fot. Jake Nowakowski

fot. Jake Nowakowski (fot. Jake Nowakowski)

Wywiad Gazeta.pl

Mateusz Janiszewski: lekarz bez granic

Żeby wyjechać na wolontariat, potrzebował tylko jednej zachęty - wizji ludzi, którym będzie mógł pomóc. Mateusz Janiszewski to nie tylko doskonały chirurg, to także podróżnik, publicysta i... wspaniały człowiek. Niedawno wyszła jego książka, "Dom nad rzeką Loes".

Wyjechałeś pracować jako wolontariusz do Timoru Wschodniego z powodu jednego człowieka - Dana Murphy'ego prowadzącego tam klinikę. Nie zapytam więc dlaczego Timor, tylko - dlaczego Dan?

Zauroczyła mnie jego odpowiedź na mój list. Ta odpowiedź niczego nie obiecywała, oprócz tego, że będzie ciężko. Istotne jest to, że Dan nie umieścił pomocy humanitarnej w kontekście religii, ideologii czy wymiany towarowo-pieniężnej. On to robił dlatego, że chciał leczyć ludzi. To mnie właśnie ujęło, to było też rzadkie zjawisko. Wśród setek listów, na które dostałem odpowiedzi, oprócz niego i przedstawiciela kliniki dla birmańskich uchodźców, nikt nie mówił o bezinteresownej pomocy. W imię Boga? Owszem, w imię Allacha, Buddy, Jezusa, w imię budowania własnej reputacji. Ale bezinteresownie? Nie. To wiele mówi o obrazie pomocy humanitarnej.

fot. Jake Nowakowskifot. Jake Nowakowski

Jak znalazłeś samego Dana?

To był czysty przypadek, próbkowanie możliwości. Rozsyłanie listów.

Pracowałeś wcześniej jako wolontariusz?

To był mój pierwszy wyjazd tego typu.

Skąd pomysł na taką formę pracy?

Miałem przed sobą mało porywająca perspektywę. Właśnie kończyłem studia i miałem iść do pracy, a ponieważ w polskim systemie opieki zdrowotnej zacząłem pracować już na studiach, miałem wgląd w to, co się wydarzy i bardzo nie chciałem, żeby tak wyglądał mój pierwszy wydruk w życiu zawodowym. Oczywiście teraz mam nieco inny ogląd, ale to cenne doświadczenie - spróbować pracować jako lekarz w miejscu, w którym dotyka się istoty tego zawodu.

Wiedziałeś coś o Timorze przed wyjazdem?

Nic. To oczywiście gruba przesada, bo miałem różne informacje, ale z perspektywy czasu, patrząc na to, co wiedziałem przed wyjazdem, mogę dziś powiedzieć, że nic. Była taka książka wydana w latach 90., "Na nic odwaga”, autorstwa Timothy'ego Mo, opowiadająca o okupacji indonezyjskiej na wyspie. To historia oparta na faktach, ale w przebraniu - Indonezyjczycy nie są Indonezyjczykami, mieszkańcy Timoru i przywódcy ruchu oporu mają inne nazwiska. Kiedy czytałem tę książkę, myślałem, że to ciekawa, ale jednak fikcja, że autor przegiął, bo takie rzeczy się nie dzieją. Niestety to wydarzyło się naprawdę. Timor Wschodni to również ostatnie miejsce na starym szlaku podróżników - lądowej drodze z Europy do Australii. Kiedyś obiecałem sobie, że dotrę tam, ale nigdy nie było na to czasu. Pomyślałem, że praca to doskonały pretekst, żeby tego dokonać.

Do czego nie przygotowały cię studia?

Studia mnie do niczego nie przygotowały, to temat na inną, długą rozmowę. To są trudne studia, które wyrywają człowieka z życia społecznego na sześć lat, zamykają go w grupie posługującej się swoim językiem i zajmującej się swoimi hermetycznymi problemami. Studia medyczne nie przygotowują do kontaktu z rzeczywistością.

Wszyscy ludzie, których leczyłeś w Timorze, każde z nimi spotkanie to była lekcja medycyny?

Nie, z punktu widzenia merytorycznego świat zachodni i rzeczywistość tej małej wyspy są nieprzystające. Najważniejszą lekcją, którą odebrałem na Timorze jest to, że medycyna ma wiele oblicz i trzeba pamiętać, gdzie się jest. Są właściwe metody postępowania dla różnych miejsc.

Z tych opowieści głównego bohatera twojej książki wynika, że lekarz w takich miejscach jak Timor musi wcielać się w rozmaite role, przyjmować pozy.

W takich miejscach medycyna wraca do swoich korzeni, trzeba przypomnieć sobie, że wywodzi się też z antropologii.

Są w "Domu nad rzeką Loes” takie sceny, w których główny bohater musi odegrać rolę szamana...

W ogóle Timor Wschodni to takie miejsce, gdzie rzeczy tracą swoje pozory. Wyjazd daleko poza system, w którym się funkcjonuje, sprawia, że pewne rzeczy ukazują swe prawdziwe oblicze.

To, że medycyna jest grą i teatrem jest obecne też tutaj. To też jest taka rzecz, którą chciałem przemycić w książce - nasze wyjazdy są modelową sytuacją, która pokazuje nam pewne mechanizmy istniejące też w miejscu nazywanym przez nas domem.

fot. Michał Oleszczukfot. Michał Oleszczuk

Pamiętasz pierwsze uczucie, jakie pojawiło się, gdy znalazłeś się już na drodze krajowej pierwszej i ostatniej?

Nudności. Przez kilka dni byłem w podróży, krajobrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie: autobusy, lotniska, promy. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Pierwsza myśl rano po przebudzeniu w Kupangu to było takie olśnienie. Nagle sobie uświadomiłem, że jestem pośrodku pól ryżowych, a gdzieś tam z motyką na ramieniu idzie uprawiać ryż staruszek. To jest to miejsce, do którego jechałem.

Kiedy byłem na Timorze po raz pierwszy, toczyła się tam mniej lub bardziej regularna wojna. To nie była wojna w rozumieniu europejskim, choć może to, co działo się na Bałkanach nieraz wyglądało podobnie. Na Timorze nie było dużo broni palnej. Wojna toczyła się prymitywnymi środkami. Praca w miejscu, w którym trwa konflikt, jest trudna. To sytuacja, która się odciska piętnem emocjonalnym na wszystkich. Wszyscy to odreagowują tak, jak potrafią. W takim miejscu nie ma zbyt wiele radości. Tam, gdzie wszyscy są przerażeni i zdenerwowani, nie ma przestrzeni dla pozytywnych emocji. Jedynym sposobem, aby tego nie przeżywać, to nie jeździć w podobne miejsca. Poznałem w swoim życiu wielu korespondentów wojennych, żaden nie był szczęśliwym i stabilnym emocjonalnie człowiekiem.

Długo tam byłeś?

Za pierwszym razem kilka miesięcy. Ta podróż dała mi to, czego oczekiwałem, choć gdy wyjeżdżałem, nie wiedziałem, czego oczekuję. Wracając już wiedziałem, że to było to. Wróciłem z poczuciem całości.

Dlaczego wróciłeś na Timor?

Wyjechałem tam nic nie potrafiąc. Po powrocie do Polski zacząłem specjalizację z ortopedii i traumatologii. Potem napisał do mnie Dan, że na wyspie zwolniło się miejsce dla ortopedy, że może bym wrócił. To, jak się to rozwinęło, opisane jest w książce.

fot. Jake Nowakowskifot. Jake Nowakowski

A jak było z "Domem nad rzeką Loes”? Od początku czułeś, że to, co przeżywasz jest materiałem na książkę?

Pisanie było jak robienie notatek, to wypłynęło ze mnie i ułożyło się w całość. Warto też wiedzieć, że ta książka to nie jest historia mojego pobytu, ma opowiedzieć coś innego.

No właśnie, jeden z recenzentów napisał: "Przeczytałem tę książkę, ale bardziej nie wiem, niż wiem”. Na przykład, co to jest lulik - podobno złe lulik jest w tytułowym domu, ale nie chodzi tu tylko o złe duchy. Aż do samego końca nie dajesz odpowiedzi na pytanie, czym jest lulik.

Rozmawiałem raz ze znajomym specjalistą od przekładów o rzeczach nieprzetłumaczalnych i on w tej rozmowie powiedział, że wszystko się da przetłumaczyć. Powiedziałem mu, że lulik to rzecz, której nie da się wyjaśnić. On wrócił do Australii i odnalazł paralelę w kulturze Aborygenów - w ich czasie snu. Lulik to rzeczywistość poza racjonalnym oglądem, żywa mitologia, obecna w wielu aspektach życia. W zachodnim świecie nie da się tego wytłumaczyć, tego nie ma, bo ludzie utracili tę pierwotną mądrość.

Ty też jesteś tłumaczem, prawda?

Tak, ale właściwie jestem tłumaczem jednego autora. Nie myślę o sobie jako tłumaczu, to jest część mojego pisania. Byłem pod silnym wpływem Williama Burroughsa. Jak ktoś chce do dzisiaj być miły, to pisze, że nawet w książce "Dom nad rzeką Loes” to widać - na przykład ta rozmyta postać narratora to wpływ autora "Nagiego lunchu”.

Skąd ten Burroughs?

Najpierw był fragment książki, po angielsku, wybrany przypadkowo w księgarni Litera. Był rok 1997. Wtedy znałem angielski dość słabo. Spędziłem dwa miesiące odcyfrowując, co autor właściwie napisał. To było gęste i trudne, ale we mnie zostało. Gnębiłem ludzi, żeby mi tłumaczyli, o co chodzi. Kontaktowałem się z ludźmi związanymi ze środowiskiem literackim, korespondowałem ze spadkobiercą Burroughsa. Przez wiele lat próbowałem te tłumaczenia opublikować. Punktem zwrotnym był moment, w którym mój przyszły wydawca złamał sobie nogę i wylądował u mnie w pracy. Śmieję się, że nie miał wyboru, ale jest zadowolony, wydanie moich tłumaczeń zbiegło się z setną rocznicą narodzin pisarza.

Wróćmy do twojego debiutu - język jest piękny, ale opisujesz rzeczy straszne. To, czego się dowiadujemy o „przemyśle pomocy humanitarnej” jest okrutne - my uspokajamy sumienia darowiznami na organizacje, a ty to wszystko wywracasz do góry nogami!

Wszystko polega na tym, że ludzie lubią sobie zapośredniczać doświadczenia - te przyjemne i te nieprzyjemne. Warto przeżyć jakąś rzecz na jednostkowym poziomie i podjąć decyzję, a potem stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami. Warto wrócić do działania. W naszej cywilizacji bardzo dużo mówimy i piszemy, a mało działamy.

Główny bohater twojej książki musiał działać, jeszcze zanim dotarł na miejsce. Na statku ratował niemowlę, jak to nazwałeś "ofiarę Nestle” - dziecko, któremu podano sztuczne mleko, podobno lepsze niż matczyne, ale nikt nie uprzedził rodziców, że woda musi być czysta i przegotowana, że muszą mieć do tego kuchenkę i czyste naczynia. Dan, u którego pracujesz, też jest opisany jako ten, który po prostu działa.

To właśnie książka o tym, że ktoś działa, a to działanie jest o tyle różne od mówienia i pisania, że daje efekty. Te zaś są nieodwracalne. Kiedy patrzymy na efekty, możemy też zadać sobie pytanie "po co?”.

fot. Jake Nowakowskifot. Jake Nowakowski

Znalazłeś odpowiedź na to pytanie podczas wolontariatu?

Nie znalazłem. Działam nadal chaotycznie, chaos jest wiodącym motywem w moim życiu.

To na szczęście nie jest książka o mnie, tylko o pewnym doświadczeniu, którego w naszej cywilizacji nie ma. Chodzi o rytuał przejścia - ktoś porzuca pewną rzeczywistość, w której żył do tej pory, udaje się do miejsca szeroko rozumianego odosobnienia, robi tam różne rzeczy i z nowym doświadczeniem, odmieniony, wraca do miejsca, które wcześniej opuścił.

Z drugiej strony, nie wraca się do tego samego miejsca.

Tak, dlatego myślę, że to jednocześnie też próba opowiedzenia o jeszcze jednej rzeczy. W środku "Domu nad rzeką Loes” jest cytat z "Solaris”. Pamiętam, że potrzebowałem łącznika, zacząłem się zastanawiać, kto mógł napisać coś o kontakcie z innym, pomyślałem od razu o "Solaris”, sięgnąłem po książkę i po dziesięciu minutach znalazłem właściwy cytat, który jest doskonałym podsumowaniem próby kontaktu z inna kulturą - to jest opowieść o tym, że próby opisu obcego są niczym innym, jak tylko próbami opisu tego, kim my jesteśmy. Poza tym "Solaris” jest piękną książką i jest w niej ocean...

fot. Ania Morawiecfot. Ania Morawiec

A ty jesteś żeglarzem, prawda?

Jestem żeglarzem, już od siedmiu lat mam szczęście być częścią załogi jachtu, który pływa w dalekie wyprawy. To fajne doświadczenie, te wyprawy napędzane są energią kilku kapitanów. Jacht wypływa coraz dalej - na Grenlandię, Spitzbergen, a w przyszłym roku płyniemy na Antarktydę.

Co robi człowiek z Łodzi na jachcie?

Żeglować nauczył mnie tata, gdy miałem pięć lat. To umiejętność, którą posiadam najdłużej w życiu, ona we mnie została, znikała, wracała. Żeglarstwo daje mi dużo, jest dla mnie spełnieniem pewnych planów. Warto, żeby każdy miał taką rzecz w swoim życiu, bo jeśli przez cały czas będziemy robić tylko plany, ale ich nie zrealizujemy, to ogarnie nas rezygnacja.

Był taki moment, że zrezygnowałem z żeglarstwa na długo, jeździłem lądem. Zjeździłem praktycznie cały Bliski Wschód i coraz dalej zapuszczałem się w Azję. To trwało przez osiem lat, zanim wyjechałem na Timor.

Podróż przed siebie, bez celu?

Zawsze były jakieś cele, tylko nie zawsze je z Kasią, moją dziewczyną, realizowaliśmy. Kiedyś nasz znajomy zamieszkał w Dubaju. Postanowiliśmy odwiedzić go, pojechaliśmy lądem, przez Iran. Wyruszając z domu mieliśmy po 600 zł w kieszeni, na południu Iranu zaplątaliśmy się w jakąś wizową aferę, gdy się okazało, że nie możemy przedłużyć pobytu, nie mieliśmy nawet za co wrócić. To były mało zorganizowane wyprawy, ale taki mam już styl. Teraz wolę inną formę podróżowania. Po tym pobycie na Timorze, gdy zobaczyłem jak cenna jest możliwość komunikowania się z ludźmi w ich języku - nie pojechałbym już tak zupełnie w nieznane bez przygotowania.

fot. Ania Morawiecfot. Ania Morawiec

Jakie jest najpiękniejsze miejsce na Ziemi?

Las tropikalny, lodowce na Grenlandii, mgła u wybrzeży Nowej Funlandii - to właściwie łańcuch miejsc i zjawisk, które pokazują cykl przemian na naszej planecie. Zobaczenie tych miejsc, to było doświadczenie, które miało dla mnie ogromną wartość. Najpiękniejsze zaś, co widziałem, to zjawisko bioluminescencji. Czternastego czy piętnastego dnia rejsu przez ocean woda zaczęła świecić w nocy. Gdy płynęliśmy halsem i burta, przy której spałem była zanurzona w wodzie, nie mogłem zasnąć z powodu tego jasnozielonego światła. W środku nocy przypłynęły delfiny i zaczęły wykreślać fluorescencyjne zygzaki. To taki obraz, po który mógłbym znów popłynąć przez dwadzieścia parę dni przez Atlantyk, mimo że przebywanie na małym jachcie w kilka osób nie jest łatwe.

Podróżujesz, wypływasz w rejsy, piszesz książki i je tłumaczysz, a pracujesz jeszcze w zawodzie?

Pracuję w szpitalu. Koledzy z mojego zespołu mi pomagają. Ja po prostu lubię dużo robić, lubię mieć zastępczy plan, zawsze miałem też nomadyczną mentalność. Medycyna była bardzo ważna w moim życiu, ale ostatnio zaczęło uzupełniać ją pisanie.

Czy umiejętności, które nabyłeś praktykując w Timorze Wschodnim, przydają ci się tutaj, w Polsce?

To są takie przedziwne umiejętności. Na przykład gruźlica - oficjalnie uważa się, że 25 % populacji Timoru miało z nią kontakt, Dan mówi, że nawet co drugi Timorczyk nosi w sobie prątki. Jednym z leków wykorzystywanych przy leczeniu tej choroby jest rifampicyna, antybiotyk, który okazuje się być też bardzo skuteczny w leczeniu uporczywych infekcji często pojawiających się w ortopedii.

Albo stosowanie oleju kokosowego do leczenia trudno gojących się ran - to chyba najcenniejsza rzecz, którą zapożyczyłem z tropikalnej farmakopei. Przede wszystkim zaś nauczyłem się na Timorze tego, że ludzie chodzą tam do lekarza, bo mają potrzebę, a u nas - bo mają możliwość. To złożona kwestia, żyjemy w społeczeństwie alienacji, wyrzucenia choroby i śmierci poza obowiązującą narrację. Lekarz jest takim pośrednikiem, nie kojarzy się dobrze, kojarzy się z chorobą i śmiercią, czyli tym, co jest obłożone stygmatem czegoś obrzydliwego.

Tymczasem doświadczenie timorskie, to doświadczenie śmierci przeżywanej, w której się uczestniczy. Rytuały są tam bardzo ważne, a zmarli są ważnym elementem społeczeństwa, świata żywych, są obecni...

 

 

Dominika Węcławek. Dziennikarka kulturalno-popularna, scenarzystka komiksowa, matka dzieciom: córce i synowi, i czasopismu "Bachor". Jednym słowem: robot. Sen zastępuje muzyką, robi hipsterskie foty.

Komentarze (6)
Zaloguj się
  • Gość: ewa

    Oceniono 40 razy -26

    o mamo, zmarnowałam czas na czytanie czegoś takiego. jedyne z czym mogę się zgodzić, to że studia medyczne nie przygotowują właściwie do profesji.

  • Gość: obserwator

    Oceniono 27 razy -1

    to smutne , że młody zdolny lekarz wykształcony w polskim systemie musi pojechać do Timoru aby dowiedzieć się, że leczy drugiego Człowieka

  • Gość: Basia

    Oceniono 3 razy 3

    Niesamowite jak bogate musi być jego życie. Zazdroszczę mu odwagi,. Kończę właśnie studia medyczne i trudno mi się nie zgodzić, z tym, że przez okres tych 6 lat funkcjonuje się w oderwaniu od rzeczywistości, od ludzi.Ciężko potem wrócić, odnaleźć się w nowej roli. Każdy chyba musi poszukać własnej drogi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX