Barbara Zielonka

Barbara Zielonka (fot. Patrycja Mazurek)

młoda polska

Na lekcjach każe używać telefonów i życzy ''śmierci'' kserówkom. Polka wśród 10 najlepszych nauczycieli na świecie

Skoro mamy do dyspozycji technologie, dlaczego ograniczamy się do wkuwania podręcznika? - pyta Barbara Zielonka, która w lutym tego roku znalazła się w finale prestiżowej Global Teacher Prize, nazywanej "nauczycielskim Noblem". Mieszkająca w Norwegii anglistka to kolejna bohaterka naszego cyklu "Młoda Polska".

IMIĘ: Barbara

NAZWISKO: Zielonka

WIEK: 35 lat

ZAWÓD: nauczyciel języka angielskiego

OSIĄGNIĘCIA: finał Global Teacher Prize oraz nagroda Great Global Project Challenge Grant

***

Wszystko zaczęło się od zostawania po lekcjach. Oczywiście nie za karę. Jedenastoletnia Barbara uczy się znakomicie, czerwony pasek na świadectwie jest dla niej absolutnym minimum. Na razie skupia się na wszystkich przedmiotach. Kosztuje ją to wiele niepotrzebnego stresu i nieprzespanych nocy. Na plan pierwszy zaczynają się jednak wysuwać język angielski i geografia.

Fascynację nauką zawdzięcza m.in. swojej wychowawczyni z okresu wczesnoszkolnego. W dalszym ciągu pamięta jej nazwisko: chodzi o Janinę Kuc. Nauczycielka z katowickiej Szkoły Podstawowej im. Alfreda Szklarskiego nie jest jednak jej jedyną inspiracją. Po skończonych zajęciach Basia odwiedza zwykle mamę, która pracuje jako polonistka w pobliskim technikum. Zamiast czekać na nią w świetlicy lub pokoju nauczycielskim, dziewczynka woli obserwować panią Zielonkę w akcji.


Barbara Zielonka w podróży (fot. arch. prywatne)

Zauważa wówczas, że jej lekcje różnią się znacznie od tego, co widziała w swojej podstawówce. Jest pełna pasji i zaangażowania. Nie zmusza uczniów do wkuwania na pamięć podręcznika. Zachęca ich natomiast do wytężonej aktywności twórczej, kreatywności.

Tato małej Barbary również jest nauczycielem. Pracuje w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych. Podobnie jak córka pasjonuje się geografią. Podsuwa dziewczynce mapy oraz atlasy geograficzne i astronomiczne. Basia sporo podróżuje. Na razie jednak wyłącznie palcem po mapie. Rodzicom przysługują co prawda dwa miesiące urlopu, ale nauczycielska pensja nie pozwala na egzotyczne wojaże.

Dziewczynka dostaje jednak od nich coś znacznie cenniejszego.

Śląski etos pracy

W domu państwa Zielonków mówi się czystą polszczyzną. Nie znaczy to jednak, że członkowie rodziny zapominają o miejscowej tradycji. Dorosła Barbara wspomni w przyszłości, jak wielką rolę odegrał w jej życiu, jak sama to nazywa, "śląski etos pracy": - Człowiek pracowity to dla mnie ktoś, kto ma cel i poczucie sensu. Ktoś, kto chce zmieniać świat, choćby w skali mikro, ograniczając się do własnej małej społeczności.

Dość szybko wciela tę zasadę w życie. Jeszcze będąc uczennicą X LO im. I. J. Paderewskiego zaczyna udzielać się jako wolontariusz w domu dziecka w katowickich Bogucicach. Prowadzi kursy angielskiego. Małoletni słuchacze nie mieli do tej pory styczności z tym językiem. Barbara widzi jednak ich determinację i wysiłek, jaki wkładają w zgłębienie podstawowych zasad gramatyki. Już po kilku miesiącach zaczyna otrzymywać od nich listy pisane wyłącznie angielszczyzną. Wszystko wskazuje na to, że robią to całkowicie dobrowolnie. Licealistka zdołała w krótkim czasie rozbudzić w grupie dzieci miłość do języków obcych.


Barbara Zielonka podczas jednej z wypraw (fot. arch. prywatne)

Doświadczenia z domu dziecka okazują się być decydujące przy wyborze przyszłej drogi zawodowej. Choć na razie nastolatka sięga po tradycyjne metody nauczania, wiele wskazuje, że ma dar. I że w przyszłości może zmieniać świat: w mikro- lub makroskali.

Tablica, książka i nic poza tym

Barbara zdaje maturę. Postanawia kontynuować obrany wcześniej kurs i zapisuje się na studia do Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych w Sosnowcu. Po jego ukończeniu trafia na Uniwersytet Śląski, gdzie w 2007 roku broni pracy magisterskiej na kierunku filologia angielska.

Jeszcze w trakcie studiów zbiera doświadczenia w szkołach publicznych. Szybko zauważa, że rodzimy system edukacji jest dość skostniały. W salach znajdują się zwykle tylko tablica i ławki, na których leży święta księga wielu nauczycieli: podręcznik. Na dodatek cała kadra jest zobowiązana do prowadzenia lekcji wedle ścisłego planu. Gdy sugeruje opiekunowi praktyk kilka poprawek i innowacji, w odpowiedzi słyszy, że to "bardzo dziwne pomysły".

Nie zraża się jednak. Talent do nauczania języków obcych rozwija w szkołach prywatnych. Jedną z nich jest znajdująca się w Będzinie The English Family. Prowadzi głównie kursy z komunikacji biznesowej adresowane do przedsiębiorców, którzy chcą zwiększyć swoje szanse na zagranicznych rynkach.

Wreszcie ma wolną rękę. Poszukuje więc nowych metod, w myśl przyjętej zasady: skoro mamy do dyspozycji coraz to nowsze technologie, dlaczego mamy ograniczać się wyłącznie do kserówek? W trakcie lekcji sięga między innymi po materiały audiowizualne. Jej metody okazują się skuteczne. Mimo to Barbara nie zapomina o swojej drugiej pasji, jaką jest geografia i podróże. Pojawia się możliwość wyjazdu do Norwegii. Co prawda nie jest to wymarzona Australia lub Nowa Zelandia, ale może warto spróbować?


Barbara Zielonka na gali finałowej ''Nauczycielskiego Nobla'' (fot. arch. prywatne)

Zmienić metody lub zmienić pracę

Surowy skandynawski klimat nieco odbiega od jej dziecięcych marzeń dotyczących egzotycznych podróży. Mimo to zaczyna coraz mocniej interesować się norweską kulturą. Czyta tony książek na jej temat, powoli zaczyna też zgłębiać podstawy miejscowego języka. Wreszcie po uzyskaniu dyplomu Uniwersytetu Śląskiego decyduje się na radykalny ruch. Postanawia wyjechać do Norwegii na trzy miesiące. Jeżeli uda się jej w tym czasie znaleźć pracę w zawodzie, zostanie przynajmniej na rok.

Przed wyjazdem wysyła CV do placówek, które mogą potrzebować anglisty. Otrzymuje cztery odpowiedzi. Trzy pochodzą ze szkół znajdujących się na północy, gdzie - ze względu na warunki atmosferyczne, w tym trwające pół roku noce polarne - panuje deficyt pracowników o określonych kompetencjach. Jedna natomiast: z kurortu narciarskiego Trysil. Wybór pada właśnie na to miasto. Na rozmowę rekrutacyjną przyjeżdża spóźniona, choć winić należałoby w tym wypadku obsługę lotniska. Dyrektorka szkoły jest zachwycona młodą anglistką. Barbara dostaje tę pracę.

Mimo że marzy się jej mała edukacyjna rewolucja, wciąż sięga po techniki znane z polskich szkół. O ile wcześniej miała wrażenie, że nie są one dostatecznie efektywne, tym razem ma pewność: są całkowicie nieskuteczne. Stawia samą siebie przed prostym wyborem: - Uznałam, że albo uda mi się stworzyć całkowicie nowe metody, albo czas skończyć przygodę z nauczaniem języka angielskiego.

Jak dziś już wiemy, wybrała pierwszą z alternatyw. Była to być może najlepsza decyzja w jej życiu.

Nauczyciel czy "eduzmieniacz"?

W 2008 roku pojawia się kolejna szansa. Szkoła średnia w Nannestad poszukuje anglisty. Barbara postanawia spróbować swoich sił. Nie bez znaczenia jest fakt, że miasto jest oddalone o zaledwie sześćdziesiąt kilometrów od stołecznego Oslo.


Barbara Zielonka w kolejnej podróży (fot. arch. prywatne)

Tutaj na dobre rozwija skrzydła. Sprzyja temu sposób, w jaki funkcjonuje szkolnictwo publiczne w Norwegii. Przede wszystkim: nauczyciele mają tu pełną swobodę w zakresie tworzenia planu zajęć. To uczniowie, a nie przełożeni, oceniają, czy przyjęta strategia nauczania jest skuteczna.

Mimo to nastolatków uczęszczających na lekcje prowadzone przez panią Zielonkę czeka spory szok. Większość kadry na każdym kroku przypomina młodzieży o tym, aby w trakcie zajęć nie dotykali telefonów komórkowych. Polska anglistka prezentuje przeciwny pogląd. Zachęca nastolatków, aby korzystali z dobrodziejstw technologii i komunikowali się w obcym języku z rówieśnikami i specjalistami z innych krajów.

- Dlaczego mam ich zmuszać do pisania listów do wyimaginowanych znajomych, skoro mogą odezwać się do prawdziwej, żywej osoby? - mówi Barbara Zielonka. 

Na tym jednak nie koniec innowacji. Środki, którymi dysponuje szkolnictwo w Norwegii, pozwalają na korzystanie z urządzeń nieco bardziej zaawansowanych niż smartfony. Jeżeli Polka uzna, że w trakcie lekcji niezbędne okażą się okulary do wirtualnej rzeczywistości, jest w stanie dzięki wsparciu przełożonych zdobyć je w dość krótkim czasie.

Choć infrastruktura tutejszych szkół jest imponująca, anglistka szybko orientuje się, że nie wszyscy podchodzą do swojej pracy z równym zaangażowaniem. Często posługuje się rozróżnieniem na "nauczycieli" i "eduzmieniaczy". Ci drudzy, jej zdaniem, mają prawdziwą pasję i chcą zmieniać rzeczywistość na lepsze. Tymczasem tutejsze szkoły pustoszeją już około szesnastej. Większość kadry po godzinach pracy skupia się już wyłącznie na życiu prywatnym, sporcie etc. Polka jest natomiast pewna: aby coś zmienić, często trzeba zrezygnować z czasu wolnego.

Śmierć kserówkom!

Barbara Zielonka stara się traktować każdego z uczniów indywidualnie. Jeżeli któryś z nich pasjonuje się np. fizyką lub chemią, organizuje specjalne lekcje, podczas których młodzież może zgłębić temat i poznać słownictwo dotyczące danej dziedziny. Anglistka rezygnuje też z wszechobecnych kserówek z powielanymi od lat ćwiczeniami.

- Dla mnie ksero już nie istnieje. Żadna szkoła nie powinna z niego korzystać, gdyż zwyczajnie go nie potrzebujemy. Przyswajanie informacji nie powinno być zresztą oparte wyłącznie na słowie pisanym, w końcu jest tyle innych metod. Pomyślmy choćby o osobach z dysleksją czy dyskalkulią. Zasługują na to, żeby mieć równe szanse - mówi.


Barbara Zielonka (fot. arch. prywatne)

Nie zmusza też młodzieży do mechanicznego wkuwania często niepotrzebnej wiedzy. Stawia natomiast na komunikację oraz rozwijanie indywidualnych pasji: - Wielu uczniów kończy szkołę tylko po to, by odebrać dyplom. A przecież możemy stworzyć wspólnie wspaniałe miejsce, które pomaga rozwijać pasje, a nawet tworzyć własny biznes. Szkoła powinna pokazać, w czym jesteśmy dobrzy. To nie tylko budynek, trzeba czasem wyjść poza jego ściany.

Poszerzanie horyzontów

Owo przekraczanie szkolnych murów nie dotyczy tylko uczniów korespondujących z rówieśnikami pochodzącymi z innych krajów. Wiąże się też ściśle z pozalekcyjną działalnością polskiej nauczycielki. Choć uwielbia pracę z młodzieżą z Nannestad, jej ambicje sięgają znacznie dalej.

W roku 2011 zainicjowała projekt "Genius Hour", oparty na metodach znanych m.in. z firmy Google. Jak pokazały badania, jeżeli przeznaczymy 20 procent czasu pracy na kreatywne działanie związane z naszą pasją, znacznie wzrasta nasza efektywność. Anglistka postanowiła popularyzować tę metodę wśród zagranicznych nauczycieli. Początkowo jedynie w europejskich szkołach, jednak z czasem udało się dotrzeć również do uczniów z Indii, USA, Brazylii i Australii.

Kolejne ważne przedsięwzięcie nosi nazwę "The Universe is Made of Tiny Stories". W projekcie, który wystartował w 2016 r., wzięło udział 35 placówek z całego świata. Młodzież ze szkół średnich miała dzięki niemu okazję stworzyć własny projekt badawczy, który należało później - przy użyciu rozmaitych form przekazu - połączyć w spójną narrację. Rok po starcie projektu otrzymała - jako jedyna europejska nauczycielka - międzynarodowe wyróżnienie Great Global Project Challenge Grant.


Barbara Zielonka wśród najlepszych nauczycieli z całego świata (fot. arch. prywatne)

W tym roku ruszyła natomiast już druga edycja akcji "Be the Change, Take the Challenge", do której przyłączyło się aż 245 szkół z 54 krajów. Głównym założeniem jest uświadamianie młodzieży w zakresie globalnych wyzwań i problemów oraz przekazywanie wiedzy dotyczącej zdobywania informacji i rozwiązywania problemów przy wykorzystaniu najnowszych technologii.

Jak mówi sama bohaterka: - Powinniśmy pokazać uczniom, że świat jest różnorodny, pochodzimy z różnych kultur, wyznajemy różne religie. To uwrażliwia, poszerza horyzonty.

"Dobrze mi w Nannestad"

Nic dziwnego, że zaangażowanie Zielonki przyciągnęło uwagę jurorów prestiżowej Global Teacher Prize, nazywanej często "nauczycielskim Noblem" lub "Oscarem". Stawką w plebiscycie organizowanym przez Fundację Varkeya jest milion dolarów. Anglistka przyznaje ze śmiechem, że nie miała wcześniej pojęcia o istnieniu nagrody. Do wysłania swojej aplikacji namówili ją znajomi.

Gdy dowiedziała się, że trafiła do pierwszej pięćdziesiątki, a następnie do finałowej dziesiątki, była w szoku. Wiadomość, że nie uda jej się zdobyć najwyższego lauru, przyjęła natomiast z... wielką ulgą. Jak przyznaje: - Życie laureatów zmienia się potem diametralnie. Są oni zobowiązani do udziału w rozmaitych konferencjach i spotkaniach, podczas których muszą opowiadać o swoich metodach nauczania. Brakuje im jednak wówczas czasu na praktykowanie swojego zawodu tak, jak robili to do tej pory.

Sugestię, że z tak doskonałym CV mogłaby ubiegać się o angaż w dowolnej szkole na świecie, zbywa: - Niech zastanawiają się nad tym ci, którzy nie są zadowoleni z obecnego miejsca pracy. Mnie jest w Nannestad bardzo dobrze!

Dodaje jednak, że jej cichym marzeniem jest posada w australijskiej lub nowozelandzkiej szkole. Plany te będą oczywiście musiały poczekać. Na razie czeka ją praca nad kolejnymi międzynarodowymi projektami.


Barbara Zielonka (fot. arch. prywatne)

Cel jest jasny: tym razem chciałaby zaprosić do współpracy szkoły ze wszystkich kontynentów.

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, Wirtualnej Polski, "Czasu Kultury" i miesięcznika "Teraz Rock". Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage Niedziele Polskie.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (97)
Zaloguj się
  • ale.sobie.konto.wymyslilem

    Oceniono 52 razy 36

    Gratuluję, ale trudno nie zauważyć, że te wszystkie sukcesy zostały osiągnięte POZA Polską. Moja kobieta też jest anglistką, stara się robić projekty, stosować nowe technologie, być aktywna etc. W Polsce B. Dwa tygodnie temu zakupiła nowego laptopa, niezbędnego w pracy. Za prywatne pieniądze. To była trudna decyzja, spory wydatek dla budżetu.
    I to jest chyba główny powód dla którego jestem za UE. Ja po prostu nie wierzę w Polskę. Ani w Polskę Kaczora, ani w Polskę Tuska, ani w Polskę Kukiza, Korwina, Razemitów czy SLD. Im mniej suwerenności, tym lepiej. Jak kiedyś napisałem - Polska w UE to może tragedia dla narodu polskiego, ale błogosławieństwo dla Polaków.

  • metanoja

    Oceniono 20 razy 16

    Bardzo ciekawy artykuł. Gratulacje dla Pani Barbary. Oby udało jej się zaszczepić tę pasję dydaktyczną kolejnym osobom, które tak jak ona staną się "eduzmieniaczami".

  • oleksandera

    Oceniono 23 razy 13

    Chciałabym, żeby nauczyciele w polsce zarabiali dobrze, ale jak przypomnę sobie tych z moich dawnych szkół, to uważam, że zasłużyli na takie marne pensje. Kretyni, ktorzy uważali, że jak jesteś mniej kumaty niż inni, to nie ma sensu tłumaczyć ci czegoś drugi raz :(. Świetny artykuł tak w ogóle.

  • hello777

    Oceniono 23 razy 11

    WIELKIE GRATULACJE ! Spelnienia marzen zdobycia najwzszego lauru oraz wymarzonej posady w australijskiej lub nowozelandzkiej szkole. Good luck.

  • clarence

    Oceniono 10 razy 10

    Niedaleko pada jabłko od jabłoni :) Jeśli mama pani Barbary ma na imię Maria to uczyła mnie j.polskiego.Najlepsza chyba nauczycielka jaką spotkałem w czasie swej edukacji.Młodziutka wtedy(40 lat temu),zaangażowana,pełna wiedzy,pasji,uśmiechu,klasy.Gratulacje dla obydwu Pań :)

  • hippolitt.kwass

    Oceniono 13 razy 9

    Jak tylko przeczytałem tytuł, to wiedziałem że nie dotyczy on Polski. W Polsce taka nauczycielka nie miałaby szansy się przebić

  • gr_ub_y

    Oceniono 14 razy 8

    Ja życzę moim studentom, żeby przynajmniej do końca studiów zachowali wszystkie palce, a nie tylko kciuki niezbędne do esemesków, tinderków, fejsków i całego tego odmóżdżającego syfu. Obecnie obserwuję szybki zanik nie tylko procesów myślowych, ale i właśnie palców.

  • krokdyll

    Oceniono 10 razy 8

    To chyba nie tak trudno robić rewolucię w Norwegii: system bardziej otwarty, dobre zarobki. Nie natrafia się wciąż na sciany i nie jest się po dwoch latach sfrustrowanym dyskrepancją pomiedzy zaangazowaniem a wynagrodzeniem. Ciekawe, jak często mogą sobie polscy nauczyciele pozwolić na takie fajne podróże. Dlatego, gdyby ta Pani, ktora dokonała fajnych rzeczy w Norwegii pracowała w Polsce, to po pierwsze: nikt by jej nie zauważyl, bo robiłaby rewolucję, która w innych krajach dokonala sie juz wiele lat temu, a po drugie: już dawno by się wypaliła.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX