Mirosława Romanowska, psycholog kliniczny dziecka w IOP w Otwocku

Mirosława Romanowska, psycholog kliniczny dziecka w IOP w Otwocku (fot. Gazeta.pl)

Pijane w chwili narodzin, porzucone, odebrane rodzicom. Dzieci niechciane trafiają do Otwocka. "Kochamy je i mówimy im na uszko, że są ważne" #zwykliniezwykli

Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny w Otwocku to miejsce, gdzie wielka rozpacz miesza się z wielką nadzieją. Mirosława Romanowska, psycholog kliniczny dziecka, niechcianym maluchom z województwa mazowieckiego daje szansę na rodzinę lepszą niż ich biologiczna.

Gdy do ośrodka wchodzi ktoś nowy, prawie wszystkie dzieci zaczynają płakać jak na komendę. - To stały numer, każde chce zwrócić na siebie uwagę. Uwaga dorosłego to przetrwanie. Dzieci, które nie szukają kontaktu, to te, które już się poddały, zamknęły w sobie. Tak je skrzywdzono, że one już nie chcą żadnego człowieka, choć to oznacza śmierć - mówi Mirosława Romanowska, psycholog kliniczna dziecka, od 12 lat pracująca w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym w Otwocku.   

W Polsce takie ośrodki są tylko trzy: poza Otwockiem jeszcze w Łodzi i Częstochowie. Każdy naraz może przyjąć 20 dzieci, ale potrzeby są większe. W Otwocku obecnie jest dwudziestka piątka maluchów. Mają po kilka tygodni, miesięcy, maksymalnie rok. To dzieci, które utraciły opiekę: porzucone - w szpitalach albo oknie życia - i zabrane biologicznym rodzicom w wyniku interwencji. Rocznie jest ich około setki. W ośrodku są leczone, rehabilitowane. I czekają. Na rodzinę - nową lub starą, w zależności od decyzji sądu. By rodzina była nowa, rodzice biologiczni muszą zrzec się praw lub sądownie zostać ich pozbawieni. Jeśli decyzja jest taka, że dziecko do nich wróci, mogą codziennie do niego przychodzić i uczyć się opieki. Korzystają z tego nieliczni.

Czeka m.in. Wojtek (imię zmienione). Ma siedem miesięcy i FAS - alkoholowy zespół płodowy. Bardzo trudno określić jego wiek - ma drobne ciałko i nienaturalnie długie kończyny. Gdy bierze się go na ręce, wtula się całym sobą, zadziera głowę i patrzy ogromnymi oczami, od których człowieka przechodzi dreszcz. Za to posadzony w nosidle do karmienia rzuca się jak ryba wyjęta z wody. - Dzieci z FAS wciąż są niespokojne, na niczym nie mogą się skupić. Bo wiele z nich urodziło się bardzo pijanych - mówi Romanowska. Rodzice Wojtka nie odwiedzają go (choć mogą), ale praw do dziecka nie chcą się zrzec. Mają pretensje do urzędników, żądają zwrotu dziecka. Wojtek więc czeka. - Oby jak najkrócej, bo akurat on ma szansę na nową rodzinę, dla której będzie całym światem - mówi Romanowska. 

Takiej szansy nie ma wiele innych maluchów, bo choć w Polsce, jak wyjaśnia psycholog, rodzin już wyszkolonych do adoptowania dziecka jest więcej niż czekających dzieci, to na najbardziej chore maluchy chętnych nie ma. Również za granicą. Romanowska przyznaje, że zdrowe dzieci dziś już prawie się u nich nie zdarzają. - Zdecydowana większość ma FAS, wady genetyczne lub wielonarządowe uszkodzenia. Ich mamy piły w ciąży, nie chodziły do lekarza. W tym łóżeczku leży kilkumiesięczna dziewuszka, która trafiła do nas po pobiciu. Rozległe uszkodzenie głowy spowodowało u niej padaczkę. Jej rodzice zrzucili winę na młodsze dzieci - powiedzieli, że po niej skakały. Ja staram się zrozumieć każdą ze stron, ale widzimy tu rzeczy, których nie da się przeżyć i zapomnieć.  

Dlatego uważam, że często oddanie dziecka do adopcji, uwolnienie go to wyraz wielkiej miłości i odpowiedzialności mamy. Jestem pełna podziwu i szacunku dla takiej decyzji. Najgorzej, gdy rodzice dziecka wcale go nie chcą, nie potrafią się nim zająć, ale nie dają mu szansy na lepsze życie. To są najgorsze chwile, gdy decyzją sądu dziecko wraca do rodziny biologicznej, a my wiemy, że to nie jest dla niego dobre.  

Na szczęście dzieci z Otwocka w przeważającej części nowe domy znajdują - odsetek adopcji wynosi ponad 80 procent, mimo że pod Warszawę trafiają najcięższe przypadki. Celem Romanowskiej jest przywracanie poczucia bezpieczeństwa straumatyzowanym maluchom i praca z przyszłymi rodzicami adopcyjnymi. Kilkuosobowe salki dla maluchów niewiele różnią się od wymuskanych dziecięcych pokoi w kolorowych magazynach. - Póki dzieci z nami przebywają, staramy się dać im wszystko. Znaleźć pieniądze na wszystko. Nawet mleko po 200 zł za puszkę, jeśli tylko takie mogą jeść. Ale przede wszystkim dać im miłość i uwagę. To jest ważniejsze niż dobra materialne. Gdy rozpaczają w łóżeczku, to natychmiast są brane na ręce, przytulane, każdemu szepczemy na uszko, że jest ważne i chciane. Bo one utraciły to poczucie już na zawsze. To jest dziura, której nie da się zasypać, staramy się tylko minimalizować straty. Każdy dzień poza rodziną, która kocha, to strata nie do odrobienia. I malutkie dziecko, które nie myśli jeszcze logicznie, już doskonale to czuje. Gdzieś w środku do końca życia ta wielka pustka, wielki smutek pozostanie - przekonuje Romanowska. 

Romanowska karmi butelką pucołowatą dziewczynkę. Jedną z nielicznych w ośrodku, która może normalnie jeść, nie ma niedowagi. Żartuje, że małej zaraz nie będzie widać oczu, takie ma policzki. Po kolei opowiada szczegółową historię każdego dziecka. Sama ma dwóch, dziś już dorosłych synów. Mówi, że "urodziła ich drogą adopcji". - Nie mogłam mieć dzieci, a bardzo z mężem chcieliśmy, więc to było oczywiste. Adopcja to nie jest żadne wybieranie, zastanawianie się: czy dobrze robię, czy podołam. Ja wskoczyłam w nią jak w poród. Nie żałowałam nigdy, jestem bardzo szczęśliwą mamą. Dziś martwię się o te dzieci, które prawdopodobnie nie znajdą domu i całe życie spędzą w ośrodku opiekuńczym. W tej chwili mamy ich kilkoro.  

Ile dzieci przeszło przez moje ręce? Więcej niż tysiąc. Nie, nie pamiętam wszystkich. Tak trzeba. Przywiązujemy się do tych dzieci, kochamy je, opowiadamy o nich we własnych domach, nasi mężowie i dzieci tym żyją. Ale gdy pojawi się dla nich nowa mama, musimy zrobić wszystko, żeby przekonać dziecko, że to jest ta osoba, na którą czekało. Usunąć się w cień. To się nazywa "przeniesienie przywiązania" i dzieci potrafią błyskawicznie w to wejść. W naszej pracy piękny jest każdy dzień. Ale oddanie dziecka do nowego, dobrego domu jest najpiękniejsze. 

Więcej na temat ośrodka i informacje, jak pomóc, można znaleźć na stronie IOP w Otwocku >>

***

Znasz kogoś, kto też jest Zwykłym Niezwykłym? Powiedz nam o nim! Pisz na adres: zwykliniezwykli@agora.pl. Wybranych bohaterów odwiedzimy z kamerą.


 
 

Komentarze (10)
Zaloguj się
  • joankb

    Oceniono 25 razy 23

    Powiedzmy to sobie w końcu otwarcie. Suweren się zapił. Pijany płodzi, pijany w ciąży chodzi.
    Te dzieci mierne szanse mają.
    A dla tych jak Pani Mirosława, szacunek, próbować zawsze warto.

  • rabieg

    Oceniono 16 razy 16

    "Czym jest słońce dla ziemi, tym miłość dla duszy." Pani Mirosławo mój szacunek i uznanie.

  • knightrider15

    Oceniono 15 razy 15

    Praca godna podziwu

  • elzbietttta

    Oceniono 9 razy 9

    Sterylizacja. Wiem, to brutalne, ale ile nieszczęść można byłoby w ten sposób uniknąć.

  • homo-homini-lupus

    Oceniono 11 razy 5

    Pijane w chwili narodzin, porzucone, odebrane rodzicom. Dzieci niechciane trafiają do Otwocka.

    Rabiej by je adoptował, ale nie wolno mu.
    Szkoda

  • titta

    0

    Dlaczego krzywdzi sie te dzieci nie odbierajac praw rodzicom? Dlaczego przez glupote decydentow (ktorzy wola slogany niz autentyczne dobro dziecka) pozbawiane sa szansy na spokojna rodzine? Biologicznym rodzicom tez wyszlo by na dobre, gdyby prawo bylo ostrzejsze: albo zrobisz wszystko aby odzyskac dziecko albo nie jestes w tym momecie gotowy aby to dziecko miec.

  • sokolasty

    Oceniono 3 razy -3

    ja prdkamm, ile razy ten sam tekst z nowym "tytułem" na głównej i nowymi zdjęciami?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX