Anna przez osiem lat była bezdomna, ale udało się jej wyjść z kryzysu

Anna przez osiem lat była bezdomna, ale udało się jej wyjść z kryzysu (fot. Jarosław Timoszuk)

reportaż

"Zrobiłam rachunek sumienia. Z pełną odpowiedzialnością mówię ci, że powinnam dostać dożywocie"

W tej opowieści jest pijana matka, której ubranie zajęte ogniem od papierosa gasił kilkuletni syn. Jest bezdomna, żebrząca kobieta, która przez osiem lat snuła się ulicami Jesionka. I ta sama osoba, a jednak ktoś zupełnie inny.

Alkohol? Piła bardzo mało, przy szczególnych okazjach. Ojciec był alkoholikiem, wiedziała, co to znaczy. Potrzebowała bliskości i normalnej rodziny. Dlatego w wieku 20 lat wyszła za mąż i urodziła syna, Grzesia.

Mąż znikał na noce, znęcał się fizycznie i psychicznie. Gdy Grześ miał cztery lata, ze swojego pokoju zawołał: "Mamo, tu jakaś pani jest z tatą". Mąż Anny zareagował tak, jakby nic się nie stało, nie widział problemu. Wyszedł z domu, a ona spakowała rzeczy swoje i dziecka. Pomyślała, że już nigdy więcej do tego miejsca nie wróci. I pojechała do rodzinnego domu, kilka kilometrów dalej.

Tam mieszkali dwaj bracia i siostra, przyjęli ją. Z czasem wynajęła sobie mieszkanie, związała się z Andrzejem, z którym znali się od dawna. Z ojcem Grzesia się rozwiodła. Życie się toczyło.

Mityng AA w Zakładzie Karnym / fot. Jarosław Timoszuk
Mityng AA w Zakładzie Karnym / fot. Jarosław Timoszuk

O papierosie, którego gasił mały Grześ

Kilka lat później coś zaczęło w niej pękać. - Co wieczór jedno piwo, czasem dwa. Myślałam: usiądę w fotelu, zapomnę o wszystkim, odstresuję się. Nie potrafiłam z nikim rozmawiać o problemach, wszystkie emocje trzymałam w sobie jak w ogromnej szafie. Uważałam, że dam radę sama.

Cokolwiek się działo, dobrego czy złego, nie umiała o tym mówić. Były mąż przez jakiś czas nie płacił alimentów na dziecko? Piwo wieczorem. Były mąż przyjechał na kawę i dobrze się rozmawiało? Piwo wieczorem. Stres, że nie będzie miała pieniędzy? Dwa piwa wieczorem. Na rozluźnienie. Albo alkohol w towarzystwie Andrzeja. Coraz więcej i więcej.

Z czasem to Grześ sprawdzał, czy gaz jest zakręcony, czy nie zostawiła czegoś na kuchni, czy oddycha. Zamiast bawić się z dziećmi na podwórku, siedział przy niej. Błagał, żeby nie piła, żeby zaczęła normalnie żyć.

Pewnego razu wrócił ze szkoły, a ona się paliła. Zasnęła z papierosem, kompletnie pijana. Tak pijana, że nawet nie zauważyła i nie poczuła ognia na własnych ubraniach. Grześ ten ogień ugasił i zadzwonił po Andrzeja, żeby przyjechał. Nikt o "pożarze" się nie dowiedział -  ani opieka społeczna, ani sąsiedzi.

Nie pamięta, ile to trwało, ale w końcu przez alkohol zwolnili ją z huty szkła. Już od dłuższego czasu wszyscy w firmie wiedzieli, że ma problem, ale chronili ją. Szanowali, bo była dobrą pracownicą, ale gdy przestała przychodzić do zakładu, to już nie mieli wyjścia.

A jak straciła pracę, to straciła i mieszkanie, bo nie miała środków, żeby je opłacić. Przygarnęła ją na jakiś czas koleżanka. Był czerwiec, Grześ akurat wyjeżdżał na wakacje do ojca. Ostatni raz wtedy widziała syna. Miał dziewięć lat. Był 2006 rok.

Potem każdego dnia budziła się i myślała: "Nie wytrzymam tego uczucia jeszcze większej pustki po stracie syna, muszę się napić. Niech to parszywe życie wreszcie się skończy".

Do dzisiaj próbuje sobie z tym jakoś wewnętrznie poradzić. Z tym, jak bardzo skrzywdziła własne dziecko.

20.09.2008 WROCLAW , ALKOHOL WODKA FOT. PAWEL KOZIOL / AGENCJA GAZETA
fot. Paweł Kozioł / AG

O tym, jak w więzieniu dostała wszystko

W Jesionku była jedyną bezdomną kobietą.

- Wszyscy mnie tam znali. Szlajałam się po ulicach, spałam na ławkach, a moi sąsiedzi patrzyli na mnie i zapamiętywali taki obraz. Jak wjedziesz do Jesionka i zapytasz o Ankę, to wszyscy ci odpowiedzą: "to ta, która piła" - opowiada.

W 2010 roku Andrzej zawiózł ją na odwyk, choć sam też wciąż pił. Ale nie mógł znieść, że Anna jest na dnie. Sam był kilka centymetrów wyżej, mieszkał u bliskich. A może miał nadzieję, że jeśli ona przestanie pić, to jemu też łatwiej będzie zerwać z nałogiem?

Terapię potraktowała bardziej jak szansę na odpoczynek niż na trzeźwość. W szpitalu przez kilka tygodni miała zapewnione jedzenie, spanie, ciepło. Wiedziała, że jak ją wypiszą, wróci do picia. I tak się stało. Pierwszy łyk i ulga. Najchętniej nalewki z marketu, takie za 3,99. Zawsze znalazł się ktoś, kto postawił albo dał pieniądze na alkohol. Tu od tego dostaniesz, tu od tego. Skończyło się na delirium tremens.

Zabrano ją z ulicy - a może z jakiejś meliny? - w drgawkach do szpitala. Podobno majaczyła, że jej brat się topi i trzeba go ratować. Wie to od innych, bo sama nie pamięta, mózg wyciął trzy tygodnie z życia.

Tego potrzebowała, żeby się odbić.

Przestała pić w kwietniu, poszła raptem na kilka mityngów anonimowych alkoholików, a już w maju znajomi zabrali ją na pierwszy mityng AA w Zakładzie Karnym nr 2 w Strzelcach Opolskich. To było możliwe, bo w ostatnich latach bardzo dużo się zmieniło, jeśli chodzi o współpracę placówek więziennych z anonimowymi alkoholikami. Osoby "z wolności", zweryfikowane i wpisane na listę przez Służbę Więzienną, mogą przychodzić do osadzonych i uczestniczyć w spotkaniach alkoholików znajdujących się za kratami.

Anna bała się tego pójścia do więźniów. Ocen, konfrontacji, spojrzeń. Na parkingu przed zakładem karnym przyjaciel powiedział jej: - Anka, myśmy tutaj ciebie wzięli nie dlatego, że musisz tu przyjeżdżać, bo nie musisz. My i bez ciebie będziemy odwiedzać osadzonych. Wzięliśmy ciebie, żebyś zobaczyła, że jak będziesz pić, to ci zostanie tylko kryminał.


"To dzięki więźniom wróciłam do społeczeństwa" - mówi Anna / fot. Jarosław Timoszuk

Pojechała na kolejny mityng, do innego zakładu karnego. Alkoholicy zachęcali ją, żeby zabrała głos podczas spotkania, ale nie wiedziała, co mówić. O tym, że piła i przestała? Czym się chwalić po kilku tygodniach trzeźwości? Jakoś się odważyła, żeby choć w skrócie przekazać swoje doświadczenie. - Więźniowie dziękowali mi za moją historię, za odwagę mówienia o trudnych sprawach. Czasem nie mogli uwierzyć, że wyszłam z takiego bagna - wspomina.

W jednym z zakładów karnych osadzony opowiedział jej swoją historię: - Też byłem bezdomny. Wygląda to tak, że idę na wolność albo na przepustkę, piję, wracam do kryminału, tak w kółko. Nie da się inaczej. Ania tłumaczy mu: - Da się, spójrz na mnie. Da się nie pić.

Mówi, że w więzieniu dostała wszystko, choć nigdy tam się nie znalazła za przestępstwo, a dobrowolnie. - Dzięki więźniom wróciłam do społeczeństwa i uwierzyłam, że jestem wspaniałą kobietą. Zastanawiałam się: dlaczego oni tak dobrze o mnie mówią, czego chcą? Nawet przechodziło mi przez myśl, że może chcą mnie poderwać, ale nigdy żaden nie przekroczył granicy, nawet słowem. Podchodzą do mnie i pytają o numer telefonu. A ja wtedy mówię: "Dam ci ten numer, ale wiesz, po co on jest. W innym celu do mnie nie dzwoń". Bo ja nie szukam faceta. Nie potrzebuję żadnych przygód, nie załatwię im żadnej koleżanki. "Potrzebujesz koleżanki - tłumaczę - to kup gazetę i napisz do biura matrymonialnego. AA nie zajmuje się takimi rzeczami". Jak przyjdą jacyś nowi i chcą trochę pocwaniakować, to ci starzy im mówią: "Ty do Anki lepiej nie podchodź, bo usłyszysz parę słów i na mityng nie będziesz chciał więcej przyjść, a byłoby szkoda".

O tym, że do więzienia nie wkłada się sukienki

Gdy już zadomowiła się w męskich więzieniach, wystarała się o wejście do kobiecego zakładu karnego w Turawie. - U kobiet mityngi są ciężkie. One są zazdrosne o wszystko: o moją uwagę, o czas, o przepustki, o lepsze warunki w celi, choćby to była błahostka, na przykład ryska na telewizorze. Wyobrażasz sobie, że dorosłe kobiety potrafią przeżywać, że jakaś osadzona usiadła przy stole obok mnie, a inna nie miała takiej możliwości? Albo że z jedną rozmawiałam dłużej niż z drugą? W głowie się nie mieści, ale to się dzieje.

Niezbyt chcą słuchać, że Ance się udało. Nie wierzą, że po wyjściu z więzienia może je spotkać coś dobrego. - Mówię im: "Dziewczyny, ja też nie miałam nic, kompletnie nic, zaczynałam od zera, da się, tylko trzeba dać sobie pomóc". Zainteresowanych zmianą jest garstka. Czasem potrzebują indywidualnych rozmów. "Anka, mam problem z dziećmi" - podejdzie do mnie po mityngu jakaś dziewczyna. "Nie umiem o tym opowiadać przy wszystkich". Najczęściej chodzi o rozwiązania prawne dotyczące adopcji, rodzin zastępczych, praw rodzicielskich albo pomocy dla ich partnerów. Pytają, czy przyjechałabym pod areszt, gdy wychodzą na wolność. Staram się nie obiecywać za wiele.

fot. Jarosław Timoszuk
fot. Jarosław Timoszuk

Na przykład teraz Służba Więzienna wymagała od jednej z osadzonych, żeby przy wychodzeniu na przepustkę ktoś odwiózł ją na stację kolejową, bo jest niebezpiecznie. Zakład karny w Turawie leży w lesie, obok jeziora. Osadzona tłumaczy im: córka mieszka w Irlandii, mama ma 80 lat, kto mnie odbierze? Anka obiecała, że zorganizuje transport, ale w kontakcie ze Służbą Więzienną.

- Nic nie zrobię wbrew zasadom. Ci, którzy chcą wchodzić do zakładów karnych z zewnątrz, muszą poznać niepisany regulamin. Na przykład kobiety nie powinny wchodzić do więzienia w spódniczkach, w dekoltach. Ja, choćby nie wiem jak gorąco było, do zakładu karnego nie włożę sukienki. Z osadzonymi powinno się w rozmowie trzymać pewien dystans. Jedynie na powitanie mogę pozwolić sobie na więcej, na jakieś przytulenie albo podanie ręki, ale potem już nie spoufalam się.

Nie dyskutujemy ze Służbą Więzienną. Jeśli funkcjonariusz coś każe, mam to robić, bo jestem tu gościem. Nie ma samowolki. Do więzienia nie wolno nic wnosić i z więzienia nie wolno niczego wynosić - oprócz materiałów o AA. Jesteśmy tam w jednym celu: mówimy o naszej trzeźwości. To mi przekazano i tego się trzymam.

O tym, że można zacząć wszystko od nowa

Spotykamy się w ośrodku Jowisz w Turawie, niedaleko zakładu karnego. Jest godzina 9.00, pijemy poranną kawę. Ania przyjechała tutaj autobusem prosto z nocnej zmiany. Zmęczona, po ośmiu godzinach ciężkiej, fizycznej pracy, po dwóch kilometrach piechotą przez las, zaraz będzie szła na mityng do skazanych.

Do Turawy jeździ systematycznie od trzech lat, dwa razy w miesiącu. Regularnie bywa też w Strzelcach Opolskich w Zakładzie Karnym nr 1 i nr 2, w oddziale zewnętrznym w Kędzierzynie-Koźlu, w Kluczborku, w Brzegu. Do Prudnika i Głubczyc jest za daleko, więc rzadko odwiedza tamtejsze zakłady, ale zdarza się. Porusza się tylko pociągami i autobusami, nie ma samochodu i prawa jazdy.

- W więzieniach czuję się potrzebna. Powtarzam osadzonym: można zacząć od nowa. Nikt nie jest skreślony. Każdy z nas, alkoholików, mógłby siedzieć w więzieniu za to, co robił, gdy pił. Ja sama zrobiłam rachunek sumienia i przyjrzałam się temu, ile osób nakrzywdziłam w swoim życiu. Z pełną odpowiedzialnością mówię ci, że powinnam dostać dożywocie.

Odprowadzam ją pod bramę zakładu karnego, który, o ironio, był kiedyś ośrodkiem wczasowym dla funkcjonariuszy więziennych. Na leśnym dukcie nad Jeziorem Turawskim, w jesiennym porannym słońcu, stoi i czeka, aż przyjdzie strażnik z pękiem kluczy i jej otworzy. Ja nie wejdę, mimo dwukrotnej prośby wysyłanej mailem do kierownictwa zakładu karnego. "Wynika to z konieczności prawidłowej realizacji powierzonych Służbie Więziennej zadań, tj. zapewnienia bezpieczeństwa i porządku na trenie jednostki penitencjarnej oraz konieczności utrzymania właściwej realizacji oddziaływań penitencjarnych" - brzmi treść odmowy.

04.06.2013 Turawa , osrodek Korab obecnie zamieniony na polotwarty zaklad karny , swietlica Fot. Michal Grocholski / Agencja Gazeta
Zakład karny w Turawie (fot. Michał Grocholski / Agencja Gazeta)

W Turawie od półtora roku jest taka jedna Alunia, która liczy Ani buty.

- Aniu, 15. para butów, odkąd tu przychodzisz!

- Ale są cztery pory roku! - odpowiada Ania bezzębnym uśmiechem.

Kuzynka robi jej hybrydowe paznokcie, znajoma - balejaż na włosach.

- Zajmuję się nie tylko więźniami, ale pomagam też bezdomnym w Jesionku. Nie finansowo oczywiście. Komornik zabiera mi 60 procent wypłaty. Bezdomni zawsze mogą do mnie przyjść i porozmawiać. Zapraszam ich na święta, szykuję im ciuchy. Wiedzą, że gdy do mnie przyjdą, pijani czy nie, zawsze dostaną jedzenie. Dziś nie skupiam się na sobie. Pomagam innym. Niczego więcej nie potrzebuję, bo mam narzędzia, którymi potrafię zapewnić sobie szczęście. Są ludzie, którzy cierpią i potrzebują pomocy. To na nich się koncentruję.

Anka znów pracuje w hucie szkła, z której ją kiedyś wyrzucono. Na cztery zmiany, na taśmie produkcyjnej. Znów związali się z Andrzejem, on też wytrzeźwiał, nawet wcześniej niż ona. Wynajmują mieszkanie w Jesionku. On jest koordynatorem anonimowych alkoholików na region śląski. Na większość mityngów jeżdżą wspólnie. Ze względu na szczupłe sylwetki w środowisku aowskim mają ksywkę "szkieletory".

To dzięki Andrzejowi udaje mi się dostać na mityng do Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich. Tamtejsza wspólnota - o wiele mówiącej nazwie "Margines" - obchodzi właśnie 25-lecie. Ania z tej okazji niesie na mityng prezent - plakaty z 12 krokami i tradycjami wspólnoty anonimowych alkoholików, które osadzeni będą mogli zawiesić na ścianie w więziennej świetlicy. Na oddziale przygotowuje kawę, herbatę, rozkłada kubeczki z paluszkami, talerzyki z ciastkami. Składa życzenia wszystkim osadzonym i cieszy się z tego, że tu jest. Kto wie, komu więcej radości przynosi to spotkanie: mężczyznom w zielonych drelichach czy jej.

O matce, która czeka

Grześ ma już 22 lata. Anka nie ma z nim kontaktu. Ostatnio zdecydował się na spotkanie z siostrą Anki i jej mężem. Prosił ich, żeby Messengerem przesłali matce jego zdjęcia. Żeby wiedziała, jak teraz wygląda.

- Jeżdżąc do zakładów karnych, mówiłam o najgorszych rzeczach, które robiłam, ale o moim dziecku nie potrafiłam. To było moją obsesją i wyrzutem sumienia. Pamiętam, że pewnej niedzieli w Zakładzie Karnym nr 2 w Strzelcach Opolskich powiedziałam chłopakom: "Czuję, że nie jestem wobec was uczciwa. Jest coś, o czym wy nie wiecie. Chciałabym, abyście usłyszeli to jako pierwsi".

Mityng AA w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich / fot. Jarosław Timoszuk
Mityng AA w Zakładzie Karnym w Strzelcach Opolskich / fot. Jarosław Timoszuk

Okropnie go skrzywdziłam i on ma prawo nie chcieć kontaktu, muszę to uszanować. Może być tak, że on nigdy mi tego nie wybaczy. Ja jestem przygotowana na każdy scenariusz i zostawiam to sile wyższej. Czasami słyszę: "dlaczego ty, Anka, nawet nie próbujesz się skontaktować ze swoim synem?". Ja nie mam prawa. Wiem dzisiaj, że jak on będzie chciał, to sam się odezwie do mnie. Te jego zdjęcia to taki wyraźny sygnał, że to może nastąpi. Nie żyję jednak tym spotkaniem z przyszłości, bobym zwariowała. Naprawdę bym zwariowała.

Ania pokazuje mi zdjęcia syna. Jest do niej bardzo podobny. Te same oczy, ten sam układ brwi. - Tu jak był młodszy - mówi z niepewnością. - A tu na weselu ze swoją dziewczyną.

"Zawsze będę tą bezdomną Anką, która piła"

- Staram się nie mieć czasu na użalanie się, za dużo działam. A gdy przychodzi czas odpoczynku, mówię Andrzejowi: potrzebuję odpocząć. Na przykład przez tydzień nigdzie nie jadę, do żadnego zakładu karnego, tylko popijam sobie kawę w fotelu, oglądam telewizję albo śpię. Rzadko to się zdarza, ale dbam o to.

Jak się żyje w Jesionku z taką łatką bezdomnej? Zdarza się, że plują na mnie i mówią: "kiedyś alkoholiczka, a teraz taka dama idzie". Nie wchodzę z nimi w dyskusję, modlę się za nich, bo co mi pozostało? Szkoda mi ich. Nie wiem, czemu tak mówią.

Ale mnóstwo jest miłych sytuacji. Widzę jakąś kobietę, a ona płacze. Podchodzi do mnie i mnie przytula. "Tak bardzo modliłam się za panią". A ja jej nawet nie znam.

Zawsze będę Anką, którą policja wyrzucała z klatek schodowych. Dziś nie przejmuję się tym, bo wiem, że w tym momencie nikogo nie krzywdzę.

Pytasz, dlaczego się nie wyprowadzę.

Co by mi dała wyprowadzka? Tylko tyle, że ludzie nie znaliby mnie i moich problemów, ale poszłabym w nowe miejsce ze starą chorobą. Może cierpiałabym jeszcze bardziej? Tutaj mam kontakt z bliskimi. Nawet z tymi, z którymi kiedyś piłam. Wiedzą, że nie dostaną ode mnie pieniędzy, jeść - zawsze. Czasem któryś rzuci: "nie pamiętasz, ile ci postawiłem?". Odpowiadam: "Tak, wbijałeś mi gwóźdź do trumny. Ja ci go nie będę wbijać, bo chcę, żebyś żył". Pytają mnie: "znowu idziesz do tej sekty?". Odpowiadam: "Tak, jest wtorek i mam mityng AA". Widzą mnie, gdy mam służbę przed salką obok kościoła.

Od wielu lat Służba Więzienna współpracuje ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików. Alkoholizm jest jedną z najczęstszych okoliczności popełniania przestępstw / fot. Jarosław Timoszuk
Od wielu lat Służba Więzienna współpracuje ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików. Alkoholizm jest jedną z najczęstszych okoliczności popełniania przestępstw / fot. Jarosław Timoszuk

W Jesionku upadałam, ale też stawiałam swoje pierwsze kroki w trzeźwości. Zgadza się, ciężko jest trzeźwieć w miejscu upadku, ale jak widzisz, da się. Nie chcę wracać do tego piekła, w którym byłam, chociaż nie wymażę mojej przeszłości, muszę żyć z nią dalej.

Gdy piłam, po którejś mojej próbie samobójczej Andrzej, mój partner, powiedział: "Anka, na śmierć to trzeba sobie zasłużyć, a ty masz jeszcze na ziemi coś do zrobienia". Dziś wiem, że to są zakłady karne.

*Imiona bohaterów i niektóre nazwy miejscowości zostały zmienione

Agnieszka Żądło. Dziennikarka i redaktorka, współpracowała m.in. z "Dużym Formatem", "Polityką", "Pismem", "Krainą Bugu", "Tęczą". Współautorka książek reporterskich i poetyckich ("Światła małego miasta", "Ni zaciszna...", "Dopo il viaggio", "Grała w nas gra" i innych). Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Stypendium im. Leopolda Ungera. W 2017 roku nominowana do Grand Press w kategorii wywiad.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (66)
Zaloguj się
  • computerro

    Oceniono 63 razy 51

    Kto skrzywdził Grzesia? Ojciec Grzesia znęcał się nad bohaterką artykułu, zdradził ją w ich własnym mieszkaniu, w obecności czteroletniego synka. Kobieta ze wszystkich sił próbowała sobie poradzić. Wyprowadziła się - tam gdzie mogła. Pracowała - była dobrym pracownikiem, starała się. Starała się poukładać sobie życie. Ale ciężary były takie, że nie udźwignęła.

    Dlaczego artykuł pomija odpowiedzialność pierwszego męża tej pani?! Dlaczego tylko pani siebie obwinia?!
    Może przydałoby się więcej artykułów wskazujących na to, jak ważne jest, żeby mąż był odpowiedzialnym człowiekiem...

  • 1mzeta

    Oceniono 44 razy 38

    No tak....ona skrzywdził syna....ale to , że pierwszy mąż ja tłukł i grzmocił się w obecności własnego dziecka to pewnie już bez wpływu na życie tej kobiety. ...

  • arche556

    Oceniono 29 razy 29

    Doskonały artykuł, bo bohaterka super. Tyle pozytywnej energii jest w tym przesłaniu. Może dzięki temu artykułowi, choć jedna osoba wróci do życia, to tez będzie cudnie. W Stanach, gdy ktoś napisze w swoim cv, że jest niepijącym od lat alkoholikiem, to brane jest na plus. Może warto dać szanse takim ludziom, a nie z mety ich przekreślać.

  • java77

    Oceniono 20 razy 18

    Szczerze wspolczuje tej pani.Wiem co przechodzi.NIe byla na tyle silna zeby powiedziec Stop alkoholowi wczesniej.A to choroba nologowa.OWszem popelnila błędy.Ale kazdy czlowiek zasluguje na 2 szanse.Rzeczywiscie recje z synem beda bardzo trudne.Nie dziwie sie synowi ze tak postąpił.Ale z drugiej strony mam nadzieje ze jej wybaczy i ze relacje beda dobre.Oczywiscie czasu straconego nie da sie cofnąć.Niemniej jednak trzeba wybaczac i zyc tym co przyniesie przyszlosc,a nie wracac do przeszlosci.Szczerze pani wspolczuje.Zyczę z calego serca by relacje z synem wrocily do normy na tyle na ile jest to mozliwe,a pani zycze wytrwalosci i szczescia w zyciu.Moj ojciec ma 80 lat i jest alkoholikiem.Temat znam bardzo dobrze.Gdybym byl egoistą to juz dawno bym sie wyprowadzil od niego.Ale wiem ze moja nie zyjaca juz mama nie wybaczylaby mi tego bo tata spadl by na samo dno.Zajmuje sie nim.Gotuje,sprzątam.KIedy ma nawroty do picia-hamuje go i wydzielam alkohol zeby doszedl do siebie i zeby mu serce nie siadlo.Jest cholerykiem,ma bardzo trudny charakter.Ale wiele razy mi dziekowal ze go nie zostawilem bo wie jak by sie to skonczylo.Ostatnio pije troche rzadziej.Potrafi wytrzymac 3 mies bez kieliszka.Pozdrawiam serdecznie

  • madera123

    Oceniono 14 razy 14

    Pani Anno,życzę dużo szczęścia i siły,by wytrwała Pani w swoich postanowieniach.

  • smiki48

    Oceniono 11 razy 11

    pomagać należy tym ludziom, którzy sami chcą sobie pomóc. Każdy powinien dostać szansę, ale jak nie potrafi z niej skorzystać, to nie ma sensu mu pomagać i marnować siły i środki.

  • mniklasp

    Oceniono 8 razy 8

    piekna historia ,przebudzenia sie Anki , jeden moment strach przed wiezieniem i wstyd przed ludzmi spowodowal zwrot w jej zyciu , i ten Andrzej ktory podal jej reke i zaprowadzil na spotkanie AA. Pomaganie innym alkoholikom jak sie tam bylo na dnie jest boskim poslannictwem . Blogoslawic Bill W. ze stworzyl AA i uratowal miliony ludzi jak Anka

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX