Biomasa i drewno są głównym paliwem grzewczym w milionach budynków w Polsce

Biomasa i drewno są głównym paliwem grzewczym w milionach budynków w Polsce (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

społeczeństwo

"Za smog odpowiada ta część społeczeństwa, którą stać na luksus kominka"

Nie wszyscy wiedzą, że błogie wieczory przy odgłosach drewna trzaskającego w kominku, mają równie szkodliwy wpływ na środowisko, jak kojarzone ze smogiem palenie węglem czy odpadami. Niektóre miasta, także w Polsce, decydują się już na wprowadzenie zakazu palenia w kominkach. Dlaczego nie wszystkie wdrożą stosowne przepisy? Tłumaczy to Jakub Chełmiński w książce "SMOG. Diesle, kopciuchy, kominy, czyli dlaczego w Polsce nie da się oddychać?".

Przy kominku z benzo(a)pirenem*

Tak już się przyjęło, że o smog w Polsce obwinia się przydomowe piece lub samochody. Oba źródła spalin mają swoich zwolenników i przeciwników, którzy co do zasady zgadzają się, że oba smrodzą, lecz lubią dyskutować, które bardziej. W ferworze sporów, ale też w oficjalnych badaniach znika gdzieś jeszcze jedno źródło zanieczyszczeń, którego roli najwyraźniej nie doceniamy. To właśnie drewno.

Zapach zimy to zapach kominka, prawda? Któż nie lubi napalić w nim na wieczór, rozłożyć się na kanapie z kieliszkiem wina, a jeszcze lepiej z ukochaną osobą u boku i patrzeć na migoczące płomienie. Problem w tym, że palone drewno szkodzi tak samo jak spalany węgiel, a w niektórych przypadkach nawet bardziej. Dym z kominka zawiera pyły i szkodliwe związki, m.in. tlenek węgla, akroleinę, styreny, formaldehyd czy benzo(a)piren. Mniej niż w węglu jest w nim dwutlenku siarki i rtęci, ale to słabe pocieszenie. Ilość szkodliwej substancji zależy oczywiście od wilgotności drewna i jego rodzaju, ale co do zasady wdychanie dymu z kominka czy pieca opalanego drewnem szkodzi zdrowiu. I to nie tylko sąsiadom w okolicy, ale i samemu amatorowi żywego ognia w domu. Wykazali to aktywiści z Polskiego Alarmu Smogowego i Warszawy bez Smogu. W salonie z kominkiem ustawili pyłomierz pokazujący stężenia zanieczyszczeń w pomieszczeniu. Sześć minut po rozpaleniu ognia w pokoju przekroczona została norma dobowa pyłu PM10 - 50 mikrogramów na metr sześcienny. Dziewiętnaście minut później zanieczyszczenie wzrosło już do 200 mikrogramów na metr sześcienny - przy takiej prognozie ratusz w Warszawie ogłaszał darmową komunikację dla kierowców prywatnych samochodów. A to jeszcze nie był koniec. Stężenie pyłu w pokoju wzrosło do 250 mikrogramów na metr sześcienny i skokowo podnosiło się przy kolejnym uchylaniu drzwiczek na dorzucanie drewna. To wszystko w przypadku kominka z drzwiczkami z szybą. W tych otwartych na maksymalne stężenia jesteśmy skazani przez cały romantyczny wieczór.

1.02.2019 Lodz . Dym z komina z kamienicy na Balutach .  Fot. Tomasz Stanczak / Agencja Gazeta
Dym z komina z kamienicy na Bałutach w Łodzi (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Tymczasem w Polsce wciąż nie mówi się o tym głośno i większość społeczeństwa żyje w błogiej świadomości, że spalanie drewna jest przyjazne dla środowiska i skoro nie palą węglem, to mogą uważać się za ekologa. Słychać to było podczas konsultacji uchwały antysmogowej dla Mazowsza w urzędzie marszałkowskim w Warszawie. Zakazu palenia drewnem nie brano nawet pod uwagę, ale reprezentantów małych mazowieckich wsi wyraźnie martwił zapis mówiący, że wymieniane piece będą musiały mieć automatyczny podajnik ślimakowy. To urządzenie, dzięki któremu wsypuje się do podajnika np. worek ekogroszku i komputer automatycznie dozuje ilość potrzebną do uzyskania zaprogramowanej temperatury. Właściciel domu może spokojnie nie zaglądać do pieca przez kilka dni, bo działa on bezobsługowo.

Obecni na sali aktywiści i mieszkańcy nie widzieli w takim rozwiązaniu problemu, ale radni z mazowieckich wsi wyraźnie się martwili. W końcu wójt miejscowości na zachodnich krańcach województwa odważył się na wyjaśnienie na forum:

- Do takiego pieca nie da się wrzucić drewna. A każdy na wsi ma swoje drewno, niektórzy nawet kawałek lasu. I jak to tak zabronić ludziom palić własnym drzewem? - oburzał się.

Wymóg automatycznego podajnika ostatecznie wykreślono z uchwały, co właściwie zgubiło cały jej sens i otworzyło furtkę do nadużyć. Bo do tradycyjnego pieca z otwieranymi drzwiczkami można włożyć drewno, ale też stary kalosz, pociętą oponę czy ramę okienną. Podajnik ślimakowy, gdyby był obowiązkowy, wyeliminowałby palenie śmieci. Trudno jednak o taki zapis, bo tak jak południowa Polska węglem stoi, tak reszta kraju pali drewnem.

Drewno na prowadzeniu

Spójrzmy na statystyki. Z raportu "Efektywność energetyczna w Polsce". Przegląd 2017 przygotowanego przez Instytut Ekonomii Środowiska dowiadujemy się, że biomasa i drewno są głównym paliwem grzewczym w milionach budynków w Polsce. Dodatkowo z drewna jako paliwa uzupełniającego korzysta się w prawie 70% budynków wyposażonych w kotły węglowe. Oznacza to, że drewno w celach grzewczych używane jest w ponad 3,2 milionach budynków na 4,5 miliona wszystkich w Polsce opalanych paliwem stałym. Czyli ponad połowa.

21.01.2019 Czestochowa, aleja NMP 28. Kopcacy komin. Fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Fot. Grzegorz Skowronek / AG

Inny sondaż przeprowadzono na potrzeby kampanii "Nie rób dymu" prowadzonej przez producentów kominków. W badaniach na próbie 1004 właścicieli domów jednorodzinnych zapytano m.in. o stosowany sposób ogrzewania; 44% respondentów wskazało na drewno. Dokładnie tyle samo co na węgiel. Zapytani o główne paliwo służące do ogrzewania, 29% wskazało na węgiel, 28% - na gaz, a 21% - na drewno. A mowa tu o piecach służących do ogrzewania. Liczby trzeba powiększyć jeszcze o budynki z nowoczesnym ogrzewaniem (miejska sieć ciepłownicza, gaz lub prąd), w których zainstalowane są kominki w celach rekreacyjnych, czyli po prostu dla przyjemności gospodarza.

I właśnie zakaz palenia w kominkach wzbudza największe emocje. W Krakowie próbowano unieważnić z tego powodu całą uchwałę antysmogową. Ostatecznie zakaz udało się utrzymać, bo bez niego walka ze smogiem nie mogłaby się udać - według badań Krakowskiego Alarmu Smogowego w mieście działało 12 tysięcy kominków.

Przykład Wielkiej Brytanii pokazuje, że tam, gdzie ogranicza się palenie węglem, szybko zastępuje go drewno. Dowodzą tego dane brytyjskiej instytucji NAEI (National Atmospheric Emissions Inventory), która monitorowała emisję pyłów w latach 1990-2016. Dlatego od września 2019 roku w Krakowie także palenie w kominkach jest nielegalne.

Czy przedstawiciele klasy średniej z willi i rezydencji na krakowskich przedmieściach są na to gotowi? Czy w ogóle wiedzą, że smog to także ich wina i powinni zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń, tak jak zrobią to właściciele pieców węglowych w kamienicach w centralnych dzielnicach? W Krakowie świadomość jest na pewno wyższa niż w pozostałej części kraju, ale problem z kominkami dotyczy klasy średniej w całej Polsce. Ogromne dzielnice Warszawy zabudowane są domami jednorodzinnymi, w niemal każdym jest kominek. Władze miasta i województwa nie odważyły się wpisać zakazu palenia w nich w uchwałę antysmogową, żeby nie narażać się klasie średniej - części społeczeństwa najchętniej chodzącej na wybory. Tymczasem w smogowe dni smród palonego drewna ciągnie się przez Żoliborz, Saską Kępę, Wilanów, Zielony Ursynów po Ochotę. Znam nawet przypadki dobudowywania kominków w socrealistycznych budynkach na Muranowie, czyli w ścisłym centrum. I to nie tylko na ostatnim piętrze. Wszędzie tam nie ma pieców na węgiel.

4.01.2003 GDANSK KOMINEK BUDOWNICTWO OGRZEWANIE FOT. BEATA KITOWSKA /AG
fot. Beata Kitowska / AG

Za smog odpowiada ta część społeczeństwa, którą stać na luksus kominka. Choć miłośnicy płomieni trzaskających za szybą w salonie zdają się tego nie wiedzieć, ich też czeka duża zmiana. Kolejne uchwały antysmogowe, jeśli nawet nie zakazują palenia w kominkach (poza Krakowem), to jednak wprowadzają ograniczenia. Na przykład we Wrocławiu od lipca 2018 roku wszystkie kominki niebędące podstawowym źródłem energii w lokalu (rekreacyjne) muszą być zgodne z unijnymi normami tzw. ekoprojektu. Zgodnie z uchwałami antysmogowymi drewno, które można spalać we Wrocławiu (także w Warszawie), musi mieć nie więcej niż 20% wilgotności. W praktyce oznacza to, że musi być przynajmniej rok sezonowane i zdecydowanie nie można palić gałęzi ściętych przed chwilą w ogródku. Miernik wilgotności drewna można kupić za kilkadziesiąt złotych w każdym markecie budowlanym, lecz nie ma danych, ilu klientów prywatnych się w niego zaopatrzyło. Wiadomo, że straż miejska ma już na wyposażeniu takie mierniki, jednak korzystanie z nich podczas kontroli to wciąż jeszcze rzadkość, mimo że przepisy już obowiązują w niektórych województwach. A zaostrzane będą jeszcze bardziej.

Ekoprojekt

W Warszawie do końca 2022 roku właściciele kominków muszą wymienić wkłady na takie, które spełniają wymogi unijnego ekoprojektu. Jest też inny wariant: kominki można wyposażyć w urządzenie ograniczające emisję pyłu do wartości określonych w ekoprojekcie. W praktyce chodzi o montaż filtrów na kominie. To nowe urządzenia na rynku. W którym kierunku pójdzie ich rozwój i na co będą się decydować klienci, jeszcze zobaczymy. Opcji będą mieć kilka. Producenci już włączyli do oferty tzw. biokominki, czyli zasilane bezwonnym i bezbarwnym paliwem, np. bioetanolem, produkowanym z surowców roślinnych. Zaletą takiego rozwiązania jest brak popiołu i przewodu kominowego - spaliny w bezpiecznych ilościach są odprowadzane do wnętrza pomieszczenia. To daje duże możliwości aranżacji biokominków. Mogą być montowane w miejscu tradycyjnych wkładów, ale też w meblach, podwieszane na ścianach. Najbardziej ekstrawaganckie mogą być nawet sterowane pilotem. Możliwości ogranicza jedynie wyobraźnia projektanta wnętrz. Wadą takiego rozwiązania jest stosunkowo mniejsza ilość oddawanego ciepła. Standardowe biokominki mają moc grzewczą 2-4 kW. To wystarczy, żeby najwyżej nieco dogrzać pokój, ale za mało, żeby ogrzać dom. Poza tym biokominki przeznaczone są do palenia przez kilka godzin, a nie całą noc. Dlatego to zdecydowanie bardziej ozdoba niż źródło ciepła.

Inne rozwiązanie to kominki gazowe montowane w miejscu wkładu po kominku na drewno. Płomień jest w nich szczelnie odizolowany od pomieszczenia, więc nie ma charakterystycznego zapachu. Kominki takie dają mniej ciepła, ale próbują być namiastką klimatu domowego ogniska - choć złośliwi twierdzą, że romantyzmu jest przy nich tyle, co przy palniku kuchenki gazowej.

20.09.2019 Lublin , plac Lokietka . Mlodziezowy Strajk Klimatyczny . Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny w Lublinie, 20.09.2019 (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

We wrześniu 2018 roku pod Ministerstwem Środowiska w Warszawie pojawili się ludzie w białych kombinezonach, maskach na twarzach i rękawicach ochronnych. Przynieśli ze sobą wielki, kanciasty kawał brunatnego drewna, czerwony znak z przekreślonym słowem "smog" i petycję do Głównego Inspektora Ochrony Środowiska. To Dolnośląski Alarm Smogowy pofatygował się do stolicy z Wrocławia, bo wcześniej nikt nie słuchał ich ostrzeżeń: w Polsce masowo pali się podkłady kolejowe.

Trują nas podkłady kolejowe

PKP Polskie Linie Kolejowe remontują lub rozbierają torowiska, a stare, drewniane podkłady zamieniane są na trwalsze, betonowe. Te z drewna znajdują drugie życie jako elementy aranżacji ogrodów albo przynajmniej zostają pocięte na krawężniki. Gorzej, że równie często, jeśli nie częściej, trafiają do pieców. Problem w tym, że nasączone są rakotwórczym olejem kreozotowym. W jego skład wchodzą setki różnych substancji, w tym węglowodorów aromatycznych jak naftalen, antracen, fenantren, chryzen, fenole, krezole, a także benzo(a)piren. To sprawia, że zgodnie z unijnymi przepisami kreozot uznaje się za bezprogową substancję rakotwórczą. Czyli taką, dla której nie istnieją bezpieczne granice stężeń. Każda dawka jest niebezpieczna dla zdrowia i może przyczynić się do zachorowania na raka. Środek stosowany był po to, żeby uchronić podkłady przed grzybami, insektami, pleśnią. Już sam fakt, że przez dekady leżały w ziemi i nie zaatakowało ich żadne paskudztwo, pokazuje, jak silna to trucizna.

Mimo tego handel drewnem nasączonym kreozotem kwitnie. Po raz pierwszy Dolnośląski Alarm Smogowy nagłośnił sprawę pół roku wcześniej, organizując pikietę pod dworcem kolejowym Wrocław Główny. Aktywiści odkryli, że podkłady kolejowe masowo sprzedawane są w serwisach z ogłoszeniami w internecie. Jedni udostępniają je w dziale "ogród", inni bez owijania piszą, że chodzi o opał. Członkowie DAS zgłosili sprawę do jednego z największych serwisów, który obiecał ogłoszenia usunąć. Tak też zrobił, ale wróciły już po kilku tygodniach. Walka w internecie przypomina walkę z wiatrakami.

Sprawdzam, jak to wygląda kilka miesięcy później, wpisując w wyszukiwarce "podkłady kolejowe". W Górze Kalwarii kupię pierwszy gatunek za 25 złotych za sztukę, w Białej Podlaskiej drugi za 16 złotych, w Trzebini za 90 złotych, ale za cały kubik (metr sześcienny) trzeciego sortu. Ogłoszeń jest mnóstwo, wystarczy kliknąć i ustalić sposób transportu. Jak to możliwe, skoro to nielegalne?

18.04.2012 BIELSKO - BIALA , STARE PODKLADY KOLEJOWE PRZY TORACH W OKOLICACH DWORCA KOLEJOWEGO . FOT. TOMASZ FRITZ / AGENCJA GAZETA
Podkłady kolejowe nasączone są rakotwórczym olejem kreozotowym (fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta)

- PKP zleca wykonawcom remonty torów, w umowach wpisuje od razu zagospodarowanie odpadów powstałych podczas prac. Tym samym pozbywa się kłopotu, ale podkłady nie znikają - mówi Radosław Gawlik, aktywista z Dolnośląskiego Alarmu, jeden z protestujących pod ministerstwem. Pół roku wcześniej aktywiści sami kupili taki podkład, żeby sprawdzić, jak działa system. Ogłoszenie znaleźli w internecie i pojechali na miejsce. Drewno nasączone toksyną sprzedawane było od pośrednika, ale nawet nie opuszczało terenu PKP. Podkład kupili tuż przy pracach rozbiórkowych.

Takich miejsc nie brakuje. We wrześniu, jadąc na protest do Warszawy, zorientowali się, że zapomnieli o kupionym wcześniej podkładzie, a przydałby się do barwnego happeningu. Podjechali w pobliże dworca przy wrocławskim Psim Polu, bo wiedzieli, że tam leżą podkłady, i to już pocięte. Cała belka waży około 100 kilogramów i trudno ją nawet włożyć do auta. Dlatego wzięli tylko kawałek. - Wiozę to w samochodzie szczelnie zawinięte w folię. Świństwo tak cuchnie, że nie da się wytrzymać. Wilgoć i inne grzyby nie ruszyły tego przez pięćdziesiąt lat - mówił mi Radosław Gawlik.

O tym, jak śmierdzą podkłady impregnowane kreozotem, przekonali się dekadę wcześniej mieszkańcy Kabat. Podczas rozbudowy stacji postojowo-technicznej metra zdemontowano i składowano na zewnątrz 7 tysięcy podkładów. W upalne dni i ciepłe noce mieszkańcy nie mogli otwierać okien. Sanepid wyliczył później, że stos podkładów zalegał 80 metrów od budynków mieszkalnych od zachodu i 260 metrów od wschodu. To wystarczyło, żeby przez wiele miesięcy mieszkańcy męczyli się z potwornym smrodem.

Na podobne odczucia i narażenie zdrowia sami skazujemy się, wkomponowując podkłady w alejki w ogródkach, a są i tacy, którzy robią z nich piaskownice i place zabaw dla dzieci. A to jeszcze nic. Znacznie gorzej, gdy toksyczne drewno trafia do pieca. Podgrzanie kreozotu sprawia, że toksyczne substancje ulatniają się błyskawicznie. Tymczasem, zgodnie z przepisami polskimi i unijnymi, wszystkie podkłady powinny trafiać do utylizacji w firmie posiadającej specjalne uprawnienia. W praktyce to fikcja.

Radosław Gawlik o procederze handlu podkładami dowiedział się od biznesmenów, którzy przymierzali się do wejścia na rynek utylizacji takich odpadów. Okazało się, że w Polsce w ogóle nie było sprawnego systemu ich pozbywania się. - Dlatego PKP tak ochoczo zrzuca problem na wykonawców remontów - stwierdza Gawlik.

06.11.2018 Krakow . Smog nad miastem . Widok z Kopca Kosciuszki .  Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta
Smog nad Krakowem (fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta)

Gdy rozmawiamy, już kilka firm w internecie ogłasza się jako utylizujące podobne odpady. Nie tylko podkłady kolejowe, ale też stare, drewniane słupy energetyczne masowo wymieniane w Polsce na betonowe lub metalowe. Utylizacja drewna impregnowanego kreozotem jest jednak bardzo kosztowna. Na pewno korzystniej jest je sprzedać i jeszcze na nich zarobić, tym bardziej że nikt nie ściga tego procederu.

Możliwe, że to się zmieni, bo w miarę tani sposób utylizacji zaproponowała doktor habilitowana Magdalena Popowska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Metoda umożliwia ponowne, bezpieczne wykorzystanie podkładów po wcześniejszym oczyszczeniu ich z kreozotu. W pierwszej fazie szkodliwe substancje są wypłukiwane z drewna, a następnie frakcja kreozotowa w formie płynnej jest oczyszczana przy pomocy bakterii, które żywią się kreozotem, metabolizując go. Bakterie traktują związki wchodzące w skład trucizny jako źródło węgla i energii. Po zakończeniu procesu drewno jest wolne od zanieczyszczeń. Na przykład trociny z nie go mogą być już bezpiecznie użyte do produkcji peletu czy brykietów.

Handel podkładami kwitnie na masową skalę, przyczyniając się do smogu nad Polską. Bo skala procederu jest ogromna, choć nikt nie zna jej dokładnie. W 2014 roku Ryszard Wasielewski i Sławomir Stelmach pisali w branżowym kwartalniku "Archiwum Gospodarki Odpadami i Ochrony Środowiska", że rocznie w Polsce powstaje 120 tysięcy ton odpadów drewna impregnowanego, a w związku z planowanymi remontami kolei ta liczba będzie rosła.

Książka Jakuba Chełmińskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego (mat. prasowe)
Książka Jakuba Chełmińskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego (mat. prasowe)

W 2018 roku Polska Agencja Prasowa podała, że do 2025 roku w Polsce ma zostać zmodernizowanych 9 tysięcy kilometrów torowisk kolejowych. Oznacza to konieczność utylizacji ponad 15 milionów drewnianych podkładów kolejowych, czyli 975 milionów ton niebezpiecznych odpadów - wylicza w komunikacie serwis "PAP - Nauka w Polsce". Ile z tego trafi do pieców? I dlaczego w ogóle ludzie palą podkładami?

- Bo są tanie i dobrze się palą - mówi Radosław Gawlik. - Powodem czasami jest niewiedza o szkodliwości, ale coraz trudniej nią się zasłaniać, bo na ten temat głośno się już trąbi. To częściej chęć pozornego oszczędzenia. Dopiero przekonamy się, na ile ten stan rzeczy zmieni kontrola Głównego Inspektora Ochrony Środowiska. Na razie wszyscy jednak przymykają na to oko, więc proceder trwa. Żeby go rozwiązać, PKP musi mieć system ścisłej ewidencji i szczegółowo śledzić, co dzieje się dalej z podkładami. Potrzebny jest też szczelny system utylizacji.

*Fragmenty książki "SMOG. Diesle, kopciuchy, kominy, czyli dlaczego w Polsce nie da się oddychać?" Jakuba Chełmińskiego. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Jakub Chełmiński - dziennikarz, reporter od 17 lat (z przerwą) pracuje w warszawskiej redakcji "Gazety Wyborczej". Współtworzył dział Ekologia w "Dzienniku Polska Europa Świat". Najchętniej pisze o ochronie środowiska, zwierzętach i przyrodzie. Wciąż wierzy, że kiedyś w Polsce będziemy oddychać świeżym powietrzem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku