Beata Podlasek z córkami

Beata Podlasek z córkami (fot. Gazeta.pl)

Beata sama prowadzi rodzinny dom dziecka. "To są dzieci naszego społeczeństwa. Trzeba je znaleźć i przyjąć do domów" #ZWYKLINIEZWYKLI

- Nie trzeba być nikim nadzwyczajnym, by być mamą. Można być kimś zwykłym, jak ja. Gdy trafiła do mnie 2,5-letnia Aga z zespołem Downa, nie umiałam jej zmienić pieluchy. Ale to była miłość od pierwszego wejrzenia - mówi Beata Podlasek, która w Gdyni samodzielnie prowadzi rodzinny dom dziecka, jest mamą pięciu córek, w tym dwóch z niepełnosprawnością.

Beata ma pięć córek. Najmłodsza jest Aga - ma osiem lat i zespół Downa. Najmniejsza jest Nikola - choć ma dziewięć lat, wygląda co najwyżej na sześć. Gdy Nikola się urodziła, miała we krwi ponad cztery promile alkoholu. Nie je normalnie, porusza się niepewnie, prawie nie mówi. Ma FAS, czyli alkoholowy zespół płodowy. Żaden z jego objawów nie jest uleczalny, ale w przypadku Nikoli i tak można mówić o cudzie - potęga miłości Beaty sprawiła, że porzucona po urodzeniu Nikola została przywrócona światu. Jest wrażliwą, radosną dziewczynką. Nie wróci do placówki, spędzi życie z Beatą. Ma dom.

Nikola z FAS, Aga z zespołem Downa oraz zdrowe Andżelika i Weronika to tzw. dzieci nieadopcyjne. Ich sytuacja prawna jest nieuregulowana. - Ich rodzice nie utracili praw rodzicielskich, dziewczynki mają z nimi kontakt, gdy chcą - wyjaśnia Beata. Jest jeszcze Ania, dziś 18-latka. Cztery lata temu - gdy tylko stało się to możliwe - adoptowana przez Beatę.

Od Ani wszystko się zaczęło. Mogę mieć własne dzieci, ale gdy bardzo chciałam dziecka, los postawił na mojej drodze Anię. I uznałam, że to jest moja córka. Tak, to była moja świadoma decyzja. I myślę, że całe życie podświadomie szłam do tego miejsca, w którym teraz jestem

- zaskakuje mnie Beata.

I dodaje, że chociaż formalna nazwa tego, co tworzą, to "rodzinny dom dziecka", w praktyce nie są instytucją, tylko zwykłą, kochającą się rodziną.

Rodzinę zastępczą, a potem rodzinny dom dziecka, zakładali stopniowo z mężem. Dziś Beata wychowuje dzieci samodzielnie, jej małżeństwo w międzyczasie się rozpadło. - Tak bywa. Ale rola mamy się nie kończy, a prawo na szczęście dopuszcza prowadzenie rodzinnego domu dziecka przez osoby samotne, samodzielne. Napisz o tym, bo może to kogoś ośmieli - prosi Beata.

Beata nie ukrywa, że gdy do jej domu trafiły Aga i Nikola, nie słyszała gratulacji, co najwyżej: "Współczuję".

- Mówi się: "Byle było zdrowe". Urodzenie się dziecka zawsze wiąże się z oczekiwaniami, dziecko ma zadanie do spełnienia. Chore pewnie go nie spełni, ale to nie znaczy, że nie można szczęśliwie żyć. Nie stawiam zadań ani moim dzieciom, ani sobie. Za to czuję się bardzo odpowiedzialna w tym, że zostały mi powierzone. Ufam, że jest w Polsce wystarczająca liczba ludzi gotowych do tego, żeby żadne niepełnosprawne dziecko nie musiało być w placówce. Według mnie to są nasze dzieci i nasz, jako społeczeństwa, obowiązek, by je znaleźć i zabrać do domów.

Dzieci z niepełnosprawnością są tolerowane społecznie, o ile nie wchodzą w niczyją przestrzeń. Budzą dyskomfort. Nie ma na to mojej zgody. Uważam, że moim dzieciom należy się to samo, co wszystkim obywatelom.

Na pytanie, kim trzeba być, by podołać prowadzeniu domu dziecka, zwłaszcza w pojedynkę, odpowiada: - Nikim nadzwyczajnym. Miałam mizerne kompetencje, 2,5-letniej Adze nie umiałam zmienić pieluchy. A jednak się udało. Co pokazuje, że trzeba to czuć, ale można być kimś zwykłym, jak ja.

Życie Beaty Podlasek i jej córek można śledzić na fejsbukowym profilu "Uśmiechnij się, jesteś w domu" >>

***

Znasz kogoś, kto też jest Zwykłym Niezwykłym? Powiedz nam o nim! Pisz na adres: zwykliniezwykli@agora.pl. Wybranych bohaterów odwiedzimy z kamerą.