Terapia metodą Carla Simontona dla chorych onkologicznie cieszy się w Polsce coraz większą popularnością

Terapia metodą Carla Simontona dla chorych onkologicznie cieszy się w Polsce coraz większą popularnością (Fot: archiwum prywatne)

społeczeństwo

"Nie chciałam, żeby ktoś mnie okłamywał, zapewniał, że wyzdrowieję. Chciałam tylko jednego: żeby ktoś dał mi nadzieję"

- Bardzo trudno było mi wyjść z myślenia, że umieram. Byłam pewna, że to już jest ten moment. Świat postrzega chorych na raka jak żywe trupy, ale to dlatego, że my sami siebie tak postrzegamy - opowiada Kasia, która od pięciu lat choruje na raka trzustki. Żeby zmienić swoje myślenie o chorobie, skorzystała z warsztatów psychologicznych metodą amerykańskiego onkologa Carla Simontona, która w Polsce staje się coraz bardziej popularna. Żeby zadziałała, jest tylko jeden warunek.

Blady strach

Agnieszka, 35 lat, rok po urodzeniu dziecka zachorowała na raka piersi: Wykonałam USG piersi w prywatnym gabinecie. Lekarz oznajmił: ma pani guza. Wręczono mi listę z nazwiskami lekarzy, u których mogę zrobić biopsję. Badanie potwierdziło, że to rak. Nie mogłam w to uwierzyć.

Gdy dowiadujesz się, że jesteś chory, świat wali ci się na głowę. Nie masz pojęcia, co robić, co myśleć, bo nigdy czegoś takiego nie doświadczyłeś. Ale nikt nie powie ci, z kim mógłbyś o tym porozmawiać. A w Polsce, jak słyszysz "rak", myślisz - śmierć. Pozytywną rzeczą, którą usłyszałam od lekarza, była informacja, że "pewnie umrę na coś innego".

Kasia pięć lat temu zachorowała na raka trzustki. Na terapię Simontona zdecydowała się po roku od diagnozy (fot: archiwum prywatne)
Kasia pięć lat temu zachorowała na raka trzustki. Na terapię Simontona zdecydowała się po roku od diagnozy (fot: archiwum prywatne)

Kasia, 38 lat, od pięciu lat leczy się na raka trzustki: Na każdego, kto słyszy, że ma raka, pada blady strach. Mam wrażenie, że nawet lekarze się raka boją. W trakcie trwającej osiem miesięcy diagnostyki czułam, że nie chcieli mi go wykryć, bo "jak to możliwe, pani taka młoda". A kilka razy musiałam się zbierać z podłogi po rozmowie z lekarzem. Bo słyszałam na przykład: skoro węzły chłonne powiększone, to na pewno są przerzuty. Albo pytania, jak mogę biegać w trakcie przyjmowania chemii, krzywdę sobie zrobię. Z kolei mojemu mężowi lekarz powiedział, że zostały mi trzy lata życia.

Lekarze statystykę traktują jako wykładnię przyszłości i są uczeni, że muszą być wobec pacjenta uczciwi. Tylko że ja nie chciałam, żeby ktoś mnie okłamywał, zapewniał, że wyzdrowieję. Chciałam tylko jednego - żeby ktoś dał mi nadzieję. Powiedział: mamy przed sobą silnego przeciwnika, ale spróbujemy się z nim zmierzyć. Jak myślałam o tym, że wskaźnik pięcioletniego przeżycia w Polsce chorych na raka trzustki wynosi pięć procent, paraliżował mnie strach.

Małgorzata, 36 lat, zachorowała na nowotwór piersi pół roku po urodzeniu dziecka: Przez długi czas nie docierało do mnie, że mnie to spotkało, wydawało mi się, że na raka piersi chorują kobiety po pięćdziesiątce. W szpitalu, w którym się leczyłam, miałam jedno spotkanie z psychoonkologiem. Nic mi ono nie dało. Pani psycholog starała się mnie wypytać, jak wyobrażam sobie siebie bez włosów, czy martwię się tym, jak odbierać mnie będą znajomi, ludzie w pracy. Nie to stanowiło mój problem. Przede wszystkim nie chciałam mieć styczności z osobami chorymi, słyszeć o śmierci, bólu, cierpieniu. Podczas chemii zakładałam słuchawki na uszy, brałam do ręki książkę, odcinałam się od rzeczywistości. Żyłam też w przekonaniu: skąd taki psycholog, który nie przeżył tego, co ja, może wiedzieć, co czuję?

Każdą wizytę w centrum onkologii odchorowywałam. Przed spotkaniem z lekarzem zapisywałam sobie na kartce pytania, które chcę mu zadać. Nigdy nie było na to czasu.

Nadzieja

Agnieszka: Na terapię metodą Carla Simontona poszłam dwa lata po diagnozie. Żałuję, że nie wcześniej. Byłam już po leczeniu, żyłam jak zdrowa osoba, ale czułam, że chcę sobie pewne rzeczy poukładać w głowie, zrobić coś dla siebie.

Agnieszka uważa, że na terapię Simontona najlepiej wybrać się już po diagnozie (fot: archiwum prywatne)
Agnieszka uważa, że na terapię Simontona najlepiej wybrać się już po diagnozie (fot: archiwum prywatne)

Kasia: Gdy tylko usłyszałam diagnozę, wiedziałam, że będę szukać jakiegoś wsparcia psychologicznego. Ale gdy zaczęło się leczenie, pomoc psychologiczna zeszła na dalszy plan. Dopiero po roku od diagnozy, gdy już nie miałam noża na gardle, mój stan zdrowia się trochę ustabilizował, zapisaliśmy się z mężem na warsztaty simontonowskie. Przed terapią wydawało mi się, że naprawdę nieźle sobie radzę, jestem urodzoną optymistką. Nieraz lekarz prosił mnie o rozmowę z innymi chorymi, żebym podniosła ich na duchu, bo mam w sobie tyle pozytywnej energii. Potem okazało się, jak wiele robię rzeczy, które mi szkodzą.

Bardzo trudno było mi wyjść z myślenia, że umieram. Byłam pewna, że to już jest ten moment. Długo intensywnie wyobrażałam sobie na przykład swój pogrzeb. Zastanawiałam się, kto będzie na nim przemawiał, co napiszę swojemu dziecku przed śmiercią, a co mężowi. Za każdym razem, gdy to sobie wyobrażałam, płakałam jak bóbr. Przekonywałam się jednak, że to nie może być takie złe, bo pozwala oswoić mi się ze śmiercią. Często myślałam też, że nie powinnam sobie kupować nowych rzeczy, bo po co, przecież mi się już nie przydadzą. Rozmawianie o przyszłości wydawało mi się bez sensu. Gdy mąż wspomniał, że może gdzieś wyjedziemy, pomyślałam od razu, że co on mi tu o jakichś wakacjach opowiada, przecież ja nie wiem, czy przeżyję najbliższe miesiące. Nie próbowałam tych myśli eliminować, nie wiedziałam, że mogę mieć nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Pozwalałam im kiełkować.

Świat postrzega chorych na raka jak żywe trupy, ale to dlatego, że my sami siebie tak postrzegamy.

Małgorzata: W trakcie przyjmowania chemii cały czas chodziłam do pracy, nie pozwalałam sobie na odpoczynek, bycie zależną od bliskich. Chciałam zrobić wszystko, żeby moja rodzina nie poczuła, że jestem chora. Jednocześnie ciągle czułam zmęczenie.

Dopiero po roku od diagnozy, gdy postanowiłam zrekonstruować lewą pierś, którą musiałam usunąć, zaczęłam konfrontować się z historiami innych chorych kobiet. Założyłam nawet grupę na Facebooku zrzeszającą kobiety chore na raka piersi. Zobaczyłam, że wiele osób na czas leczenia przestało chodzić do pracy, pozwoliło sobie na to, aby bliscy się nimi zaopiekowali. Ja nie. Zaczynałam tego żałować. Warsztaty Simontona od razu mnie zaciekawiły. Namówiłam męża, żeby poszedł ze mną. 

Zmiana

Agnieszka: Podczas warsztatów pracowaliśmy nad lękami, które ma w głowie chyba każda osoba z doświadczeniem choroby nowotworowej. Rozmawialiśmy o tym, co zrobimy, jeśli choroba wróci, bo choć nikt sobie tego nie życzy, to może się tak zdarzyć. Przygotowaliśmy sobie specjalny skrypt, który może być pomocny w takiej sytuacji. Otwarcie rozmawialiśmy też o umieraniu, wizualizowaliśmy sobie chwilę własnej śmierci. To pomogło mi się oswoić z tym, że śmierć prędzej czy później spotka każdego, i że każdy - nawet jeśli ma wsparcie najbliższych - na końcu musi się zmierzyć z tym doświadczeniem sam.

Nauczyłam się też nie przywiązywać do wyniku. To cenna umiejętność, bo od wczesnych lat szkolnych jesteśmy nakierowywani na osiąganie konkretnych efektów. W związku z tym bardzo wiele od siebie wymagamy - wydaje nam się, że musimy mieć udane kariery, piękne mieszkania, najlepsze związki, a jeśli coś idzie nie po naszej myśli, od razu się frustrujemy. Podobnie jest z leczeniem. Chorzy nakładają na siebie ogromną presję, żeby wyzdrowieć. Owszem, można wyzdrowieć, ale równie dobrze może się okazać, że tak się nie stanie. I trzeba się odnaleźć w tej sytuacji.

Terapia nauczyła mnie też odpoczywać. To zabawne, bo niby każdy wie, jak to robić, a jednak głównie skupiamy się na aktywności. Teraz staram się w ciągu dnia znaleźć chociaż pięć minut na to, by świadomie się wyciszyć, zrelaksować. Dałam też sobie szansę na to, żeby oddać się tak zwanym czynnościom witalnym, czyli po prostu temu, co sprawia mi przyjemność. Na balkonie zaczęłam sadzić warzywa i owoce. W tym roku mieliśmy mnóstwo pomidorów i poziomek! Może to drobiazg, ale sprawił mi ogromną radość.

Kasia: Nieraz buntowałam się podczas warsztatów. Zwłaszcza jak słyszałam historię pacjenta, który diametralnie zmienił swoje życie, codziennie medytuje, zdrowo się odżywia. Brzmiało to tak, jakby zmiana życia była prosta. Wystarczy mieć motywację. Musiało minąć dużo czasu, zanim zaczęłam uczyć się korzystać z wiedzy, którą dostałam. Bo te myśli o pogrzebie wciąż wracały.

Jedną z rzeczy, która pomogła mi najbardziej, była możliwość usłyszenia historii innych. Nasza własna sytuacja zawsze wydaje się nam najbardziej tragiczna, ale gdy okaże się, że takich osób jak my jest więcej, to nagle nabieramy dystansu do siebie i własnych dramatów.

Zmiany zaczęłam zauważać z czasem. Kiedyś stresowałam się drobnostkami. Dziś mało co jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi. Ostatnio jechałam po opiekunkę do dziecka, z którą miałam się spotkać przed Pałacem Kultury i Nauki. Po drodze miałam stłuczkę. Dodatkowo rozładował mi się telefon, więc nie mogłam się z nią skontaktować. Kiedyś wpadłabym w panikę, nie byłabym w stanie wyjść ze stanu podenerwowania, a teraz szybko załatwiłam sprawę ze stłuczką, poszłam do galerii handlowej, żeby naładować telefon, i zadzwoniłam do opiekunki. Cały czas na mnie czekała.

To nie jest tak, że ta terapia rozwiązuje wszystkie problemy. Bo choroba nadal ci towarzyszy. Dlatego wciąż korzystam z pomocy psychologów i wracam na warsztaty.

Małgorzata nauczyła się na warsztatach metodą Carla Simontona prosić o pomoc (fot: archiwum prywatne)
Małgorzata nauczyła się na warsztatach metodą Carla Simontona prosić o pomoc (fot: archiwum prywatne)

Małgorzata: Miałam ogromne problemy z proszeniem o pomoc, gdy chorowałam. Podczas terapii, w obecności innych, łatwiej było mi powiedzieć mężowi, że potrzebuję jego wsparcia, podzielenia się obowiązkami. Że chciałabym czasem wyjść z domu bez dzieci, zadbać o swój stan emocjonalny. Terapia zmieniła też moje myślenie o raku - z takiego, że to choroba śmiertelna, na takie, że to choroba wyleczalna, że medycyna idzie cały czas do przodu, że należy zaufać lekarzom i poddać się leczeniu.

Zanim poszłam na terapię, gdy tylko dopadał mnie jakiś ból - głowy czy kości - wpadałam w panikę, że rak wrócił, że na pewno mam przerzuty. Od razu biegłam po skierowanie na badania. Nie rozważałam nawet takiej opcji, że jeśli znów zachoruję, to znajdzie się jakieś rozwiązanie sytuacji. Teraz, gdy gdzieś mnie zakłuje, to zachowuję spokój, wiem, że zwrócę się do lekarza dopiero, gdy ból będzie się utrzymywał przez dłuższy czas. I na pewno będzie mi towarzyszyć myśl, że jeśli choroba wróci, są leki, które mogą mi pomóc, jest szansa na dalsze życie.

To działa, ale jest warunek

Psychoonkolog Milena Dzienisiewicz, która prowadzi warsztaty metodą Carla Simontona, mówi, że w Polsce wciąż jest zbyt mało psychoonkologów. - Bywa, że na 50-osobowy oddział przypada jeden. Praca psychoonkologa polega nie tylko na terapii. Zdarza się, że rozmowa z pacjentem sprowadza się do tematów przyziemnych - jak się dana osoba czuje, co słychać w domu. I jest też tak, że rozmowy są "głębsze" i pracujemy z trudnościami, które pacjent zgłasza. Do tego ciągle jeszcze zdarzają się ludzie, którzy są przekonani, że psycholog to ten "od wariatów". Nie wiedzą, co mieliby psychologowi powiedzieć i co rozmowa z nim miałaby im dać - mówi.

A, jak dodaje, wsparcie psychologiczne pozwala lepiej sobie radzić w codziennym życiu, przygotować się do chemioterapii, poradzić sobie z trudnymi emocjami. - Terapia simontonowska jest bardzo prosta i logiczna, daje narzędzia, które można stosować samodzielnie w codziennym życiu. Jeśli naprawdę się z nich korzysta, komfort życia się zmienia. Ale jest jeden warunek: trzeba z nich korzystać - zastrzega.

Terapia metodą Simontona to przede wszystkim praca na niezdrowych przekonaniach. - Pacjenci onkologiczni mają głowy pełne niezdrowych myśli. Niby żyjemy w XXI wieku, a dla większości ludzi rak to śmiertelna choroba, wyrok, a chemioterapia bardziej niszczy, niż pomaga. W filmach osoba chora onkologicznie zazwyczaj jest przedstawiana jak żywy trup, który spędza większość czasu w łóżku. Jest wychudzona, blada, ma wory pod oczami sięgające połowy policzka. To nie jest prawdziwy obraz osoby chorującej na raka. Oczywiście, rak to niełatwy przeciwnik, ale coraz częściej wyleczalny. Chemia też jest trudna, ale jednocześnie dysponujemy coraz większą liczbą leków niwelujących ból, skutki uboczne chemioterapii. Pomiędzy chemiami pacjenci normalnie funkcjonują, chodzą do pracy, uprawiają sport, spotykają się ze znajomymi. Jeżeli pacjent podejdzie do chemii przekonany, że się po niej nie podniesie, to na pewno będzie mu trudniej znosić leczenie - mówi Dzienisiewicz.

Terapia ma za zadanie nauczyć, że choć nie jesteśmy w stanie zmienić tego, że zachorowaliśmy - bo to jest fakt - możemy zmienić sposób myślenia o chorobie. Jednym z bardzo istotnych elementów warsztatów jest możliwość uczestniczenia w nich zarówno osoby chorej, jak i ją wspierającej. - Bardzo długo w psychoonkologii skupiano się przede wszystkim na osobie chorującej, choroba wpływa jednak nie tylko na nią, ale również na cały system rodzinny. Bardzo ważne jest, aby osoba bliska nie zapomniała o sobie, zadbała o swój dobrostan psychiczny. Mąż mojej pacjentki żył w przekonaniu, że skoro jego żona zachorowała, to od tej pory musi być nieustannie przy niej, spędzać z nią cały swój wolny czas, że musi rezygnować z rzeczy, które dawały mu radość. Pracowaliśmy z jego myśleniem i wypracował sobie zdrowe przekonanie, że nic się nie stanie, jeśli zrobi coś dla siebie. Nie skrzywdzi żony, jeśli spotka się sam z kolegami - mówi Dzienisiewicz.

Psychoonkolog Milena Dzienisiewicz prowadzi warsztaty metodą Carla Simontona w całej Polsce (fot: archiwum prywatne)
Psychoonkolog Milena Dzienisiewicz prowadzi warsztaty metodą Carla Simontona w całej Polsce (fot: archiwum prywatne)

Psychoonkolożka przyznaje, że na jej warsztaty trafiają przede wszystkim kobiety, zaledwie 10 procent uczestników to mężczyźni. Momentem, w którym duża część pacjentów decyduje się na sięgnięcie po pomoc psychologiczną, nie jest paradoksalnie ten, w którym pacjent poznaje diagnozę, ale ten, w którym kończy chemię i słyszy: jest pan zdrowy, jest pani zdrowa. - Najpierw pojawia się radość, a potem silny lęk, że choroba wróci. I osoba, która do tej pory nieźle się trzymała, nagle czuje się zagubiona - mówi Dzienisiewicz. - Podczas terapii uczymy też pacjentów oswajać się z myślą, że nawet jeżeli zdarzyłby się nawrót raka, to nie oznacza końca. Miałam pacjentkę, która żyła w przekonaniu, że nie ma żadnych szans na wyleczenie. Była smutna, podłamana. Udało jej się wypracować myśl, że nawet jeśli nie wyzdrowieje, może dobrze spędzić ten czas, który jej pozostał. Może się wydawać, że to niewiele, ale dla niej to było dużo.

Warsztaty metodą Carla Simontona organizowane są przez różne organizacje czy fundacje, między innymi przez Stowarzyszenie Unicorn (w Krakowie i Warszawie), Fundację Onkologiczną Nadzieja (Warszawa), Fundację Psychoonkologii i Promocji Zdrowia Ogród Nadziei (Warszawa). Warsztaty nie są finansowane przez NFZ, niektóre fundacje zapewniają dofinansowanie częściowe lub pełne.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku