Uczniowie przed rozpoczęciem zajęć

Uczniowie przed rozpoczęciem zajęć (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

reportaż

"Fizykę zrozumiałam dopiero tutaj". Co ukraińska młodzież myśli o polskiej szkole?

Młodych Ukraińców dziwi wpływ religii na edukację. Doceniają, że polska szkoła jest sprawiedliwa. - U nas bardzo często zdarza się, że nauczyciele oczekują łapówek w zamian za dobre stopnie. Tu nie wchodzi to w grę - mówi pochodząca z Charkowa Nastia.

Dolnośląską Świdnicę zamieszkuje około 58 tysięcy ludzi. Ale te oficjalne dane należałoby uznać za nieaktualne. Od kilku lat populacja miasta zwiększa się dzięki obywatelom Ukrainy podejmującym pracę w okolicznych fabrykach i branży usługowej. 

15-letni Mirek* mieszka tu od 2016 roku. Jego rodzice przyjechali do Polski kilkanaście miesięcy wcześniej. Parę tygodni po przeprowadzce nastolatek rozpoczął naukę w jednym z miejscowych gimnazjów. - Nie było z tym żadnego problemu - wspomina Mykola, jego ojciec. - Wybraliśmy szkołę, która wydała nam zaświadczenie o chęci wpisania syna na listę uczniów, młody dostał wizę i mógł wreszcie zamieszkać z nami.

Najpierw czekał go krótki okres przygotowawczy. Podczas wakacji uczęszczał na darmowe lekcje polskiego prowadzone przez jedną ze swoich przyszłych nauczycielek. Z dodatkowych zajęć korzystał też w roku szkolnym. Szybko złapał językowego bakcyla, po paru miesiącach okazało się, że nie potrzebuje korepetycji. No, chyba że z przedmiotów ścisłych. - Najgorzej było na chemii. Naprawdę trudno przełożyć sobie te wszystkie pojęcia na ukraiński, a potem z powrotem na polski. Już mniejszy problem sprawiały mi lektury szkolne sprzed kilkuset lat - śmieje się Mirek.

Uczniowie szkoły podstawowej i liceum podczas przerwy (Fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta)
Uczniowie szkoły podstawowej i liceum podczas przerwy (Fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta)

Nauce polskiego sprzyjał fakt, że w nowej klasie spotkał tylko jednego rodaka - czwórka kolejnych dołączyła rok później. Polscy rówieśnicy traktowali go początkowo życzliwie, acz z dystansem. - Raczej spędzałem czas sam, kontakty z nimi ograniczały się do "cześć-cześć" i zamienienia kilku słów - mówi nastolatek.

Dziś Mirek jest już uczniem pierwszej klasy miejscowego liceum mechanicznego. W jego grupie nie ma nikogo z Ukrainy, nie stanowi to jednak problemu - udało mu się nawiązać kilka przyjaźni z Polakami. Jego tata przyznaje: - Gdyby mu się nie spodobało, wrócilibyśmy do Nowogrodu Wołyńskiego. Widać jednak, że czuje się tu bardzo dobrze i w ogóle nie bierze tego pod uwagę. Zadomowił się.

Mykoli w polskiej szkole podobają się elektroniczne dzienniki. - Wszyscy tu z nich korzystają, u nas nie są jeszcze tak popularne. Kiedy młody nie przyszedł do szkoły, od razu dostałem powiadomienie, że go nie ma, jestem na bieżąco - mówi Mykola.

- Ale ja byłem wtedy w szkole, po prostu chwilę się spóźniłem! - protestuje jego syn.

Świdnica, w której uczęszczają do szkół młodzi Ukraińcy (Fot. Kamila Kubat / Agencja Gazeta)
Świdnica, w której uczęszczają do szkół młodzi Ukraińcy (Fot. Kamila Kubat / Agencja Gazeta)

"Nie mogę już słuchać tego ruskiego!"

Mirka do tej pory nie spotkały żadne nieprzyjemności związane z pochodzeniem. Nieco inne doświadczenia ma pochodzący z Żytomierza 18-letni Nikita. W Świdnicy mieszka dopiero od roku. Kiedy postanowił potrenować koszykówkę na osiedlowym boisku, omal nie został zraniony. - Tak zwani dresiarze od dawna mieli na mnie oko, nie wiem nawet, skąd wiedzieli, że jestem obcokrajowcem. Któryś rzucił we mnie pustą butelką po wódce - roztrzaskała się tuż obok mojej nogi - opowiada.

Nikita łączy naukę w jednym z miejscowych liceów z pracą w gastronomii. - Jeden z klientów, gdy tylko usłyszał mój akcent, uznał, że zabawi się moim kosztem. Zmieniał swoje zamówienie jakieś dziesięć razy. Oczywiście wszystkiemu towarzyszył śmiech jego kolegów - opowiada. - Pamiętam też starszego pana, który krzyczał, że "nie chce jedzenia od nie-Polaków". Miał na myśli zarówno mnie, jak i chłopaka z Pakistanu, z którym pracowałem.

Choć na ulicy czy w pracy zdarzają się nieprzyjemne sytuacje, szkoła to co innego. - Ludzie z mojej klasy są bardzo serdeczni i pomocni, nauczyciele podobnie. Czasem nawet upewniają się, czy wszystko zrozumiałem. Zdarzyło się, że stawiano mnie jako wzór: "widzicie, kolega mieszka w Polsce dopiero od niedawna, a pisze kartkówki dużo lepiej niż wy". A rówieśnicy? Są bardzo ciekawi tego, jak jest na Ukrainie, zadają sporo pytań, nie podchodzą do mnie jednak z wyższością, traktują jak swojego - mówi licealista.

Podobne zdanie na temat swojej klasy ma Weronika z Zaporoża, która również mieszka w Polsce dopiero od kilkunastu miesięcy. Jej koleżanki i koledzy ze świdnickiego technikum od początku próbowali nawiązać z nią kontakt, stosując mieszankę polskiego i angielskiego. Nastolatka wciąż może też liczyć na taryfę ulgową ze strony nauczycieli, którzy przymykają czasem oko na błędy językowe. Zdarza się, że rówieśnicy są mniej wyrozumiali. - Na lekcji prezentowaliśmy projekty dotyczące europejskich atrakcji turystycznych. Jedna z koleżanek zwróciła mi uwagę, że źle wymawiam niektóre liczby. Nie chodziło jej o pomoc, a o wytknięcie błędu. Czułam się bezradna, bo uczyłam się polskiego dopiero od sześciu miesięcy i mój akcent nie mógłby być idealny.

Niedawno do klasy Weroniki dołączyła jej rodaczka. Nastolatki mają więc okazję, aby podyskutować w swoim języku. To nie wszystkim się jednak podoba: - Jedna z dziewczyn przysłuchiwała się naszej rozmowie, po czym rzuciła: "Kurde, jesteście w Polsce, mówcie po polsku. Już nie mogę słuchać tego ruskiego!". Tego typu reakcje są bardzo rzadkie, ale naprawdę sprawiają, że czuję się niekomfortowo - przyznaje Weronika.

Ukraińcy na ratunek Polakom

A jak jest w dużych miastach? Tu młodzież z Ukrainy częściej spotyka rodaków. A polsko-ukraińskie kontakty nie ograniczają się tylko do lekcji, przerw czy spotkań po szkole. Polacy i Ukraińcy razem mieszkają w internatach dla młodzieży z miejscowości położonych zbyt daleko, by codziennie można było dojeżdżać na lekcje. Katarzyna jest szefową takiej placówki, działającej przy jednej z krakowskich szkół średnich.

- Istnieją oczywiście wyjątki, ale z reguły ukraińska młodzież, która dopiero przyjeżdża do Polski i zaczyna życie w internacie, nie chce dzielić pokoju z Polakami. Woli większą liczbę osób w pomieszczeniu, byle tej samej narodowości - twierdzi Katarzyna. - Myślę, że wynika to z obaw przed nieznanym, przed barierą językową.

W ostatnich latach, z uwagi na przyjezdnych zza wschodniej granicy, sporo zmieniło się w ośrodku. Jako że większość nastolatków z Ukrainy zostaje w placówce na weekendy, dokupione zostały kolejne pralki, suszarki i urządzenia kuchenne. Zwiększono też liczbę wychowawców.

Uczniowie przed jednym z krakowskich akademików (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Uczniowie przed jednym z krakowskich akademików (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

- Mimo że każdy uczeń z Ukrainy posiada w Polsce pełnomocnika prawnego, często wszystkie problemy spadają na internat, a pełnomocnik najzwyczajniej w świecie nie zajmuje się dzieckiem - zwraca uwagę Katarzyna. - Tymczasem wielu młodych ludzi potrzebuje wsparcia, wysłuchania, czasem otarcia łez, gdy w grę wchodzą problemy finansowe lub trudności z adaptacją w nowym miejscu. Pierwszy rok z tak liczną grupą uczniów z Ukrainy był ogromnie trudny i bogaty w doświadczenia, wszystko było nowe, było wyzwaniem. Każdy kolejny jest łatwiejszy.

Konflikty? Zdarzają się, ale - jak zapewnia kierowniczka internatu - rzadko mają podtekst narodowościowy: - Są kłótnie polsko-polskie, polsko-ukraińskie i ukraińsko-ukraińskie - między osobami z zachodu i wschodu kraju. To zwyczajne konflikty młodych ludzi, czasem wynikają ze złośliwości, czasem z zazdrości. Nawet jeżeli gdzieś padły inwektywy związane z narodowością, to absolutnie są to zdarzenia marginalne.

Jedyna niebezpieczna sytuacja, jaką pamięta Katarzyna, miała miejsce dwa lata temu, kiedy grupa zamaskowanych osobników wykrzykujących antyukraińskie hasła napadła na internat. Poszkodowana została jedna osoba - mieszkający w ośrodku Polak. Na szczęście obyło się bez cięższych obrażeń. Szefowa placówki wspomina, że na pomoc mu rzuciła się grupa uczniów z Ukrainy.

"Idioci zdarzają się w każdym kraju"

Inaczej czas spędzony w jednym z lubelskich internatów wspomina pochodząca z Charkowa Nastia. Jak mówi, tamtejsi opiekunowie okazywali wobec niej i reszty ukraińskiej młodzieży ogromną niechęć. Z czasem zaczęli szukać powodu, aby pozbyć się obcokrajowców.

- Okazja pojawiła się, gdy jedna z naszych koleżanek wypiła piwo. Jedno piwo. Ponieśliśmy odpowiedzialność zbiorową, kazano nam się pakować. Jedna z opiekunek powiedziała nawet: "czas wracać na Ukrainę". Tak też się stało, wyjechaliśmy z Polski na kilka tygodni. Dodam, że to był prywatny internat - wspomina Nastia. Do Polski wróciła, ale do Krakowa. Lubelskiej afery nie chciała już wyjaśniać.

Dziś Nastia uczęszcza do drugiej klasy jednego z liceów na krakowskim Starym Mieście. W klasie jest aż ośmioro uczniów z Ukrainy. Większość mieszka z rodzicami. Wszyscy są zgodni co do tego, że nauczyciele poświęcają im sporo uwagi i służą pomocą. Koleżanka Nastii, Maria, wspomina na przykład, że gdy nie potrafiła jeszcze zbyt dobrze pisać po polsku, pozwolono jej ustnie zaliczyć kartkówkę z chemii.

Uczniowie podczas jednego z egzaminów (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)
Uczniowie podczas jednego z egzaminów (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)

Ukraińscy nastolatkowie chętnie wyliczają różnice między polską a ukraińską szkołą. U nas po raz pierwszy zetknęli się z możliwością zgłoszenia nieprzygotowania lub poprawy sprawdzianu. Nowa jest też dla nich matematyka jako połączenie algebry i geometrii - na Ukrainie są to dwa osobne przedmioty. Na lekcjach języka polskiego dziwi ich omawianie Biblii. - Wiem, że Polska to bardzo religijny kraj i że Kościół ma sporo wspólnego z polityką. Zastanowiło mnie jednak, że można rozmawiać na lekcjach o Biblii. U nas sfera wiary jest ściśle oddzielona od innych. Omawialiśmy mity greckie i rzymskie, ale nie Pismo Święte - komentuje Nastia. - A kiedy dowiedziałam się, że na początku roku szkolnego mamy iść na mszę zorganizowaną, aby pomodlić się wspólnie za nasze wyniki w nauce, byłam w szoku.

Dima, uczeń klasy maturalnej, który dołączył do nas w trakcie rozmowy, dodaje: - Oczywiście nie ma przymusu. Chcesz, to idziesz, nie chcesz, to nie. Ale żeby organizować coś takiego w czasie lekcji?  

Ze szkolnymi uroczystościami wiąże się inne ze wspomnień Dimy. Przy okazji Święta Niepodległości wcielił się w rolę Piłsudskiego. To nie spodobało się kilku uczniom z równoległej klasy, którzy szybko zostali postawieni do pionu przez nauczycieli. Chłopak kwituje: - Cóż, idioci zdarzają się w każdym kraju. Nie ma sensu się przejmować.

Nastolatkowie podkreślają, że w Polsce wszyscy uczniowie są traktowani jednakowo, co do tej pory nie było w ich życiu standardem: - Przede wszystkim cieszę się, że w Polsce nie ma mowy o korupcji w szkole. U nas bardzo często zdarza się, że nauczyciele oczekują łapówek w zamian za dobre stopnie. Tu nie wchodzi to w grę - bywa ciężko, mamy sporo sprawdzianów, ale można to przeżyć, bo zawsze zostaniemy ocenieni w sprawiedliwy sposób - mówi Nastia.

Maria dodaje: - W mojej ukraińskiej szkole bywało tak, że ktoś z dnia na dzień zamieniał się z najgorszego ucznia w prymusa. Wystarczyło zapłacić dyrektorowi kilkaset dolarów. W Polsce jest wiele osób, które uczą  "z powołania". Nie wszyscy, ale wielu nauczycieli naprawdę chce przekazać wiedzę, tłumaczą wszystko ze spokojem. Fizykę zrozumiałam dopiero tutaj.

"Nauczyliśmy się traktować ich normalnie"

Wychowawczynią klasy, w której uczą się Nastia i Maria, jest Natalia, 27-letnia polonistka. Przyznaje, że wizja opieki nad grupą z ośmiorgiem obcokrajowców w składzie budziła w niej lęk. - Spodziewałam się najgorszego - taka kumulacja uczennic i uczniów, którzy nie mówią po polsku, mogła oznaczać tylko katastrofę - wspomina. Okazało się, że o ile problemy językowe się zdarzają, to nie ma w klasie zachowań rasistowskich czy ksenofobicznych. Być może jest w tym zasługa nauczycielek i nauczycieli historii, którzy z uwagą przyglądają się tematom związanym z relacjami polsko-ukraińskimi i unikają jednostronnej interpretacji znanej z podręczników.

Żeby nie było tak idealnie - Natalia podkreśla, że polskie szkoły nie są gotowe na to, aby w odpowiedni sposób zająć się obcokrajowcami. Większość "nie chce mieć problemu": - Moje liceum jest jednym z nielicznych w mieście, gdzie w ogóle przyjmuje się dzieci ze Wschodu, o czym mówią sami uczniowie.

Teoretycznie dyrekcja nie może odmówić przyjęcia ucznia z Ukrainy. Musi on stawić się z pakietem dokumentów, mieć mniej niż 18 lat i być przypisanym do danego rejonu. Wiadomo, że do tych najlepszych liceów uczęszcza młodzież z różnych części miasta i dostaje się tam na podstawie wyników w nauce. Jeśli uczeń z Ukrainy nie jest wśród najlepszych, dyrekcja może użyć argumentu o jego nieodpowiednim adresie zameldowania.

Z drugiej strony polskie prawo nakazuje szkołom przyjmowanie uczniów bez potwierdzonych umiejętności językowych na poziomie B1. Decyzję dotyczącą organizacji ewentualnych dodatkowych zajęć z polskiego podejmuje dyrekcja. - A to funduje niezręczną i męczącą dla obu stron sytuację. Czasem jedynym wyjściem jest podjęcie przez ucznia czy uczennicę intensywnego kursu językowego we własnym zakresie - przyznaje Natalia.

Nauczyciele w lubelskim liceum (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)
Nauczyciele w lubelskim liceum (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Zauważyła jeszcze jedną rzecz: choć - jak mówią sami uczniowie - ukraiński system edukacji jest owładnięty korupcją i nepotyzmem, oferuje naukę na nieco wyższym poziomie niż w Polsce. 

- Niektórzy moi uczniowie zdążyli już przeczytać całą literaturę powszechną z zakresu liceum, choć przyjechali tu po ośmiu, dziewięciu latach nauki szkolnej - mówi nauczycielka.

A co się w polskiej szkole zmienia dzięki uczniom ze Wschodu? Natalia twierdzi, że w cień odchodzą - dostrzegalne jeszcze kilka lat temu - nadopiekuńczość i protekcjonalność w podejściu do dzieci i młodzieży będących obcokrajowcami. - Myślę, że nauczyliśmy się traktować tych młodych ludzi normalnie. Na początku boomu emigracyjnego wszyscy starali się uchylić im nieba i robili wszystko, żeby nie stała im się krzywda. Szybko okazało się, że młodzież sama potrafi zadbać o relacje rówieśnicze. Dorośli powinni natomiast skupić się na uczeniu i tłumaczeniu, a nie "dmuchaniu na zimne". 

* Niektóre imiona zostały zmienione na prośbę rozmówców

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, dziennikarz, krytyk, stały współpracownik Gazeta.pl, Wirtualnej Polski, "Czasu Kultury" i "Dwutygodnika". Stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w roku 2018. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage Niedziele Polskie, prowadzi facebookowego bloga muzycznego Popland.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku