Lidia broni ofiar przemocy

Lidia broni ofiar przemocy (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

Lidię maltretowała mama. Teraz sama broni krzywdzonych dzieci. Przeszkodą dla niej nie jest nawet utrata wzroku

Miałam na ciele otwarte rany. Poskarżyłam się szkolnej pielęgniarce, że dostałam kolejne lanie od mamy, która wychowywała mnie sama. Powiedziała, żebym przestała opowiadać głupoty - opowiada Lidia, specjalista kryminolog. Jej praca to rozmowy z przestępcami i ich ofiarami oraz szukanie motywu zbrodni. Pomaga policji i sądom.

Jak to się stało, że zajęła się pani kryminologią?

Najpierw wyuczyłam się na pielęgniarkę. Ale było mi mało. Więc poszłam na uzupełniające studia, na pedagogikę resocjalizacyjną. Chciałam zgłębiać zachowanie człowieka - w tym przypadku przestępcy i ofiary. I tak 16 lat temu zostałam kryminologiem.  

Pracowałam przy kilkuset sprawach, głównie dotyczących przemocy. Odwiedziłam w zakładach karnych wielu sprawców. Najważniejsze było dla mnie zawsze, żeby porozmawiać.

Z zabójcą też?

Też.

Pyta pani: dlaczego zabiłeś, zabiłaś?

Najczęściej mówią: "Ktoś mnie sprowokował". Coś więcej trudno z nich wyciągnąć. Ale poznałam co najmniej kilka typów zabójców: od uzależnionych od substancji psychoaktywnych socjopatów po przypadkowych sprawców. Obserwowanie ich to część mojej pracy, współpracuję wtedy z psychologami i kryminalistykami. Jako kryminolog biorę udział w przesłuchaniach podejrzanego, obserwuję, jak się zachowuje, by w przybliżeniu określić, jakim jest człowiekiem. Pewnie chce pani zapytać, jak sobie radzę, skoro nie widzę?

No właśnie.

Nie przesadzajmy. Ogólnie jestem przecież sprawna! No i mam nawet jeden przywilej - mogę parkować na kopercie.

Słuchając podejrzanego, potrafię wyczytać z jego głosu wiele emocji, proszę mi wierzyć. Spisuję opinię albo ją wyrażam, wedle życzenia sądu. Określam, czy mamy do czynienia z socjopatą czy psychopatą. Czy to stany, które być może będą nawracały, czy też nie. Zdarzało się, że z mojej opinii wynikało, iż podejrzany wcale nie jest sprawcą. Mogłam więc kogoś uratować.

UWAGA ! ZAKAZ PUBLIKACJI WIZERUNKU I DANYCH OSOBOWYCH 07.02.2019 Wroclaw . Sad rejonowy . Rozprawa w sprawie pracownikow aquaparku obrazonych z powodu ich narodowosci przez oskarzonego Tomasza S .Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Sąd korzysta z opinii kryminologów (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Opowie mi pani taką historię?

Była tragiczna. Przy rozwodzie, żeby przejąć całkowitą opiekę nad dzieckiem, kobieta pomówiła swojego męża o seksualne wykorzystywanie ich córki. Sprawa ciągnęła się latami. Sąd zarządzał kolejne wysłuchania. Trzeba było wielu testów psychologicznych, pomocy kuratorów, a także czujności policji, żeby okazało się, że to nieprawda.

Mężczyzna został uniewinniony, ale zanim to się stało, obserwowałam, jak się zmienia. Porażające doświadczenie. Na koniec był już wrakiem.

Często tak bywa?

Oskarżenia o wykorzystywanie dziecka to przy rozwodzie bardzo często używana broń. Kiedyś najczęściej korzystały z niej kobiety, żeby zemścić się na partnerze. Ostatnio chętnie sięgają po nią też panowie, by zdyskredytować mężczyznę, który zajął ich miejsce u boku byłej żony. Oskarżają, że krzywdzi on dziecko, bo są zazdrośni.

A dzieci cierpią.

Najbardziej. Zwykle milczą, bo gdy rodzice się rozwodzą, one obwiniają siebie. Trzeba im poświęcić wiele czasu i pomocy psychologów. Niczego się z dziecka nie wydusi, trzeba cierpliwie czekać. Zdarzało się, że udało mi się uzyskać informacje od dziecka po tym, jak długie godziny siedziałam z nim i razem z nim milczałam. Czasami spotykaliśmy się miesiącami.

Niektóre dzieci boją się powiedzieć cokolwiek, żeby to nie obróciło się przeciwko nim. Pamiętam historię nastolatki, którą maltretowali rodzice. Matka, współuzależniona, biła córkę razem z mężem. To było potworne. Dziewczyna poszła po wsparcie do opieki społecznej. I co zrobili pracownicy opieki społecznej? Wezwali rodziców i przy nich poprosili dziewczynę, żeby opowiedziała o wszystkim. Co miała powiedzieć? Zero reakcji. Nastolatka kompletnie się wyłączyła.

Jeszcze tego samego dnia odebrała od rodziców "nagrodę" za to, że odważyła się komuś poskarżyć. Usłyszała, że rodzicom nie wolno się sprzeciwiać, że musi być posłuszna. Zapytałam potem pracownicę opieki społecznej, czy wie coś o syndromie dziecka maltretowanego. W odpowiedzi spojrzała na sufit.

Często dzieci z takich rodzin wyprowadzają się z domu, jak tylko mogą. I zrywają wszelkie kontakty. A bywa, że potem, już w dorosłym życiu, dostają pozew o alimenty dla zostawionych bez opieki rodziców. Prawo się w tej kwestii nie zmieniło.


Bite dzieci często nie mają się gdzie zwrócić po pomoc (fot. Shutterstock)

Pani też jako dziecko nie mówiła, że jest bita. O tym, co się dzieje w pani domu, wiedzieli nieliczni.

Mama mojej koleżanki była pielęgniarką. Częściej bywałam u niej niż w swoim domu. Mogłam się pożalić, wypłakać. Ale nie chciałam, żeby coś z tym robiła. Wiedziała, co robi mi moja mama, ale nie miała mojego przyzwolenia, żeby zareagować. Wciąż miałam z tyłu głowy strach, że jak powiem, co się dzieje, to poniosę konsekwencje.

Kiedyś poszłam do szkolnej pielęgniarki. Miałam na ciele otwarte rany. Poskarżyłam się, że dostałam kolejne lanie od mamy. Powiedziała, żebym przestała opowiadać głupoty, żebym się zamknęła. To były czasy, w których panowało przyzwolenie na bicie dzieci. Uważano, że dzieci są niegrzeczne i prowokują rodziców do przemocy. Dziś zadałabym pytanie: czy rodzic uderzył dziecko, bo naprawdę musiał, czy po prostu chciał?

Milczała pani długie lata. Ale do czasu.

Prowadziłam na uczelni zajęcia dla przyszłych instruktorów z terapii uzależnień. Mówimy na nich o mechanizmach uzależniania się i często słyszę od słuchaczy argumenty: "bo ja miałem niedobrych rodziców" albo "moi rodzice pili". Pewnego razu, a byłam już wtedy po czterdziestce, nie wytrzymałam. Słuchacz mówi: "Byłem bity w dzieciństwie i przyszedłem na ten kierunek, bo sam jestem uzależniony i chcę się dowiedzieć, jak sobie z tym radzić". Trzepnęła mnie złość, bo od tego są terapie, a nie studia. Nie wytrzymałam i mówię: "A co pan może wiedzieć o maltretowaniu dzieci! Blizny panu zostały?" - pytam. "No nie" - mówi.

Wylały się ze mnie wszystkie żale. Jestem przeciwniczką obwiniania innych za swoje życiowe niepowodzenia, więc opowiedziałam, jak się uparłam, jak sobie postanowiłam, że nie zostanę w tym bagnie i nie zostałam. Jestem takim typem, co to przewróci się dziesięć razy, za każdym razem się otrzepie i idzie dalej.

Ale denerwują mnie komentarze w stylu: "O, przypomniała sobie po 50 latach, że była bita albo że ją zgwałcono".

Dlaczego?

Bo tak może mówić ktoś, kto nigdy czegoś takiego nie przeżył. Ja bym na takie słowa odparła: "Dobrze, że po 50 latach odważyła się cokolwiek powiedzieć". Niektórzy nigdy nie opowiedzą, co przeżyli. Zamiast tego będą się dopuszczać zachowań autodestrukcyjnych, okaleczać się.

Są też tacy, którzy karmią się własną krzywdą sprzed lat. Używają jej jako wymówki, tłumaczą nią popełniane przez siebie przestępstwa. Owszem, krzywda wpływa na nasze zachowania, ale nie może być usprawiedliwieniem na wszystko.

Na przykład ja dziś lubię wracać do mojego domu, przyjmować znajomych. Inaczej było, gdy mieszkałam z mamą. Nienawidziłam domu, uciekałam z niego.

25.11.2012 SZCZECIN , MARSZ PRZECIWKO PRZEMOCY W RODZINIE ZORGANIZOWANY PRZEZ MOPR . MARSZ WYRUSZYL Z PLACU GRUNWALDZKIEGO I KIEROWAL SIE NA JASNE BLONIA . FOT. LUKASZ WADOLOWSKI / AGENCJA GAZETA
Marsz przeciwko przemocy w rodzinie, Szczecin 2012 (fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta)

Bo była pani bita.

Pierwszy raz zostałam bardzo pobita, gdy miałam sześć lat.

W szkole nigdy nie miała pani oparcia?

Pamiętam takie zdjęcie z przedszkola, na którym stoję w zniszczonym stroju krakowianki, rajstopy robią mi na nogach obwarzanki, a w kapciach mam na palcach wycięte dziury. Obok mnie koleżanka w pięknym, nowym, błyszczącym przebraniu. Od tego dnia przestałam chodzić na przedszkolne i szkolne bale. Zastanawiałam się, czy wychowawczyni, stawiając mnie do zdjęcia obok tej koleżanki, miała świadomość, jak bardzo mnie skrzywdziła.

Wspomina to pani do dziś?

Dziś uważam zupełnie inaczej. Że mogłam chodzić w kapciach z dziurami i brudnych rajstopach. A ta dziewczynka nie! Mogłam wchodzić na dach od garażu i wspinać się na drzewa, dziurawić rajstopy, a ona nie!

Uciekałam z domu, czytałam książki i miałam swój świat. Ale podręczników nie lubiłam czytać, jednak klasy nigdy nie powtarzałam. Całe szkolne życie słyszałam od mamy, że skończę w zawodówce. "Do handlówki pójdziesz" - mówiła. Nie poszłam.

Trudna przeszłość do pani wraca, bo w pracy ma pani do czynienia z przemocą.

W sądzie rodzinnym spotykałam się z ludźmi, ale też czytałam akta spraw, które dotyczyły przemocy wobec dzieci. To było dla mnie szczególnie poruszające, bo dotyczyło także mnie.

Dodatkowo wiedza, jaką zdobyłam w szkole dla pielęgniarek, bardzo mi się przydała zarówno w rozmowach z ofiarami przestępstw, jak i w czytaniu opisów obrażeń tych ofiar. Widziałam zdjęcia ciężko pobitych dzieci. Czy wyobraża pani sobie, jak to jest patrzeć na malucha z powybijanymi zębami?

Dziś myślę sobie czasem: "Dobrze, że nie widzę". Ale przed pewnymi obrazami się nie uratowałam. Mam je w głowie, zostaną we mnie na zawsze.

Zdążyła pani zapytać mamę, dlaczego się nad panią znęcała?

Kiedyś, gdy była już staruszką, zapytałam ją, dlaczego to robiła. Czy to jej sprawiało satysfakcję. Powiedziała wtedy, że ja sobie to wszystko wymyśliłam. Dotarło do mnie wówczas, że ona mnie tłukła bez emocji. Do tego też trzeba mieć indywidualne predyspozycje.

13.07.2013 Poznan , ul. Polwiejska . Uczestnicy marszu przeciw przemocy podczas  Marszu dla Bartka ' . Bartek  zostal bestialsko zabity tydzien temu  na ulicy Polwiejskiej . Fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta
Poznań, 2013. Marsz przeciw przemocy (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Ani rodzice, ani rodzeństwo mojej mamy nie byli agresywni. A ona była. Ja miałam troje rodzeństwa, byłam najmłodsza. Wychowywała nas sama. Bracia sobie zawsze poradzili, uciekli. A ja zostawałam i zbierałam łomot.

Nie wpuściłam mamy do dorosłego życia - mam udanego męża, cudowne córki. Całkowicie się odizolowałam. Długo nie cierpiałam tej baby. A jak zachorowała, to ja się nią zajęłam. Gdy dostała udaru, wezwałam karetkę. I ja ją pochowałam, gdy zmarła. Nie ma we mnie już złości, wypaliła się. Nie ma też nienawiści, której był we mnie ogrom. Czuję jedynie niesmak. I czuję się skrzywdzona, ale nie przez życie, tylko przez konkretną osobę.

Była pani na terapii?

Nigdy nie miałam takiej potrzeby. Sama sobie poradziłam i jeszcze zaangażowałam się jako kryminolog w sprawy maltretowanych dzieci. Pierońsko to dla mnie ważne, bo uważam, że jest na to przyzwolenie. Takie dzieci rosną w przekonaniu, że przemoc jest rzeczą normalną, i przyjmują ją na siebie także w dorosłym życiu.

Jest pani łatwiej zrozumieć krzywdzone dziecko?

Ofiary maltretowania odbierają drugiego człowieka trochę inaczej. Są w stanie więcej zobaczyć i usłyszeć. W podstawówce miałam koleżankę, którą też bili rodzice. Nigdy się nie zaprzyjaźniłyśmy, trzymałyśmy dystans. Ale miałyśmy takie trudne do opisania telepatyczne porozumienie. Czułam jej wsparcie. Zupełnie jakby mówiła do mnie: "Nie martw się, kiedyś będzie lepiej". Choć nigdy ze sobą nie rozmawiałyśmy.

Nie wiem, na czym to polega, ale ofiara przemocy zawsze wyczuje drugą ofiarę. Ja i ta moja koleżanka stroniłyśmy od innych dzieci. Byłyśmy na uboczu. Czułyśmy, że rówieśnicy też niespecjalnie nas lubią.

Zdarzyło się pani dać klapsa córce?

Nigdy nie użyłam wobec córek przemocy. Jestem przekonana, że nie wolno bić dzieci.

Przemoc na każdego działa inaczej. U jednego sprawi, że stanie się bezwolny, bezmyślnie będzie wykonywał polecenia. Inny, mimo bólu, i tak będzie robił swoje. Jeszcze u innego uruchomi mechanizm agresji i kolejne zostaną wyrządzone krzywdy.

Ja z moimi dziećmi muszę wszystko obgadać. Zawsze im powtarzałam, że najgorszą rzecz można naprawić, tylko muszę o niej wiedzieć. 


Bite dzieci wyczuwają inne ofiary przemocy (fot. shutterstock)

Jest w pani tyle siły, a przecież los ciężko panią doświadcza. Niedawno miała pani kolejną operację, straciła pani wzrok.

Najpierw ogłuchłam i od roku noszę aparaty w obu uszach. Potem zaczęłam tracić wzrok. Co prawda zoperowano mi jaskrę w lewym oku i dzięki temu ciśnienie w nim mam teraz idealne, dzięki czemu nie boli mnie głowa, ale wzrok mi już nie wróci.

Co się stało?

Półtora roku temu okazało się, że to bąblowiec. Zaraziłam się nim prawdopodobnie, jedząc w lesie niemyte jagody, poziomki czy maliny.  Ulokował się w mojej wątrobie i niedawno dał o sobie znać - a potrafi się uaktywnić nawet po 50 latach. I zaczyna niszczyć organizm. U mnie się uaktywnił po skręcie jelit i zaczął mnie "zjadać". Niestety, diagnozy nie postawiono mi od razu.

W ciągu miesiąca schudłam 16 kilo, waga leciała dalej, aż doszła do 34 kilo. Gdy po badaniach wreszcie ustalono przyczyny, okazało się, że mam zjedzony żołądek i metaplazję - schorzenie, które może prowadzić do nowotworu. Choroba zniszczyła mi też nerwy wzrokowe. Prawie całkiem zanikły. Prawym okiem nie widzę nic, w lewym mam czasem światło, a nawet obraz.

Jak pani sobie radzi?

Jeszcze kiedy widziałam, zaczęłam się uczyć alfabetu Braille'a. Problemem jest jednak  światłowstręt, od którego mam potworne migreny. Kiedyś pies ukradł mi ciemne okulary i gdzieś zakopał. Mój pies też jest niewidomy, więc mnie łachudra nie doprowadzi do miejsca, gdzie je ukrył.  Założyłam okulary z lekkimi fotochromami i poszłam do pracy, ale po godzinie okazało się, że nie dam rady, że razi mnie światło, co powoduje nieznośne bóle głowy. Więc teraz noszę ciemne okulary i całkiem nieźle sobie radzę w miejscach, które znam.

Ale z białą laską pani nie chodzi.

Mam zwykłą laskę, którą się podpieram, to wystarczy. No i mam męża, który jest moim wsparciem. Codziennie przyprowadza mnie tu, do szkoły, gdzie uczę, i odbiera po pracy do domu. On ma spacer, a ja ochronę. Sama pani widzi, że się świetnie uzupełniamy!

Lidia. Jest nauczycielką i kryminologiem, pomaga w śledztwach policji i sędziom. Ma męża i trzy córki. Mieszka w Warszawie. Woli pozostać anonimowa, żeby osobista historia nie przysłaniała jej zawodowych umiejętności.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku