artykuły
fot. materiały prasowe La Mania (fot. materiały prasowe La Mania)
fot. materiały prasowe La Mania (fot. materiały prasowe La Mania)

Lubisz sławę?

- Nie wiem. Nie jestem sławna.

Ludzie nie rozpoznają cię na ulicy?

- Owszem. Ale to nie sława, może popularność. Jestem obecna w mediach, bo taką mam pracę. W świecie mody marketing zawsze bazuje na ludziach, właścicielach, projektantach, modelkach. Ale jeśli pytasz o to, czy lubię być rozpoznawana, to odpowiedź brzmi: tak. Byłoby hipokryzją twierdzić, że nie jest to miłe. Szczególnie że praktycznie zawsze spotykają mnie wyrazy sympatii. Istnieje przepaść między światem rzeczywistym i wirtualnym - pełnym krytyki, a nawet agresji. Trzeba mieć do tego dystans.

Jesteś celebrytką?

- To słowo ma bardzo szerokie znaczenie. Zawsze staram się, żeby moja publiczna aktywność miała jakiś cel, sens. Jako właścicielka La Manii jestem jej ambasadorką i w tej roli pojawiam się najczęściej. Uczestniczę w wybranych wydarzeniach związanych z modą, sztuką lub kulturą. Wypowiadam się publicznie o modzie, bo to moja branża i znam się na niej. Nie wypowiadam się jednak na tematy, które nie mają nic wspólnego z tym, co robię zawodowo. Nie będę mówić o polityce, religii, gotowaniu lub tańczeniu, bo to są moje prywatne opinie lub poglądy. Nie jestem więc celebrytką w powszechnym rozumieniu tego słowa.

W naszej modzie za dużo jest gadatliwych celebrytów, a za mało ludzi wykształconych. Ty skończyłaś nie tylko Wydział Prawa na Uniwersytecie Warszawskim, ale studiowałaś też modę.

- Praca w modzie wymaga dużej wiedzy i ciągłego kształcenia. W zeszłym roku studiowałam we florenckiej Polimodzie. Linda Loppa, słynna dyrektor Polimody, a także mentorka m.in. Rafa Simonsa oraz Martina Margieli, stworzyła dla mnie spersonalizowany program. W Londynie do tej pory chodzę na indywidualne zajęcia.

A co zmienił w twoim życiu "Project Runway"?

- Na pewno zmniejszył się pewien dystans ludzi do mnie. W okresie emisji programu podchodziło do mnie na ulicy wiele obcych osób. Pytali o uczestników, o to, kto wygra. To zawsze były bardzo miłe rozmowy, nigdy nie spotkałam się z agresją lub chamstwem. Co ciekawe, programem interesowali się bardzo różni ludzie, w tym prawnicy, biznesmeni, wielu mężczyzn, których - szczerze mówiąc - nigdy bym o to nie podejrzewała. "Project Runway", mimo swojej rozrywkowej konwencji, pokazał kulisy zawodu projektanta i bardzo się z tego cieszę, bo to niezwykle ciekawy świat, choć wymagający nie tylko talentu, ale przede wszystkim ciężkiej pracy.

"Project Runway" był bardzo ważny dla polskiej branży mody. To międzynarodowy program, który w rozrywkowej konwencji pokazuje modę od kulis. Pierwszy raz szersza publiczność miała szansę zobaczyć, na czym polega praca projektanta. Jak bardzo złożony i wymagający jest to zawód.

fot. materiały prasowe La Mania
Fot.

No właśnie, niektórzy myślą, że moda to czerwony dywan, a moda to przecież ciężka praca, która tworzy ważną gałąź gospodarki.

- To ciężka i niełatwa praca. Trzeba ją bardzo kochać, wierzyć w siebie i być zdeterminowanym. Pracuję non stop. Jestem perfekcjonistką i o bardzo wiele rzeczy dbam osobiście. Oczywiście nie mogłabym tego robić bez pomocy swojego zespołu. La Mania jest całkiem sporą firmą jak na polskie warunki. Działamy jednak w skali międzynarodowej i nasze standardy nie mogą odstawać od tych, które mają inne europejskie marki.

Nasz rynek ciągle jednak nie jest doskonały.

- To wciąż bardzo młody i słabo rozwinięty rynek. Marzę o tym, by w Polsce powstał prawdziwy, uporządkowany świat mody. Żeby był warszawski Fashion Week, a także jakiś odpowiednik syndykatu mody. Powinniśmy zadbać również o dziedzictwo narodowe: resztkę wybitnych konstruktorów, hafciarek, koronczarek, o gigantyczną wiedzę i umiejętności, które bezpowrotnie tracimy. W Wielkiej Brytanii moda generuje około 800 000 miejsc pracy i miliony funtów państwowego zysku. To jest idealny moment, by iść w tym kierunku. Bardzo wiele firm wycofuje się z Chin i przenosi się na Ukrainę, Białoruś, do Rumuni, a także do Polski. Ciągle jednak mamy zbyt małe zaplecze techniczne, zlikwidowano nawet szkoły zawodowe. Nie ma platform pośredniczących między zleceniodawcami a zleceniobiorcami. My to wszystko powinniśmy stworzyć, i to jak najszybciej.

A ty wspierasz polskie talenty?

- Na razie wspieram rozwój projektantów, którzy wystąpili w "Project Runway". Wiele osób uważa, że telewizja daje tylko pięć minut sławy, a potem się przepada. Ja w tych ludzi wierzę i chcę, żeby się dalej rozwijali. Dlatego stawiam na edukację.

Wróciłaś niedawno z absolutnej stolicy mody, czyli z Nowego Jorku. Co tam robiłaś?

- Miałam serię biznesowych spotkań, które były dla mnie niezwykle inspirujące. Nowy Jork na światowej mapie mody odgrywa szczególną rolę. Tam wszystko ma niezwykły rozmach. Przez kilka dni chodziłam na spotkania od rana do nocy. Widziałam się m.in. z Tamarą Mellon, przedstawicielami Council of Fashion Designers of America. Spotkałam się też z legendą amerykańskiej mody - Tommym Hilfigerem. Pokazałam mu wszystkie sesje La Manii, stronę internetową, opowiedziałam o największych dokonaniach i planach. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania z jego strony. Amerykanie są bardzo konkretni i jeśli coś im się spodoba, od razu chcą działać. Natychmiast pojawiły się różne możliwości współpracy. Z jednej strony jestem bardzo szczęśliwa, bo przecież o to chodzi, po to wszystko to robię. Z drugiej - trochę sparaliżowała mnie skala wyzwań. To tak, jakby ci ktoś powiedział, że jutro wchodzisz na Mount Everest, a ty masz ze sobą tylko trampki. Teraz muszę to sobie wszystko poukładać, zaplanować i zacząć działać.

Czy to znaczy, że La Mania pojawi się w Ameryce?

- Mam zwyczaj mówić o rzeczach, które już zrobiłam, a nie o planach. Dlatego jeszcze poczekajmy.

W ostatniej kolekcji bardzo podkreślasz artystyczne źródła - sztukę XX wieku i architekturę nowojorskich wysokościowców. Czy to znaczy, że w twoich poszukiwaniach motywów do kolekcji ważna jest też wizyta w Tate czy MoMA?

- Uwielbiam sztukę - odgrywa ona w moim życiu bardzo dużą rolę. Staram się być na wszystkich najważniejszych wystawach. Wtedy przychodzą mi do głowy następne pomysły. Szkicuję sobie nowe kształty i modele. Zapamiętuję kolory, ich zaskakujące połączenie i faktury. Moda i sztuka od zawsze się przenikały. W kolekcjach La Manii to właśnie ona jest główną inspiracją i nieodłącznym elementem naszego DNA. W kolekcji Jesień/Zima 2014/15 pojawiły się mocne metaliczne akcenty inspirowane pracami Jeffa Koonsa, natomiast w nadchodzącej - Wiosna/Lato 2015 - będzie można dostrzec silny wpływ twórczości Jamesa Naresa. Łączenie sztuki z modą jest w La Manii naturalne. Naszym pierwszym poważnym krokiem na międzynarodowym rynku była wystawa w ramach Londyńskiego Tygodnia Mody, na zaproszenie British Fashion Council we współpracy z jedną z najlepszych galerii sztuk na świecie - Krystyny Gmurzyńskiej.

fot. materiały prasowe La Mania

Dlaczego nie założyłaś firmy w Nowym Jorku czy Londynie, skoro w Polsce i tak raczej bywasz, niż jesteś?

- La Mania miała pochodzić stąd, z Polski. Chciałam założyć pierwszą polską markę pret-a-porter, która mogłaby działać na światowych rynkach. Czuję się przede wszystkim Polką, jestem przywiązana do polskiej tradycji, historii, kultury.

Gdy La Mania powstawała, wiele osób mi mówiło, że to fajny kaprys, ale szalony i nierealny pomysł biznesowy. Polska marka na światowych rynkach? - pytali z niedowierzaniem.

Polska kompletnie nie kojarzy się na świecie z modą. Czy ubranie made in Poland nie jest jednak skazane na prowincjonalizm?

- Polska nie jest prowincjonalna. Nie mamy żadnych powodów do kompleksów. A w świecie mody kolekcje La Manii mówią same za siebie. Dla mnie gigantycznym osiągnięciem jest to, że w trakcie tygodnia mody do mojego showroomu przychodzą kupcy z domów towarowych Harrods, Excelsior czy Joseph i kupują ode mnie kolekcję. Przecież oni mają miliony spotkań z takimi markami jak Dior czy Gucci. Dla mnie najważniejsze jest właśnie to, że udało mi się wejść na tę pozornie niedostępną światową ścieżkę. Wiem, że jestem wciąż na początku drogi. La Mania wciąż jest w wieku wczesnodziecięcym, ale idziemy w dobrym kierunku. Dzisiaj moda to olbrzymi biznes, świat globalnych korporacji. Ale wierzę, że już niedługo zapukamy do ich drzwi.

Co zatem powoduje, że ci kupcy do ciebie przychodzą, że znajdują czas?

- Po pierwsze, trzeba mieć dobry produkt, pomysł i własny styl. Dbać o najwyższą jakość materiałów i wykonanie. Tu nie ma kompromisów. Reszta wymaga czasu, determinacji, cierpliwości i wielomiesięcznej marketingowej pracy. Bardzo wiele dała mi wspomniana już przeze mnie wystawa zorganizowana razem z British Fashion Council w Royal Academy of Arts w Londynie. Po niej o La Manii napisano w "Vogue'u", pojawiła się także propozycja z Harrodsa. Prestiżowy londyński dom towarowy kupił moją kolekcję, mimo że nie ma u nich nieznanych marek. W Harrodsie jesteśmy już siódmy sezon i rzeczy sprzedają się świetnie.

Czyli nie jest to efekt twoich znajomości, tylko biznesowy konkret?

- Jeśli się nie sprzedajesz, to po prostu wylatujesz. 70 procent ostatniej kolekcji La Manii sprzedało się już w pierwszej cenie - czyli przed przecenami, a to jest naprawdę bardzo doby wynik. Świat mody zmienił się nieprawdopodobnie. Sukces odnosi dzisiaj tzw. affordable luxury. Czyli luksus, który jest bardziej dostępny. To segment, który tworzy choćby marka The Row czy wspomniana już Tamara Mellon, a także La Mania. Zarząd Josepha obawiał się, że wprowadzając do oferty nieznaną markę z grupy affordable luxury, obniży swój poziom, ale na naszą premierę przyszło aż 800 osób! Sprzedaż była ogromna. Pierwszymi klientkami La Manii były kobiety z najwyższej półki biznesowej.

Co sprawiło, że one kupiły akurat twoje rzeczy, a nie np. Diora?

- Jedno nie wyklucza drugiego. La Mania jest kobieca, zmysłowa, minimalistyczna, a co najważniejsze - nie jest jeszcze szeroko rozpoznawalna, czyli jest intrygująca. Obecnie zgłaszają się do mnie kolejne domy towarowe, które chcą mieć u siebie La Manię. Tym razem z Włoch i Nowego Jorku. To dobry znak.

Która z twoich polskich klientek jest tą najważniejszą?

- Kupuje u nas bardzo dużo wyjątkowych kobiet.

Moja ukochaną odbiorczynią La Manii była Danuta Wałęsa.

- No tak. To absolutnie wyjątkowa klientka. Zgłosiła się do nas tuż przed wenecką premierą "Wałęsy. Człowieka z nadziei". Od razu wiedziałam, że strój musi być wyjątkowy, ale jednocześnie skromny. Nie mogłam z niej przecież zrobić królowej brytyjskiej w haftowanym seledynowym kostiumie. Wiedziałam, że musi mieć klasę, że muszę podkreślić jej ogromny wdzięk i naturalność. Aksamitna, wydłużona czarna peleryna była idealna, bo rozświetliła jej alabastrową twarz. Danuta ma też bardzo dobrą figurę, dlatego zaproponowałam jej prostą, długą, czarną suknię. Pelerynę i rękawy ozdobiłam brylantowymi guziczkami, które przywiozłam z Florencji.

Jej szczery uśmiech, który pojawił się tuż po przymierzeniu nieskończonego jeszcze projektu, to moment, na który czeka każdy projektant. Prawdziwa satysfakcja.

Danuta Wałęsa po wydaniu swojej książki stała się symbolem kobiety wyzwolonej, takiej, która wyszła z cienia męża i w pewnym sensie stała się ikoną feminizmu. Idee feminizmu są ci bliskie?

- Jestem kobietą, która kocha kobiecość. Feminizm czy gender mnie nie interesują. Na pewno nie chciałabym, żeby kobiety stały się zbyt androgeniczne. La Mania jest zaprzeczeniem androgeniczności. Kobiety na pewnym poziomie cywilizacyjnym wiedzą, że żeby udowodnić swoją siłę, nie muszą chodzić w garniturze, krótkich włosach i na płaskim obcasie. Ja ze swojej kobiecości nigdy nie zrezygnowałam i nie zamierzam.

fot. materiały prasowe La Mania

Masz trzech synów, właściwie tworzysz wielodzietną rodzinę. Kiedy zdążyłaś ich wszystkich urodzić?

- Urodziłam ich w idealnym momencie. Aleksa po pierwszym roku studiów, Filipa po trzecim, a Jakuba przed aplikacją radcowską. Wszyscy urodzili się w wakacje. Nie przesunęłam przez nich ani jednego egzaminu. Posiadanie dzieci w młodym wieku jest idealne. One się wtedy naturalnie z tobą wychowują, to się dzieje samo. Oczywiście pomogła mi też dobra organizacja i wsparcie rodziców.

Czyli pomogli rodzice.

- Bardzo. Bez ich wsparcia byłoby mi bardzo trudno.

Pochodzisz z bogatego domu?

- Pieniędzy nie było jakoś strasznie dużo, ale też nie stanowiły problemu. Wychowałam się w inteligenckim domu, w którym pieniądze nie były ważnym tematem ani celem samym w sobie.

A byłaś grzeczną dziewczynką?

- Byłam aniołkiem, który zbuntował się w wieku 12 lat.

Jak wspominasz lata 80.?

- To były lata mojego liceum, czyli czas popu, punka i rocka. Szalone czasy neonowych kolorów, trwałej na mokrą Włoszkę, punkowej mody, Madonny, Michaela Jacksona, Duran Duran, Guns N' Roses i The Ramones.

Dzisiaj punka w tobie mało. Wygląda na to, że wszystko masz przemyślane i wykonane zgodnie z planem.

- Staram się wszystko pogodzić. Planowanie mi w tym pomaga. Są oczywiście absolutne priorytety, czyli rodzina i przyjaciele. Jestem bardzo towarzyska i mam absolutnego fioła na punkcie moich przyjaciół i bliskich. Żyjemy jak jeden organizm i zawsze chciałam, żeby tak było. Pewnie jest to też związane z faktem, że jedyną rzeczą, której mi brakowało w dzieciństwie, było rodzeństwo. Dla mnie najważniejsze w życiu jest to, żeby mieć przy sobie bliskich, życzliwych ludzi.

A czego tobie dzisiaj brakuje?

- Mam zdrowych i mądrych synów, z których jestem bardzo dumna. Przyjaciół, na których mogę liczyć. Pracę, która jest moją pasją. Ambitne plany i siłę do ich realizacji. Czasem brakuje mi tylko czasu, żeby w pełni z tego wszystkiego skorzystać.

Marcin Różyc. Krytyk mody i kurator. Autor książki "Nowa moda polska". Prowadzi rubrykę STYL w magazynie "KMAG". Współpracuje z "Vivą!Modą" i "Monitorem", a także Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i Instytutem Polskim w Londynie. Kurator wystawy "Krzyk Mody" zainicjowanej przez MSN w Warszawie. W Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW prowadził autorskie zajęcia - "Moda jako wyobrażenie i wyznacznik kulturowych przemian".