Kazik

Kazik (fot. Roman Rogalski / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Kazik: Wierzącemu jest łatwiej, bo ma opokę, która się nie zachwieje

Niewierzącym jest trudniej. Bodajże Pascal powiedział, że nie wie, czy Bóg jest, czy go nie ma. Ale trzeba tak żyć, jakby był - mówi Kazik, lider zespołu Kult. Film o zespole właśnie wchodzi do kin.

"Jak Kazik się nie zgodzi, to nie ma bata" - mówią twoi koledzy z zespołu w dokumencie "Kult"*. Nie zauważyłam jednak, żeby się skarżyli.

I oni, i ja wiemy, że w zespole musi być przywódca. Naturalną koleją rzeczy zostałem nim ja, choć w pierwszych czterech latach istnienia Kultu to raczej główną postacią był Piotrek Wieteska. Gdy postanowił opuścić zespół, najpierw byłem mocno przestraszony, a potem zacząłem się uczyć, jak być frontmanem, liderem i artystycznym przywódcą Kultu.

Czasami jest tak, że ludzie czują przede mną respekt, choć wydaje mi się, że ja tylko coś delikatnie zasugerowałem.

Wprowadziłeś w zespole chociażby badanie alkomatem, żeby mieć pewność, że wszyscy wychodzą na scenę trzeźwi.

Dziś już alkomat nie jest tak potrzebny, jak w czasach, kiedy został wprowadzony, czyli dobrych parę lat temu, ale lotne kontrole są czasem przeprowadzane. Nie powinno się też spóźniać, bo to brak szacunku, a ja uważam, że ludzi trzeba szanować. Oczywiście tych, którzy na ten szacunek zasługują.

Ogromnym szacunkiem darzycie fanów.

Mam taką teorię, że Kultu nie lubią tylko ci, którzy nigdy nie byli na naszym koncercie. A właśnie na koncertach można poczuć i zobaczyć, że dajemy z siebie wszystko. W Kulcie nie ma fuszerki w stylu: godzina grania, dwa bisy i szlus, do domu. Zaczęło się to na początku lat 90., od koncertu w reaktywowanym Jarocinie. Miało go transmitować Radio RMF FM. "Niech mają coś porządnego" - zdecydowaliśmy. To był nasz pierwszy trzygodzinny występ na scenie.

X17.10.2015 Bydgoszcz . Hala Astoria . Koncert Kult . Fot. Grazyna Marks / Agencja Gazeta
Koncert Kultu w Bydgoszczy, 2015 rok (fot. Grażyna Marks / Agencja Gazeta)

Od tamtego czasu każdy nasz koncert tyle trwa. Czasem trochę mniej, bo to zależy, jakie danego dnia są piosenki w programie. Bo czasem są dłuższe, a czasem krótsze. Gramy 30 numerów, plus bisy. Program za każdym razem jest inny, ale bisy zawsze takie same. Bo ludzie lubią różnorodność, ale lubią też powtarzalność. Jeśli wydają swoje ciężko zarobione pieniądze na bilet na Kult i poświęcają nam swój cenny czas, to muszą w zamian dostać produkt pełnowymiarowy.

Poza tym zawsze podkreślam, że ludzie, którzy przychodzą na koncerty, są naszym chlebodawcą. Kompletnie obce jest mi podejście, że oto ja jestem artystą wybitnym, a wy macie mnie słuchać i czcić. Tak samo poważnie podchodzimy do koncertów w małych miejscowościach, jak i wielkich miastach. "Jezu, przyjechaliście do nas i graliście trzy godziny!" - dziwią się nasi słuchacze z małych miejscowości. A my każdy koncert traktujemy jak ten najważniejszy. Ludzie to czują. I stąd nasza długowieczność.

To, jak na koniec koncertu klękasz przed fanami, robi wrażenie.

Podczas któregoś z występów nagle dotarło do mnie, jak ci ludzie są dla mnie ważni. Dlatego im dziękuję.

Ale jeszcze większe wrażenie robi na mnie, jak nagle skaczesz w publikę.

To jest wbrew pozorom bardzo bezpieczne, pod warunkiem że tłum się nieoczekiwanie nie rozpierzchnie. Raz, podczas koncertu w Obornikach Wielkopolskich, tak się zdarzyło. Scena była dość wysoko, ale ja postanowiłem skoczyć, bo do tej pory ludzie zawsze mnie łapali. Mój ciężar rozkłada się na kilkanaście rąk, więc nie jest źle, bo ważę teraz 90 kilo. Z 10 muszę zrzucić.


Na każdym koncercie Kazik na kolanach dziękuje fanom zespołu (fot. kard z filmu ''Kult'')

W tych Obornikach skoczyłem ze sceny i widziałem jak w zwolnionym tempie, że z miejsca, w które celowałem, tłum zaczął się rozchodzić. Zdążyłem tylko zrobić w powietrzu pół obrotu, żeby nie upaść na twarz albo na brzuch. Spadłem bokiem i złamałem sobie dwa żebra. Trochę to był problem, bo akurat jechaliśmy na wakacje, ale z czasem same się zrosły.

Nie masz po tym wypadku lęku przed skakaniem w tłum?

Nie. Przyznam ci za to, że drżę przed każdą naszą jesienną trasą, zwaną Pomarańczową.

Dlaczego?

Odbywa się bez żadnych sponsorów. To oznaka naszej niezależności. Robimy tę trasę po raz 19., a może nawet 20. Zagrać ją i nie być pod kreską to naprawdę wielka sztuka. Więc boję się, a potem okazuje się, że nie było czego. Trasa jesienna 2019 jest już wyprzedana w całości, podobnie jak trasa Akustyczna, w którą ruszamy w lutym i w marcu. Nie ma stresu, że będziemy pod kreską. Jakoś się trzymamy.

Powiedział skromnie Kazik.

Bo daleko nam do Dawida Podsiadły, który w cztery minuty wyprzedał Stadion Narodowy. Zresztą bardzo Dawida cenię. Poukładany chłopak i robi fajną muzykę. Braliśmy udział w Męskim Graniu i razem z nami występował zespół, który na potrzeby trasy Dawid Podsiadło stworzył z Krzysztofem Zalewskim i Kortezem. My, jako wyjadacze, a może raczej stare zgredy, byliśmy na nie. Że to musi być słabe.

I?

Posłuchałem i uznałem, że to zaje***ta kapela. Świetne rzeczy zrobili.

Ale wszystkiego, co się dzisiaj gra, nie znam. Na starość nie chce mi się już tego śledzić.

}28.07.2018 Wroclaw . Koncert Meskie Granie na Pergoli . Kazik Staszewski i Kult .fot . Mieczyslaw Michalak / Agencja Gazeta
Koncert Kultu we Wrocławiu, 2018 rok (fot. Mieczysław Michalak / AG)

Starość?

No starość! Mam 57 lat, więc nie jestem już ani pierwszej, ani drugiej młodości. To końcówka wieku średniego.

W tej, jak to określiłeś, "końcówce wieku średniego" pozostajesz wrażliwym facetem.

Szybko się wzruszam i łatwo płaczę. Jak moi synowie byli mali, chodziłem z nimi do kina na filmy typu "Król Lew" czy "Mała syrenka". Na każdym seansie scenariusz był taki sam: najpierw zasypiałem, a potem budziłem się w kulminacyjnym momencie, tuż przed końcem. I w płacz!

Po ostatnim odcinku serialu "Sześć stóp po ziemią" wyliśmy z Anią, moją żoną, jeszcze przez godzinę. Jak bobry.

Co jeszcze cię wzrusza?

Wzrusza mnie ludzka dobroć czy miłe niespodziewane wydarzenia. Jak wnuczki przychodzą do mnie w odwiedziny, to też jest zaje***cie. A jak wychodzą, to czasem jest jak po treningu psychoterapeutycznym, i do tego grupowym, bo Hania i Hela potrafią zrobić niezły dym. To domena i zaleta bycia dziadkiem, że niemal wyłącznie miód się spija.

A ty jakim byłeś dzieciakiem?

Byłem bardzo ułożonym chłopcem. Interesowały mnie raczej sprawy humanistyczne, nie jestem ścisłym umysłem. Na przykład zafascynowany serią "Ewa wzywa 07", pisałem książki kryminalne. Oczywiście były to kryminały na miarę chłopaka z podstawówki, którym wtedy byłem. Rysowałem też komiksy. Różne. Jednego tytułu miałem 260 odcinków. Chętnie bym dziś do nich zajrzał, ale ktoś je wyrzucił. Przepadło.

Naturę showmana masz po ojcu, który był artystą?

Tata [Stanisław Staszewski - poeta i bard, autor piosenek, m.in. "Celiny" i "Baranka" - przyp. red.] nie lubił publicznie występować, wzdragał się przed tym. Jak jeden z jego rówieśników i przyjaciół powiedział mi kiedyś - nie umiał ani dobrze śpiewać, ani grać na gitarze, ale jego koncerty były metafizyczne. Jak Brassensa. A teksty to już poezja z najwyższej półki.

04.08.2019 Kostrzyn nad Odra . Pol  and  rock Festival . Od lewej Kazik Staszewski Jerzy Owsiak podczas koncertu zespolu Kult . Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Kazik Staszewski i Jurek Owsiak podczas koncertu zespolu Kult (fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Czy ty przypadkiem nie jesteś sentymentalny?

Może i jestem sentymentalny, ale leniwy - na pewno. Na szczęście mimo lenistwa udało mi się zrobić selekcję tego, co mój ojciec zostawił w piwnicy, dzięki czemu zachowałem spuściznę po nim. Mój starszy syn, który dziadka nigdy nie poznał, pielęgnuje jego pamięć o wiele lepiej niż ja. Razem z Przemkiem Lembiczem, kolegą z mojego drugiego zespołu ProForma, który z kolei uważa tatę za największego twórcę w polskiej piosence po Jacku Kaczmarskim.

A jakie były twoje z nim relacje?

Uczucie do ojca we mnie ewoluowało.

Urodziłem się, gdy małżeństwo moich rodziców było na wykończeniu. Ojciec mieszkał w Płocku, gdzie był naczelnym architektem, a mama w Warszawie. Wyjechał z Polski w 1967 roku, miałem wtedy cztery lata. Ale zaskakująco dobrze go pamiętam z tamtego czasu, naprawdę. W Ogrodzie Saskim jest tablica, że w czasie wojny zginęło sześć milionów obywateli polskich, w tym 800 tysięcy mieszkańców Warszawy. "Tato, co tu jest napisane"? - zapytałem go kiedyś. Odparł: "Że nie wolno wrzucać łopatki i wiaderka do piasku". Byłem święcie przekonany, że tak jest. Gdy w drugiej klasie podstawówki nauczyłem się czytać, bardzo się zdziwiłem, że na tablicy nie ma nic o wiaderku i łopatce.

Z kolei kiedy zapytałem go, czemu Hoża tak się nazywa, powiedział, że na tej ulicy jest pogotowie, gdzie przyjeżdżają chorzy ludzie. I też długo traktowałem to jako prawdę objawioną.

Często się widywaliście, gdy wyjechał?

W 1971 roku wypuszczono nas z mamą do taty do Paryża. Był wtedy zupełnie innym człowiekiem, miał długie pióra niczym hippis. W Polsce nosił garnitur i włosy ścięte na jeżyka, ja go myliłem z Wicherkiem [Wicherek, czyli Czesław Nowicki, był pierwszym prezenterem pogody w TVP - przyp. red.]. Stawiał krzywo lewą stopę, bo uszkodzili mu ją w obozie koncentracyjnym.

Fajnie było mieć tatę za granicą, bo przysyłał komiksy, a nawet raz dostałem flipera. Nie prawdziwego, tylko takie badziewie chińskie, ale wtedy to było coś. Drzwi się nie zamykały, każdy kolega chciał pograć.

Potem umarł, a ja strasznie płakałem. W szkole zaczęli mnie przezywać "Sierotka Ziutotka", bo nie miałem taty i wychowywały mnie mama z babcią.


Kazik na rękach fanów podczas jednego z koncertów (fot. kard z filmu ''Kult'')

Mijały lata...

... aż pojawił się u nas w domu Jerzy Zalewski, reżyser, który zetknął się z twórczością mojego ojca gdzieś w Szwecji. Dopytywał o tatę i wtedy mama się oczywiście pochwaliła: "A mój syn też jest muzykiem, gra w zespole". "W jakim?" "W Kulcie".

Znał?

Znał. Mało tego, był już naszym miłośnikiem. Wtedy też zaproponował, że nagra film o ojcu i o mnie. Ten film nigdy nie powstał, ale zacząłem poznawać tatę z innej strony. Od jego śmierci narastała we mnie gorycz, chciałem go wyrzucić ze swojej głowy. Zwłaszcza gdy się dowiedziałem, że nie chciał, żebym się urodził. Uzasadniał to pobytem w obozie, w którym widział okropne rzeczy, i mówił, że nie chce powoływać dziecka na taki świat. Rozmawiamy dziś ze sobą tylko dzięki sprytowi i uporowi mojej mamy.

Dopiero gdy siostra cioteczna dała mi listy taty do jej ojca, zacząłem patrzeć na całą tę sytuację zupełnie inaczej. Zrozumiałem, że w życiu nie wszystko jest czarno-białe. Że ojciec szukał szczęścia i nie mógł go znaleźć. Szukał go w Polsce, gdzie był apologetą komunizmu i współpracował z Urzędem Bezpieczeństwa, a potem rozczarował się systemem, był szykanowany i nie mógł znaleźć pracy. I szukał we Francji, gdzie pracował poniżej swoich kwalifikacji.

Pokochałem ojca na nowo. Pokochałem też jego piosenki, które wcześniej mi się nie podobały. Dziś myślę, że z kolei jego największą miłością była moja mama. Choć poznałem w Paryżu panią, która spędziła z nim ostatnie miesiące jego życia. Tata umarł w wieku 47 lat, tak samo jak jego ulubiony poeta Konstanty Ildefons Gałczyński i jak Jacek Kaczmarski.

Twoją największą miłością jest żona. Piosenka "Do Ani", którą dla niej napisałeś, to jeden z najpiękniejszych kawałków o miłości, jakie znam.

Miłości nie da się zadekretować, ale można się o nią starać i ją pielęgnować. Rzeczywiście, u mnie rodzina, odwrotnie niż u mojego ojca, jest najważniejsza.

Choć zdaję sobie sprawę, że czasem, chcąc coś ułatwić zawodowo moim synom, paradoksalnie im to utrudniałem. Wiesz, dla nich od zawsze byłem znany, widzieli, jak ludzie zaczepiają mnie, prosząc o autografy. Każdy chłopak stara się jakoś dorównać ojcu i z perspektywy rozmów z dorosłymi już synami wiem, że był to dla nich stres.


Kazik i Didi (fot. kard z filmu ''Kult'')

Znany tata, a w dodatku nadopiekuńczy.

Gdy miałem rok z kawałkiem, ojciec wywiózł mamę na wieś pod Płockiem. Nie zostawił jej pieniędzy, ale obiecał, że przyjedzie w sobotę. Mama mi opowiadała, że cały dzień czekała na przystanku PKS-u, ale ojciec się nie pojawił. Wieczorem przyjechał jego kolega, który mówi: "Przecież Staszek pojechał z kolegami do Kazimierza". Na co mama odparła: "Widocznie Kazimierze mu się pomyliły". U mnie tak nigdy nie było, rodzina jest od początku na pierwszym miejscu.

Może dlatego, że sam dorastałeś tylko z mamą i babcią.

To było dla mnie czymś zupełnie normalnym. Nie odczuwałem braku ojca. Ale mama Ani, gdy się poznaliśmy, była totalnie przerażona, że ona wybrała sobie takiego chłopaka. Bo u nas wszystko potoczyło się szybko. Zaczęliśmy być ze sobą w lutym, a w listopadzie wzięliśmy ślub, bo Ania była w trzecim miesiącu ciąży.

Rzeczywiście szybko!

Na refleksje nie było czasu. Ania twierdzi dziś, że jak na faceta wychowanego przez mamę i babcię jestem zaskakująco normalny. Choć byłem rozpieszczany, a babcia brała mnie czasem za swojego syna, który zginął w Powstaniu Warszawskim. Mówiła do mnie "Jureczku" i chciała, żebym był taki idealny jak on, co było dla mnie bardzo trudne. Zwłaszcza że zostałem punkowcem w podartych dżinsach, z czerwonymi włosami i kolczykami w uszach. Zresztą jako pierwszy w Polsce miałem oryginalne martensy, które kupiłem sobie w Londynie.

Mama cieszyła się, że chcesz zostać artystą, tak jak ojciec?

Choć nie była przez ojca traktowana najlepiej, a babcia miała z nim ostry konflikt, nigdy żadna z nich nie powiedziała o nim złego słowa. Mało tego! Miałem iść jego drogą i tak jak on zostać architektem, mimo że byłem tumanem z matematyki, tumanem z fizyki i nie umiałem rysować.

Mama chciała, żebym skończył studia, i sporym szokiem było dla niej, gdy je rzuciłem po dziewięciu latach. Ja już po dwóch wiedziałem, że to nie dla mnie, ale migałem się od wojska. Moją decyzję, żeby jednak postawić na muzykę, mama przyjęła ze zrozumieniem. Pomagała mi, kupiła mi klawisze. Ona też załatwiła nam pierwsze miejsce na próby - w domku znajomego. Dziś nie ukrywa, że jest ze mnie dumna. Na premierze "Kultu" w kinie Wisła była wyraźnie wzruszona.


Kult podczas premiery filmu ''Kult'' (fot. Adam Stępień)

Dzięki temu filmowi poznałam historię twojego fana - Didiego, któremu pomogłeś się w życiu pozbierać.

Didi pracował w Hiszpanii, ale po kryzysie w 2008 roku miał kłopoty ze znalezieniem zajęcia. A był przy tym osobą mega rozrywkową. Gdy wylądował na Teneryfie, na której mieszkamy z Anią przez parę miesięcy w roku, poznałem go z ludźmi z południa, którzy działają w budowlance. I to jest moja jedyna zasługa, bo Didi to znakomity fachowiec, a żył ze zmywania. Najpierw zrobił remont u nas i rozeszła się fama, że jest świetny. Teraz przebiera w zleceniach.

Podejrzewam, że osób, którym pomogłeś, jest więcej, ale ty się po prostu tym nie chwalisz.

Kilka pewnie jest, ale głupio mi o tym mówić.

O swoim podejściu do Kościoła też mi nie opowiesz?

Opowiem ci, jak wyjechaliśmy z Anią do pracy do Anglii. Ona wróciła szybciej, a ja zostałem. Kategorycznie wtedy zakazałem chrzcić Janka, naszego młodszego syna, i miałem nadzieję, że moje życzenie zostanie spełnione. Ale po paru latach znalazłem w szufladzie kartkę dla niego podpisaną przez matkę chrzestną. Okazało się, że nacisk ze strony babci był taki, że Ania w tajemnicy jednak ochrzciła naszego syna.  

Dlaczego jej zabroniłeś?

Bo byłem już wtedy poza Kościołem katolickim, a także po paroletnim epizodzie ze świadkami Jehowy - w tym wypadku nie zdecydowałem się na chrzest i nie stałem się jednym z nich. Wtedy też po raz pierwszy rozsypał nam się Kult. Dwie osoby z zespołu przyjęły chrzest i zrezygnowały z grania. Mnie nie do końca przekonywały argumenty, że cały wolny czas trzeba poświęcić głoszeniu Słowa Bożego, a nie brzdąkaniu na gitarze. I musiałem podjąć decyzję. Postanowiłem, że nie rzucę muzyki. Zbyt ją kocham, żeby to zrobić.

Wiesz, Bóg jest potrzebny. Wierzącemu jest łatwiej, bo ma opokę, która się nie zachwieje. Niewierzącym jest trudniej. Bodajże Pascal powiedział, że nie wie, czy Bóg jest, czy go nie ma. Ale trzeba tak żyć, jakby był.

w03.05.2016 Wroclaw . 3 - Majowka na Pergoli i w Hali Stulecia - koncert Kultu .fot . Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Kazik na scenie (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

*Film dokumentalny "Kult" w reżyserii Olgi Bieniek wchodzi do kin 22 listopada.

Kazik Staszewski. Wokalista, saksofonista, autor tekstów i muzyki, aranżer. Współzałożyciel i członek zespołów: Kult, KNŻ, El Dupa i Zuch Kazik. Od 1984 roku jego żoną jest Anna Staszewska. Mają dwóch synów: Kazimierza i Jana.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku