Od redakcji: Krótko po rozpoczęciu nowego roku szkolnego, odebrał sobie życie 14-letni Kacper z Gorczyna. Był prześladowany przez rówieśników, mówili, że jest gejem. Przypominamy felieton Mike'a Urbaniaka, który powstał dwa lata temu po samobójstwie 14-letniego Dominika.
To był piękny letni dzień. Dokładnie taki jak niedawno w Bieżuniu na Mazowszu. Wracałem z zajęć teatralnych do domu przez moje osiedle Bema w Białymstoku. Na ławce siedziało kilku chłopaków ze szkoły, byli starsi o rok. Krzyczeli w moim kierunku: Patrzcie, pedał idzie! Może nam obciągnie? Jak zawsze w takich sytuacjach przyspieszałem lekko i udawałem, że tego nie słyszę, modląc się jednocześnie, żeby mi dali spokój. Nie dali. Jeden z nich przebiegł na drugą stronę ulicy i z całej siły uderzył mnie w twarz. Upadłem. Warga rozcięta, w ustach smak krwi, zęby na szczęście wszystkie. Bardzo ich to śmieszyło, rechotali niemożebnie. Wstałem powoli, zacząłem wolno iść w stronę domu i czułem, jak ciurkiem lecą mi łzy. Nie mogłem ich opanować, a przecież byłem na ulicy. Trzeba trzymać fason - tak zawsze mówiła mama. Łzy leciały, twarz puchła. Myślałem: Co ja powiem rodzicom? Nie mogłem im przecież powiedzieć prawdy. Nie mogłem im opowiedzieć ani o tym, ani o innych podobnych wydarzeniach. Ani o obozie na Węgrzech, podczas którego grupa chłopaków, krzycząc w środku nocy "Zaje**ć ciotę!", obcięła mi sznurki od namiotu i ten zawalił mi się na głowę, ani o codziennym wysłuchiwaniu na szkolnych korytarzach: "pedzio!", "zbok!", "lachociąg!".
Powiedziałem więc rodzicom, że się zagapiłem i uderzyłem głową w znak "przejście dla pieszych". Powiedziałem, zamieniając to - jak to miałem w zwyczaju - w prześmieszną anegdotę, bo poczucie humoru było zawsze moją tajemną bronią. Śmialiśmy się z tego setnie. Potem, wieczorem, kiedy położyłem się do łóżka, wyłem pół nocy. I nie wyłem dlatego, że byłem mazgajem, ale z upokorzenia. Kompletnego upokorzenia. I bezsilności. Nie zrozumie tego nikt, kto nie doświadczył ciągłego prześladowania przez rówieśników. Wstajesz rano, szykujesz się do szkoły i już wiesz, że dziś ktoś, zupełnie bezinteresownie, spróbuje cię obrazić, upokorzyć, wyśmiać. Tuż przed wyjściem z domu stajesz jeszcze ostatni raz przed lustrem i sprawdzasz, czy nie wyglądasz zbyt "pedalsko". Może masz jakiś element garderoby, który coś sprowokuje? Sprawdzasz wszystko podwójnie. Bo przecież to jest twoja wina. Tak czujesz.
Musisz mieć grubą skórę, inaczej nie wytrzymasz. Tak jak 14-letni Dominik z Bieżunia, który pewnego dnia napisał do swojej mamy list, w którym ją bardzo przeprasza, ale dalej już nie da rady. Nie da rady wysłuchiwać codziennie, że jest "pedziem". Dominik odebrał sobie życie. Nie on jeden. Na Facebooku pojawił się fanpejdż: "Dobrze, że zdechł".
Ja nie zdechłem. Nie dałem się. Nie wiem, ile w tym mojej zasługi, a ile szczęścia. Nie dawać się próbują tysiące uczniów LGBT w polskich szkołach, którzy bronią się jak mogą. Ja także uruchamiałem mechanizmy obronne. Moim, oprócz wspomnianego poczucia humoru i bycia tak zwaną duszą towarzystwa, było zaangażowanie społeczne. Mimo ciągłych wyzwisk wybrano mnie na przewodniczącego klasy, a potem samorządu szkolnego. Podobnie było w liceum. Zaczęła mnie ratować moja pozycja. Przewodniczącego już nie tak łatwo obrażać. "Pederastą" można nazywać "przeciętniaka", to jest wymarzona ofiara. Z "władzą" się trzeba liczyć. Głośne wyzwiska zamieniły się w syczenie po kątach.
Moja historia działa się w czasach przedinternetowych, przed spektakularnym rozkwitem polskiego cyberhejtu i przed intensywną obecnością tematów LGBT w mediach. Prawicowi politycy nie szczuli na gejów i lesbijki, nie ziała w naszą stronę zmasowana nienawiść "niepokornej" prasy, nie zajmowali się nami księża i biskupi, którzy dziś postawili sobie za cel dehumanizację osób LGBT. Jakże łatwo jest z takim wsparciem wybrać sobie ofiarę i doprowadzić ją do samobójczej śmierci. Wiedząc w dodatku, że nie może głośno wołać o pomoc. Bo do kogo? Do kogo miał się zwrócić w swojej niewielkiej miejscowości Dominik, jeśli nawet paraliżujący strach przed reakcją najbliższych nie pozwolił mu szukać ratunku u własnej mamy?
Dzieciaki odkrywające swoją homoseksualność są często w pułapce bez wyjścia. Wiedzą o tym doskonale ich prześladowcy. Wiedzą, że najpewniej nikomu o swojej sytuacji nie powiedzą, bo byłoby to równoznaczne z coming outem, którego bardzo się boją. "Biedna polska ciota" - że posłużę się cytatem z niedawnego homofobicznego tekstu Karoliny Korwin-Piotrowskiej - jest rzeczywiście biedna. Dziś, po śmierci Dominika, mamy o jedną mniej.
Mike Urbaniak . Dziennikarz kulturalny, krytyk teatralny, autor rozmów z wybitnymi postaciami polskiej kultury, głównie teatru. Pisze też o współczesnym Izraelu i tematyce LGBT. Jest stałym współpracownikiem "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl. W Polskim Radiu RDC prowadzi autorskie programy: "Pan od kultury" i "Homolobby" (w duecie z Maciejem Nowakiem), a w Instytucie Teatralnym cykl spotkań "Moja historia" ze znakomitymi postaciami polskiej sceny. Pisze bloga panodkultury.com .