Ludzi ze wsi często nie stać na dojazd do psychiatry

Ludzi ze wsi często nie stać na dojazd do psychiatry (fot: Tomasz Pietrzyk/ Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Psychiatra: Mieszkańcy wsi często muszą prosić sąsiada, żeby ich zawiózł do psychiatry

Mieszkańcy wsi rzadko docierają do psychiatry, bo czasami nie stać ich nawet na dojazd. Gdy już trafiają do poradni w Legionowie, to często w późnym stadium choroby, z silnymi objawami psychotycznymi. Na miejscu są tylko dwie osoby, które mogą im pomóc, pracujące na zmianę. Na kolejną wizytę chorzy mogą zapisać się za trzy miesiące.

Kim się pani opiekuje?

Irmina Sadowska, psychiatra z rejonowej Poradni Zdrowia Psychicznego w Legionowie: Mam pacjentów z Legionowa, ale i ze wszystkich okolicznych mniejszych miejscowości i wsi. To jedyna poradnia w pobliżu. Przyjeżdżają ludzie ze Skubianki, Nieporętu, Serocka, Michałowa-Reginowa czy Nowego Dworu Mazowieckiego.

Czymś różni się ten pacjent "legionowski" od tego ze wsi?

Legionowo jest "sypialnią", mieszka tu wiele rodzin wojskowych - mąż pracuje na miejscu, a żona dojeżdża do pracy do Warszawy pociągiem. Ci pacjenci cierpią przede wszystkim na zaburzenia lękowe, depresyjne, mniej jest przypadków ciężkich chorób psychicznych, typu schizofrenia czy choroba afektywna dwubiegunowa. Poważniej chorzy pacjenci z Legionowa trafiają do oddziałów całodobowych w Warszawie.

Różnica między mieszkańcami Legionowa a okolicznych wsi polega przede wszystkim na tym, że tych drugich często nie stać na bilet. Wielu utrzymuje się z kilkusetzłotowej renty. Dojazd do Warszawy, nawet te kilkanaście kilometrów, to dla nich duży koszt. Nierzadko muszą prosić sąsiada, żeby zawiózł ich przynajmniej do Legionowa.

Poważniej chorzy z Legionowa trafiają do oddziałów całodobowych w Warszawie (fot: Rafał Michałowski/ Agencja Gazeta)
Poważniej chorzy z Legionowa trafiają do oddziałów całodobowych w Warszawie (fot: Rafał Michałowski/ Agencja Gazeta)

W jakim stanie do pani docierają?

W różnym. Często, niestety, w późnym stadium choroby, z silnymi objawami psychotycznymi, z trwającą miesiącami, a nawet latami depresją, nieleczoną schizofrenią. Często przywozi ich rodzina, bo na przykład zaczynają być agresywni, sprawiają duże kłopoty w domu, zaczynają się dziwnie zachowywać. Albo trafiają do mnie przez ośrodek pomocy społecznej.

I pani jest im w stanie pomóc?

Czasem tak, choć wielu pacjentów kwalifikuje się na oddział dzienny, którego w Legionowie nie ma, najbliższy jest na warszawskim Bródnie. Na taki oddział pacjent przychodzi rano i wychodzi ok. 14. Jest pod kontrolą lekarza, dostaje leki. Personel pilnuje, żeby je zażył. Jedyne, co mogę zrobić w poradni w Legionowie, to wypisać receptę i liczyć na to, że pacjent wykupi lek i będzie go brał, a gdy mu się skończy, pójdzie do lekarza rodzinnego, by odnowić receptę - wypisuję lekarzom rodzinnym zaświadczenia o zażywanych przez pacjenta lekach, żeby ten mógł kontynuować terapię bez przymusu zapisywania się do mnie na wizytę.

Pani prezes poradni w Legionowie od wielu lat występuje do NFZ o utworzenie tam oddziału dziennego. NFZ nie odmawia, ale też nie ogłasza konkursu. Mamy związane ręce. Psychiatrii środowiskowej też nie ma [opieka środowiskowa pozwala na zapewnienie pacjentom opieki psychiatrycznej tam, gdzie na co dzień funkcjonują, w ich środowisku rodzinnym, zawodowym - przyp. red.], co z jednej strony powoduje, że ludzie nie otrzymują pomocy w miejscu zamieszkania, a z drugiej generuje koszty, bo często pacjenci trafiają od razu do szpitala, gdzie leczenie jest o wiele bardziej kosztowne.

Pamięta pani przypadek, kiedy nie udało się komuś pomóc?

Ostatnio przyszedł do mnie syn ponad 60-letniej pacjentki leczonej z powodu schizofrenii. Kilka lat temu skierowaliśmy ją do szpitala bez jej zgody, została stamtąd wypisana z zaleceniem przyjmowania leków w postaci długodziałającej iniekcji, ale po pewnym czasie przestała się na nie zgłaszać. Jej stan zaczął się pogarszać - stała się agresywna wobec członków rodziny. Syn nie wiedział, co ma dalej robić.

Gdyby w okolicy funkcjonowała opieka środowiskowa, nie byłoby takiej sytuacji. Pacjentka nie musiałaby się sama zgłaszać na zastrzyk, w tym celu przyjeżdżałaby do niej pielęgniarka, która widzi w systemie, komu należy podać lek, a kto przerwał leczenie.

Co mu pani poradziła?

Według Ustawy o Ochronie Zdrowia Psychicznego pacjent może zostać przyjęty do szpitala wbrew swojej woli w sytuacji zagrożenia życia jego lub osób z jego otoczenia. W nagłym wypadku należy wezwać pogotowie. W sytuacji zaostrzenia choroby, trwającej długo, gdy chory nie zachowuje się agresywnie, rodzina może napisać wniosek do sądu rodzinnego o leczenie w tzw. trybie wnioskowym - i to właśnie mu poradziłam. Wtedy sąd po opinii biegłego psychiatry nakazuje leczenie szpitalne. Niestety, procedura trwa zazwyczaj bardzo długo, nawet do sześciu miesięcy.

Zdarza się, że pacjenci przychodzą na wizytę tylko raz i już nie wracają?

Ludzie często wypadają z leczenia. Niektórzy wracają po kilku miesiącach, inni nawet po latach. Część pacjentów pojawia się tylko raz, bo mieli kryzys. Pamiętam mężczyznę, którego przyprowadziła do mnie żona. Najpierw przyszła sama, prosząc o pomoc dla niego. Intuicyjnie wyczułam, że to coś poważnego. Okazało się, że mężczyzna od miesięcy ma objawy depresji. Dzień wcześniej wypił dużą ilość alkoholu, pozbierał różne tabletki, które były w domu. Ostatecznie na szczęście ich nie połknął.

Z czego wynikała jego depresja?

Miał trudną sytuację rodzinną. W domu zawsze był alkohol, kiedy do mnie trafił, urodziło mu się trzecie dziecko. Pracował na dwa etaty, był przemęczony. Jednocześnie miał poczucie, że wciąż zarabia za mało. Sytuacja ekonomiczna bardzo przyczyniała się do tego, w jakim był stanie.

Co się z nim stało?

Wziął receptę i ślad po nim zaginął.

Według danych Polacy piją coraz więcej. Rocznie statystyczny Polak wypija 11 litrów czystego spirytusu na głowę. Jeszcze w 2005 roku było to 9,5 litra. Czy ten alkohol w widoczny sposób przekłada się na zdrowie psychiczne?

Poziom alkoholizmu wśród mieszkańców wsi jest bardzo wysoki. I to się pewnie nie zmieni, bo mamy taką kulturę picia, a nie inną, alkohol jest wszędzie dostępny. Na wsiach w wolnym czasie ludzie piją. Alkoholem zapijają problemy. Zwłaszcza mężczyźni. Mężczyzna pijący, samotny, z niskim wykształceniem, z terenów wiejskich, należy do grupy najbardziej narażonej na ryzyko popełnienia samobójstwa.

Według danych Polacy piją coraz więcej. Rocznie statystyczny Polak wypija 11 litrów czystego spirytusu na głowę (fot: Grzegorz Skowronek/ Agencja Gazeta)
Według danych Polacy piją coraz więcej. Rocznie statystyczny Polak wypija 11 litrów czystego spirytusu na głowę (fot: Grzegorz Skowronek/ Agencja Gazeta)

Dużo ma pani takich pacjentów?

Zdarzają się, ale rzadko. Pamiętam pana, który trafił do mnie z objawami ciężkiej depresji. Skierowałam go od razu do szpitala. Niestety, po wyjściu podjął skuteczną próbę samobójczą. Nie udało się go uratować. Zresztą czas bezpośrednio po wypisie ze szpitala to okres zwiększonego ryzyka samobójstwa. W jego przypadku również znaczenie miała sytuacja ekonomiczna rodziny.

Mężczyźni z małych ośrodków miejskich i wiejskich wstydzą się przyznać, że coś jest nie tak, większość to introwertycy, nie mówią rodzinie, co przeżywają. Na wsiach te tradycyjne normy społeczne wciąż są silne, nie ma akceptacji dla męskiej słabości. Wielu nie rozumie też, co się z nimi dzieje. Depresja u mężczyzn objawia się często nie smutkiem i apatią, ale drażliwością, ucieczką w alkohol. W ten sposób "leczą się" sami.

Zdarza się, że ktoś w końcu przyjdzie na wizytę, ale na przykład pijany. Wtedy nie mogę go przyjąć - nie da się ocenić stanu psychicznego u osoby pod wpływem alkoholu. Ostatnio przyszedł taki pan. Bardzo nalegał, żebym odbyła z nim wizytę. Wyczułam od niego alkohol, więc odmówiłam. Powiedział, że jeśli go nie przyjmę, to położy się przed drzwiami gabinetu. Jak powiedział, tak zrobił.

I co się stało?

Powiedziałam mu, że jeśli wciąż tam będzie odpoczywał, kiedy skończę wizytę, zadzwonię po straż miejską. Gdy po kilkunastu minutach otworzyłam drzwi do gabinetu, już go nie było.

Przyszedł później na trzeźwo?

Nie.

A kobiety z problemem alkoholowym?

Też rzadko przychodzą. Kobiety potrafią lepiej ukrywać swój alkoholizm od mężczyzn, najczęściej piją w ukryciu. Często nie mają też prawa jazdy, więc nie można ich złapać na jeździe po pijanemu. Rzadziej pracują, więc ponoszą mniejsze straty z tytułu picia. Nie zawsze udaje im się znaleźć motywację do leczenia.

Ostatnio była u mnie kobieta, której odebrano prawa rodzicielskie do trójki nieletnich dzieci. Dwójka starszych stworzyła dla nich rodzinę zastępczą. Był wrzesień, dzieci straciła w czerwcu. W ciągu trzech miesięcy tylko raz poszła na wizytę do terapeuty uzależnień. Nie zrobiła więc praktycznie nic, żeby swoje dzieci odzyskać. Jeśli starsze rodzeństwo nie będzie w stanie zaopiekować się młodszą trójką, dzieci trafią do domu dziecka.

Dużo jest pracy w poradni?

Dużo, a odkąd odeszła lekarka psychiatra, jeszcze więcej. Zostałam sama, z kolegą. Na kolejną wizytę można się do mnie zapisać dopiero na grudzień.

Dlaczego odeszła?

Duże obciążenie pracą, niskie wynagrodzenie. Woli przyjmować prywatnie. Przepaść między zarobkami w psychiatrii prywatnej a z NFZ jest ogromna.

I nie ma nikogo na jej miejsce?

Nikt nie jest zainteresowany. Po jej odejściu wrzuciłam na różne grupy lekarskie na Facebooku informację, że poradnia w Legionowie szuka psychiatry. Nikt się nie odezwał. Warunki są trudne, jest mnóstwo papierologii. Młodsi koledzy częściej myślą nie pasją, ale tym, żeby mieć stabilną pracę, dobrze zarabiać. Wielu może się też bać kontaktu z pacjentami z rejonowych poradni zdrowia psychicznego. Bo taki pacjent bywa brudny, brzydko pachnie. Zdarzają się też trudne sytuacje, z którymi musimy sobie radzić sami, nie ma kogo poprosić o pomoc.

Na przykład?

Pacjenci bywają agresywni. W większości gabinetów w Polsce jest takie ustawienie mebli, że lekarz siedzi pod oknem, a pacjent tyłem do drzwi, więc specjalista nie ma jak uciec w razie zagrożenia. Na szczęście w ciągu wielu lat pracy tylko raz zostałam zaatakowana przez pacjenta.

Co się stało?

Przyszła do mnie matka z synem chorym na schizofrenię. Zachowywał się wobec niej agresywnie. Chciałam wezwać karetkę. Gdy wzięłam telefon do ręki, rzucił się na mnie. Siedziałam w fotelu na kółkach, więc pojechałam do tyłu. Podrapał mnie w rękę. Zaczęłam krzyczeć. Matka otworzyła drzwi na korytarz, gdzie siedzieli inni pacjenci. Chłopak wybiegł z gabinetu i uciekł.

Ostatecznie trafił do szpitala. Po wyjściu z niego chciał się nadal u mnie leczyć, odmówiłam, skierowałam go do innego lekarza. Uznałam, że postawienie granicy będzie wychowawcze. To były konsekwencje czynu zabronionego, w tym przypadku napaści fizycznej.

Pacjenci bywają pobudzeni, ale wiem, jak z nimi rozmawiać, żeby nie doprowadzać do eskalacji emocji. Rzadko też atakują lekarzy - wobec nas czują większy respekt, mamy szersze uprawnienia niż pielęgniarki czy sanitariusze w kwestii chociażby podjęcia decyzji o hospitalizacji. Nawet osoby bardzo chore są w stanie to zrozumieć. W poradni od jakiegoś czasu jest też przycisk alarmowy, w każdej chwili można wezwać pomoc.

Dlaczego pani chce się tam wciąż pracować?

W gabinecie prywatnym przeważają pacjenci z problemami osobowościowymi, zaburzeniami lękowymi, depresją, wypaleniem zawodowym. W Legionowie trafiają do mnie osoby z całym przekrojem chorób. Odczuwam dużą satysfakcję, kiedy komuś pomogę, poprawia się jego stan zdrowia, nie trafia kolejny raz do szpitala.

Mam pod opieką młodego chłopaka, prawie 30-letniego. W przeszłości zażywał narkotyki, po nich pojawiły się objawy psychotyczne. W końcu rozpoznano u niego schizofrenię paranoidalną. Ma za sobą kilka hospitalizacji w oddziałach całodobowych, jednak zawsze był wypisywany z zaleceniem przyjmowania leków doustnych, które odstawiał. Udało mi się namówić go na leki w postaci iniekcji, po których jest ogromna poprawa. Znalazł pracę, lepiej dogaduje się z matką, z którą mieszka. Czasami pojawia się zaostrzenie choroby, które zazwyczaj jest wpisane w przebieg schizofrenii, ale udaje się to załagodzić ambulatoryjnie, nie musi być hospitalizowany. Zastrzyki ma podawane domięśniowo raz w miesiącu.

Nie ma dnia, żeby do psychiatry w Legionowie nie przyszedł ktoś 'pod drzwi' (fot: Łukasz Cynalewski/ Agencja Gazeta)
Nie ma dnia, żeby do psychiatry w Legionowie nie przyszedł ktoś 'pod drzwi' (fot: Łukasz Cynalewski/ Agencja Gazeta)

Są też sytuacje, które mnie rozczulają. Ostatnio 80-letnia pacjentka powiedziała, że jestem dla niej jak matka. To starsza, schorowana kobieta, której syn jest uzależniony od alkoholu. Dla niej wiele znaczy, że może przyjść do gabinetu, zostać wysłuchana, otrzymać leki, po których lepiej się czuje.

Skoro na następną wizytę można umawiać się dopiero na grudzień, domyślam się, że jest wielu pacjentów, którzy próbują wcisnąć się dodatkowo.

Nie ma dnia, żeby nie było takiej sytuacji. Ludzie po prostu przychodzą "pod drzwi".

I co pani robi?

To zależy, czego potrzebują. Jeśli chodzi o przedłużenie recepty, korzystam z pomocy lekarzy rodzinnych i tam odsyłam pacjentów. Jeśli ich stan się pogorszył - przyjmuję ich. NFZ kilka lat temu wprowadził limity punktów na wizyty, czyli wyliczył, ilu pacjentów mogę przyjąć w danym czasie pracy. Nie uwzględnił w tym wyliczeniu sytuacji nagłych, np. pacjenta w pogorszeniu, z myślami samobójczymi. Jeśli przekroczę ten limit, NFZ mi za to nie zapłaci.

Nawet dzisiaj przyjęłam pacjentkę z zaburzeniami lękowymi. Już czuła się lepiej, ale jej syn trafił do szpitala ze złamaniem barku. Ona tam zemdlała. Musiałam ją przyjąć i zmienić leczenie.

Mam też pacjentów, których przyjmuję dodatkowo na przykład co trzy, cztery tygodnie, bo pojawiły się u nich objawy uboczne leków zastosowanych w szpitalu. Dobranie odpowiedniego leczenia jest często wyzwaniem, ale muszę to robić, w przeciwnym wypadku pacjenci nie będą mogli normalnie funkcjonować. Nie mogą czekać trzy miesiące na kolejną wizytę.

W Legionowie brak opieki środowiskowej (fot: Agencja Gazeta)
W Legionowie brak opieki środowiskowej (fot: Agencja Gazeta)

Co jeszcze jest problemem?

Nie ma w Legionowie ani najbliższej okolicy psychiatrii dziecięcej, więc rodzice często czekają, aż dziecko skończy 18 lat, i dopiero wtedy przychodzą do naszej poradni. Albo jeżdżą z dziećmi do Warszawy, co jest często kosztowną wyprawą, stanowi dla nich dodatkowe obciążenie. Zajmuję się wieloma matkami, których dzieci są pod opieką psychiatry i psychologa w Warszawie, a one same przychodzą do mnie. Córki jednej z nich cierpią na depresję, okaleczają się. Jak jedna czuje się trochę lepiej, to drugiej się pogarsza. Jeżdżą na wizytę do psychologa raz w miesiącu, czyli bardzo rzadko. Ich mama ma ogromne poczucie winy, że czegoś nie dopatrzyła, że może za mało się stara.

Czy coś się zmieniło w ciągu tych kilku lat, odkąd pracuje pani w legionowskiej poradni?

Poza tym, że wydłużyły się kolejki? Na pewno zwiększyła się świadomość ludzi na temat chorób psychicznych. Mam też wrażenie, że wstyd związany z chodzeniem do psychiatry, choć wciąż jest duży, powoli się zmniejsza. W małej miejscowości czy na wsiach ludzie nie są anonimowi.

Zdarza się, że ktoś spotka w gabinecie swojego sąsiada?

Oczywiście. Ale widzę, że jeśli już ktoś przełamie strach i do mnie trafi, to często nie żałuje. Po pierwsze - widzi, że wizyta u mnie niczym nie różni się od wizyty u innego lekarza, może z wyjątkiem tego, że zadaję trochę inne pytania, ale również na poziomie medycznym, a po drugie -dostrzega z czasem, że leczenie przynosi rezultaty. Mam pacjentów, którzy bardzo długo się zbierali, żeby do mnie przyjść, bo się bali. Gdy zobaczyli przed gabinetem samych młodych ludzi, to odczuli ulgę. Zdali sobie sprawę, że nie są sami, że można poczuć się źle na różnych etapach życia.

Irmina Sadowska (fot: Archiwum prywatne)
Irmina Sadowska (fot: Archiwum prywatne)

Irmina Sadowska. Psychiatra. W 2001 ukończyła Akademię Medyczną w Białymstoku. Specjalizacje robiła w IV Klinice Instytutu Psychiatrii i Neurologii. W 2010 r. uzyskała tytuł specjalisty w zakresie psychiatrii. Zawodowo jest związana ze Szpitalem Bielańskim. Od 2011 r pracuj w Poradni Zdrowia Psychicznego w Legionowie.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (53)
Zaloguj się
  • e50504

    Oceniono 26 razy 24

    Zawsze dziwią mnie ludzie ujadający na lekarzy, szczególnie takich jak Pani z artykułu. Owszem, zarabiają ponadprzeciętnie dużo, tyle że i tak śrubki w porównaniu z Zachodem, 80% z nich stać by pracować na drugim końcu Europy przez 4 dni a potem wracać do polski na przedłużony weekend, a jednak tego nie robią.

    Bycie lekarzem jest jednak formą powołania bo mnie nie wiem jakie pieniądze mogłyby mnie przekonać do takiej odpowiedzialności i takiego stresu każdego dnia, nie mówiąc już o tym że CODZIENNIE musisz dotykać, wąchać i słuchać ludu pracującego i to ostatnie jest chyba najgorsze.

    Gratulacje dla Pani, za iskrę.

  • gaudia

    Oceniono 21 razy 21

    Szacunek wielki dla pani doktor!

  • sebpiotr

    Oceniono 14 razy 14

    Pani Doktor, wielki SZACUN dla Pani! :) Wiekszosc lekarzy (nie tylko mlodych, jak Pani sadzi:)) w swoich wyborach dot. zycia zawodowego kieruje sie pobudkami typu stabilizacja (albo ekspansja:)) materialna. I trudno jest miec do nich o to pretensje, ale w efekcie blyszczy Pani na ich tle jak piekny, szlachetny kamien - Pani po prostu “potrzebuje” pomgac potrzebujacym:) Sam lecze sie na depresje (prywatnie wprawdzie, bo - szczesliwie - mam taka mozliwosc) I wiem doskonale, co znaczy potrzebowac pomocy i ja otrzymac. Dlatego w imieniu wszystkich tych, ktorym Pani pomogla I ktorym jeszcze Pani pomoze, chcialbym powiedziec wielkie: DZIEKUJEMY!:)
    PS
    Do redakcji: Pani Doktor powiedziala tyle pieknych I waznych rzeczy, a wy jako przynete wybieracie watek “sensacyjny”… Rozumiem, ze media rzadza sie swoimi prawami, ale chyba wypadaloby jednak, zebyscie takie tanie chwyty zostawiali brukowcom - nie sadzicie…?:)

  • partia_niewidzialnych

    Oceniono 26 razy 10

    Niestety, suweren to ludzie ograniczeni umysłowo, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie tego, co się stanie, jeżeli zabraknie dobrze opłacanego nauczyciela, który pomoże ich dziecku wyrwać się ze wsi dzięki solidnemu wykształceniu, albo dobrze opłacanego lekarza, który będzie im niezbędny, kiedy i ich dopadnie choroba. Dobić inteligencję, bo mają za dobrze i nie chce im się robić? Tego chcieliście? No to macie. Może bez skrzypków i inspektorów ochrony zabytków jakoś przeżyjecie, zawsze wam się jakoś udawało. Ale bez lekarzy i nauczycieli zdechniecie w gó...e.

  • pi.mi

    Oceniono 10 razy 8

    Nie mają na bilet..?
    A nie mogą przyjechać samolotem jak Szydło co tydzień do domu albo Kuchciński na nieletnie Ukrainki...?
    Nie wstali jeszcze z kolan- ci pacjenci..?

  • alejagwiazd

    Oceniono 11 razy 7

    Ależ maja na bilet ale wola te pieniazki wrzucic do skarbonki w kosciele zeny sobie niebo kupić

  • gr39

    Oceniono 10 razy 6

    To właśnie oni głosują na PiS !

  • bardzozimnylk

    Oceniono 10 razy 6

    Coś tu nie pasuje... Większość mieszkańców wsi ma takie benefity o ktorych mieszczuch moze tylko pomarzyc. Skoro im tak zle i ciężko to dlaczego głosują na Pis ? Znam sporo mieszkancow wsi ktorzy udają biednych , są na krusie lub emeryturze krusowskiej, a w rzeczywistosci pracują jako taksówkarze, budowlańcy czy dekarze. No i oczywiscie hektary ziemi wydzierżawione dla rodzinki.
    Wiec nic dziwnego ze na bilet autobusowy do lekarza ich nie stać

  • jarkes03

    Oceniono 14 razy 6

    podziwiam i szanuję ja pracuję w trybie 1/2 etetu oczywiście prywatnie i mam 10 dni roboczych w miesiącu wolnego
    w dni które pracuje bywa że od 8 do 18 i po prostu nie chce mi sie więcej gdyby wszyscy Koledzy tak pracowali to już dawno zarabialiby godnie, przez takich oddanych Judymów ciężko coś zmienić. Kiedyś jeszcze jeździłem na 24 godziny dyzuru przerwa 12 i 24 dyzuru do Angli i za 2 doby dyzuru zarabiałem ile Koledzy w Polsce za to samo za 15
    Jeszcze raz wielki szacunek za oddanie...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX