Olga Boznańska w swoim paryskim atelier, 1930 r.

Olga Boznańska w swoim paryskim atelier, 1930 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)

wywiad gazeta.pl

"Malowała powoli, portrety robiła latami. Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, okocił, schudł [...] musiał pozować, chyba że umarł"

Ona naprawdę żyła po to, żeby malować - mówi o Oldze Boznańskiej Angelika Kuźniak, autorka książki "Boznańska. Non finito". - Chciała, żeby jej obrazy odeszły razem z nią. Dobrze, że tak się nie stało.

Cóż to za niespektakularne życie.

Moje czy Boznańskiej?

Zajmijmy się dzisiaj tą drugą.

Na pierwszy rzut oka jej życie rzeczywiście może się wydawać nużące. Kiedy zaczynałam pracę nad książką, znałam jej obrazy, ale ona sama była dla mnie postacią za mgłą, osnutą pajęczyną melancholii. Ale to tylko część prawdy o Oldze. Za tym wszystkim pulsuje życie. I to jak!

Ta niespektakularność nie jest zarzutem.

Przez ponad 30 lat życia Olga mieszkała i pracowała w jednym miejscu, przy Boulevard Montparnasse 49 w Paryżu. Wychodziła stamtąd na krótko. Na spacer z psem. Coś zjeść. Najchętniej mało i na ostro. W Cremerie Chaude, raczej skromnej, ale przytulnej studenckiej knajpie, zwykle zamawiała zupę. Czasem ucinała sobie drzemkę nad talerzem. I jeszcze zakupy. Na przykład makaron dla myszy, które hodowała.

Olga Boznańska z rodziną przed domem w Krakowie, 1890 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)
Olga Boznańska z rodziną przed domem w Krakowie, 1890 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)

Niedawno słyszałem, jak Olga Tokarczuk radziła młodym ludziom, którzy chcą być pisarzami, żeby się przywiązali do nogi od stołu i pisali, bo wielogodzinna praca w skupieniu wydaje się dzisiaj największym dla nich wyzwaniem.

Doskonale to rozumiem. Sama usłyszałam, że powinnam pisać szybciej. I oczywiście mogłabym, bo wiadomo, że z każdą książką usprawnia się pisarski warsztat. Tylko dlaczego miałabym to robić? Dlaczego szybciej? Dlaczego nie mogę się przyglądać długo każdemu szczegółowi? W końcu szczegół - jak mawiał Philip Roth - to palec olbrzyma. Ze szczegółów składam światy moich bohaterów, więc się na tę szybkość nie zgadzam. Tak samo jak nie zgadzam się na pomijanie w wysyłanych wiadomościach dużych liter i polskich znaków. Mam do słów duży szacunek. Znam ich moc sprawczą. Zresztą już kiedyś ktoś powiedział, że jedyne, co możemy dać drugiemu człowiekowi, to słowo i czas.

Sprzyjał temu niespiesznemu pisaniu niespieszny żywot Boznańskiej?

Sprzyjają temu rozmaite odkrywane detale, które wymuszają zatrzymanie i skupienie. Na przykład słynna "Dziewczynka z chryzantemami", na pierwszy rzut oka szaro-niebieska. Podczas ostatnich badań konserwatorskich okazało się jednak, że do namalowania obrazu Boznańska użyła 11 czystych pigmentów. Dwunastym kolorem jest cynober zielony, który zmieszała na palecie. Sama źrenica zawiera siedem pigmentów, tyle samo użyła do namalowania ust.

Kiedy zaczynam książkę, przy jednym ekranie pracuję, na drugim kątem oka oglądam mecze tenisowe, a na trzecim jakiś serial. I gdy już to wszystko, plus domofon i telefon, zaczyna mi przeszkadzać, to znaczy, że zaczęło się prawdziwe pisanie. Pisanie mozaikowe, składanie opowieści z tysięcy kawałeczków. Czasami piszę godzinami, a czasami przewalam całe dni na pozornym nicnierobieniu. Powtarzam sobie zawsze słowa Kurta Vonneguta: "Pisz tak, aby zadowolić tylko jedną osobę. Jeśli otworzysz okno i będziesz kochał się z całym światem, twoja powieść dostanie zapalenia płuc". Najpierw więc piszę dla siebie, ale z nadzieją, że opowieść spotka czytelnika o podobnej wrażliwości.

Olga Boznańska w swojej pracowni, 1910 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)
Olga Boznańska w swojej pracowni, 1910 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)

Boznańska, zdaje się, nie spędziła żadnego dnia na nicnierobieniu. "Kiedy nie będę mogła malować, powinnam przestać żyć" - powiedziała.

Bo ona naprawdę żyła po to, żeby malować. Być może decydująca była wyprawa do Wiednia, gdzie w 1881 roku w Kunsthistorisches Museum Olga po raz pierwszy staje przed obrazami Diega Velázqueza i decyduje, że "całą duszą będzie żyć malarstwem".

Decyzja o tym, żeby nieustannie malować, wydaje mi się najbardziej radykalną postawą artystyczną, jaką można sobie wyobrazić.

W dodatku to decyzja, która się umacnia wraz z wiekiem, bo początkowo Boznańska jednak bywała w domach polskich w Paryżu, na oficjalnych uroczystościach. W 1916 roku zgodziła się zostać przewodniczącą Towarzystwa Artystów Polskich w Paryżu. Wówczas poeta S. - świadkowie nigdy nie podają całego nazwiska - skomentował złośliwie: "Na rok przyszły zamiast Olgi Boznańskiej wybierzmy raczej samego Pana Boga, bo jest jeszcze większy, a równie jak Boznańska niewidzialny".

Z pracowni wychodziła, jak mówiła Stryjeńska, "wydobywszy z licznych koszy jakieś odświętne ornaty i riusze". W "sukni gipiurowej z trenem pełnym falban i plis". W ręku pompadurka, parasolka, na głowie kapelusz, "czarne gniazdo z dżetów i flaneli podpięte wysoko z tyłu kwiatami, spod którego spływały czarne strusie pióra". Moda spóźniona co najmniej o pół wieku. Szła po naftę. Kamienica, w której mieszkała Olga, miała już prąd, ale ona wolała po dawnemu. Rozstawiała lampy na podłodze. Nie chciała rozdeptać myszy.

I malowała, wciąż malowała.

"Malowała powoli, z przejęciem, a portrety robiła wprost latami. Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, okocił, schudł [...] musiał pozować, chciał czy nie chciał, chyba że umarł" - mawiała Zofia Stryjeńska. "Jedno uderzenie pędzla na dziesięć minut" - dodawał ktoś inny.

To był prawdziwy teatr. W pracowni Olgi prawie zawsze był tłum. Na przestrzeni lat przewijały się przez to miejsce dziesiątki, jeśli nie setki znanych i mniej znanych. Artur Rubinstein, za którym "snuły się zawsze jakieś Amerykanki i biutifule angielskie". Maja Berezowska "z młodym kochasiem, bardzo przystojnym". Bywali malarka Mela Muter i jej przyjaciel, również malarz, Leopold Gottlieb. Zofia Stryjeńska z mężem Karolem, może chwilę po tym, jak z rewolwerem goniła go po paryskich ulicach, podejrzewając o zdradę. Testem Boznańskiej były myszy. Ten, kto przy spotkaniu z nimi za bardzo panikował, od razu zostawał skreślony.

Boznańska w swoim paryskim atelier, ok. 1930 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)
Boznańska w swoim paryskim atelier, ok. 1930 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)

Wielu uważało, że Boznańska umie przenikać ludzkie dusze. Skąd ta umiejętność?

Malowanie zaczynała zawsze od oczu. Od jednego punktu, od samego spojrzenia, "od tego w oczach, co stanowi ich wyraz". "To trzeba przede wszystkim utrwalić, a dopiero potem, od oczu dookoła, dookoła mgławica, chaos, i z tego chaosu powstaje człowiek".

Miała 22 lata, kiedy napisała do ojca: "Niech Tato mi wierzy, że nie bardzo się mylę w moim sądzie o ludziach, wiem i poznaję ich zalety, ale widzę także bardzo dobrze ich ujemne strony. Jest to niekorzystne dla mnie i dla nich".

Przykład? "Portret Paula Nauena" z 1893 roku, dzisiaj można go zobaczyć w Muzeum Narodowym w Krakowie. Wiosną Olga pokazała obraz na wystawie monachijskich secesjonistów. Zrobił się z tego skandal, bo recenzent zamiast o obrazie pisał o portretowanym malarzu. Źle pisał. Na przykład, że jest "kaleką cywilizacji". Nauen wniósł pozew o zniesławienie. Dowodem w sprawie był portret. Wyrok: od teraz zakazuje się w krytykach pisania o modelach. Można recenzować jedynie dzieło.

"Obrazy jej nie podobają się, bo są za dobrze malowane".

To fragment recenzji. Jej druga część brzmi: "nie dozna też ona nigdy powodzenia między szeroką masą zwiedzaczy niedzielnych, bo nie kokietuje żądanym przez nich schematem". I to wyjaśnia wiele.

Jej kariera wydaje się być w dużej mierze zasługą rodziców, którzy od najmłodszych lat wspierali córkę bezwarunkowo we wszystkim.

Boznańscy byli bardzo uważni. Szybko odkryli talenty córek. Iza, siostra Olgi, była uzdolniona muzycznie. Oldze opłacali prywatne lekcje malarstwa, a potem kursy. Izę wysłali na studia do Lipska.

Bardzo ważny w życiu dziewczynek był ojciec. Latami, właściwie do końca życia, pomagał im finansowo. Kiedy matka, Eugenia Boznańska, zmarła na gruźlicę, wysłał im obu list, w którym pisał, że "dopóki tatuś jeszcze żyje, to krzywdy nie doznacie na świecie". Bywał czasem zaborczy. Zresztą w ogóle nie bardzo lubił - jak powiedziała Olga w wywiadzie - "komitywy córek z mężczyznami".

Olga Boznańska druga od lewej z siostrą i przyjaciółmi w Paryżu (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)
Olga Boznańska druga od lewej z siostrą i przyjaciółmi w Paryżu (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)

Skomplikowaną relację miała też Boznańska z rodzinnym Krakowem, który ją odpychał swoją "prowincjonalną, zatęchłą atmosferą". Z drugiej strony chyba trochę za nim tęskniła. Hassliebe?

Kraków, "klaustrofobiczne miasto, którego mieszkańcy pokryci patyną wieków snują się w melancholijnym zaduchu", zabierał jej - jak mówiła - oddech, energię życiową. Jednak pod koniec życia często przywoływała w rozmowach obrazy z Krakowa, wracała do "swojego domku na Wolską", żółtych liści kasztanowców na Plantach, katarynki na rynku, lajkonika, wianków na Wiśle, przekupek krakowskich. Te obrazy pamiętała do końca życia. Ale Kraków to też ludzie, może przede wszystkim ludzie: matka, ojciec, przyjaciele. Pod koniec życia Olga nie przyjeżdżała już do Krakowa, bo po prostu nie było ją na to stać.

Nie była sławna i bogata.

"Świataja Olga" - mówili o niej na Montparnasse. "Jakieś włóczęgi o strasznych twarzach", "różni ludzie wysadzeni z siodła, spod mostów" tabunami ciągnęli do jej pracowni, bo wiedzieli, że Olga, jeśli nie da pieniędzy, to na pewno nakarmi. Drzwi się nie zamykały. Jej adres sprzedawano sobie za franka albo trzy. Ciągle ją ktoś oszukiwał. A przy tym nie pozwalała sobie pomóc, więc trzeba było używać podstępu. Iza, jej siostra, wypłacała pieniądze z banku, następnie podstawiona osoba szła do pracowni Olgi i kupowała za te pieniądze obraz.

Ale potem Iza sama popadła w kłopoty - uzależniona od alkoholu i narkotyków, popełnia samobójstwo.

Widok siostry w trumnie złamał Olgę na resztę życia. Rok przed śmiercią Olgi jej opiekun, Jan Szymański, pisał: "P. Olga Boznańska - to jedna dziś już wielka życia tragedia". Jako jedną z przyczyn podawał śmierć ukochanej siostry.

Relacje Boznańskiej z mężczyznami to z kolei niekończące się niedopowiedzenia. Dlaczego?

To wie tylko ona. Nam pozostaje właściwie jednostronna analiza. Zachowały się listy mężczyzn do Olgi, jej listów właściwie nie ma.

Z lewej Olga z psem w Krakowie w 1930 r., z prawej Boznańska i Maria Kraszewska w atelier Boznańskiej w Paryżu ok. 1900 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)
Z lewej Olga z psem w Krakowie w 1930 r., z prawej Boznańska i Maria Kraszewska w atelier Boznańskiej w Paryżu ok. 1900 r. (fot. Biblioteka Polska w Paryżu)

"Czuła wstręt do kobiet w ciąży", a małżeństwo uważała "za okrucieństwo fizyczne zadawane kobietom"?

Boznańska - jak mówiła przyjaciółkom - nie rozumiała tego, że "można poświęcić jedną egzystencję dla wyprodukowania drugiej". Zwracała uwagę na to, że to kobieta musi się zajmować dzieckiem, więc "jak pracować twórczo, kiedy ma się głowę obolałą od bezsenności?".  

W rubryce "narodowość" wpisywała, że jest Austriaczką. Większość życia mieszkała za granicą. Władała biegle francuskim, niemieckim, angielskim i, naturalnie, polskim. Mówiła, że narodowość nie ma dla niej znaczenia. Internacjonalistka?

Mieszkała w Krakowie, więc miała austriacki paszport. W Niemczech dodawała sobie przed nazwiskiem "von", we Francji - "de". Tęskniła za Polską, ale podczas pierwszej wojny światowej jej przyjaciele walczyli po obu stronach frontu. "Gdyby nam przyszło sądzić ludzkość na podstawie jej szalonych czynów, przerażających i chaotycznych, które popełnia dziś, lepiej byłoby połknąć jak najprędzej pigułkę, która uwolniłaby nas od tego obrzydliwego życia" - pisała w jednym z listów. I dodawała: "Narodowość nie ma dla mnie znaczenia. Są tylko nieszczęśliwi".

W 1937 roku Olga Boznańska otrzymuje Grand Prix na Wystawie Światowej w Paryżu, w 1938 roku - Złoty Medal na Biennale w Wenecji, a w 1940 umiera. Dość spektakularny finał.

Boznańska umarła w samotności, w paryskim  szpitalu. Mówiła, że nie ma zaufania do ludzi i chciała, żeby jej obrazy odeszły razem z nią. Dobrze, że tak się nie stało. Dzięki nim, 79 lat po jej śmierci, rozmawiamy dzisiaj o Oldze Boznańskiej.

Książka Angeliki Kuźniak ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego (mat. prasowe ; Marek Podmokły / AG)
Książka Angeliki Kuźniak ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego (mat. prasowe ; Marek Podmokły / AG)

Książkę "Boznańska. Non finito" możecie kupić w Publio.pl >>>

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue".  

Angelika Kuźniak. Biografistka, reporterka. Autorka opowieści biograficzno-reporterskich: Marlene (2009), Papusza (2013), Stryjeńska. Diabli nadali (2015), współautorka z Eweliną Karpacz-Oboładze Czarnego Anioła. O Ewie Demarczyk (2014). Trzykrotnie uhonorowana nagrodą Grand Press, kilkakrotnie nominowana do Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej. Za wywiad z Hertą Müller otrzymała w 2010 roku Nagrodę im. Barbary Łopieńskiej. "Za reportaże o powinności artysty, o obowiązku, jaki ma się wobec własnego talentu, wobec świata, wobec Tego, kto nam ten talent podarował" otrzymała nagrodę w kategorii Inspiracja Roku w Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów Melchiory 2014. Za książkę Stryjeńska. Diabli nadali nominowana do Nagrody Nike.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (10)
Zaloguj się
  • hunkyyankee

    Oceniono 17 razy 13

    Coś by się stało gdybyście pokazali parę jej znanych obrazów z krótkimi opisami?

  • awonek

    Oceniono 2 razy 2

    Pamiętam "Dziewczynkę z chryzantemami" na znaczku pocztowym kzp.pI/index.php?artykul=kat-zn-1971-zn1963

  • kiki122

    Oceniono 2 razy 2

    Obrazy Boznanskiej czasami mozna kupic na aukcjach francuskich domow aukcyjnych np. Drouot. W pazdzierniku byl Bukiet kwiatow za 80 000 €.

  • 12w12

    Oceniono 1 raz 1

    Wielka Dama i najwieksza polska portrecistka.
    Bylem u Jej Grobu w Montmorency

    Pamiec !

  • qratoja

    Oceniono 1 raz 1

    Książkę świetnie się czyta, podobnie jak inne biografie spod pióra (klawiatury) p. Kuźniak. To portret Boznańskiej na tle epoki. Te wszystkie szczególiki: wypchany ratler, staromodne suknie Boznańskiej, wygląd pracowni itd.powodują , że malarka ukazuje nam się bardzo wyraziście jako człowiek, a nie tylko artystka.

  • sylvek100

    Oceniono 3 razy -3

    "Malowała powoli, z przejęciem, a portrety robiła wprost latami. Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, okocił, schudł [...] musiał pozować, chciał czy nie chciał, chyba że umarł". To nie jest prawda, istnieją jej obrazy namalowane w bardzo krótkim czasie, np przed odjazdem pociągu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX