Anna Alboth

Anna Alboth (fot. Anna Alboth,Tom Albothblog / blog Family Without Borders)

młoda polska

Szła do Aleppo, gościła uchodźców, zwiedziła z dziećmi świat. Teraz Anna Alboth ma szansę na pokojowego Nobla

Do jej pomysłu sceptycznie podchodzili nawet najbliżsi. Teraz dzięki niemu jest nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla. Anna Alboth pod koniec 2016 roku postanowiła wyruszyć pieszo z Berlina do Aleppo. Za nią podążyły tysiące osób. Po raz kolejny w swoim życiu potwierdziła, że chcieć to móc. To następna bohaterka naszego cyklu "Młoda Polska".

IMIĘ: Anna

NAZWISKO: Alboth

ZAWÓD: dziennikarka

OSIĄGNIĘCIA: nominacja do Pokojowej Nagrody Nobla

WIEK: 34 lata

***

Gdy piszę SMS-a z prośbą o rozmowę, Anna odpowiada, że wokół niej rozgrywa się istne szaleństwo. Nic dziwnego, zaledwie kilka godzin temu jej nazwisko znalazło się we wszystkich polskich mediach. Informowały o tym, że Polka, twórczyni pomysłu Civil March for Aleppo - Obywatelskiego Marszu do Aleppo, dostała nominację do Pokojowej Nagrody Nobla. Anna na swoim profilu na Facebooku od razu sprostowała, że doceniono nie ją samą, ale wszystkie osoby, które przeszły z nią choćby kilka kilometrów.

- Od początku nie była to łatwa droga - przyznaje.

I. Marsz

Wszystko zaczęło się od opublikowania przez Annę poruszającego filmiku na YouTube. Tłumaczyła w nim, dlaczego chce przejść do Aleppo z Berlina, gdzie mieszka. Na nagraniu przyznała się do poczucia bezradności wobec wiadomości, które napływały z miasta ogarniętego wojną. - Chciałabym przekuć swoje łzy i gniew w działanie. Nie chcę siedzieć bezczynnie. Chcę iść do Aleppo - tłumaczyła Anna, oznajmiając również, że wyruszy z Berlina w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Pod koniec filmu pokazywały się twarze kolejnych osób, które powtarzały za nią: "Idziemy do Aleppo!".


Anna Alboth z mężem Tomem i dziećmi (fot. Anna Alboth, Tom Albothblog / blog Family Without Borders)

Nie wszystkim spodobała się ta inicjatywa. Przez niektórych internautów jej pomysł był porównywany do "Krucjaty Dziecięcej" [wyprawy krzyżowe w XIII w., których uczestnikami były głównie dzieci - przyp. red.]. Ten zarzut podważał sens przemarszu. Nawiązywał również do tego, że Alboth ma zwyczaj podróżować po świecie z dwójką córek. Komentujący zwracali też uwagę, że lepiej byłoby wysłać do Syrii pomoc materialną, zrzucić się na paczki dla uchodźców przebywających w Europie lub pomagać u wybrzeża Morza Śródziemnego, gdzie dobijają łodzie z uciekinierami z ogarniętych wojną i głodem obszarów. "Niedoświadczone dzieciaki. Nic to nie da" - pisał o akcji Alboth jeden z czytelników Gazeta.pl. "Zabawa zamożnych, młodych ludzi. Marsze do niczego nie prowadzą!" - wtórował mu kolejny internauta.

Również wśród znajomych i bliskich Anny jej pomysł budził niedowierzanie. - Nie wiedziałem, czy uda się zebrać wystarczająco wielu ludzi, zorganizować noclegi po drodze, dopilnować formalności. Z drugiej strony Ania ma dar przekonywania i jednoczenia ludzi wokół wspólnej idei - mówi mi Sebastian Olenyi, Niemiec, z którym Anna poznała się jeszcze w czasach studenckich, w organizacji European Youth Press, która zajmuje się edukacją młodych dziennikarzy i ułatwianiem im współpracy na poziomie międzynarodowym. Początkowo podobne wątpliwości miał również Tom Alboth, mąż Anny.


''Niedoświadczone dzieciaki. Nic to nie da'' - pisał o akcji Alboth jeden z czytelników Gazeta.pl (fot. Anna Alboth, Tom Albothblog / blog Family Without Borders)

Mimo tych głosów Polka wyruszyła z szarego, zimowego Berlina w towarzystwie około trzystu osób. Wśród nich znaleźli się Tom i Sebastian. Grupa miała dotrzeć do Aleppo szlakiem bałkańskim - tym samym, który pieszo w 2016 roku przemierzały tysiące uchodźców z Syrii. Łodzie płynące z ogarniętego wojną kraju przez Morze Śródziemne przypływały do wybrzeży Grecji, skąd uciekinierzy ruszali na północ - przez Macedonię, Serbię, Chorwację, Węgry, Austrię, kończąc swoją trasę w jednym z bogatych krajów zachodu Europy, bardzo często w Niemczech.

- Kiedy wyruszyliśmy z Berlina, dotarły do nas głosy samych Syryjczyków - opowiada mi Anna. - Docenili to, że zamiast załamywać ręce, działamy, ponosimy jakieś tam ryzyko, zostawiamy wygodne życie dla nich, choćby na weekend czy na tydzień, niezależnie od tego, czy dotrzemy do celu.

Niewielu osobom udało się przejść całą trasę. - Niektórzy dołączali do marszu na zaledwie kilka godzin, ale każdy udział się liczył - przekonuje Anna. Wiele osób, by wziąć udział w tej akcji, musiało zrezygnować z pracy. Do akcji dołączyła też 70-letnia Niemka, która w ten sposób chciała odkupić winy swojego ojca, walczącego dla nazistów w czasie II wojny światowej.

Ze względu na stan zdrowia nie mogła iść, dlatego jechała samochodem wzdłuż trasy marszu, wspierając w ten sposób jego uczestników aż do Macedonii. Do grupy dołączyła też Australijka, która bilet do Europy kupiła w momencie ogłoszenia inicjatywy przez Alboth. Razem z nią szli także Brazylijczycy i Amerykanie.

Dołączyli się też Polacy, często społecznicy pomagający uchodźcom zarówno na własną rękę, jak i w organizacjach pozarządowych, na przykład w Refugees Welcome Polska. Mocno zaangażowała się para wrocławskich podróżników, którzy prowadzą bloga Dwa Razy Ziemia. Dołączyli fotografowie i filmowcy, którzy relacjonowali przebieg marszu w mediach społecznościowych. Swojego poparcia udzielił również Mariusz Szczygieł, teraz jeden z nauczycieli Alboth w Polskiej Szkole Reportażu, gdzie Anna pracuje nad warsztatem dziennikarskim.

Maszerujący nocowali w szkołach, meczetach, kościołach, halach sportowych. Na greckiej wyspie Lesbos, gdzie przypływały łodzie z uchodźcami, wolontariusze udostępnili uczestnikom wyprawy wielki namiot przeznaczony dla imigrantów.

Kiedy do grupy dołączyli prawicowy niemiecki vloger i syryjscy rewolucjoniści, Anna poprosiła ich o odłączenie się od marszu. Chciała pozostać neutralna politycznie. - Niektórzy nie mogli uwierzyć, że można zorganizować taką akcję oddolnie, bez impulsu politycznego, bez wsparcia służb bezpieczeństwa czy zaplecza finansowego. Od początku doskonale wiedziałam, że sytuacja w Syrii jest skomplikowana, i że za sznurki pociąga tam wiele stron. Nie szliśmy jednak przeciwko komukolwiek, tylko dla cywilów, którzy cierpieli w Aleppo - tłumaczy dzisiaj Anna.

Nie wszystko jednak szło w stu procentach zgodnie z planem. Alboth przyznaje, że w grupie często było o włos od konfliktu. Kłótnia mogła wybuchnąć o niemal wszystko, na przykład o proponowaną trasę przejścia czy o to, kto może wypowiadać się w mediach w imieniu marszu. Nie udało się też zaliczyć ważnego przystanku na trasie, czyli Turcji.


Anna jest osobą szalenie upartą (fot. Janusz Ratecki)

Gdy grupa dotarła do Grecji, reprezentanci marszu starali się załatwić pozwolenia na przejście przez Turcję w przedstawicielstwach tego kraju. Urzędnicy zasypali ich pytaniami, m.in. o nazwiska Turków, którzy mieli pomóc w organizacji przemarszu przez ich kraj. Anna czuła wtedy, że tureckie władze mogą zagrozić ich bezpieczeństwu. Dlatego zdecydowała się na zmianę trasy i przejście przez Liban, dokąd zabrała ich łódź z Grecji. W Libanie maszerujący postanowili, że nie wejdą do Syrii. By to zrobić, musieliby ubiegać się o tamtejsze wizy, a to oznaczałoby pójście na współpracę z rządem Bashara al-Assada. Prezydent kraju oskarżany jest przez społeczność międzynarodową o przeprowadzenie ataków chemicznych na własnych obywateli. Przez lata dławił też wszystkie przejawy buntu politycznego, co między innymi przyczyniło się do wybuchu wojny domowej w jego kraju.

Ostatecznie marsz zakończył się 14 sierpnia 2017 roku na granicy libańsko-syryjskiej, niedaleko miasta Halba. - Paradoksalnie, kiedy podjęliśmy decyzję o zakończeniu akcji, w Aleppo nie było już cywilów. Ofensywa na miasto zmusiła ich do opuszczenia domów i ucieczki, przymusowego przesiedlenia - między innymi do obozów dla uchodźców w Libanie - tłumaczy Anna.

Bilans wyprawy to 3,5 tysiąca uczestników, ponad 3 tysiące kilometrów pokonanych pieszo przez 232 dni.

II. Rodzina

Marsz do Aleppo nie był pierwszym odważnym projektem w życiu Anny. Śmiałe decyzje podejmuje też w życiu prywatnym. Jeszcze jako studentka podczas jednego z wyjazdów do Brukseli poznała Toma, przedstawiciela niemieckiego oddziału European Youth Press. Po pół roku znajomości postanowiła przeprowadzić się z Warszawy do niego do Berlina. Miasto okazało się dobrą przystanią dla dziennikarki-freelancerki, często podróżującej po Europie.


Anna potrafi porwać tłumy (fot. Anna Alboth, Tom Albothblog / blog Family Without Borders)

W 2009 roku na świat przyszła Hanna. Córka Anny i Toma urodziła się jako wcześniak, ważyła zaledwie 1,8 kg. Pierwsze tygodnie spędziła w szpitalu. W szóstym miesiącu życia została podróżniczką. "Zdecydowaliśmy się żyć tak, jak sobie wymarzyliśmy. Mama: polska dziennikarka i tata: niemiecki fotograf wezmą malutką Hannę na wycieczkę wokół Morza Czarnego" - napisali na swoim blogu Family Without Borders Anna z Tomem.

- Chcieliśmy udowodnić, że posiadanie dzieci nie musi oznaczać rezygnacji ze swoich celów. W ten sposób zainspirowaliśmy inne osoby, które od początku istnienia bloga często pytały nas o to, jak zorganizować podróż z dzieckiem, a potem wzięły z nas przykład i wyruszyły na własne wyprawy - tłumaczy Tom.

Sześciomiesięczna Hania razem z rodzicami przejechała przez Polskę, Ukrainę, Rumunię, Bułgarię, Mołdawię, Rosję, Gruzję i Azerbejdżan. Świeżo upieczeni rodzice odwiedzili też miejsca omijane szerokim łukiem przez turystów. Byli w Górskim Karabachu, terenie, do którego prawa roszczą sobie Azerbejdżan i Armenia, oraz w Naddniestrzu, części Mołdawii kontrolowanej przez Rosjan. Odwiedzili też czeczeńskie wioski w Gruzji. W Azerbejdżanie zmagali się  z 42-stopniowym upałem. W Rosji nie udało im się uniknąć spotkania z funkcjonariuszami tamtejszej drogówki, którzy zażądali od nich  wysokich łapówek za możliwość dalszej jazdy. Hania w drodze stawiała pierwsze kroki, wypowiadała pierwsze słowa. W Gruzji okazało się, że będzie miała rodzeństwo.

Po powrocie z podróży, w 2011 roku urodziła się Mila. Kilka miesięcy później czteroosobowa rodzina wyruszyła do Ameryki Środkowej. W 2013 roku przyszła pora na Bałkany. Kolejny kierunek wybrała czteroletnia już Hanna. Chciała jechać do krainy Taka- Tuka na południowym Pacyfiku, gdzie podobno mieszka tata Fizi Pończoszanki. Rodzice nie mieli wyjścia - spakowali rzeczy i polecieli z córeczkami na wyspy Oceanu Spokojnego, odwiedzili między innymi Vanuatu, Fidżi i Tonga. Małżeństwo wszystkie podróże dokumentowało na blogu. O ich rodzinnym podróżowaniu pisały media z całego świata.

III. Akil

Gdy wrócili do domu z jednej z wypraw na jesieni 2016 roku, okazało się, że Berlin stał się końcowym przystankiem dla wielu uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu. W ośrodkach przygotowanych przez władze zaczynało brakować dla nich miejsc. Wielu imigrantów szukało kąta u gościnnych berlińczyków, którzy udostępniali im wolne pokoje i kanapy w swoich mieszkaniach choćby na dzień czy dwa.

p22.06.2018 Poznan . Anna Alboth - Marsz do Aleppo podczas Malta Fesival .Fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta
Anna Alboth na Malta Festival, Poznań 2018 (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

W mieszkaniu Anny i Toma zwolniły się dwa pokoje. Współlokatorzy wyjeżdżali, wiadomo było, że nie będzie ich przynajmniej miesiąc. Małżeństwo skontaktowało się z koleżanką, która jako wolontariuszka pomagała uchodźcom. - Powiedzieliśmy jej, że może do nas przywieźć kogoś, kto potrzebuje pomocy. Wtedy pojawiło się u nas trzech chłopaków. W kolejnych dniach wpadali następni. Przyjmowaliśmy ich nawet na moment, by mogli się wykąpać lub coś zjeść. Syryjczyków, Afgańczyków, Czarnogórców - opowiada Anna. 

Najdłużej został Akil. Spędził u nich prawie dwa lata. W Syrii i Dubaju prowadził warsztaty samochodowe. W Niemczech, bardzo długo bez pozwolenia na pracę, utrzymywał się ze zleceń, naprawiał samochody znajomych Anny. Gotował też obiady, za które wpadało mu do kieszeni jednorazowo nawet kilkaset euro. Przygotował kolację wigilijną dla rodziny Anny, która przyjechała do Berlina z Polski.

Akil codziennie starał się dzwonić do rodziny, która została w Syrii. - Każdego dnia dowiaduje się o kolejnych tragediach, to chwyta za serce - mówiła mi Anna tuż przed rozpoczęciem marszu z Berlina do Aleppo. - Jego historia tylko dodaje mi wiary, że powinniśmy iść - podkreślała.

Gdy dzwonię do Akila na początku lipca tego roku, jest już samodzielny, żyje we własnym mieszkaniu. - Ale bez Anny jest inaczej - mówi mi mieszanką niemieckiego i angielskiego. - Z nią, jej mężem, dziećmi miałem coś w rodzaju rodziny z dala od własnej. Bez nich jest mi ciężej - przyznaje.

IV. Nobel

Hania i Mila są dumne ze swojej mamy, ale w szkole mówią, że... one też organizowały marsz do Aleppo. W rzeczywistości towarzyszyły Tomowi i Annie przez jego pierwsze tygodnie marszruty, na terenie Niemiec, zazwyczaj w eskortujących uczestników radiowozach. Na wieść o nominacji do Pokojowej Nagrody Nobla dziewczynki zareagowały zdziwieniem.

- Hania powiedziała: "Przecież wiemy, że to było dobre, po co nagroda. To przecież niepotrzebne" - śmieje się Anna.

Jak do nominacji podchodzi Alboth? - Na liście są inicjatywy, które bardziej zasługują na tę nagrodę. Dla mnie najważniejsze jest to, że ludzie, dla których szliśmy, poczuli, że świat o nich nie zapomniał. Nie chcę też mówić o sukcesie, jakim był marsz, wolę się skupić na Syrii.

Trudno jednak uciec do słowa "sukces", szczególnie w kontekście nominacji do Nobla. Ostatnio jedna z firm zaproponowała Annie, że policzy wartość reklamową marszu. Eksperci sprawdzą, ile pieniędzy trzeba byłoby wydać na kampanię informacyjną, by osiągnąć zasięg podobny do tego, który zdobyła inicjatywa Alboth. Anna przeczuwa, że będą to "niezłe cyfry". Światowy rozgłos udało się jej osiągnąć bez wsparcia agencji potężnej agencji PR-owej, celebrytów i ogromnych nakładów finansowych. Jak to się robi? Tylko Anna zna odpowiedź, i być może jest ona warta Nobla.

Marcel Wandas. Dziennikarz radiowy, prezenter i reporter krakowskiego newsroomu Radia Eska i Radia Plus. W wolnych chwilach również dziennikarz muzyczny i zagorzały festiwalowicz.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Zobacz także
Komentarze (239)
Zaloguj się
  • nieztegopodworka

    Oceniono 88 razy 36

    Szla do Aleppo, ale nie doszla, za to pokojewego Nobla, Bareja by tego lepiej nie wymyslil.

  • e50504

    Oceniono 80 razy 32

    O ja nie mogę. Czyli że ta śmieszna trupa nawet nie doszła do Aleppo. Mało - oni nawet nie wyszli z Unii Europejskiej na pół sekundy. Czy poza lansem na biedzie dokonali czegokolwiek to nie ma sensu nawet pytać, w każdym razie odlatujecie xD

  • mary.shelley

    Oceniono 41 razy 27

    Serio, boję się otworzyć lodówkę. A tak na serio: żaden z zarzutów postawionych na początku nie został obalony. Ta cała impreza poraża bezproduktywnością i pompowaniem ego europejskich atencjuszy. Można było te środki (czas, pieniądze, energię) przeznaczone na wycieczki piesze przeznaczyć na realną pomoc, czyli, nie oszukujmy się, po prostu zbieranie kasy, bo to jest najbardziej potrzebne uchodźcom. To jest akcja pokroju Kony2012 - dużo szumu i absolutnie żadnego efektu poza wylansowaniem celebrytów.

    Europa jest pełna ludzi, którzy przelewali kasę, organizowali charytatywne jarmarki etc z przeznaczeniem na pomoc w obozach dla uchodźców, na Białe Hełmy, na Czerwony Półksiężyc - robili to uparcie, niemedialnie i po cichu. Poświęcali na to środki, czas i energię. No, ale w naszej instagramowo-obrazkowej kulturze zauważane są takie bezsensowne akcje jak ta. Dajcie Nobla Jance Ochojskiej za żmudną, niewdzięczną i kontynuowaną przez lata pracę, która realnie pomaga ludziom.

    PS. "Alboth ma zwyczaj podróżować po świecie z dwójką córek" a może z dwiema córkami?

  • Stfan Batory

    Oceniono 50 razy 24

    Najbardziej to ona pomogła SOBIE - i temu jak zarobiła na tej pielgrzymce a najmniej ludziom z Aleppo - jak wysłała nawet zarobione pieniądze to niczym to się nie różni od każdej innej zbiórki pieniędzy na Aleppo - ja np wysyłałem już i smsy i dawałem kasę na PAH) i taki sam skutek co tej pani chodzenie. I niezaleznie od tego jak chcecie zaklinac rzeczywistosc bajeczki o jej wielkim wkladzie w pomoc tego nie zmienia. Jedyne co realnie zrobiła to naraziła swoje dzieci na niebezpieczeństwo - te ich wycieczki w znane na świecie miejsca NIEBEZPIECZNE tylko to potwierdzają, żenada. Zidiocenie w lewą stronę to fakt jednak... smutne.

  • bartek_7777

    Oceniono 36 razy 22

    To się nazywa rodzicielskie poświęcenie:) "Kolejny kierunek wybrała czteroletnia już Hanna. Chciała jechać do krainy Taka- Tuka na południowym Pacyfiku, gdzie podobno mieszka tata Fizi Pończoszanki. Rodzice nie mieli wyjścia - spakowali rzeczy i polecieli z córeczkami na wyspy Oceanu Spokojnego". Za to z kolei nominacja do nobla w kategorii rodzic roku :)

  • mydeer

    Oceniono 22 razy 22

    Wy na poważnie z tymi szansami? Jeśli tak to uświadamiam: nie, nie ma najmniejszych. Zgłoszenie do pokojowego Nobla nie oznacza jakichkolwiek szans, w przeszłości zgłaszano też np. Władimira Putina. Jeśli nawet komitet zechce nagrodzić kogoś za działania humanitarne w Syrii to jest wiele bardziej znaczących kandydatur.

  • mi1111

    Oceniono 37 razy 21

    zrobiliscie moj dzien :) jeszcze lepsza beka niż kiedys miałem z trybuny ludu

  • janrobin2015

    Oceniono 43 razy 19

    Alle ona nie doszla do tego Aleppo? Poza tym co ten marsz mial niby pokazac.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX