Ola w Meksyku

Ola w Meksyku (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

młoda polska

Trafiła w środek piekła. "Zadzwoniłam do rodziców i przez 20 minut wyłam do słuchawki"

Dzień i noc ratowała ludzi u wybrzeży wyspy Lesbos. Organizowała konwoje z pomocą i prowadziła badania w Calais, Dunkierce i pięciu innych obozach dla uchodźców we Francji. W Mosulu ratowała cywilne ofiary konfliktu, w tym wdowy i dzieci po zabitych bojownikach ISIS. Aleksandra K. Wiśniewska, 25-letnia łodzianka, jeździ w miejsca, które z piekłem mają wiele wspólnego.

Cykl "Młoda Polska" poświęcony jest Polkom i Polakom, których podziwiamy i którym kibicujemy. Kolejne sylwetki publikujemy w każdy wtorek. Oto nasi wcześniejsi bohaterowie:

Brał udział w akcjach, o których chciałby zapomnieć. "Nie wiem, czy to się nadaje do publikacji">>>

Poświęciłam temu projektowi życie prywatne, nie opływam w dobra doczesne, nie mam partnera, męża, dzieci>>>

"Wystarczy jeść, spać i chodzić". Polak jako pierwszy przeszedł samotnie pustynię Gobi>>>

IMIĘ: Aleksandra

NAZWISKO: Wiśniewska

WIEK:  25 lat

ZAWÓD: pracownik humanitarny

OSIĄGNIĘCIA: Laureatka rankingu najzdolniejszych młodych Polaków według "Forbes" - '25 przed 25' w kategorii Działalność Społeczna. Nagrodzona medalem Szlachetnej Paczki za akcje ratunkowe zabezpieczające tonących uchodźców na Morzu Śródziemnym. Pracownik humanitarny z doświadczeniem z 10 obozów dla uchodźców w Europie i na Bliskim Wschodzie. Współpracowniczka ONZ w Syrii i Iraku. Członek Rady Nadzorczej Fundacji Pomocy Dzieciom Happy Kids, prowadzącej 14 Rodzinnych Domów Dziecka w Polsce. Prezes LSE SU Polish Business Society podczas studiów w London School of Economics and Political Science (LSE). Pierwsza Polka, która ukończyła Blavatnik School of Government na Uniwersytecie Oksfordzkim. W latach licealnych stypendystka UWC Polska i włoskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych do United World College of the Adriatic.

- W dzieciństwie chciałam być malarką, a jestem humanitarystką - tak o sobie mówi Aleksandra K. Wiśniewska. Pomaga ludziom tam, gdzie dzieje im się krzywda, gdzie są pozostawieni samym sobie, pozbawieni dachu nad głową, nadziei, często godności. Ofiarom wojen, terroru i organizacji przestępczych. Uchodźcom.

- Jako rodzice jesteśmy bardzo dumni, bo zawsze staraliśmy się wychowywać córkę w duchu empatii i zrozumienia na potrzeby innego człowieka. Ola działanie ma w genach, zawsze wykazywała inicjatywę. Ma też jedną bardzo ważną cechę, z którą nam, rodzicom, nigdy nie było łatwo, mianowicie upór i konsekwentne dążenie do celu. Do tego stopnia, że im trudniej, im więcej przeciwności na drodze, tym więcej dołoży starań, by zrealizować to, co sobie założyła - mówi Radosław Wiśniewski, tata Aleksandry.

Aleksandra w dzieciństwie (1998 r.) i podczas studiów w na Oxfordzie (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Aleksandra w dzieciństwie (1998 r.) i podczas studiów w na Oxfordzie (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

Ona o swoim dzieciństwie mówi, iż było szczęśliwe. Ale niełatwe. Spotykała się z ostracyzmem, nietolerancją, a także przemocą ze strony rówieśników. Powodem było jej pochodzenie. Tata jest Polakiem, mama ma korzenie tajskie i chińskie. Azjatyckie rysy twarzy były wystarczającym powodem, by w oczach innych dzieci stać się obcą, dziwną, gorszą, niewartą uwagi. - To strasznie bolało - wspomina. - Dziecko nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego jest dyskryminowane, a ja nie czułam się ani gorsza, ani tym bardziej inna. Nie miałam wielu koleżanek, więc alienowałam się, chowałam przed światem. Ucieczką były książki. Dzięki babci czytałam już w wieku pięciu lat, książki były dla mnie oknem na świat. Dzięki nim coraz lepiej zaczęłam rozumieć mechanizmy nietolerancji, ksenofobii, rasizmu, ekstremizmu. Tak rodziła się moja świadomość, ale też wewnętrzny sprzeciw i bunt.

Palestyńczyk z Izraelczykiem w jednej ławce

Bunt zmaterializował się w konkretne działanie już w szkole średniej. Jeszcze nie zdążyła skończyć pierwszej klasy w IV LO w Łodzi, gdy zgłosiła się do konkursu stypendialnego Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata. Gwarantowało ono dwuletnią naukę w jednej z kilkunastu międzynarodowych szkół ruchu United World Colleges. W rywalizacji o jedno miejsce z pełnym stypendium pokonała 600 innych kandydatów z Polski i w wieku 16 lat wyjechała do Włoch.

Nie była to zwyczajna szkoła. United World Colleges jest pozarządową organizacją, której najważniejszy punkt statutu mówi o wspieraniu rozwoju społeczeństwa obywatelskiego poprzez międzynarodową edukację młodzieży w duchu tolerancji, ochrony praw człowieka i aktywności społecznej. W procesie edukacji ważne jest budowanie dialogu, porozumienia i przyjaźni między młodymi ludźmi wywodzącymi się z różnych krajów, kultur i warstw społecznych. Także między przedstawicielami zwaśnionych narodów. Szkoła UWC Adriatic w mieście Diuno między Triestem a Wenecją była prawdziwym kulturowym tyglem. W jednej ławce Palestyńczyk z Izraelczykiem, Ormianin z Turkiem, Kenijczyk i Somalijczyk, gej z muzułmaninem. Z pozoru powinno ich różnić wszystko, ale łączyła przede wszystkim chęć wzajemnego zrozumienia.

Aleksandra (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Aleksandra (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

- Dwa lata w tej szkole dały mi mnóstwo wiedzy, otworzyły mi oczy na problemy świata, których wcześniej nie dostrzegałam. I dowiadywałam się o nich nie z książek czy Internetu, ale bezpośrednio od naocznych świadków i uczestników wielu ważnych dla świata wydarzeń - wspomina Aleksandra. - Kolega brał udział w Arabskiej Wiośnie w Jemenie, inny w Libii walczył przeciwko Kaddafiemu, dzięki koleżankom z pokoju poznałam piękną, ale i burzliwą historię Etiopii i Armenii. Mogłabym wymieniać jeszcze długo. Każdy w tej szkole miał do opowiedzenia niesamowite historie.

"Prosiliśmy ją o ostrożność"

Właśnie dzięki doświadczeniom zdobytym w tej szkole misją Aleksandry stała się pomoc tym, których los potraktował okrutnie. Najpierw pojechała do Meksyku, gdzie w samym sercu dżungli lakandońskiej z ramienia jezuitów pracowała jako wolontariuszka na plantacjach kawy prowadzonych przez rdzennych Majów. Zakonnicy pomagali członkom Zapatystowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego - to rewolucyjny ruch społeczny powstały dla ochrony praw i autonomii rdzennej ludności indiańskiej, przeciw wyzyskowi gospodarczemu i politycznemu przez państwo meksykańskie.

Po dwóch miesiącach zakończyła wolontariat w meksykańskim buszu, żeby zacząć studia z polityki i filozofii w London School of Economics. Na trzecim roku Aleksandra usłyszała, co się dzieje na Morzu Śródziemnym. Światowe agencje informacyjne raz za razem wypuszczały depesze o przepełnionych łodziach z imigrantami, o tysiącach uchodźców docierających do Europy, a do nich dołączone były zdjęcia ciał dryfujących w morzu lub wyrzuconych na brzeg. Ten widok nią wstrząsnął. Nie mogła już siedzieć dłużej na miejscu, chciała działać. Spontanicznie spakowała plecak i wsiadła w samolot do Aten, skąd dotarła na Lesbos. - Gdy Ola zakomunikowała nam, że jedzie na Lesbos, bardzo się przestraszyliśmy, ale przecież nie mogliśmy jej tego zabronić. Widzieliśmy w jej oczach, że to jest jej powołanie. Prosiliśmy ją o ostrożność, ale tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy z ryzyka i z tego, co tam na miejscu się dzieje - opowiada tata Aleksandry.

Dzieci w obozie Moria na Lesbos (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Dzieci w obozie Moria na Lesbos (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

A ona dodaje: - Wiedziałam, że będę musiała stawić czoła wielkiej tragedii, ale nie spodziewałam się, że spotkam się z ludzkim cierpieniem, którego skalę trudno sobie nawet wyobrazić. Widok na wpół żywych ludzi, błagających o pomoc, czołgających się do brzegu, małych dzieci wyskakujących z łodzi, niepotrafiących pływać, to był dla mnie szok. Po pierwszej nocy spędzonej na ratowaniu ludzi z morza, wycieńczona zadzwoniłam do rodziców i przez 20 minut wyłam do słuchawki, nie mogąc wydusić z siebie słowa.

Już pierwszej nocy jej wrażliwość została wystawiona na ciężką próbę. Przepełniona ludźmi, w tym małymi dziećmi łódź napełniała się wodą. Ludzie w panice wskakiwali do morza, a jedna z kobiet rzuciła w jej ręce kilkumiesięczną dziewczynkę. Była cała sina, zwiotczała, ale tliło się w niej życie. Została bezpiecznie przewieziona do obozu w głębi lądu. Przeżyła. Jej mama również.

Wstyd

- Żeby w tak młodym wieku pojechać na Lesbos, trzeba mieć niewiarygodnie silną psychikę  - mówi z uznaniem Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. - Wielokrotnie zdarzało się, że musiałam wycofywać ludzi z misji, gdyż nie wytrzymywali psychicznie. Ola trafiła w sam środek piekła, codziennie musiała dokonywać wyborów obciążonych dużą odpowiedzialnością. Udźwignęła to, bo zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie zbawić całego świata, że trzeba się skupić na tym, co można zrobić, a nie na tym, czego nie da rady. Szczerze ją podziwiam.

Rodzina w obozie Moria (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Rodzina w obozie Moria (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

Aleksandra szybko opanowała szok i rzuciła się w wir pracy. Bardzo przydało się jej doświadczenie nurkowe. Nocą ratowała ludzi dopływających do brzegu, za dnia pracowała w obozie dla uchodźców Moria, który został założony na terenie dawnej bazy wojskowej. Powiedzieć, że warunki w nim urągają ludzkiej godności, to tak jakby nic nie powiedzieć. Ogromne przeludnienie, katastrofalne warunki sanitarne, głód, słaba opieka medyczna, przestępstwa, gwałty, przemoc, samobójstwa, ludzie w głębokiej depresji snujący się jak zombie - Moria to nawet nie przedsionek piekła, to jego centrum.

- W sylwestra z 2015/2016 rok w obozie zamarzło dziecko. Tymczasem kilka kilometrów od tego miejsca tysiące ludzi świętowało nowy rok w barach, restauracjach, luksusowych hotelach. W środku Europy, w XXI wieku, małe dziecko umiera z zimna, podczas gdy szpital jest na wyciągnięcie ręki. To dziecko zostawiło za sobą koszmar wojny, pokonało tak trudną i daleką drogę tylko po to, by tutaj umrzeć. Jako Europejce było mi wstyd - mówi Aleksandra.

Doświadczenie nurkowe przydało się na Lesbos (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Doświadczenie nurkowe przydało się na Lesbos (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

Wstyd ogarniał ją jeszcze wiele razy. Towarzyszyła mu bezsilność, często też rozpacz. Na przykład wtedy, gdy z morza wyciągnęła chłopca o potwornie zdeformowanej twarzy. Na całym ciele miał widoczne ślady tortur. Od razu zaczął opowiadać swoją historię. Widział śmierć całej swojej rodziny z rąk terrorystów ISIS. Przed rozstrzelaniem jego bracia i rodzice zostali zgwałceni i poddani torturom. On sam przeżył, bo udawał martwego.

- Utkwił mi też w głowie groteskowy obraz. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i z grupą wolontariuszy przystroiliśmy obóz i okolice w kolorowe łańcuchy świąteczne. Oplatały one między innymi ogrodzenie z drutu kolczastego. Na tak zwanym Afgańskim Wzgórzu spotkałam syryjską dziewczynkę. Ktoś dał jej bańki mydlane i ona dmuchała je w moją stronę. Z jednej strony był to bardzo abstrakcyjny widok, niesamowity kontrast beztroskiej zabawy w tragicznych okolicznościach, ale z drugiej strony była w tej dziewczynce symbolika woli życia, ogromnej siły i nadziei - opowiada Ola.

Syryjska dziewczynka puszczająca bańki na Afgańskim Wzgórzu (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Syryjska dziewczynka puszczająca bańki na Afgańskim Wzgórzu (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

Po powrocie z Lesbos Ola pomagała jeszcze uchodźcom w słynnej "dżungli", czyli w obozie w Calais, oraz w Dunkierce. Pracowała też dla rządu brytyjskiego, a także dla ONZ w Turcji i Jordanii. Praca w szklanych biurowcach jednak nie dawała jej satysfakcji.

- Nie łudziłam się nigdy, że zbawię świat. Jadąc na Lesbos i w każde inne miejsce, chciałam empirycznie zrozumieć ludzkie cierpienie, być blisko ludzi, bo wydaje mi się, że te wszystkie ważne decyzje polityczne podejmowane w Brukseli, Strasburgu czy Nowym Jorku zapadają w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. ONZ ma ogromne zasługi, ale z drugiej strony to wielka machina biurokratyczna. Ta biurokracja mocno spowalnia, a często też uniemożliwia skuteczne działania w sytuacjach kryzysowych, wymagających podjęcia natychmiastowych kroków. Zabija też często motywację młodych osób - podkreśla Aleksandra.

"Polityka może być etyczna"

Pojechała do Iraku, gdzie akurat dogorywała bitwa o Mosul - jedno z największych starć zbrojnych w nowożytnej historii Bliskiego Wschodu. Państwo Islamskie zostało pobite, ale cena zwycięstwa była bardzo wysoka. Miasto obróciło się w pył i gruz, a zawalone budynki stały się grobem dla tysięcy ludzi. Po wyzwoleniu wojsko irackie ogarnęła żądza zemsty. Żołnierze bestialsko zabijali każdego, kogo podejrzewali o przynależność lub współpracę z ISIS. Także kobiety i dzieci. Podczas bitwy o Mosul zginęło 30 tysięcy ludzi, w tym ponad 10 tysięcy cywilów. Około miliona mieszkańców Mosulu uciekło ze swoich domów i trafiło do okolicznych obozów. Są tam do dzisiaj, bez perspektyw na powrót do domu. Bo ich domu już nie ma. Mosul to miasto umarłe.

Aleksandra z dowódcą Armii Irackiej (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Aleksandra z dowódcą Armii Irackiej (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

W Iraku Aleksandra utwierdziła się w przekonaniu, że wszelkie działania humanitarne są tylko bandażem przyłożonym do krwawiącej rany, a rozwiązanie problemu zależy tylko od decyzji politycznych. Z myślą o swojej przyszłości postanowiła zacząć studia w Blavatnik School of Government na Uniwersytecie Oksfordzkim. To uczelnia kształcąca przyszłych liderów światowych instytucji. Uczyła się m.in. polityki publicznej, zarządzania państwem, współczesnych strategii militarnych czy też zagadnień związanych z odbudową upadłych państw.

Po zakończeniu nauki postanowiła wrócić do Iraku. Przez cztery miesiące pomagała prowadzić obóz dla uchodźców zlokalizowany na pustyni w okolicy Mosulu. Mieszka w nim około 70 tysięcy Irakijczyków. Zbierała też materiały do pracy magisterskiej, której tematem była sytuacja dzieci i żon bojowników ISIS po upadku samozwańczego kalifatu. Są stygmatyzowane, spychane na margines społeczeństwa, kobiety nie mają szans na pracę, dzieci na naukę. Są ofiarami przemocy, gwałtów. Żyją w obozach, bez szans na powrót do cywilizacji. Najczęściej ich jedyną winą jest to, że ich ojcowie i mężowie stanęli po złej stronie barykady.

Rok 2017. Mosul (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Rok 2017. Mosul (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

- To wcale nie są jednoznaczne historie. Dużo jest przypadków, że mąż był bojownikiem ISIS, a żona pomagała armii irackiej, najczęściej jako tajny informator. Sama zaprzyjaźniłam się z kobietą, która naprowadzała drony na bazy samozwańczego Państwa Islamskiego - mówi Ola.

ONZ szacuje, że w Państwie Islamskim w Iraku urodziło się 45 tysięcy dzieci. Jak twierdzi Aleksandra K. Wiśniewska, nikt o te dzieci nie dba, nikogo one nie obchodzą. Pozostawione samym sobie, hodują frustrację, bunt, dorastają w poczuciu niesprawiedliwości i niezrozumienia, a to jest przecież najlepszy nawóz dla kiełkującego ekstremizmu i fundamentalizmu. Jest realne zagrożenie, że te dzieci w przyszłości pójdą w ślady swoich ojców i będą siać terror. Jak można temu zapobiec? Mądrą polityką i odpowiedzialnymi decyzjami.

Obóz pod Mosulem w Iraku (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)
Obóz pod Mosulem w Iraku (fot. Archiwum prywatne Aleksandry K. Wiśniewskiej)

- Nie wykluczam, że w przyszłości zajmę się polityką. Przez ostatnie tygodnie pracowałam w sztabie wyborczym Janiny Ochojskiej, która dostała się do Parlamentu Europejskiego. Patrząc na Jankę, na jej podejście do polityki, ale także na to, czego dokonała na polu pomocy humanitarnej, wierzę, że polityka może być etyczna, że może być służbą. Tylko taka polityka mnie interesuje - mówi Aleksandra K. Wiśniewska.


Jakub Jakubowski.
Dziennikarz, w latach 2009-2019 twórca i redaktor naczelny miesięcznika "Prestiż - magazyn trójmiejski", uznanego przez magazyn "Press" za najlepsze regionalne czasopismo w Polsce. Pracował również dla Radia Gdańsk, portalu trójmiasto.pl, był redaktorem naczelnym magazynu "Wiecznie Młodzi", publikował w "Dzienniku Bałtyckim", "Przeglądzie Sportowym", "Playboyu" i wielu innych. Zajmuje się także produkcją telewizyjną i filmową. Przez 12 lat wykładał dziennikarstwo prasowe i dziennikarstwo telewizyjne w Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej. Fan zaangażowanego dziennikarstwa, dobrego reportażu i ciekawego wywiadu. Miłośnik żeglarstwa, roweru, muzyki, po godzinach DJ w legendarnym klubie Spatif w Sopocie.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (212)
Zaloguj się
  • uenostation54

    Oceniono 94 razy 36

    sorki, ale to nie Europejczycy powinni się wstydzić za to, co jest na Lesbos! tylko ci, którzy okłamują tych ludzi i obiecują raj w Europie! oraz ci, którzy ich przemycają w łodziach. oraz ci, którzy "ratują" te łodzie, zamiast zatrzymać ten obłęd!!! ci biedacy przeprawiaja się przez morze i trafiają do piekła, stworzonego tak naprawdę przez swoich rodaków. przez tych, którzy na ich piekle po prostu ZARABIAJĄ.

  • pasazerski

    Oceniono 84 razy 28

    Zapomniała też dodać że fundacja Happy Kids której jest członkiem rady nadzorczej została powołana przez jej ojca, właściciela Redanu, szczycącego się szyciem łachów w Azji za nędzne grosze często rękami tamtejszych dzieci.

  • maciekkoz

    Oceniono 57 razy 21

    Ale mnie to wkurza!
    Artykuł o wspaniałej młodej dziewczynie, która pomaga innym (często ryzykując swoim zdrowiem i życiem) a na forum nagle zaroiło się od opłacanych trolli (pewnie przez PiS), którzy minusują każdego, kto napisał "Brawo", "cudownie" albo "super dziewczyna".

  • qrcze_pieczone

    Oceniono 34 razy 20

    Strasznie fajnie być takim HUmanistOM przez duże "hu". A teraz garść liczb. Liczba ludności Europy w 1985: 706 mln. 2012: 726 mln. Afryka w 1985: 541 mln, a w 2012: 1039 mln. To niemal równo PODWOJENIE LICZBY LUDNOŚCI. I dalej. Województwo dolnośląskie (bogate - ale nie najbogatsze) ma PKB o 10 mld USD wyższe niż... Demokratyczna Republika Konga. Liczba ludności tego kraju? Ponad 81 mln. WNIOSEK: ta "pomoc" to jak łebek od szpilki wrzucony do Pacyfiku. Dopóki kraje afrykańskie nie zaczną wytwarzać jakiegoś PKB per capita (co wiąże się BEZPOŚREDNIO z kontrolą urodzeń), dopóty będą tysiącami umierać w przeróżnych obozach dla uchodźców czy bezdomnych. Żadne gadanie i żadna, ale to absolutnie żadna pomoc z zewnątrz nie załatwi tego za nich.
    Zamiast skupiać się na emocjach - warto czasem popatrzeć na liczby. Matematyka nie kłamie. W odróżnieniu od polityków i demagogów wszelkiej maści.

  • marrtka_b

    Oceniono 54 razy 18

    Patrząc na komentarze na prawdę mi wstyd.
    Polacy zawsze znajdą sobie powód do krytyki innych.
    Jak do działania nie można się przyczepić, to trzeba wytknąć pochodzenia Jak tu się nie uda, to kasy ma za dużo
    Zamiast wspierać młodzież, która chce zmieniac świat - doszukujemy się ukrytych intencji rodziców.
    Vide dziewczynka protestująca pod sejmem.
    Pękłabym z dumy, gdyby moja córka zdecydowała siena taki krok, ale nie - trzeba znaleźc niespełnioną politycznie matkę, przypisac dziecku brak wiedzy i zarzucić dorosłym manipulację.
    Wspierajmy się!!!

  • lolitkawtrabancie

    Oceniono 43 razy 17

    Kasę rodzina zarabia na wyzyskiwaniu dzieci w szwalniach na Dalekim Wschodzie a charytatywnie udziela się w procesie ściągania do Europy dzieci z Bliskiego Wschodu.
    Cynizm aż bolą zęby.

  • radioretro

    Oceniono 53 razy 17

    Szczerze podziwiam Panią Aleksandrę. Ma naprawdę wielką odwagę i serce. Szacunek od 74 letniego emeryta. Komentarze "prawdziwych Polaków" są naprawdę żenujące i tragedią naszą są tacy ludzie. To nowa elita będąca u władzy.

  • beton44

    Oceniono 27 razy 13

    Ratowała tonących przy Lesbos...
    Uchodźców znaczy z Turcji - tam o ile mi wiadomo jednak Sułtan Erdogan trzyma żelazną ręką porządek - nie ma wojny :-)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX