Wśród Polaków mieszkających na Wyspach można spotkać zwolenników brexitu

Wśród Polaków mieszkających na Wyspach można spotkać zwolenników brexitu (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

"Brytyjska cywilizacja to dzieło sztuki, a imigracja ją rozwadnia". Polacy z Wysp tłumaczą, dlaczego popierają brexit

Ciągle przekładane wyjście Wielkiej Brytanii z Unii oznacza według nich odzyskanie przez Londyn suwerenności, obronę brytyjskiej tradycji, a w niektórych przypadkach - możliwość zysku finansowego. Trójka Polaków: Barbara Hamilton, Przemek Skwirczyński i Jerzy Byczyński, czeka na brexit.

- Mój mąż jest Szkotem, pochodzi z bardzo tradycyjnej, konserwatywnej rodziny. Do tego stopnia, że na śniadanie zje tylko owsiankę na słono - słodkiej nigdy nie przyjmie. Wśród naszych znajomych i krewnych nie było nikogo, kto zagłosowałby za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej - mówi mi Barbara Hamilton, portrecistka, na Wyspach od 1978 roku. Urodziła się w Polsce, a studiowała we Włoszech, ale rozmowę o brexicie prowadzić chciała po angielsku. - To kwestia związana z brytyjskością, więc nawet nie będąc stąd, chcę o tym mówić w języku tego kraju - zastrzega już na samym początku.

Po polsku natomiast rozmawia ze mną Przemek Skwirczyński. Do Wielkiej Brytanii wyjechał, żeby się kształcić. Dwadzieścia lat temu zaczął tu naukę w szkole z internatem. - Choć ludzie w mojej szkole pochodzili raczej z rodzin konserwatywnych, to nie byli rozpolitykowani, mało kto interesował się sprawami publicznymi. Zupełnie inaczej było na studiach - trafiłem na London School of Economics. To tam zacząłem rozwijać eurosceptyczne poglądy. Poznałem tam chociażby Alana Skeda, założyciela partii UKIP - mówi Skwirczyński.

Britain's Prime Minister Boris Johnson presents the Conservative Party's Manifesto for the General Election campaign, in Telford, England, Sunday, Nov. 24, 2019. Britain goes to the polls on Dec. 12. (AP Photo/Frank Augstein)
Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson (fot. Fot. Frank Augstein / AP Photo)

United Kingdom Independence Party, brytyjskie skrajnie prawicowe ugrupowanie niepodległościowe, było głównym motorem kampanii na rzecz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Jego lider, Nigel Farage, to pierwszy polityk na Wyspach, który otwarcie zaczął postulować całkowity i jak najszybszy rozwód Londynu z Brukselą. Właśnie jako kandydat UKIP Skwirczyński w 2015 roku ubiegał się o miejsce w Izbie Gmin, startując w Tooting na południu aglomeracji londyńskiej. Dostał jednak tylko 1,5 tysiąca głosów. Zajął ostatnie miejsce w okręgu, przegrał m.in. z obecnym merem Londynu Sadiqiem Khanem. Pięć miesięcy później znowu stanął do wyborów, tym razem jako kandydat polonijny w wyborach do polskiego Sejmu. Startował z listy partii KORWiN, ale mandatu nie zdobył.

Jerzy Byczyński też przyjechał do Wielkiej Brytanii, żeby się uczyć - w 2009 roku na studia prawnicze. Dziś prowadzi polonijny portal British Poles. Podobnie jak Hamilton i Skwirczyński, i on nie ukrywa konserwatywnych sympatii. Jako zdjęcie profilowe na Facebooku umieścił portret Witolda Pileckiego.

Jerzy Byczyński przyjechał do Wielkiej Brytanii w 2009 roku na studia prawnicze. Teraz popiera brexit (fot. Shutterstock; archiwum prywatne)
Jerzy Byczyński przyjechał do Wielkiej Brytanii w 2009 roku na studia prawnicze. Teraz popiera brexit (fot. Shutterstock; archiwum prywatne)

Zaskoczenie kontra pewność

Choć Jerzy Byczyński w polityce orientuje się bardzo dobrze, nie spodziewał się porażki obozu prounijnego w referendum z 2016 roku. - Nie wierzyłem, że brexit zostanie przegłosowany - przyznaje. - Żyjąc w Londynie, mieszkam w liberalnej bańce, więc wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że Brytyjczycy mogą zadecydować w taki sposób.

Intuicja polityczna ocaliła za to jego prywatne finanse. - Często stawiam pieniądze u bukmachera na zakłady polityczne i dość dobrze mi to wychodzi. Wygrałem na Dudzie, wygrałem na Trumpie, ale przy brexicie się zawahałem. Coś mnie tknęło. Chciałem postawić na opcję pozostania w Unii, myśląc, że to taki pewniak, ale w ostatniej chwili się wstrzymałem - przyznaje.

Brexitu nie spodziewał się też Skwirczyński, który w dniu referendum wyjeżdżał na urlop. - Byłem zaangażowany w kampanię prowadzoną przez obóz brexitowy, ale przewidywałem naszą porażkę, bo na to wskazywały sondaże - mówi.

Głęboko przekonana o zwycięstwie eurosceptyków była za to Barbara Hamilton. Jej zdaniem obecność Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej niszczy wyspiarską tradycję i kulturę, głównie z powodu, jak sama mówi, "masowej imigracji". - Wuj mojego męża był jednym z dowódców pod Gallipoli, przyjaźnił się z Churchillem. Do dziś bywamy na balach organizowanych przez rodzinę królewską w jej szkockich posiadłościach. Kiedy po naszym ślubie weszłam do kuchni zrobić sobie herbatę, wszyscy byli w szoku, że nie robię tego o piątej. W Polsce herbatę pijemy, kiedy nie mamy nic do roboty, tam jest na to wyznaczona pora - podaje przykład siły tradycji i podkreśla, że taką właśnie Anglię poznała. - Angielska cywilizacja, z najstarszą na świecie demokracją, ze swoją punktualnością, szczerością - to coś, z czym nigdy nie zetknęłam się ani w Polsce, ani we Włoszech, ani nigdzie indziej. To jest najlepsze państwo na świecie, jak prawdziwe dzieło sztuki. Fakt, że ludzie mogą się tu osiedlać i dostają wszystko za darmo, rozwadnia tę cudowną cywilizację.

Przemysław Skwirczyński (z prawej) z Borisem Johnsonem (fot. archiwum prywatne)
Przemysław Skwirczyński (z prawej) z Borisem Johnsonem (fot. archiwum prywatne)

Mówi, że dziś w South Kensington, gdzie ma studio malarskie, prawie nie słyszy angielskiego na ulicach. - Ci ludzie nic nie wnoszą do tutejszej kultury, tak wyrafinowanej, idealnej. Tak nie może być, i ja to mówiłam już dawno, przed brexitem - zastrzega.

O imigracji wspomina też Byczyński. Rozumie argumenty Brytyjczyków, którzy mówią, że ich państwo nie zostało podbite przez 1000 lat i samo stanowiło tutejsze prawo, a teraz, w Unii, dominacja prawa unijnego nad brytyjskim jest wyraźna. - Brytyjczycy są niespokojni, bo nie mogą o wszystkim decydować sami. Znam ludzi, którzy popierają imigrację, ale chcieliby sami ustalać, ile osób miałoby tu przyjechać i się osiedlić.  A będąc członkami Unii, nie mogą tego robić. Mówią mi: "Bardzo cenimy Polaków, Polacy są najlepszymi imigrantami, ale nie może tu przyjechać kolejny milion czy cztery miliony osób. Państwo - służba zdrowia, szkoły - nie jest na to przygotowane". Dla mnie te argumenty mają sens - dodaje.

Czy nie widzi rozdźwięku między swoją postawą i faktem, że sam jest w Wielkiej Brytanii imigrantem i dzięki Unii Europejskiej korzystał choćby z tutejszej edukacji? Odpowiada, że studiować w Wielkiej Brytanii można było także, zanim Polska weszła do Unii. Potwierdza to Przemek Skwirczyński, który, podobnie jak Barbara Hamilton, do Wielkiej Brytanii przyjechał wcześniej. - Nie korzystałem z praw przysługujących obywatelom unijnym np. w zakresie czesnego na studiach czy z zasiłków - mówi. - Tak samo na geopolitykę nigdy nie patrzyłem z punktu widzenia Unii - moje poglądy ukształtowały się, zanim zostałem jej obywatelem. Mając brytyjskie obywatelstwo od lat, mogę też patrzeć na brexit z perspektywy Brytyjczyka. Wtedy ma on sens.

PHOTO: EAST NEWS/REX FEATURES Queen Mother at Clarence House with Polish artist Basia Hamilton - Mar 2001. The last portrait of the Queen Mother was completed just a month before her death. QUEEN MOTHER PORTRAIT BY BARBARA KACZMAROWSKA HAMILTON - 20 JAN 2002
Barbara Hamilton z Królową Matką w 2001 roku (fot. East News / REX)

Wielka Brytania niegotowa i niekompetentna

Polscy zwolennicy brexitu zgodnie podkreślają, że powinien on był już dawno się zmaterializować. Dlaczego tak się nie stało?

- Od początku czułem, że może zostać zablokowany, nawet kiedy ludzie w referendum wybrali opcję wyjścia z Unii - mówi Jerzy Byczyński. - Kuriozalna była dla mnie sytuacja, w której wyjście z Unii miało zostać przeprowadzone przez gabinet Theresy May - 85 procent jego członków było przeciwko brexitowi. Jednocześnie z drugiej strony jest opozycja, która brexit chce powstrzymać, ale jej lider, Jeremy Corbyn, wcale nie popiera Unii. Przez to negocjacje brexitowe ośmieszały Wielką Brytanię w oczach całego świata. Mam nadzieję, że ten temat zostanie zamknięty w ciągu dwóch-trzech miesięcy.

Niekompetencja kolejnych gabinetów i premierów wyraźnie drażni też Przemka Skwirczyńskiego. - Do tej pory jestem zszokowany tym, że zapowiadając referendum, Cameron nie uruchomił całej armii urzędników państwowych, żeby przygotować się na ewentualny scenariusz wyjścia z Unii - mówi Polak. - Jego rząd był do brexitu kompletnie nieprzygotowany, podobnie jak cała Wielka Brytania. I dlatego jesteśmy w tej dziwnej sytuacji, że ponad trzy lata po referendum nadal nie wiemy, czy i kiedy wyjdziemy, a jeśli wyjdziemy, to na jakich warunkach. Zwłaszcza że w grudniu są wybory i wiele się może w kwestii brexitu zmienić.

Innych winnych impasu znajduje Barbara Hamilton. Krytykuje obóz zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w Unii, którzy chcą drugiego plebiscytu w tej sprawie. - Nie rozumiem, jak ktoś może teraz oczekiwać drugiego referendum. Mój ojciec był adwokatem, wpoił mi pewną logikę - ona nakazuje, że skoro się przegrało, trzeba zaakceptować wynik. W piłce nożnej jak ktoś przegra, nawet jedną bramką, to jest zły, ale godzi się z wynikiem, nie tak jak przeciwnicy brexitu - tłumaczy.

Brexit Party leader Nigel Farage speaks at an event whilst on the General Election campaign trail, in Barnsley, England, Tuesday, Nov. 26, 2019. Britain goes to the polls on Dec. 12. (Danny Lawson/PA via AP)
Nigel Farage, lider UKIP (fot. Danny Lawson / AP)

Drugim winnym jest jej zdaniem parlament, który blokując wyjście z Unii, ignoruje głos ludu. Mówiąc o demokratycznym mandacie brexitowców, Hamilton wyraźnie się ożywia, prawie krzyczy. - Wszystko sprowadza się do liczb. Demokracja to po prostu liczby. Spójrz na Trumpa - nie lubią go wszyscy, których znasz, ale ludzie na niego głosowali. Ludzie go wybrali i co z tego, że nienawidzi go cały Nowy Jork i całe Los Angeles. Został prezydentem - mówi.

Kiedy zwracam jej uwagę, że przykład amerykańskiego prezydenta może być tu trochę niefortunny, bo faktycznie więcej głosów od niego dostała Hillary Clinton, Hamilton niespecjalnie się przejmuje. - W Stanach konstytucja mówi, jak wybiera się prezydenta, i zostało to uszanowane. W Wielkiej Brytanii musi być tak samo - ucina.

Nie możemy myśleć tylko o ekonomii

Z trójki moich rozmówców tylko Jerzy Byczyński wyraźnie rozróżnia polski i brytyjski interes w brexicie. Barbara Hamilton i Przemek Skwirczyński na cały proces patrzą jednoznacznie z punktu widzenia Londynu.

- Tłumacząc angielski idiom na polski: jako Polak na Wyspach noszę dwie czapki. Kiedy "zakładam czapkę Polaka", widzę w tym zagrożenie dla interesów moich rodaków w Anglii. Dalej przecież nie wiadomo do końca, co będzie z Polakami na Wyspach, a jest ich tutaj milion - przypomina Byczyński. - Poza tym uważam, że Brytyjczycy pełnili w Unii rolę hamulca, neutralizowali różne presje, w tym presję na stworzenie w Europie superpaństwa. Bez Wielkiej Brytanii w Unii może być więcej konfliktów, np. pomiędzy Francją i Niemcami a Grupą Wyszehradzką, czyli też Polską.

Dla Przemka Skwirczyńskiego kwestia brytyjskiego członkostwa we Wspólnocie ma przede wszystkim wymiar gospodarczy. Na co dzień prowadzi firmę technologiczną produkującą gry komputerowe poświęcone giełdzie i finansom. W brexicie widzi szansę na polepszenie finansów swojej spółki. - Gdyby Wielka Brytania zlikwidowała podatek VAT, który jest przecież wymysłem unijnym, to byłaby to świetna wiadomość - mówi. - I choć z podatkami zawsze jest tak, że trudniej je zlikwidować niż wprowadzić, to Wielka Brytania jest krajem, w którym elektoratu się słucha - jeśli będzie odpowiednia presja, żeby go skasować, to może się to udać.

Zwolennicy brexitu (fot. Shutterstock)
Zwolennicy brexitu (fot. Shutterstock)

Barbara Hamilton poparcie dla brexitu opiera nie na sprawach gospodarczych, a tożsamościowych. - Nie możemy myśleć tylko o ekonomii. Brexit to walka o honor, tradycję, niepodległość - podkreśla.

Dodaje też, że "w Londynie ludzie są zależni politycznie i finansowo od Unii". Pytam więc, co przez to rozumie. - Oczywiście nie mogę powiedzieć, że ktoś dostaje pieniądze bezpośrednio z Unii. Ale Unia jest bardzo wpływowym aktorem, bo przekupuje ludzi. Czytałam niedawno artykuł o tym, jak unijne miliardy są pompowane w gospodarstwa na Węgrzech i w Bułgarii, a nic z tego nie ma. Dlatego uważam, że dla Wielkiej Brytanii brexit to walka o niepodległość. Zobacz, co się dzieje w Hongkongu - jak wielka to jest walka, ile ludzie są w stanie poświęcić, żeby być sądzonym u siebie w kraju, a nie w Chinach. A teraz brytyjskie sprawy są rozstrzygane przed sądem w Brukseli. To niedopuszczalne! - denerwuje się.

Mam papiery, nie mieszkałem na cudzej kanapie

Hamilton i Skwirczyński mają brytyjskie obywatelstwo, Byczyński rozważa wystąpienie o nie - jak sam mówi, "na wszelki wypadek". - Jestem tu 10 lat, mam dokumenty, dzięki którym mogę udowodnić, gdzie studiowałem, gdzie mieszkałem. Nie powinienem mieć problemów. Znam jednak wielu Polaków, którzy obawiają się brexitu. Dużo jest osób, które mieszkały u kolegi na kanapie przez dwa tygodnie i nie mają na to żadnego papieru. Boją się, że przez takie rzeczy mogą nie dostać statusu osoby osiedlonej - mówi.

Moi rozmówcy pytani o życie na Wyspach po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii niemal od razu wskazują na najbardziej oczywiste kwestie: imigrację, zasady zatrudnienia i swobodę podróżowania. Choć we wszystkich tych obszarach panuje ogromna legislacyjna niepewność, nie wydaje się to być dla nich źródłem zmartwień.

Barbara Hamilton: - Jasne, że podróżowanie po brexicie będzie trudniejsze. Ale kiedyś nie było łatwe, a jakoś przecież wszyscy żyliśmy. I te podróże się bardziej ceniło. Teraz wszyscy muszą ciągle podróżować - jak się nigdzie nie ruszasz, to prawie jakbyś był martwy. A kiedyś tak nie było.

PHOTO: EAST NEWS/REX FEATURES BASIA KACZMAROWSKA HAMILTON WITH THE DUKE OF KENT. UNVEILING OF PORTRAIT OF THE QUEEN MOTHER POLISH INSTITUTE AND SIKORSKI MUSEUM, LONDON, BRITAIN - 02 OCT 2002
Barbara Hamilton i książę Kentu podczas odsłonięcia ostatniego portretu Królowej Matki w 2002 roku (fot. East News / REX)

Jerzy Byczyński: - To, że imigracja na Wyspy będzie ograniczona po brexicie, jest pewne. Kwestią kluczową pozostaje, co stanie się z obcokrajowcami, którzy już tu są. Najróżniejsze ministerstwa obiecują, że ich status się nie zmieni, więc ja nie wierzę, żeby miało dojść do masowych deportacji Polaków, jak niektórzy straszą - bo to nie jest w niczyim interesie. Gospodarka brytyjska w dużej mierze opiera się na Polakach i innych Europejczykach, nikt nas stąd nie będzie wyrzucał. Ograniczona zostanie imigracja przyszłościowa, może Londyn otworzy się na resztę świata, na dawne kolonie brytyjskie.

Przemek Skwirczyński z kolei bardzo poważnie bierze pod uwagę możliwość ponownego referendum w sprawie brexitu. Tłumaczy, że przed nadchodzącymi wyborami, które odbędą się już 12 grudnia, "różne partie mówią różne rzeczy", a koalicja ugrupowań prounijnych może przegłosować w parlamencie konserwatystów. Jeśli jednak brexit się zmaterializuje, Skwirczyński będzie wiedział, jak świętować. Z okazji pierwszego referendum wypuścił wódkę Brexitówkę. Wyprodukowana w destylarni jego znajomych, trafiła do komercyjnego obrotu. Zdjęcie z butelką zrobił sobie nawet Janusz Korwin-Mikke. Produkcja była jednak mocno limitowana, dziś do kupienia w Internecie zostały pojedyncze sztuki. - Brexitówka to tylko wynik zakładu, ale media szybko to podchwyciły - tłumaczy. I choć sprzedawała się dobrze, wznawiać jej rozlewu nie zamierza. Bez względu na polityczną przyszłość Wielkiej Brytanii.

Mateusz Mazzini - reporter, socjolog, latynoamerykanista. Absolwent St Antony's College, University of Oxford, doktorant w Instytucie Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Wykładowca w Collegium Civitas, stały współpracownik tygodnika Przegląd i portalu polityka.pl. Publikuje również m.in. w Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, The Washington Post, Foreign Policy, Foreign Affairs. Mieszka w Warszawie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku