Wanda Melcer

Wanda Melcer (fot. NAC)

wywiad gazeta.pl

"Historia polskiej architektury nowoczesnej zaczyna się w Szpetalu Górnym koło Włocławka"

Wanda Melcer pisze w czerwcu 1922 roku do Le Corbusiera z prośbą, by przyjechał i doradził, jak zbudować miasto. Długo zachodziłem w głowę, o które miasto może chodzić. O Warszawę? O sąsiedni Włocławek? O Kalisz, który się odbudowywał? - mówi Grzegorz Piątek, współautor książki "Pionierki", wydanej w ramach serii "Architektura jest najważniejsza".

Skąd literatka w książce o pionierkach polskiej architektury?

To nie jest przypadek. O tak zwanej kwestii miejskiej - tym, jak miasta wyglądają i działają, jak się w nich żyje -  w początkach XX wieku wszyscy mówili. Każdy miał na ten temat zdanie, jak dzisiaj o globalnym ociepleniu. Także literaci, czy szerzej - publicyści. Wszyscy uczestniczyli w czymś, co nazywam "miejską paniką", czyli moralnym i higienicznym przerażeniem wielkim miastem. Zatłoczone, zanieczyszczone, chaotyczne uchodziło za nieudany produkt uboczny rewolucji przemysłowej, który wymknął się spod kontroli. Wanda Melcer była jedną z tych zatroskanych o miasto. Mało tego, była pierwszą w Polsce, która miała odwagę napisać w tej sprawie do samego Le Corbusiera.

Przez niego ją znalazłeś?

Znałem przedtem tylko jeden jej reportaż, "Czarny ląd - Warszawa", jakieś pojedyncze artykuły, nic nie wiedziałem o niej samej. Trafiłem na nią za drugim razem dopiero dzięki Le Corbusierowi.

Melcer była i w jakiejś mierze nadal jest zapomniana. Mimo że jej kariera trwała długo, od lat 20. do 70., a ona była szalenie płodna i wszechobecna, dużo pisała do prasy, w tym prasy popularnej, poza tym powieści i reportaże. Była też znaną postacią życia publicznego, aktywistką, skandalistką. Dzisiaj znają ją właściwie tylko literaturoznawcy, a raczej literaturoznawczynie, które zajmują się perspektywą feministyczną i odkrywają zapomniane pisarki.

Wanda Melcer
fot. NAC

Ty odkryłeś ją, można powiedzieć, architektonicznie.

To jest taki cudowny moment w życiu badacza, kiedy trafia nie tylko na interesujący fakt - list Wandy przesuwa bowiem moment pierwszego kontaktu Polski z Le Corbusierem - ale i na fascynującą osobę, na zapomniany świat, który chce się lepiej poznać. Jestem nią ciągle oczarowany, zaintrygowany. Ciągle w jej sprawie szperam i coś wynajduję. Wanda Melcer nie jest postacią, z którą można się nudzić, to pewne.

Melcer rodzi się pod koniec XIX wieku. Jest z tak zwanego dobrego domu. Wybiera studia na warszawskiej ASP. Chciała być artystką?

Na to wygląda. Zresztą pochodziła nie tylko z dobrego, ale i artystycznego domu. Jej ojciec, Henryk Melcer, był znanym pianistą, kompozytorem i dyrygentem. Dużo podróżował, a rodzina razem z nim. Dlatego Wanda urodziła się w Helsinkach.

Studiowała w akademii i miała talent, ale nie zagrzała tam miejsca, nie skończyła studiów. Myślę, że porwało ją pisanie. To był jej żywioł. Może też jako dziewczyna z zamożnego domu tych studiów nie potrzebowała. Ważne jest też to, że wychowała się w feministycznym otoczeniu. Jej ciotki, siostry matki, świeciły przykładem. Jedna, Jadwiga Dawidowa, organizowała z mężem uniwersytety latające dla kobiet, kiedy nie dopuszczano ich jeszcze na uczelnie, a druga, Wanda Szczawińska, była jedną z pierwszych kobiet pediatrów, propagowała higienę dziecięcą.

Postępowy, lewicowy dom?

Bez wątpienia. Wanda od wczesnych lat dużo pisała. Pierwszy tomik wierszy zatytułowała znamiennie: "Na pewno książka kobiety". Pierwsza jej powieść, "Józefina", zrobiła dużo szumu. Opowiada o wyzwolonej naukowczyni, dobierającej sobie według uznania i mężczyzn, i kobiety. Takie też było życie samej Wandy, która nie potrzebowała mężczyzn, żeby odnosić sukcesy.

Wanda Melcer z mężem Teodorem Sztekkerem w 1930 roku (fot. NAC)
Wanda Melcer z mężem Teodorem Sztekkerem w 1930 roku (fot. NAC)

Ale dwóch mężów miała.

Jej drugi mąż, Teodor Sztekker, był jej namiętną i nieszczęśliwą miłością. Poznała go, będąc jeszcze z poprzednim. Zakochała się straszliwie, a on okazał się świnią. Opinia publiczna tym żyła, bo Sztekker był gwiazdą sportu, zapaśnikiem. Co prawda, zanim zaczął się siłować, studiował prawo, ale tym się nie interesowano. Lepiej sprzedawała się historia o kobiecie z dobrego domu, która rzuca męża - Szczęsnego Rutkowskiego - malarza i popularyzatora architektury z zamożnej, ziemiańskiej rodziny dla osiłka. Poczytność gwarantowana.

Piszesz, że "miasto jest cichym bohaterem jej książek". A może to tylko twoje architektoniczne zboczenie, które wszędzie widzi w roli głównej architekturę?

Niekoniecznie. Myślę, że twórczość Wandy Melcer odcina się na tle polskiej literatury, która ma silną tradycję toposu ziemiańskiego. W jej czasach także architektura, w poszukiwaniu narodowych wzorców, też zaglądała po inspirację na wieś. Miasto wydawało się czymś niepolskim, bo urbanizacja wydarzyła się pod zaborami, bo mieszkało tam dużo Żydów. Konserwatorzy zabytków mówili wprost, że miastom trzeba przywrócić oblicze polskie, a polskie znaczyło sielskie. Dla Wandy Melcer, kosmopolitki, przedstawicielki burżuazji, miasto jest natomiast naturalnym miejscem życia, o które trzeba zadbać, dlatego interesuje się teoriami architektury i urbanistyki. Czuje, że one mogą stać się narzędziami zmiany społecznej.

Skąd Melcer wie o Le Corbusierze?

Inteligencja na bieżąco czytała nowości po francusku. Jeszcze nie wiem przez kogo, ale tworzony przez Le Corbusiera i Amédée Ozenfanta magazyn "L'Esprit Nouveau" na pewno trafiał do Warszawy. Poza tym Wanda dużo podróżowała ze swoim pierwszym mężem, szczególnie chętnie do Paryża. Tam osobiście zetknęła się z Corbu, wypili razem jakieś kawy. Spotkała go dość wcześnie, zapewne na początku 1922 roku, kiedy jego gwiazda dopiero wschodziła.

Czy architektoniczna publicystyka Wandy była traktowana poważnie?

Przez architektów i urbanistów była ignorowana. Ja w każdym razie, czytając dużo prasy z tego okresu, nigdy nie trafiłem na ślad odzewu fachowców. Ale jej pisanie odgrywało ogromną rolę opiniotwórczą, bo publikowała nie tylko w inteligenckich "Wiadomościach Literackich", ale i w gazetach codziennych, magazynach kobiecych. To nie była niszowa z natury prasa specjalistyczna.

Willa Savoye w Poissy, zbudowana w latach 1928-1930 według projektu Le Corbusiera (fot. Wikimedia Commons)
Willa Savoye w Poissy, zbudowana w latach 1928-1930 według projektu Le Corbusiera (fot. Wikimedia Commons)

Poznanie idei Le Corbusiera to jedno, a korespondencja z nim to drugie. W dodatku prowadząca nas do Szpetala Górnego koło Włocławka, o którym nigdy nie słyszałem.

Cóż, jak się okazuje, historia polskiej architektury nowoczesnej zaczyna się w Szpetalu!

List Wandy do Le Corbusiera znalazłem w fundacji jego imienia w Paryżu. Zobaczyłem w katalogu nazwisko Rutkowska i zainteresowałem się, bo nie znałem żadnej architektki o tym nazwisku. Okazało się, że list powstał właśnie w Szpetalu Górnym, który był znakomicie prosperującym majątkiem Rutkowskich, czyli rodziców jej pierwszego męża. Stamtąd właśnie Wanda pisze w czerwcu 1922 roku do Le Corbusiera z prośbą, by przyjechał i doradził, jak zbudować miasto. Długo zachodziłem w głowę, o które miasto może chodzić. O Warszawę? O sąsiedni Włocławek? O Kalisz, który się odbudowywał? I znalazłem w końcu późniejszy, wspominkowy tekst, w którym Melcer napisała wyraźnie, że chodziło o budowę koło Szpetala miasta ogrodu.

Pomysł nie jest tak ekscentryczny, jak się dzisiaj może wydawać. Wówczas idea miasta ogrodu była żywa. Interesowali się nią właśnie ludzie, którzy posiadali ziemię i chcieli zrobić na niej interes. Mieliśmy więc teoretycznie szansę na miasto zaprojektowane przez Le Corbusiera.

Nic jednak z tego nie wyszło.

Le Corbusier odpisuje Wandzie. Dziękuje za zaproszenie i prosi o więcej szczegółów, deklarując, że może wkrótce przyjechać. Wszystko jednak rozeszło się po kościach. Nie wiemy dlaczego. Może z powodu zajętości Le Corbusiera, może była mało konkretna, a może psuł się już wiązek Wandy ze Szczęsnym, a przecież chodziło o jego rodzinne włości. Szukam kolejnych śladów.

Ale Wanda Melcer nie rozpacza.

Gdzie tam! Była szalenie zajętą kobietą. Ciągle coś organizowała, dużo podróżowała, pisała. Nigdy nie narzekała na nudę.

Jest jedną z kilku bohaterek książki "Pionierki". Jakie one mają znaczenie?

Odkrywanie roli architektek w historii wzbogaca pojmowanie architektury. Kobiety, od kiedy mogły zajmować się tą dziedziną, wnosiły do niej coś nowego. Kiedy faceci zagarniali wielkie realizacje, one dokonały postępu w projektowaniu domów i mieszkań, szkół i przedszkoli, osiedli i parków, w całej tej sferze związanej z rodziną i opieką nad dziećmi. I w popularyzacji. Inna bohaterka książki, Wanda Filipowiczowa, zakłada "Arkady", pionierskie pismo, które pokazuje pomysły na piękne, nowoczesne życie. Jest w nim miejsce na urbanistykę, design, wnętrze czy ogród. Wandę Melcer też interesuje to, jak mieszkamy. Interesuje ją jakość życia.

Ukoronowaniem pracy Lihotzky była wystawa 'Modernism: Designing a New World' z 2005 roku przez londyńskie Victoria&Albert Museum (fot. www.vam.ac.uk)
Ukoronowaniem pracy Lihotzky była wystawa 'Modernism: Designing a New World' z 2005 roku przez londyńskie Victoria&Albert Museum (fot. www.vam.ac.uk)

Praktyczność kobiet?

Praktyczność, ale też możliwość działania tam, gdzie zostały dopuszczone przez mężczyzn. Tym sposobem wiele przełomów dokonywało się nie przy spektakularnych projektach, ale "na zapleczu". Choćby nowoczesna kuchnia, którą wymyśliły kobiety takie jak Margarete Schütte-Lihotzky (tak zwana kuchnia frankfurcka), a u nas - Barbara Brukalska czy Janina Czarnecka, zwracając szczególną uwagę na funkcjonalność. Faceci byli w tym czasie tam, gdzie splendor i pieniądze.

Kobiety mogą się zajmować architekturą od nieco ponad wieku. Wiele pionierek architektury, co podkreśla we wstępie do książki prof. Małgorzata Omilanowska, nadal czeka na odkrycie. Dzisiaj mamy kilka przykładów sławnych architektek projektujących wielkie budynki za wielkie pieniądze. Wyjątki?

Tak. Branża, niestety, jest nadal bardzo zmaskulinizowana. Pisze o tym bardzo ciekawie Despina Stratigakos w wydanej właśnie przez Centrum Architektury książce "Gdzie są architektki?". Pisze między innymi o zmarłej kilka lat temu starchitektce, jaką była bez wątpienia Zaha Hadid. Kiedy Hadid, zwraca uwagę Stratigakos, odnosiła już spektakularne sukcesy, nadal krytykowano jej projekty z pozycji dżenderowych, że są zbyt kobiece, histeryczne, niepoważne.

Sam kiedyś, czego się dzisiaj strasznie wstydzę, popełniłem coś podobnego. Kiedy Hadid miała projektować wieżowiec w Warszawie, napisałem, że bryła przypomina flakon perfum. Ze wszystkich porównań wybrałem właśnie to kojarzące się z kobiecą próżnością. Takie książki otwierają oczy, wszyscy się uczymy. Kobiety też, właśnie dzięki odkopywaniu ich herstorii. Okazuje się, że kobiety mają swoją tradycję, do której mogą się odwoływać, wzorce bycia kobietą w tym zawodzie. Mężczyznom trudno to zrozumieć, bo cała historia jest o budujących facetach.

Wiele spośród znanych polskich architektek, jak Helena Syrkus, Barbara Brukalska czy Zofia Hansen, pracowało w duecie z mężami. Mężowie byli ich przepustką do świata architektury?

Na pewno. To do facetów przychodziły zlecenia. Oczywiście, można startować w anonimowych konkursach. Pierwszy gmach zaprojektowany przez kobietę w Wielkiej Brytanii, czyli teatr szekspirowski w Stratfordzie, powstał dlatego, że autorka wystartowała w anonimowym konkursie. Ale z samych konkursów nikt nie wyżyje. W parze pewnie łatwiej zaistnieć. Czasami jednak wychodził wewnętrzny podział.

W Poznaniu jest teraz ciekawa wystawa o Władysławie Czarneckim i Janinie Czarneckiej. On był architektem miejskim wielkopolskiej stolicy. Ona projektowała modernistyczne wille, wnętrza i ogrody. On działał w skali urbanistycznej, budował gmachy takie jak Dom Żołnierza czy Dom Partii. Niewykluczone, że Janina miała swój udział w jego projektach, ale to niewidoczna, kobieca praca, coś jak wyprasowanie mężowi koszuli. Dzisiaj zresztą w architektonicznych parach też dostrzega się głównie mężczyzn. Ta tradycja nie chce umrzeć.

Zaha Hadid i zbudowany według jej projektu budynek Port House w Antwerpii (fot. Wikimedia Commons; Shutterstock)
Zaha Hadid i zbudowany według jej projektu budynek Port House w Antwerpii (fot. Wikimedia Commons; Shutterstock)

Istnieje coś takiego jak kobieca architektura?

Kiedyś pewien architekt oprowadzał mnie po zaprojektowanym z żoną budynku i powiedział, że "ona jest od dobierania kolorów". Okropne, prawda? Moim zdaniem, jeśli istnieje kobieca wrażliwość w architekturze, to polega - co pokazują historie pionierek - na czymś przeciwnym, na praktyczności.

Jedno się dzisiaj zmieniło na pewno. Wiele kobiet pisze dzisiaj o architekturze i traktuje się je w końcu poważnie.

Absolutnie. W Polsce historia architektury została prawie zdominowana przez badaczki. Trzy z czterech magazynów architektonicznych prowadzą kobiety. I to od zawsze. Tylko znów pytanie: czy nie jest tak dlatego, że mężczyźni oddali łaskawie to poletko kobietom, bo uznali je za mniej intratne? Nieustająco czekam na więcej kobiet projektujących naszą rzeczywistość.

I dostających nagrody architektoniczne.

Najważniejszą w naszym kraju Honorową Nagrodę SARP, Stowarzyszenia Architektów Polskich, dostają głównie mężczyźni. W jury zasiadają sami faceci, bo jury składa się z szefa SARP - faceta i laureatów z poprzednich lat - facetów. Przed nami więc, jak widzisz, jeszcze długa droga, którą zapoczątkowały ponad sto lat temu opisywane przez nas pionierki.

Książka 'Pionierki' z serii 'Architektura jest najważniejsza' ukazała się nakładem Wydanictwa EMG (mat. prasowe; Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)
Książka 'Pionierki' z serii 'Architektura jest najważniejsza' ukazała się nakładem Wydanictwa EMG (mat. prasowe; Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Grzegorz Piątek (ur.1980) - badacz i popularyzator architektury, publicysta, pisarz. Ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Był m.in. członkiem rady programowej warszawskiej kandydatury do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016, członkiem zarządu Centrum Architektury i szefem Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej Urzędu m.st. Warszawy. Jest autorem i współautorem wielu projektów i publikacji poświęconych architekturze i stolicy. Za swoją ostatnią książkę "Sanator: kariera Stefana Starzyńskiego" otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. W przyszłym roku ukaże się jego kolejna książka "Najlepsze miasto świata", poświęcona powojennej odbudowie stolicy.

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue".  

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku