Dla wielu Święta to okres odpoczynku. Dla lekarzy to często okres wytężonej pracy

Dla wielu Święta to okres odpoczynku. Dla lekarzy to często okres wytężonej pracy (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

"Lekarze każdej specjalności nosili uniform innego koloru. Gdy alarm nas wzywał, wyglądaliśmy jak drużyna Power Rangers"

Gdy siedzimy z rodziną przy suto zastawionym stole, oni opatrują, operują i szyją. Świąteczne dyżury nie należą do najbardziej lubianych momentów w pracy lekarzy. O tym, jak wyglądają - z przymrużeniem oka - opowiada Adam Kay w książce "Świąteczny dyżur".

19 grudnia 2007, środa**

Kolejne pismo od przedstawicieli szpitalnych władz utrzymane w przyjaznym tonie gangsterskich pogróżek wylądowało w mojej przegródce na listy. Dzisiejsze ultimatum, ozdobione świątecznymi gałązkami ze zbioru nieco prymitywnych grafik Clip Art i upstrzone tyloma średnikami, że macie ochotę zasponsorować jego autorom warsztaty z interpunkcji, informuje personel szpitala, że w tym miesiącu nasze błękitne uniformy zostaną zastąpione czerwonymi. Tak jak kubki w Starbucksie. Ale fajnie! Może powinniśmy jeszcze nosić kapelusze z czerwonego aksamitu przepasane białą wstążką zamiast czepków chirurgicznych i elfie ciżemki o wydłużonych noskach zamiast obuwia medycznego? Myślę, że byłoby też nie od rzeczy, gdyby intro do All I Want for Christmas Is You zastąpiło zwyczajny dźwięk pagera.

Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że nowy kolor naszych uniformów, tak jak bożonarodzeniowy prezent w postaci szczeniaczka, nie jest czymś, czego będziemy mogli pozbyć się po świętach - to zmiana na stałe. Nasz szpital upodobni się do programów nadawanych codziennie w porannym paśmie telewizyjnym, w których za bardzo wzięto sobie do serca słowa piosenki Wizzarda I Wish It Could Be Christmas Everyday i w rezultacie obchodzi się Boże Narodzenie przez 365 dni w roku.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Wśród szpitalnego personelu szybko rozchodzi się wieść, że przyczyny kolorystycznej rewolucji mają naturę finansową. Lubię błękitne albo zielone uniformy; to znak rozpoznawczy profesji medycznych. Żaden inny kolor nie kojarzy się z medycyną równie mocno. W St Agatha's Hospital kierownictwo nalegało, żeby lekarze każdej specjalności nosili uniform innego koloru - anestezjolodzy w pomarańczowym wdzianku, ginekolodzy w fioletowym,  położne w szarym i tak dalej. Kiedy alarmowy dzwonek wzywał gdzieś cały zespół, wyglądaliśmy jak drużyna Power Rangers.

W jaki sposób czerwone uniformy mają zmniejszyć dziurę w finansach szpitala?* Czy czerwony barwnik jest tańszy? A może nasz oddział został objęty sponsoringiem przez linie lotnicze Virgin Atlantic? Nie. Chodzi o to, że na czerwonej tkaninie plamy z krwi nie rzucają się tak bardzo w oczy. Kierownictwo ma więc nadzieję, że pacjentki nie zauważą posoki na naszych uniformach.

*Uniformy medyczne nie są tanie - muszą poradzić sobie ze wszystkim, czym możecie zostać obryzgani (wierzcie mi, w szpitalu biologiczny pocisk może zostać wystrzelony z każdej możliwej strony - i to z dużą prędkością). Wykonane są z bawełny bardzo wysokiej jakości o wyjątkowo gęstym splocie; żadna pluskwa się nie prześlizgnie (ani, znając poziom higieny niektórych z moich kolegów, nie wyślizgnie). Jednak droższe od samego kupna uniformów jest ich pranie, prasowanie i wybijanie wirusów Ebola, które zagnieździły się w ich zakamarkach. Na oddziale położniczym zużywa się wyjątkowo dużo uniformów - trudno odebrać poród i się przy tym nie ubrudzić. Położnicy są niczym widzowie siedzący w pierwszym rzędzie na pokazie sztuczek prezentowanych przez tresowaną orkę, tyle tylko, że występująca przed nimi orka zjadła nieświeżego kebaba i cierpi na chroniczną martwicę płetwy. Tymczasem statystyczna pacjentka (nazwijcie ją wybredną, proszę bardzo) woli, żeby lekarz, który zagląda jej między nogi, nie wyglądał, jakby właśnie zszedł z planu zdjęciowego Piły.

21 grudnia 2007, piątek

Odkąd w szpitalu wprowadzono nowy system przywoławczy z funkcją aktywacji głosowej, mój pager zachowuje się dużo ciszej. Z drugiej strony skontaktowanie się z kimkolwiek stało się praktycznie  niemożliwe.

Ponieważ nasz szpital usytuowany jest w bardzo eleganckiej okolicy, twórcy programu do rozpoznawania głosu doszli najwyraźniej do wniosku, że cały personel medyczny koleguje się z arystokracją i dlatego oprogramowanie rozpoznaje wyłącznie słowa wypowiadane z absurdalnie wytwornym akcentem. Na całym oddziale lekarze i pielęgniarki gęgają do swoich zestawów słuchawkowych z coraz bardziej snobistyczną intonacją. Czuję się tak, jakbym oglądał Gosford Park wystawiany przez amatorski teatrzyk.

Kiedy już ten szatański system poinformuje, że rozpoznał wypowiedziane przez was słowo, okazuje się, że jest to mylne rozpoznanie. Dzisiaj łatwiej by mi było połączyć się z radiologiem za pomocą sznurka i dwóch kubków po jogurcie.

"Radiologia". "Audiologia. Połączenie czy anulacja?" "Anulacja". "Administracja. Połączenie czy..."

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

24 grudnia 2007, poniedziałek

Pacjentka H.L. zgłasza się do szpitala z krwawieniem po stosunku. W środku jest mocno pokiereszowana. Jestem przekonany, że nie mówi nam całej prawdy. Być może jej chłopak to ten wielki żółty koleś z Fantastycznej czwórki (ten, który ma ciało ze skały).

Okazuje się, że kiedy skończyły się im prezerwatywy, ona i jej chłopak zajrzeli do świątecznego pudełka ze słodyczami i postanowili wykorzystać opakowanie po batoniku Mars w charakterze barierowego środka antykoncepcyjnego. W końcu Mars krzepi - może pomyśleli, że wzmacnia też seksualną potencję?

Ludzkie pragnienie, aby się pieprzyć, jest wprost nieokiełznane. To dlatego ludzie bzykają się w samolotowej toalecie (to jak seks w trumnie wyposażonej w spłuczkę!) albo używają młynka do pieprzu, kiedy nie mają pod ręką wibratora. Na szczęście dla pacjentki H.L. obyło się bez szycia, a nawet bez "upychania". Radzę jej, aby w przyszłości używała antykoncepcji o mniejszym potencjale abrazyjnym. Zalecam jej także, aby zrobiła sobie przerwę, dopóki pochwa się nie wygoi. Podkreślam, że nie chodzi mi o przerzucenie się na KitKaty.

25 grudnia 2007, wtorek

Na widok szpitalnych korytarzy ozdobionych gałązkami ostrokrzewu chce mi się wyć. To moje czwarte święta z rzędu spędzane w pracy. Przygnębia mnie myśl, że praca w Boże Narodzenie tak szybko stała się dla mnie czymś zupełnie normalnym. Przyzwyczaiłem się - niczym sosna na górskim zboczu, która przyzwyczaja się do podmuchów wiatru pochylających jej pień. Po raz kolejny o godzinie siódmej rano wymieniamy się z H. prezentami i smutnymi spojrzeniami. Pośpiesznie połykam kawałek ciasta z bakaliami, a H. udaje, że nie widzi, jak raz po raz spoglądam na zegarek. 

Kiedy ułożono tegoroczny grudniowy grafik, nawet nie próbowałem protestować. To po prostu praca i ktoś musi ją wykonać. Być może przyczyną mojego zachowania jest charakterystyczny dla lekarzy kompleks bohatera (którego większość moich koleżanek i kolegów po fachu kategorycznie się wypiera). Batman z pagerem - może właśnie tak chcę siebie postrzegać? Poza tym każdy człowiek czuje przyjemny dreszczyk ekscytacji, kiedy zrobi jakiś dobry uczynek - wpłaci datek na organizację charytatywną albo wręczy pochlipującemu berbeciowi zgubionego misia. Takie rzeczy mają swoją wagę, zwłaszcza jeśli nie macie nad sobą Boga osądzającego wasze uczynki. Ale altruizm w pracy to jednocześnie egoizm poza pracą. Nie mam czasu dla H., który nawet przestał mi to wypominać, bo przerobiliśmy każdą możliwą wersję tej rozmowy. Nie mam czasu dla rodziny, która nigdy nie przestanie mi tego wypominać. Nawet po śmierci z pewnością znajdą sposób, żeby zawiadomić mnie o swoich pretensjach za pośrednictwem e-maila wpisanego do harmonogramu zadań wiele miesięcy wcześniej albo tabliczki Ouija.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Moja mama wysłała mi dzisiaj takiego SMS-a: "Może zobaczymy cię w któreś kolejne święta". Oto przykład, jak można skutecznie pognębić drugą osobę poczuciem winy. Wygląda na to, że znalazłem się w nielicznym gronie tych, którzy nie obchodzą świąt Bożego Narodzenia; poza mną należą do niego świadkowie Jehowy i przeznaczone na bożonarodzeniowe stoły indyki.

Kiedy jadę do pracy, prezenter radiowy o aksamitnym głosie pozdrawia wszystkich, którzy pracują w święta. Mam ochotę zatrąbić klaksonem w geście solidarności, ale przypominam sobie, że jestem Brytyjczykiem. Zastanawiam się też, czy z racji świąt parking będzie bezpłatny (oczywiście nie jest).

Wchodzę do szpitala, patrzę na oddziałową tablicę i wzdycham. "Czy ktoś zawiadomił już psychiatrę, żeby odwiedził salę numer osiem?" Megan, jedna z położnych, wzdycha jeszcze głośniej i radzi mi, żebym uważniej wczytał się w informacje o pacjentce.

- 18 lat.

- Nie zgadza się na badanie per vaginam (twierdzi, że jest dziewicą).

- Konieczne skierowanie do psychiatry (twierdzi, że dziecko jest "synem Boga").

- Pacjentka z zagranicznym ubezpieczeniem zdrowotnym (Nazaret)

- Ponadregulaminowa liczba odwiedzających.

- Dziecko płci męskiej urodzone o godzinie 0:00. Stan: stabilny.

Ho, ho, ho. Pyszny dowcip. Jest dziesięć po ósmej rano, ale jestem już zbyt zmęczony na takie wygłupy.

Na oddziale ginekologicznym nie jest tak wesoło jak na położniczym. Pacjentka H.V. miała naprawdę kiepski tydzień: najpierw operacja z powodu skrętu jajnika, potem pooperacyjne zakażenie rany. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby spadła jej temperatura i żeby mogła wrócić do domu na święta. Może jeśli uda się jej uratować kawałek świąt, grudzień nie będzie dla niej wyłącznie pasmem zgryzot. W tym roku byłem chyba bardzo grzecznym chłopcem, bo Święty Mikołaj, tak jak w piosence Santa Claus is Coming to Town, sprawdził dwa razy swoją listę i dał mi to, o co prosiłem. Niestety, chociaż pacjentka H.V. ma się teraz całkiem nieźle, wystąpiły problemy natury logistycznej - kobieta nie może znaleźć nikogo, kto zawiózłby ją do domu, a dział transportu sanitarnego informuje mnie, że na grzbiecie ich osiołka nie ma już miejsca.

Brook, jedna z pielęgniarek ginekologicznych, za sprawą magii świąt zamienia się w Chrisa Reę (na szczęście bez brody i głosu, który brzmi, jakby koleś przepłukiwał gardło cementem) i oferuje pacjentce podwózkę do domu. "I tak mam po drodze" - anonsuje promiennie, ale druga pielęgniarka szepcze mi na ucho, że nie ma to nic wspólnego z prawdą. Moje wykute z lodu serce topnieje na widok tego prostego gestu dobroci.

W pracy mogę wyrobić dwieście procent normy, ale - w przeciwieństwie do Brook - nie posunę się do tego, żeby wyrabiać tysiąc procent normy po pracy. Brook informuje pacjentkę, że kończy zmianę dopiero o czternastej, i pyta ją, czy jest skłonna czekać tak długo. "W porządku" - odpowiada pacjentka. "Ale mam nadzieję, że nie oczekuje pani zwrotu kosztów benzyny". Zuch dziewczyna.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

27 grudnia 2007, czwartek

Jest czwarta w nocy. Opadam na krzesło w lekarskiej stołówce, wydając z siebie dźwięk, jaki wydaje ponton, z którego uchodzi powietrze. Burton, jeden ze stażystów, leży zwinięty w rogalik na sofie stojącej naprzeciwko mojego krzesła. "Jak minęła ci zmiana?" - pytam. Rozprostowuje się lekko i spogląda na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Jego ciało jest wycieńczone, twarz - opuchnięta. Zaczyna mówić, ale wymaga to od niego tyle wysiłku, że potrząsa w końcu głową i zagłębia się z powrotem w swój wyimaginowany kokon. O Boże. Miałem nadzieję, że przez pół godziny będę mógł w spokoju pogapić się w telewizor pustym wzrokiem, tymczasem widzę, że muszę się wcielić w rolę terapeuty i podnieść na duchu straumatyzowanego kolegę.

"Dobrze się czujesz, stary?"

Podnosi głowę, tak jak zrobiłaby to pogrążona w głębokim letargu surykatka.

"Zepsuł się automat z przekąskami". 

28 grudnia 2007, piątek

"Próbka nie nadaje się do analizy" - te słowa to przekleństwo każdego młodego lekarza. Kiedy biorę do ręki wyniki pacjentki, przeszywa mnie dziwny lęk - tak jak wtedy, gdy patrzycie na kogoś rozbierającego się przed wami po raz pierwszy albo gdy w McDonaldzie stoicie w kolejce do kontuaru o 10.28 i modlicie się, żeby zdążyć złożyć zamówienie, zanim menu śniadaniowe zostanie zastąpione obiadowym.

Zawsze chodzi o pilne badania. I zawsze chodzi o pacjentkę z żyłami grubości atomu, którą musieliście ukłuć piętnaście razy, przez co jej ręka wygląda tak, jakby zaspokajała nią seksualnie jeżozwierza. Trzymacie delikatnie cenną probówkę wypełnioną krwią niczym kustosz trzymający w dłoniach obleczonych w białe rękawiczki pierwsze wydanie Starego Testamentu i szepcząc pod nosem modlitwy, wysyłacie ją do laboratorium. Za jakiś czas otrzymujecie informację, że "próbka nie nadaje się do analizy". Nie możecie wtedy pozbyć się wrażenia, że laboranci robią sobie z was jaja - wiecie, że święta fiolka była wypełniona krwią po same brzegi. A nawet jeśli nie była - skoro można kogoś skazać za morderstwo na podstawie materiału DNA pochodzącego z liczącej sobie kilka dekad kropli śliny, to czy laboranci nie mogliby wzbogacić swojego życia o pewien element ryzyka i spróbować określić poziomu czynników krzepnięcia w próbce o objętości 2,9 mililitra zamiast domagać się próbki o objętości 3 mililitrów? Ale jedyne, co możecie zrobić, to ponarzekać sobie i wyżalić się pierwszej napotkanej osobie, a potem wrócić do pacjentki i pobrać krew raz jeszcze. Dla lekarza to kilka minut pracy więcej, a pacjentka musi znieść parę dodatkowych wkłuć. Ostatecznie nikomu nie dzieje się wielka krzywda.

Dzisiaj jednak wadliwa próbka okazuje się przyczyną większych kłopotów. W przychodni leczenia niepłodności przeglądam wyniki badań pary starającej się o dziecko. Laboratorium zawiadamia, że próbka spermy nie nadaje się do analizy. Niestety, inaczej niż w przypadku pobierania krwi, nie mogę w żaden sposób, który nie pozbawiłby mnie prawa do wykonywania zawodu, pomóc mojemu pacjentowi. Facet musi umówić się na kolejną wizytę z działem depozytu nasienia. A ponieważ konieczność powtórnego oddania spermy trudno zaliczyć do kategorii "nagłe przypadki", wizyta odbędzie się dopiero w nowym roku. Potem będzie musiał poczekać miesiąc na kolejną wizytę w przychodni - nie możemy opracować żadnej strategii leczenia, dopóki nie mamy kompletu wyników. Już mam podzielić się z nim tymi wieściami, gdy mój wzrok przesuwa się w dół ekranu.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

"Niewystarczająca ilość materiału. Materiał silnie zanieczyszczony (brud, kurz, drobne włókna). Konieczne  powtórzenie  badania". Czyżby koleś strzepał wacka do worka z odkurzacza? Pacjent wydaje się szczerze zdziwiony, że odkryliśmy jego machinacje. Cicho przyznaje, że nie udało mu się wstrzelić do pojemniczka. Mając zapewne w pamięci babcine przykazanie "nie marnuj, a nie będziesz w potrzebie", postarał się jak najdokładniej  zebrać rozlany materiał biologiczny, umieszczając w pojemniku zgarnięty z podłogi brud i DNA wszystkich osób, które były tam przed nim, odkąd ktoś po raz ostatni przetarł podłogę mopem.

"Strzela jak armata" - mówi jego żona głosem pełnym dumy, jakby chwaliła się, że jej dziecko znakomicie gra na fortepianie.

Nie mogę winić faceta za brak precyzji godnej olimpijskiego łucznika - w naszym szpitalu nie ma, jak się je eufemistycznie nazywa, "pokoi intymnych". Pacjenci muszą szczytować w jednej z kabin męskiej toalety. Przypuszczam, że trudno doprowadzić się na skraj erotycznej ekstazy, gdy wysiłkom tym towarzyszy ścieżka dźwiękowa w postaci postękiwań i pluśnięć dochodzących zza ścianki. Również pracownikom szpitala nie jest łatwo opróżnić jelita, gdy dobrze wiedzą, co wyprawia się w innych kabinach.

Żeby dostać zaliczenie z medycyny rozrodu, musiałem spędzić kilka dni w laboratorium diagnozującym jakość nasienia na analizowaniu i opisywaniu próbek. Skrupulatnie przestrzegałem instrukcji, jakich udzieliła mi laborantka: mierzyłem objętość próbki, przelewałem ją do nowego pojemnika, wkładałem do wirówki, żeby oddzielić plemniki od reszty płynu, po czym wylewałem niepotrzebny płyn do zlewu.

"Co ty wyprawiasz?!" - wrzasnęła nagle laborantka. "Właśnie wylałeś plemniki!" Zrobiłem się biały jak papier do drukarki. Własnymi dłońmi zacząłem zgarniać ze ścianek umywalki resztki nasienia, które nie trafiły do odpływu.

Laborantka wzruszyła ramionami, podeszła do komputera i wystukała  na  klawiaturze  werdykt: "Próbka nie nadaje się do analizy".

Książka Adama Kaya ukazała się nakładem Wydawnictwa Insignis (mat. prasowe)
Książka Adama Kaya ukazała się nakładem Wydawnictwa Insignis (mat. prasowe)

**Fragmenty książki "Świąteczny dyżur" Adama Kaya w tłumaczeniu Katarzyny Dudzik

Adam Kay. Nagradzany artysta komediowy, pisarz, autor scenariuszy telewizyjnych i filmowych oraz - jak zapewne się domyślacie - były lekarz. Mieszka w Londynie. Jego książka Będzie bolało stała się w Wielkiej Brytanii numerem jeden na listach bestsellerów, a prawa do jej przekładu zostały sprzedane już do 17 krajów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (22)
Zaloguj się
  • kzlis

    Oceniono 14 razy 4

    To o laborantach z punktu widzenia pracowników laboratoriów medycznych jest obraźliwe. Pracownik laboratorium medycznego nie jest laborantem. I tak - nie może wykonać analizy z 2,9 ml krwi jeśli wymagane jest 3 ml oraz nie bada nasienia zebranego z podłogi ani ze ścianek zlewu. Podobnie jak nie wylewa do zlewu materiału biologicznego. A do wiadomości lekarzy - pełna probówka krwi nie jest równoznaczna z probówką krwi nadającej się do badania i to nie tylko ze względu na niewłaściwą objętość. My nie komentujemy waszej pracy - wy nie komentujcie naszej.

  • phugoid

    Oceniono 2 razy 2

    te teksty weekendowe staly sie prawie wylacznie reklamami ksiazek i filmow, chyba przestane tu zagladac

  • twstyropian

    Oceniono 6 razy 2

    dr Admas, primo voto Srajan Rajjjgairtan zapomnial wspolniec, ze amerykanskie szpitale to rzeznia, ktora posyla rocznie 400 tys pacjentow do piachu wskutek bledow medycznych i niepotrzebnych operacji a poziom leczenia jest tragiczny. To trzeci swiat.

  • sholay

    Oceniono 1 raz -1

    Zwracam uwagę na podejście zagranico - pacjentom przeszkadzała krew na fartuchach i szpital to zmienił.
    W Polsce pewnie bym za taki wniosek dostał mokrą ścierą od salowej, bo lekarzowi to by się nawet po tę ścierę sięgnąć nie chciało.

  • hummer_my_vehicle

    Oceniono 6 razy -4

    Fake news

  • maxthebrindle

    Oceniono 6 razy -4

    Czytałem i próbowałem sobie to opowiedzieć po angielsku - i bywało śmieszne. Po polsku - kiszka.

  • krk01

    Oceniono 9 razy -5

    żenada

  • hihot.md

    Oceniono 15 razy -7

    Kolejny piszący terypraczetem. Tam to norma i się człowiek nie ekscytuje ale w kraju piszącym konopnicką i masłowską to nowość. Czekam na wysyp nadwiślańskich praczetopisów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX