Rosyjska milicja

Rosyjska milicja (fot. Wojtek Laski/ East News)

reportaż

"Ty się nad nią nie lituj". Od świtu do świtu na moskiewskim komisariacie

Milicjanci mówią o sobie "współpracownicy". Współpracownik dla współpracownika zrobi wszystko: zasłoni przed kulą, wybieli przed szefostwem, podpisze fałszywy protokół, pomoże załatwić studia synowi - pisze Jelena Kostiuczenko w książce "Przyszło nam tu żyć". Ona sama trafiła na Komisariat Wydziału Spraw Wewnętrznych w Moskwie jako stażystka kryminalistyki.

- A teraz upijemy się, jak należy! *

Oksana, farbowana blondynka obwieszona złotem, po raz kolejny opowiada, że najdalej za pół roku przeniosą ją do inspekcji podatkowej:

- Mój wujek, wiecie, awansował na zastępcę w Moskwie. Obiecał pomóc. 

Wszyscy uważnie słuchają, nie przerywając. O pracy w służbie podatkowej marzy niemal każdy milicjant. Wbiega współpracownik z wytrzeszczonymi ze strachu oczami: 

- Szkłowski idzie! 

Szkłowski to szef dochodzeniówki. Wyrobionym ruchem milicjanci chowają szklanki za nóżki krzeseł. Jeden z chłopaków wsuwa butelkę pod kurtkę. Wszyscy w pośpiechu odpalają papierosy. Zaczynają opowiadać dowcipy. Szkłowski, niewysoki tęgi mężczyzna, wchodzi do pokoju:

- Bawimy się? 

Stoi pośrodku i niemiło się uśmiecha. Wszyscy oprócz Oksany kierują się do wyjścia. Za drzwiami krzyk:

- Zawalasz normy! Całkiem! Zwolnię cię, zanim zdążysz się przenieść do tego swojego podatkowego raju! 

Milicjanci na Placu Czerwonym w Moskwie (Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)
Milicjanci na Placu Czerwonym w Moskwie (Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

Po paru minutach Oksana wybiega cała we łzach. Wkrótce wychodzi zadowolony z siebie Szkłowski: 

- Co się tak patrzysz, stażystko? Szkoda ci jej? 

- Szkoda. 

- Ty się nad nią nie lituj. Zapierdziela niby bez snu i odpoczynku! Miesiąc, kurwa, nic nie robiła, tylko siedziała na dupie. Podatkowa służba, kurwa mać. 

Wciąż wściekły Szkłowski wysyła mnie i oficera operacyjnego Żenię na przesłuchanie ulicznego dilera narkotyków. Praca konwojentów na przesłuchaniu nie należy do przyjemnych i Szkłowski dobrze o tym wie. Przed pokojem przesłuchań bawi się towarzystwo, dwóch chłopaków i dziewczyna. Piją piwo i drinki w puszce, słuchają muzyki z telefonów.

- To nasi stali świadkowie - wyjaśnia Żenia.

Stali świadkowie to ci, których przyłapano na jakichś drobiazgach. Są jeszcze wolontariusze fanatycy, ale tych jest niewielu. Na chwiejnych nogach podchodzi do nas pijany chłopak. Patrzy nam w oczy: 

- Przecież ja się z tym dilerem znałem. Kumplowaliśmy się. Potem poszedł siedzieć za narkotyki. Skurwił się, na złą drogę wstąpił, rozumiesz? O kolegach zapomniał. A dziś przychodzę, a jego już wzięli. Widział mnie, kiedy gliny nad nim pracowały. Myśli teraz, że donoszę na niego. 

- Przecież donosisz - leniwie rzuca Żenia. - Ty nam go wydałeś. 

- A co mogłem zrobić? No co ja mogłem zrobić? Był moim kolegą. Wszyscy jesteście! Jesteście. 

- Idź stąd. No już! 

Donosiciel odchodzi. Zmieniamy poprzedni konwój, zajmujemy pozycje przy drzwiach. W pokoju już trwa przesłuchanie. Diler, chłopak około trzydziestki, ma zaspane oczy. Ręce w kajdankach, kajdanki brzęczą, gdy bezskutecznie usiłuje rozmasować nadgarstki. Palce ma długie i szczupłe, całe w świeżych siniakach. Obok siedzi malutka brunetka z dochodzeniówki z puszką red bulla i niemłody, zmęczony adwokat. Adwokat jest z urzędu. 

Milicja legitymuje ludzi w Moskwie (Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)
Milicja legitymuje ludzi w Moskwie (Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

- Nacisk na mnie wywierali. Moralny - cicho mówi "złoczyńca". - Milicjanci sami napisali zeznania. Powiedzieli: "Jak podpiszesz, będziesz odpowiadał z wolnej stopy". 

- To poważne naruszenie - komentuje adwokat. 

- Ale czego pan go broni? - uśmiecha się śledcza. - Przecież wszystko już jest jasne: niewinny by nie podpisał.

- U was nie można nie podpisać - uśmiecha się adwokat w odpowiedzi. 

- No ja bym, na przykład, nie podpisała - upiera się śledcza. I zwraca się do zatrzymanego: - Milicjanci mogą ci obiecać gruszki na wierzbie, ale i tak o wszystkim zadecyduje sąd. A poza tym skąd wiesz, że to rzeczywiście byli milicjanci? Znasz ich nazwiska?

- A w grudniu, swoją drogą, jednego z waszych wsadzili. Za wymuszanie zeznań - mówi zamyślony adwokat. 

- A w styczniu zabili Markiełowa* [ przy.  aut. Stanisław Markiełow - adwokat zamordowany w styczniu 2009 roku przez neonazistów strzałem w tył głowy] - odparowuje śledcza. - Pracujemy czy pierdzielimy?

- Nie mogę mówić - zaczyna nieoczekiwanie słabym głosem "złoczyńca". 

- Odmawiamy, znaczy się?

- Nie. Dajcie mi wody. 

Duszkiem wypija pół litra bonaquy. 

- Ile nie piłeś? - pyta adwokat. 

Okazuje się, że "złoczyńca" nie pił, nie jadł, nie korzystał z toalety, od kiedy go tu przywieziono, czyli od czternastej. 

- Ochujeliście? - interesuje się spokojnie adwokat. - A jak coś mu pęknie? 

Eskortujemy chłopaka do toalety. Nalewamy jeszcze wody do butelki. Mam w kieszeni ciastko, daję "złoczyńcy" w drodze powrotnej. Łapczywie zjada, oblizuje dłonie. Żenia jest w szoku: 

- Pojebało cię, stażystko?

Wzywamy świadków na konfrontację. Śledcza klnie, ich zeznania są dosłownie takie same. Poprawia. Świadkowie opuszczają wzrok i odpowiadają długo i mętnie na pytania. Teraz zeznania się nie zgadzają. Adwokat się ożywia:

- Widziałeś, jak się odbywał zakup kontrolny? Na własne oczy widziałeś? 

- Nie - cicho przyznaje świadek. - Nie widziałem.

- Nie widział! 

- Co, co? - pyta ponownie śledcza i patrzy wprost na swojego stałego świadka. Tamten mamrocze coś niezrozumiałego.

- Nie widział. Przecież powiedział, że nie widział.

- Jak nie widział, jeśli widział? Po prostu wszyscy jesteśmy już zmęczeni. - Odczytuje zeznania spisane jak przez kalkę. - Potwierdzasz?

- Potwierdzam. 

Eskortujemy "złoczyńcę" z powrotem do aresztu. W dyżurce poprawiają statystyki dnia przed wysłaniem do okręgu, dopisują protokoły. 

Rutynowa kontrola na nocnym patrolu milicji w Moskwie (fot. Robert Kowalewski/ Agencja Gazeta)
Rutynowa kontrola na nocnym patrolu milicji w Moskwie (fot. Robert Kowalewski/ Agencja Gazeta)

- Sań, daj mi świadków - prosi drugi dyżurny, Dima.

Z notesu z nazwiskami przepisują dane do raportów oględzin. W sądzie te martwe dusze potwierdzą potrzebną wersję śledztwa. 

- A ten twój narkos ma rodzinę? 

- Matkę, zdaje się. 

- Przesłuchano go już? To zadzwoń do niej. 

Dzwoni: - Pani syn jest u nas. Zatrzymany. Może pani podejść, tylko szybko, bo już niedługo go zabierają.

I z miejsca wypełnia dokument: "W związku z brakiem krewnych w Moskwie zapewnienie zatrzymanemu bielizny i ubrań na zmianę odpowiednich do pory roku nie jest możliwe". 

- Przedzwońmy do matki - proponuję. - Powiemy, by przyniosła ciuchy na zmianę.

Milicjanci się śmieją. 

 - To standardowa procedura, stażystko - mówi porucznik Dima. Wypełnia się dla wszystkich. Półszeptem dodaje: - Nie myśl o tym, nawet się nie zastanawiaj. Bo zwariujesz. 

Po kwadransie przybiegła matka. Konwojujemy ją do pokoju spotkań z rodziną. Za pięć minut pojawia się "Szeherezada" - dyżurna z moskiewskiej milicji, odpowiadająca za przewóz "jeńców". Wysoka, czarnowłosa, przepiękna dziewczyna w waciaku pali papierosy, skarży się na urwanie głowy: kwartalne raporty i że wszyscy jak zwariowani łapią "złoczyńców". 

Zabiera "jeńca". Szykujemy kolację. Kroimy kiełbasę na stole, rozcieńczamy koniak colą. Święta tuż-tuż i mundurowi kwieciście opowiadają o swoich dodatkowych zajęciach zarobkowych. W milicji na niskim stanowisku nie wyżyjesz nawet z łapówek. Wasia z operacyjno-śledczego między dyżurami pracuje w kwiaciarni jako florystka. Opowiada, że najładniejsze duże bukiety komponuje się ze śmieci, czyli kwiatów, których osobno nikt by nie kupił. Najpopularniejszym sposobem na dorabianie jest praca w ochronie. Prawie każdy marzy o zmianie milicyjnej roboty. Największe, lecz nieosiągalne marzenie to służba podatkowa albo urząd celny. Dima, który służy w milicji już od siedmiu lat, dzieli się ciepłymi wspomnieniami:

- Na jednej budowie Tadżycy pracowali. I wyrywali torebki kobietom. Regularnie. Każdej nocy jedna, dwie do nas przychodziły. A my nie mogliśmy złapać tych wszystkich ciapatych. Przełożony truł dupę. Aż pewnego pięknego dnia po dyżurze przebraliśmy się w cywilne ciuchy, zawołaliśmy kolegów, wzięliśmy pałki i spuściliśmy im porządny wpierdol. Rozpełzli się po tej budowie jak karaluchy. I to był koniec, żadnego przestępstwa w tej okolicy już nie popełnili.

Koledzy rechoczą z aprobatą. 

Milicja podczas patrolu (fot. Robert Kowalewski/ Agencja Gazeta)
Milicja podczas patrolu (fot. Robert Kowalewski/ Agencja Gazeta)

Dima kontynuuje: - To jeszcze nic. Dwa lata temu staliśmy na moście w kordonie. Wizytował nas jakiś pułkownik z okręgu. Ciągle to, śmo: jak źle wyglądamy, jakie barany jesteśmy. Listopad, śnieg wali, ale rzeka jeszcze nie zamarzła. I w tym momencie z mostu skoczyła dziewczyna. Jeszcze byłem w szoku, ale już w biegu zrzucałem z siebie ubrania. Ten dupek dowódca krzyczy coś. A ja z rozpędu do wody. Myślałem, że serce mi stanie. Płynę z całych sił, a jej już nie ma. Zanurkowałem, a zimno takie, że w oczy pali, prawie nic nie widać. Znalazłem ją jednak. Nie oddychała. Wywlokłem za włosy. Na asfalcie położyłem - i runąłem obok. Zawieźli nas do szpitala. Mówią, że przeżyła, ale pewności nie mam, bo do mnie ani razu nie przyszła na salę, może się krępowała. Dostałem naganę za to, że rzuciłem broń na ziemię i nie słuchałem poleceń starszego rangą. Premię zabrali. 

Milczymy.

- To moje naj-najlepsze wspomnienie - mówi Dima. 

Milicjanci, chichocząc, wyciągają woreczek z trawą. Wysyłają mnie do kryminalistyków, żebym wyżebrała folię. Z pustej butelki robią fajkę wodną. 

- Nie boicie się? 

- A dobra tam, wszyscy jesteśmy ludźmi.

Z pobliskimi dyżurkami jest umowa, by uprzedzać się wzajemnie o wyjeździe inspektorów. Funkcjonariusze przy telefonach coś do nas mówią, ale nie słyszymy. W końcu najbardziej trzeźwy z nas dociera do aparatu i zaczyna rechotać do słuchawki. Natychmiast mu wtórujemy. 

- Znowu się tam naćpaliście, kurwy? - wrzeszczy głos w słuchawce. - Przyjmujcie zgłoszenie! 

Szczerze staramy się zapisać nazwę ulicy. Nie wychodzi. Nikt nigdzie nie jedzie. Wleczemy się z Dimą do holu, gdzie wisi tablica. List ministra spraw wewnętrznych Raszyda Nurgalijewa do funkcjonariuszy milicji wydaje się niesamowicie, fantastycznie wręcz, zabawny. Konamy ze śmiechu. Po paru godzinach nieprzerywanego ubawu kładziemy się spać w dyżurce na kanapach. Najtrzeźwiejszy ma czuwać przy telefonie. Budzą nas niemalże od razu. Przy okienku dyżurki stoi szykowna blondynka w eleganckim kostiumie. Właśnie została zaatakowana na swojej klatce schodowej. Skradziono jej torebkę. Jest niezwykle spokojna. 

- Torebka to nic, phat, przepraszam, że tak się wyrażę. Ale tam jest mój paszport, a za dwa dni wylatuję. Czy na jutro zdołam wyrobić nowy? 

- No chyba tylko jeśli zadzwoni pani do generała Pronina na komórkę.

- Do Władimira Wasiljewicza? Kończy naradę o dziesiątej, tak? 

Okazuje się, że stoi przed nami menedżerka firmy córki Gazpromu. Porsche cayenne podwozi nas do miejsca przestępstwa. Gdy podjeżdżamy do bloku, milicjanci się krzywią:

- Eee. Przydałoby się pani mieszkanie zmienić.

- Dlaczego? 

- Tu w sąsiedniej klatce ciapaci narkotykami handlują. Gdy potrzebne im są pieniądze, atakują okolicznych mieszkańców. Pani nie jest pierwsza. Trzeba zmienić mieszkanie.

- Indeed, będę musiała. Dziękuję za radę

Nie pyta, dlaczego nie można po prostu aresztować handlarzy narkotyków. Wracamy o siódmej rano. Na podłodze aresztu leży chłopak z  zakrwawioną głową i wytrzeszczonymi oczami wariata. Dwa tygodnie temu dostał dwa lata w zawieszeniu za rozbój. A dzisiaj się upił i doszczętnie rozbił pałką szyby w dziewięciu samochodach. Zgarnęli go podczas tłuczenia dziesiątego auta. Wyrywał się milicjantom, więc oberwał.

- Po co to zrobiłeś? - pyta nagle Dima, przykucnąwszy przy "klatce". - No, Zwiejczik, po co to zrobiłeś? 

- Po chuj.

- Przecież narzeczoną masz. Pójdziesz do więzienia, Zwiejczik. Zdechniesz tam. 

- I chuj. 

Dima biegnie do dyżurki po klucze i gorączkowo zaczyna otwierać "klatkę" - z widocznym zamiarem dołożenia Zwiejczikowi. Dyżurny go przyhamowuje: 

- Procedury nieskończone. Jego i  tak raczej nie wezmą. A w ogóle to co ci zależy? Krewny twój czy co? Co się tak wkurwiłeś? Czysta chuliganka, zuch. Zwiejczik, gościu, dawaj tak dalej, podnosisz nam wykrywalność! 

Na twarzy Zwiejczika rozciąga się pijany uśmiech. Za oknem robi się jasno.

* fragment książki Jeleny Kostiuczenko "Przyszło nam tu żyć". Tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz 

Książka Jeleny Kostiuczenko 'Przyszło nam tu żyć' (fot. Materiały prasowe)
Książka Jeleny Kostiuczenko 'Przyszło nam tu żyć' (fot. Materiały prasowe)


Jelena Kostiuczenko. Ur. 1987. Rosyjska dziennikarka śledcza i aktywistka na rzecz środowisk LGBT. Publikuje w rosyjskiej "Nowej gaziecie". Jako pierwsza informowała o proteście Pussy Riot, ujawniła również obecność wojsk rosyjskich na terytorium Doniecka. Z powodu swojego zaangażowania w sprawy społeczne była kilkukrotnie atakowana i aresztowana. W 2013 roku otrzymała Nagrodę im. Gerda Buceriusa za odwagę w pracy dziennikarskiej.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku