Pan Jerzy z żoną Halinką

Pan Jerzy z żoną Halinką (Fot: archiwum prywatne)

wywiad Gazeta.pl

"Powiedziałem profesorowi: 'Jakbym zasnął na zawsze na tym stole operacyjnym, to byłaby piękna śmierć"'

Spodziewałem się zobaczyć babcię. Żona ma przecież 72 lata. Ale nie! Ona ma piękną twarz. Skórę gładką jak 20-latka - mówi 78-letni Jerzy Gabryszewski, który stracił wzrok, kiedy miał cztery lata, na skutek wybuchu granatu. Nie uskarżał się na los, ale nigdy też nie przestawał marzyć, że będzie widział. To marzenie spełniło się na dobre, gdy 16 października tego roku przeszedł zabieg wszczepienia keratoprotezy, czyli sztucznej rogówki, w Szpitalu Specjalistycznym nr 5 w Sosnowcu. Od lipca zabieg ten jest refundowany.

Często pan słyszy, że pańska historia to scenariusz na film?

Tak ludzie mówią! A ja powiedziałem jednej pani redaktor, że o swoim życiu mógłbym napisać nie jedną, ale trzy książki.

Pierwsza zaczynałaby się od tragedii, po której stracił pan wzrok?

Jeszcze wcześniej: w 1941 roku, kiedy Niemcy zabrali mojego ojca. Mieszkaliśmy we wsi Radomice koło Lipna w Kujawsko-Pomorskiem. W okresie wojny te tereny należały do Trzeciej Rzeszy, więc ja się urodziłem - mogę powiedzieć - jako Niemiec. Przed wojną tata pracował fizycznie przy budowie szos, a mama w domu dzieci pilnowała. Mieliśmy domek i duży ogród, półtora morga - jak to dawniej mówili. Mama opowiadała, że Polacy, Żydzi i Niemcy żyli wtedy w zgodzie. Ale kiedy wybuchła wojna, miejscowi Niemcy stali się dla Polaków szatanami. Dostali żółte mundury - nazywało się ich "żółtkami" - i zaczęli rządzić. Przyszli i powiedzieli: "Słuchaj, Ignac"...

Ojciec nazywał się Ignacy?

Tak. Powiedzieli: "Podpisz papiery, że idziesz do Wehrmachtu. Ty znasz tu wszystkich ludzi. Będziesz z nami ścigał bandytów". Bandytów, czyli AK-owców. Sąsiadów! Ojciec na to powiedział: "Jak miałbym strzelać do swoich, to wolę zginąć". I tak się stało. Kiedy po niego przyszli, w domu był straszny płacz. Płakała i mama, i siostry. Ale nie było siły: zabrali 32 Polaków, w tym tatę, do przymusowej pracy na front wschodni. Wojnę przeżyło dwóch.

Pan Jerzy stracił wzrok w wieku czterech lat wskutek wybuchu granatu (fot: archiwum prywatne)
Pan Jerzy stracił wzrok w wieku czterech lat wskutek wybuchu granatu (fot: archiwum prywatne)

I nie było wśród nich pańskiego ojca.

Udało mi się zdobyć akt zgonu taty. Niemcy wszystko skrupulatnie opisali. Mój tata zginął od artyleryjskiego pocisku. Ciało było rozczłonkowane. Jego szczątki, razem ze szczątkami jeszcze jednego Polaka, włożono do worka i zakopano.

Pańska mama została sama. Ile miał pan rodzeństwa? 

Było nas sześcioro: Mietek, Stasiu, Janek, ja i dwie siostry - Basia i Weronika.

W którym roku stracił pan wzrok?

W 1946. Miałem cztery i pół roku. Moi bracia, ja i Waldek - chłopiec z wioski - poszliśmy się bawić do rowu, przy szosie. Tam znaleźliśmy granat przeciwpancerny. Wie pani, taka pseudozabawka: świecił się, ładny był. Co takie dzieci mają za rozum? Starszy brat Staszek wziął go do ręki. Hałas był taki, że w całej wsi było słychać. Aż dół wyrwało! Waldek zginął na miejscu. Staszkowi urwało rękę, miał rozpruty brzuch, aż jelita wyszły. A mnie granat wyciął oko, od razu mi wypłynęło. Drugie było bardzo mocno uszkodzone. Miałem rozwaloną czaszkę. Piersi rozcięte, w płucach odłamki.

Takie obrazy potrafią wracać do człowieka przez całe życie.

Ja pamiętam, jak płakaliśmy. Baliśmy się, że mama będzie zła i dostaniemy rózgą po nogach. I pamiętam, że zaraz zbiegli się ludzie ze wsi. Mnie i Staszka wsadzili na wóz konny i zawieźli do Lipna, do szpitala. Leżałem tam kilka tygodni. Okulisty w ogóle tam nie było. Po wojnie, w małym mieście? Chirurg usunął mi jedno oko i to samo chciał zrobić z drugim. Mówił, że tak będzie najlepiej, bo może się wdać zakażenie. Ale na miejscu zjawili się wujek - rodzony brat mamy - i jego żona. Nie zgodzili się na to. Byli wpływowymi ludźmi: wujek to kapitan statku wycieczkowego, a ciocia pracowała jako kucharka w Grand Hotelu w Sopocie. Zabrali mnie ze sobą. Zamieszkałem z nimi. Zabierali mnie do najlepszych fachowców. To dzięki nim zostało mi uratowane jedno oko, a w miejsce usuniętego dopasowano ładną protezkę.

Długo pan mieszkał z wujostwem? 

Trzy lata. Kiedy miałem siedem lat, wróciłem do domu i poszedłem do szkoły.

Uczył się pan w powszechnej szkole? A nie w Laskach na przykład? Tam niewidome dzieci miały możliwość poznania alfabetu Braille'a.

Kochana! Kto na wiosce wiedział o Laskach? Uczyłem się w szkole powszechnej w Radomicach. Miałem naprawdę fenomenalną pamięć. Wystarczyło, że ktoś mi przeczytał stronę z książki, a ja od razu ją pamiętałem. Całą! Matematykę i historię zdałem na samych piątkach! 

Przepraszam, ale muszę dopytać: jak pan się uczył, skoro nie widział, co jest zapisane na tablicy?

W tamtym czasie tym jednym okiem, z bardzo bliska, odrobinę jeszcze widziałem. Kiedy podchodziłem do tablicy, brałem kredę i pisałem wielkie litery.

Jak skończyłem szkołę powszechną, nauczyciele uznali, że jestem tak uzdolniony, że skierowali mnie do technikum rachunkowości do Brześcia Kujawskiego. Z nadzieją, że potem wyjadę do Bydgoszczy, nauczę się alfabetu Braille'a, pójdę na studia. Ale w drugiej klasie technikum tak mi siadł wzrok, że już nawet nie potrafiłem się poruszać po szkole sam. I tak to się skończyło. Na dziewięciu klasach. Zrobiłem tak zwaną małą maturę. 

Proszę mi opowiedzieć, jak było z widzeniem w tym zachowanym oku. Większość osób wyobraża sobie, że niewidomy ma po prostu czarno przed oczami. A to nie zawsze tak jest, prawda?

Ja widziałem światło. Jak przez brudną wodę, ale jednak.

Widział pan na przykład, z której strony jest okno w pokoju? 

Tak. Czy jest dzień, czy noc. Czy się światło świeci w mieszkaniu, czy nie. Miałem poczucie światła, jak to lekarze określali. Z początku było też tak, że jak jakiś przedmiot przyłożyłem bardzo blisko do oka, to cokolwiek byłem w stanie zobaczyć. O! Na przykład mlecz na łące. Ale potem już całkiem przestałem widzieć, nawet z bardzo bliska. Nic. 

Poruszał się pan z białą laską?

Zawsze. 

Ocenianie, która niepełnosprawność jest najdotkliwsza dla człowieka, jest nietaktowne i bezsensowne. Ślepota wydaje się jednak wielu ludziom czymś najbardziej przerażającym.

I ja bym się przyłączył do osób, które tak uważają. To jest wielka tragedia. Ale ja nigdy nie narzekałem! Pięćdziesiąt lat pracowałem społecznie w Polskim Związku Niewidomych. Mam Złoty Krzyż Zasługi i wiele innych odznaczeń. I zawsze mówiłem innym niewidomym: "Nie narzekajcie! Nie bądźcie roszczeniowi". 

Pan nie narzekał? 

Ja się nigdy w życiu nie skarżyłem na los! Mama nas tak ukształtowała. Powtarzała: "Musicie być dzielni i odważni, jak ojciec". Opowiadała nam o jednej rodzinie: był ojciec i czterech synów. Ktoś doniósł Niemcom, że bez zezwolenia zabili świnię. Zabrali ich wszystkich do piwnic w budynku gminy, gdzie się Niemcy urządzili. Służącą była tam Polka. Opowiadała, że Niemcy się upili, a potem wymyślili, że wyjmą jednemu z Polaków serce na żywca. I tak zrobili. Położyli je potem na stole, a ono wciąż się poruszało. Ta Polka zemdlała, jak to zobaczyła, a ci ją skatowali za to, że tak się tym przejęła. A pozostałych Polaków zabrali do lasu, kazali kopać doły i strzelali w tył głowy.

Rozumiem, że opowiada mi pan o tym, żebym zrozumiała, że po koszmarze wojny życie samo w sobie było wartością najwyższą? Pan był niewidomy, ale jednak żył.

Tak! Ja się nigdy nie czułem nieszczęśliwy! Ale oczywiście chwilami bywało mi smutno. Jak miałem kilkanaście lat, wiedziałem przecież, że koledzy i koleżanki idą sobie grać w piłkę, a dla mnie to było nieosiągalne. Po miejscach, które znałem, potrafiłem się poruszać. Ale tylko tyle.

Brat, który w tamtym wypadku stracił prawą rękę, nauczył się pięknie pisać lewą i pokończył szkoły. Ja nie mogłem tego osiągnąć. Technikum musiałem przerwać. Nie było pieniędzy, żeby pojechać do miasta i nauczyć się alfabetu Braille'a, iść na studia. Byłem cywilną ofiarą wojny. Od lat staram się w Niemczech o odszkodowanie. Ale oni odpisują, że Bierut zrzekł się odszkodowań po tym, jak w 1953 roku Niemcy dali Polakom pieniądze dla ofiar takich jak ja. Tamten rząd przeznaczył je pewnie na inne cele, bo niczego nie dostałem.

W pana domu nie było pieniędzy, żeby pojechać do miasta, gdzie osoby niewidome mogły się kształcić?

Znam niewidomych, którzy zostali matematykami, prawnikami, ale ja mieszkałem w wiosce, gdzie nawet nie było światła, tylko lampa naftowa, a w domu często nie starczało na chleb. Po śmierci wujka, który nam pomagał, było bardzo ciężko. Mama i siostry chodziły pracować do rolników, zbierały ziemniaki, buraki. Mama dostawała potem żyto, które było śrutowane. Dziś to jest pokarm dla świń, a kiedyś tak się jadło. W domu były kury, kaczki i dwie kozy, więc i mleko kozie piliśmy. Dziś wiemy, że to zdrowe, a wtedy po prostu nie było wyboru.

A były okresy, że do jedzenia były tylko ziemniaki. To się je kroiło w plasterki, dawało na płytę kuchenną i podpiekało. Moim dzieciom czy wnukom trudno to zrozumieć. Jak i to, że do lekarza szło się pieszo sześć kilometrów. Od wiosny aż do pierwszych przymrozków chodziło się na boso. Bo kiedy mama sprzedała kury i kupiła sandały, to się je nosiło pod pachą, wkładało tylko do kościoła, a zaraz po wyjściu zdejmowało. Żeby się nie zniszczyły. Taka prawda! Do szkoły mama szyła nam torby z koców. Nie było żadnych tornistrów. Dziś moje prawnuki mają wszystko, a wtedy - stalówka czy zeszyt? Szanowało się to wszystko bardzo. Bo za co mama miałaby kupić nowe?

Wychował się pan na wsi, ale całe dorosłe życie spędził w Szczecinie. Jak pan się tam znalazł? 

Brat zawiózł mnie tam do Polskiego Związku Niewidomych. W 1963 roku zostałem przyjęty do związku, a rok później pan prezes Edmund Sobczak zaproponował mi zdobycie zawodu dziewiarza. Zacząłem pracę w spółdzielni inwalidów. Brat za 300 złotych opłacił mi stancję przy rodzinie: z dziećmi gospodarzy spaliśmy w jednym pokoju, gospodarze w drugim. Uczyłem się, pracowałem. I tak zaczęło się życie w Szczecinie. 

Został pan dziewiarzem?

Tak. We wzorowej spółdzielni! Produkowaliśmy eleganckie suknie i swetry, rajstopy dziecięce i getry dla sportowców. Większość szła na eksport: do Kuwejtu, Stanów Zjednoczonych, Francji. My, niepełnosprawni, szyliśmy najpierw ręcznie, a potem dostaliśmy maszyny. Pracowaliśmy nawet i w nocy. Dobrze zarabialiśmy.

Z jaką dumą pan mówi o tej pracy!

Byłem z niej dumny! 

Pan Jerzy z żoną Halinką (fot: archiwum prywatne)
Pan Jerzy z żoną Halinką (fot: archiwum prywatne)

A potem założył pan rodzinę. Jak pan poznał żonę?

Na soboty i niedziele jeździłem do brata, do Barlinka, gdzie wtedy mieszkała też moja mama. Wie pani, na cały tydzień przywoziłem od nich tzw. wałówkę w słoikach (śmiech). Któregoś razu mama mi powiedziała: "Jest tu bardzo fajna dziewczyna. Dobry człowiek". Halinka - bo to o niej mama mówiła - też miała bardzo trudne życie. Jako 12-latka straciła mamę, która zmarła na guza mózgu, i tak została opiekunką pięciorga swojego rodzeństwa. Wspaniała kobieta. Nadzwyczajna.

Poszliśmy razem na zabawę do PGR-owskiej świetlicy. Tamtego wieczoru czekałem na nią na ganku, przed domem. Przyszła po mnie i zaprowadziła na tańce. I tak to się zaczęło. 

Umiał pan tańczyć?

Oczywiście. Przecież do sióstr przychodziły koleżanki, koledzy i tańczyło się w domu. I fokstrota, i inne tańce!

I zakochał się pan w Halince na tamtej potańcówce?

Ja Halinkę bardzo polubiłem, a zakochanie przyszło - powiem szczerze - po jakimś czasie. Powiedziałem jej: "Ze mną, w mieście, zdobędziesz zawód, będziesz miała pracę i będziesz wielką pomocą dla mnie, a ja dla ciebie". W tamtym czasie miałem już swój pokój. W jednym mieszkaniu było co prawda sześć rodzin, ale tamten pokój miałem tylko dla siebie. Był ładny, duży. Halinka się zgodziła. Przyjechała do mnie. 

Od razu? Po pierwszym spotkaniu?

Nie! (śmiech) Przyjeżdżałem do niej kilka razy! 

To niedelikatne pytanie, ale czy żona nie wahała się? Nie bała się poślubić niewidomego?

Nie. Bo wiedziała, że ja sobie daję radę w życiu. No i my też od razu sobie przypadliśmy do gustu. Byłem szczupły i ładny, jak mówili. Protezka też była ładnie dopasowana.

W filmach to jest przedstawiane tak, że osoby niewidome dotykają twarzy, by "zobaczyć" tę drugą osobę. Tak pan robił? Dotykał pan twarzy żony, żeby się przekonać, czy jest piękna?

Twarzy, i nie tylko twarzy! Mówiłem: "Muszę cię obrajlować, żeby wiedzieć, jak wyglądasz!" (śmiech). Gdy się pobieraliśmy Halinka miała 19 lat, a ja 25. Różnica wieku dokładnie taka, jak między moją mamą i ojcem. 

Pan Jerzy ma trzech synów, doczekał się już 12 wnuków (fot: archiwum prywatne)
Pan Jerzy ma trzech synów, doczekał się już 12 wnuków (fot: archiwum prywatne)

Przeznaczenie?

Chyba tak. Spotkałem w życiu swoje szczęście. Jak bywało ciężko, to zawsze siadaliśmy sobie z kawką i mówiliśmy: "Tyle oboje przeszliśmy, ale teraz żyjemy sobie spokojnie".

Są małżeństwa z miłości i z rozsądku. Ja powiedziałem przyszłej wtedy żonie: "My się pobierzemy z rozsądku, a miłość się wywiąże z czasem". I tak się stało. Pięknie żeśmy się pokochali i żyliśmy, jak Bóg przykazał i jak mama mi zaszczepiła od najmłodszych lat: "Tata będzie z was dumny, jeśli będziecie porządnymi ludźmi"...

Pan płacze?

Ależ skąd! Proszę pani! O mnie w szpitalach zawsze mówią "saper". Wie pani - że czterolatek granat rozbrajał (śmiech). A saper musi być twardy!

No więc żył pan tak, że tata byłby dumny.

Wzięliśmy ślub kościelny i cywilny, a rok po ślubie urodził się pierwszy syn. Chłopcy przychodzili na świat co dwa lata. Mamy trzech wspaniałych synów, którzy mają wspaniałe żony. Doczekaliśmy się 12 wnuków i sześciorga prawnucząt. Jesteśmy małżeństwem od 53 lat. Trzy lata temu dostaliśmy medal od prezydenta Szczecina Piotra Krzystka.

I miłość trwa do dziś?

Ona się, proszę pani, ciągle wzmacnia!

Pan nie mógł zobaczyć żadnego ze swoich synów, gdy przychodzili na świat.

Nie. Ale nigdy nie przestawałem o tym marzyć. Zawsze powtarzam, że w życiu nie można się skarżyć, ale też zawsze trzeba mieć nadzieję, że będzie lepiej. Na przykład - choć nie widziałem, przeczytałem 200, może 300 książek. Z Warszawy z biblioteki dla niewidomych przy ul. Konwiktorskiej przysyłali mi książki do słuchania. Uwielbiałem Kraszewskiego, Prusa, Sienkiewicza. I przeczytałem też wszystko, co się dało, o okulistyce i przeszczepach. Poddałem się trzem operacjom przeszczepu rogówki: w Warszawie u prof. Zofii Trzcińskiej, później na Śląsku u prof. Ariadny Gierek i znowu w Warszawie - u prof. Jerzego Szaflika.

Dlaczego potrzebne były aż trzy operacje?

Ponieważ za każdym razem po jakimś czasie przeszczepiona tkanka mętniała i znów traciłem wzrok. Takie zezowane szczęście.

W którym roku operowano pana po raz pierwszy?

W 1979.

Miał pan 38 lat. Od 13 lat był żonaty, najstarszy z trzech synów był już nastolatkiem. I właśnie wtedy pojawiła się szansa, że będzie pan mógł ich wszystkich zobaczyć! Prawdziwa rewolucja. Wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji można być euforycznie nastawionym, ale też przerażonym!

Ja dziękowałem Bogu, że to już! Powiedziałem: "Pani profesor, kładę się na stół operacyjny z radością i nadzieją". Po operacji przyjechałem do domu w towarzystwie pielęgniarki. Po drodze wstąpiliśmy do kwiaciarni po bukiet dla żony. Bandaże zdjąłem dopiero w domu.

Mam ciarki...

Pierwszy raz w życiu zobaczyłem żonę! Piękna dziewczyna! Piękny świat! Jaki piękny dom! I jaki jasny. Ta jasność mnie uderzyła. Zapytałem żony, czy specjalnie z tej okazji zrobiła remont w domu, bo tak było jasno. Widziałem, dokąd idę, w którym miejscu na stole stoi kubek i co jest na talerzu. To  było szczęście. 

Jak długo trwało?

Około roku. 

I po każdej kolejnej operacji znowu tracił pan wzrok?

Tak.

To musiało być koszmarne.

Byłem załamany. Ale żona, mój skarb, ona mnie podtrzymywała na duchu. Mówiła: "Nie martw się, medycyna idzie do przodu, może jeszcze będziesz widział".

Tamte trzy operacje były z tkanki ludzkiej. Teraz w Sosnowcu wszczepiono mi keratoprotezę. Do oka wprowadzono sztuczne urządzenie, wyprodukowane w Bostonie. Jeździliśmy z synem na Śląsk do profesora Edwarda Wylęgały i on mi mówił: "Panie Jerzy, ja robiłem takie operacje w Stanach, ale w Polsce to nie jest refundowane". Operacja kosztowała kilkadziesiąt tysięcy, nie było mnie na nią stać. Więc zacząłem działać! Pisałem do ministra Konstantego Radziwiłła. Minister mi odpisał, że na razie tego nie ma w koszyku świadczeń. 

Pan Jerzy z wnuczkami (fot: archiwum prywatne)
Pan Jerzy z wnuczkami (fot: archiwum prywatne)

Czyli pan sobie sam wywalczył tę refundację?!

Sam! Wojowałem trzy lata. Wysyłałem pisma, wydzwaniałem. Minister Łukasz Szumowski w tym roku obiecał, że refundacja będzie. I pewnego dnia zadzwoniono do mnie z kliniki od docenta Dariusza Dobrowolskiego i doktor powiedział: "Panie Jerzy, jest duża szansa, że będzie pan widział". Przed operacją przyszedł też do mnie profesor Wylęgała. Powiedziałem mu: "Panie profesorze, jak ja się cieszę! Jakbym zasnął na zawsze na tym stole operacyjnym, to się tego nie boję, bo to by była piękna śmierć". Kiedy wróciłem do Szczecina, czekał na mnie pełen dom, i wnuczki, i prawnuczki. Była i radość, i płacz. Wszystko było.

Prawnuczki są piękne?

Ojej! Proszę pani! I to jakie piękne! Ale najpiękniejsza jest moja żona. Mój anioł. Jej do niczego nie można porównać. Wie pani, ja nie widziałem żony przez ostatnich kilkanaście lat. I teraz, kiedy wróciłem z Sosnowca, spodziewałem się zobaczyć babcię. Żona ma przecież 72 lata. Ale nie! Ma piękną twarz! Skórę ma gładką jak 20-latka. Dużo młodsze panie mają skórę pomarszczoną jak śliwka, a moja Halinka taka jest piękna! Kiedy wróciłem po operacji do domu, byłem najszczęśliwszym człowiekiem. Podziękowałem ministrowi Szumowskiemu za refundację i zaapelowałem, żeby dosypał kasy naszym okulistom, bo to są specjaliści światowej klasy.

Wszystko może pan teraz zobaczyć dokładnie?

Widzę w kilkudziesięciu procentach. Ale jak mogę zobaczyć i kubek, i łyżkę, i to, co na talerzu, wie pani, jakie to szczęście? I widzieć, że się wchodzi do własnej klatki? Po tylu latach, kiedy trzymałem się ściany i tylko odliczałem, które to moje drzwi?! Teraz to jest szczęście po prostu!

A czy jest coś szczególnego, co chciałby pan zobaczyć na świecie? Może wieżę Eiffla?

Nie, zupełnie nie. Ja mam jedno, nierealne marzenie: pojechać tam, gdzie jest zakopany tata. Wziąć ziemię, przywieźć tu, do Szczecina, i stworzyć symboliczny grób. Ale teraz to raczej nierealne. Gdybym był bogatszy i młodszy, wtedy dopiąłbym swego.

A na co pan teraz najbardziej lubi patrzeć?

Wszystko, na co patrzę, to mi się podoba: i ława, na której siedzę, mi się podoba, i kubek, z którego piję kawę podczas tej rozmowy naszej. Wszystko mnie cieszy! A jak prawnuczki do mnie biegną, tulą się i pytają: "Dziadziu! Widzisz?", i ja odpowiadam: "Tak, widzę" - to jest to, o czym marzyłem całe życie. 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska Europa Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki.

Komentarze (40)
Zaloguj się
  • joasia.skora

    Oceniono 75 razy 75

    Sto razy bardziej wolę takie wywiady, niż zwierzenia Lewej, czy wypowiedzi Wieniawy (i setek innych pustych celebrytek). Czytałam i zachwycałam się, że tak można, pogodnie przez życie. Pomimo. Dziękuję za ten wywiad.

  • madziczek3

    Oceniono 42 razy 42

    Wspanialy czlowiek! Wszystkiego co najlepsze!

  • namegoeshere

    Oceniono 34 razy 34

    Piękna historia.

  • markowam

    Oceniono 29 razy 29

    piekna historia w sumie.Gratuluje rodziny

  • deejay444

    Oceniono 24 razy 24

    Jaki piękny optymizm bije od tego pana! Coś niesamowitego...

  • hegemon123

    Oceniono 30 razy 22

    Ciężka praca i nauka... dzisiejszej roszczeniowej gimbazie, przyklejonej do ajfona, w pale się to nie mieści.

  • jagabaga92

    Oceniono 21 razy 21

    Super rozmowa:-). Można z niej brać garściami, a i tak dla nikogo nie zabraknie:-))) I...mój kubek, z którego popijałam kawę podczas czytania, nagle zrobił się ładny:-))). Dziękuję i całej Pana Rodzinie życzę wszystkiego, co najlepsze:-)))

  • maxence_rochefort

    Oceniono 18 razy 18

    Bardzo dobra rozmowa. Dziękujemy.

  • ppo

    Oceniono 18 razy 18

    "Baliśmy się, że mama będzie zła i dostaniemy rózgą po nogach."
    To było wychowanie!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX