloga o ekodesignie w serwisie He!!o Zdrowie, moderuje spotkania i konferencje.

Komentarze (55)
Zaloguj się
  • Gość: Piotrek

    Oceniono 86 razy 70

    Myślę, że każdy młody człowiek u progu decyzji co robić w życiu, powinien przeczytać ten tekst. Oczywiście traktuje on o kuchni, ale globalnie dotycz etosu pracy, ambicji, celów, wyborów i pryncypiów. I pasji. Bez względu na to czy ktoś ma być szewcem, muzykiem czy lekarzem. Wszystko miżna zrobić dobrze albo źle. Albo tylko tak, aby zrobić.

  • Gość: żyrafania

    Oceniono 91 razy 55

    nie komentuje, bo ktoś pomyśli, ze jestem z tymi..anonimami, którzy nic w zyciu nie zrobili, nic nie osiagneli...i tylko narzekają... A Pana Modesta podziwiam i życzę dalszych sukcesów...Rzadko zdarzają sie tacy madrzy ludzie...

  • qwerfvcxzasd

    Oceniono 53 razy 29

    Pytanie techniczne.
    Jak wyłączyć te ogromne obrazki/artykuły, które zaśmiecają stronę główną gazeta.pl w weekend?
    Nie jestem niedowidzący i nie potrzebuję zdjęcia na 1/3 ekranu.

  • tajlerdarden

    Oceniono 86 razy 28

    Niech Niesiołowskiego weźmie na staż - on tez lubi szczaw i mirabelki :D

  • Gość: aniaostrowska

    Oceniono 37 razy 25

    Miałam okazję pobieżnie poznać p. Amaro podczas konferencji prasowej którą prowadziłam na początku 2011 roku, pokazywał kilka sztuczek związanych z kuchnią molekularną. Wtedy trochę wycofany, nieśmiały, profesjonalny, zrobił na mnie ogromne wrażenie, a jeszcze o nim nie było głośno. Życzę kontynuacji success story, rozwoju i znalezienia balansu :)

  • Gość: Eddi

    Oceniono 41 razy 17

    Kiep jest ten kto się swego nazwiska wstydzi..... to nie żaden Modest Amaro tylko zwykły Wojtek Basiura

  • madznun

    Oceniono 28 razy 16

    "Zagranicą" to raczej nic nie powstanie. Dziennikarskie tłuki omamione zagranicą?

  • newwandea

    Oceniono 36 razy 12

    Wspaniały wywiad z prawdziwym Mistrzem.

    Mistrza poznaje się po tym, że ma seksualny stosunek do tego co robi. Taki ktoś potrafi zarazić fascynacją tematem, wtedy nic innego nie istnieje.

    Szczere gratulacje i dużo, dużo satysfakcji. :)

  • miu_zalogowana

    Oceniono 17 razy 9

    Mam ogromna satysfakcje, ze jakies 7-8 lat temu napisalam na forum Kuchnia.tv, iz W.Amaro jest wybitny, przerasta kucharzy w Polsce, ze jego gotowanie jest perfekcja godna Michelina. :)) Piec lub szesc lat pozniej - stalo sie, pierwsza polska gwiazdka.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX