Wojciech Pasieczny

Wojciech Pasieczny (fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Lekarz pogotowia stwierdził zgon. Wtedy Pasieczny krzyknął do strażaków: ''Wycinajcie, on żyje''

Przyjechała karetka, zabrała chłopaka do szpitala. I żyje do dziś. Długo miałem potem z tym Hubertem kontakt, rehabilitacja przyniosła efekty. Co gorsza, lekarz nie poniósł żadnych konsekwencji - opowiada mł. inspektor Wojciech Pasieczny, który przez wiele lat jeździł do wypadków drogowych w Warszawie.

Jak panu na tej emeryturze?

Wie pani, że na nic nie mam czasu! Gdy odchodziłem ze służby, koledzy policjanci podarowali mi ciepłe kapcie i bujany fotel. Żebym mógł się w nim wygodnie usadowić i odpoczywać. Ale nie mam kiedy.

Jak się pracowało, życie miało swój porządek. Trzeba było wcześnie wstać, iść na służbę, a po niej, zwykle późno, położyć się spać. Teraz sporządzam więcej opinii, zajmujemy się z żoną wnukami, staramy się przynajmniej raz w roku wyjechać gdzieś w świat. Poza tym żegluję. I czas ucieka nie wiadomo kiedy, i gdzie.

Przez lata pracowałem naprawdę intensywnie, często ponad osiem godzin. Myślę więc sobie, że gdybym tak siadł w tym fotelu, to pompka odmówiłaby mi posłuszeństwa. Nie wytrzymałaby tego zwolnionego rytmu.

Nie powie mi pan chyba, że ani trochę pan nie zwolnił?

Trochę musiałem, ze względu na zdrowie. Mam trzy sztuczne dyski w szyi, a w marcu czeka mnie kolejna operacja kręgosłupa. A po niej pół roku rekonwalescencji. Co nie znaczy, że nie planuję kolejnych podróży. Chcemy z żoną popłynąć do Paryża. Jakiś czas temu kupiliśmy 38-letni kuter holenderski, wyremontowaliśmy go i zwiedziliśmy nim Niemcy, Holandię, a także dwie trzecie Belgii. Łódka nazywa się Nasza Szajba, co doskonale oddaje nasze podejście do podróży.

A podejście do wykroczeń? Z dnia na dzień przestał pan mieć mentalność policjanta?

Przez pierwsze miesiące ręka sama często sięgała mi do prawej kieszeni.

Po broń?

Po legitymację. Żeby zareagować na jedno czy drugie wykroczenie drogowe. Przeszło mi dopiero wtedy, gdy żona za którymś razem powiedziała: "Przestań. Ty już nie jesteś policjantem".

Parę razy - już na emeryturze - jednak interweniowałem. Na przykład w tramwaju, gdy młody człowiek kopnął starszą kobietę w nerkę. Założyłem mu dźwignię, wysadziłem z tramwaju i wezwałem policję. Innym razem zatrzymałem mężczyznę, który kopnął w drzwi cudzego samochodu.

Cóż, widzę, że nadal w głębi serca jest pan policjantem.

Trzeba reagować. Wiem, że czasem ludzie się boją, że nie chcą potem do sądu chodzić. Ale przecież każdy może kiedyś potrzebować pomocy. Powiadomienie 112 nie wymaga wielkiej odwagi. A może kogoś uratować.

Ktoś mnie spytał, czy się nie boję. Zdziwiłem się. A czego mam się bać? Coś tam jeszcze z policji pamiętam, poza tym zadziałał efekt zaskoczenia.

20.05.2019 Rdzawka kolo Nowego Targu . W wyniku zderzenia autobusu z samochodem dostawczymi i dwoma autami osobowymi zginal jeden z kierowcow . Wiele osob zostalo rannych .Fot. Marek Podmokly / Agencja Gazeta
W zderzeniu autobusu z samochodem dostawczymi i dwoma autami osobowymi zginął jeden z kierowców (fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta)

I nic pan sobie nie robi ze zdania żony?

Żona sama ostatnio reagowała na przystanku, kiedy zobaczyła, że człowiekowi dzieje się krzywda. To naturalna obywatelska postawa.

A czy naturalną koleją rzeczy pańscy synowie nie chcieli do policji?

Młodszy się przez moment zastanawiał. Raz przyszedł do mnie do pracy, gdy byliśmy w trakcie przygotowań do ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II. Zobaczył, jaki jest młyn. "Tata, to tak zawsze?" "Zawsze" - odparłem.  I ochota mu przeszła.

Starszego syna, gdy był już pełnoletni, zabierałem do wypadków. Dzwonili po mnie w nocy, a on pytał: "Tata, mogę z tobą jechać?". Ale policjantem też nie został.

To się pan pewnie ucieszył?

Gdybym się urodził jeszcze raz, tobym znowu został policjantem. W drogówce. Ale jak patrzę, co się dziś dzieje na drogach, to syna rozumiem.  

Przerażają mnie agresja, pijani kierowcy. Kiedyś na ul. Patriotów nietrzeźwy kierowca zabił dziewczynę i uciekł. Ona udzielała się społecznie, za darmo uczyła dzieci angielskiego. On z kolei dzień wcześniej był na imprezie i jeszcze "pod wpływem" jechał do pracy.

Młodzież zorganizowała potem marsz milczenia. Jedna z dziewczyn mówi: "Już nigdy nie wsiądę po piwie za kierownicę".  Widzi  pani, ona wcześniej nie myślała w ten sposób. Trzeba edukować młodych.

Co jeszcze?

Uważam, że powinno być więcej fotoradarów, w dodatku bez ostrzeżeń. Do dziś obserwuję, jak przed radarem kierowcy zwalniają nawet do 40 km/h. A za pomiarem - gaz do dechy. Jakby się spodziewali radaru w każdym krzaku, toby jeździli wolniej, bezpieczniej. Bo nie da się jechać szybko i bezpiecznie.

I znów opowiem pani o wypadku, do którego mnie wezwali. Dziewczyna z chłopakiem przechodzili przez ulicę Puławską. Dwa auta się zatrzymały, ale trzecie nawet nie zwolniło. Dziewczyna odciągnęła ukochanego chłopaka, a sama zginęła. Była w zaawansowanej ciąży.

Dla tej dziewczyny dopiero co zaczynała się wspaniała przyszłość. Wychowała się w domu dziecka, chciała założyć szczęśliwą rodzinę. Do dziś mam przed oczami jej chłopaka i jego ojca. Dwa potężne chłopy, a płakali jak bobry.

06.09.2019 Warszawa , plac Narutowicza . Wypadek , w ktorym samochod osobowy wjezdzajac pod tramwaj spowodowal jego wykolejenie sie i zderzenie z tramwajem nadjezdzajacym z naprzeciwka . Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta
Wypadek na placu Narutowicza w Warszawie (fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta)

Przerażająca historia.

Widzi pani, ludzie nie uświadamiają sobie, że każde 10 km/h więcej na liczniku ma ogromne znaczenie. Podam pani przykład: jedno auto jedzie 50 km/h, a drugie 60 km/h. Kierowcy podejmują decyzję o hamowaniu w tym samym miejscu drogi. Jaką prędkość ma szybsze z aut, gdy to drugie już się zatrzyma? 43 km/h. A wydawałoby się, że oba jechały z bardzo podobną prędkością, prawda?

Dziennikarze często mnie pytali, czy Polak jest dobrym kierowcą.

I co pan odpowiadał?

Że bardzo dobrym. Ale w Niemczech czy Szwajcarii, bo tam jeździ zgodnie z przepisami. Bo się boi mandatu. Mniejsza z tym, że wysokiego. Ważna jest nieuchronność kary. Na Zachodzie radary robią zdjęcia przy przekroczeniu prędkości nawet o 3-5 km/h.

Od jakichś kilku lat obserwuję też na polskich drogach wzrost agresji. Nie wiem, z czego ona wynika. Fakt, z roku na rok samochodów przybywa, ale to nie one są agresywne, tylko ludzie. A ci są sfrustrowani.

To samo mówił mi Wojciech Korchut, psycholog transportu.

Do tego dochodzą rozmowy przez komórki w trakcie jazdy. Taka rozmowa, nieważne czy przez zestaw głośnomówiący, czy przez słuchawki, wydłuża czas reakcji kierowcy do czterech sekund. Przez ten czas przy prędkości 90 km/h samochód przejeżdża sto metrów, a kierowca nie wie, co się dzieje na tym odcinku. 

Pamiętam, jak podczas pierwszego Europejskiego Szczytu Gospodarczego w 2004 roku kierowca, prowadząc auto, równocześnie pracował na laptopie. Nie zauważył czerwonego światła i wymusił pierwszeństwo na autobusie, który po zderzeniu wjechał na teren ambasady szwajcarskiej, czyli formalnie innego państwa. Na szczęście ambasador okazał się wyrozumiałym człowiekiem, a pasażerom autobusu nic się nie stało.

Albo inny przykład: czerwony lanos jechał mostem Poniatowskiego, ślimakiem pod górę. A ze ślimaka zjeżdżał dostawczak. W lanosie zadzwoniła komórka, kierowca po nią sięgnął. I zamiast w prawo pojechał prosto, zderzając się z samochodem dostawczym. Kierujący samochodem dostawczym doznał poważnych obrażeń.

Pamięta pan większość wypadków, przy których zabezpieczał pan ślady?

Tak się jakoś składa. Wie pani, kiedy miałem dyżur po południu, w Warszawie albo w okolicy zawsze były co najmniej dwie ofiary śmiertelne. Pamiętam jeden z moich pierwszych dyżurów Sekcji Dochodzeń, akurat zamieniłem się z kolegą. W wypadku zginęły dwie osoby.

06.09.2019 Warszawa , plac Narutowicza . Wypadek , w ktorym samochod osobowy wjezdzajac pod tramwaj spowodowal jego wykolejenie sie i zderzenie z tramwajem nadjezdzajacym z naprzeciwka . Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta
Wypadek na placu Narutowicza w Warszawie (fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta)

Kilka lat później zostałem kierownikiem sekcji pogotowia wypadkowego. I na moim pierwszym dyżurze najpierw kobieta wpadła pod tramwaj i zginęła, a potem doszło do koszmarnego zdarzenia na Wale Miedzeszyńskim. Ciężarówka z zepsutym układem hamulcowym przejechała po siedmioletniej dziewczynce. Na oczach matki, rodzeństwa i dziadków dosłownie wprasowała dziecko w asfalt.

Kierowca stara, nie dość, że nie miał hamulców, to jeszcze tylną klapę blokował siekierami, bo zamknięcia nie działały. Wyobraża pani sobie, że ktoś jedzie takim autem?

Widzę, że do dziś jest pan tym poruszony.

Mój syn miał wtedy tyle samo lat, co ta dziewczynka, która zginęła. Nie mogłem się uwolnić od myśli, że to mogło być moje dziecko.

W ogóle wypadki, w których cierpiały dzieci, zawsze były dla mnie najbardziej wstrząsające. Zdarzało się, że ktoś powiadamiał rodzinę, choć policjanci nie skończyli jeszcze zabezpieczać śladów. Bliscy zjawiali się więc niemal od razu i zastawali przerażający widok. Biegli do ciała dziecka i nie chcieli nam go oddać. A my musieliśmy zabrać je do zakładu medycyny sądowej, na sekcję. A poza tym, po co rodzicom widok dzieciaka, który rozdziera serce? W zakładzie medycyny, po sekcji, ciała się umyte, zszywane. I wyglądają już zupełnie inaczej. Dopiero wtedy bliscy powinni je oglądać.

Poruszył pan ważną kwestię, o której opowiadał mi też Janusz Popiel, prezes Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych ALTER EGO. Lista osób, które cierpią w wyniku wypadków, nie kończy się na ich ofiarach.

Opowiem pani o wypadku na Radzymińskiej. Chłopak jechał motocyklem, bez prawa jazdy. Wymusił pierwszeństwo na czerwonym świetle i zderzył się z autem. Zginął na miejscu. Zostawił troje dzieci i żonę, którzy będą sobie musieli radzić bez niego.

Z kolei w innym wypadku mężczyzna z bmw mocno przekroczył prędkość. Zabił dziadków, którym sąd dopiero co przyznał opiekę nad wnukiem, bo jego rodzice nie żyli. Dzieciak trafił do domu dziecka.

Liczył pan kiedyś, w ilu tragicznych sytuacjach brał pan udział?

Zdarzało się, że przez rok jeździłem do 50-70 wypadków śmiertelnych. Gdy próbowałem policzyć, ile ofiar widziałem w ciągu całej swojej służby, nie potrafiłem. Ostrożnie powiem, że około 600, może nawet 700.

Dzwonili do mnie nawet wtedy, gdy nie miałem dyżuru. Poza tym zawsze chciałem sprawdzić, czy na miejscu wypadku aby na pewno dobrze zabezpieczono wszystkie ślady.

14.06.2019 Warszawa , ul Goledzinowska . Symulowany wypadek kolejowy i akcja ratownicza .Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta
Warszawa. Symulowany wypadek kolejowy i akcja ratownicza (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Nie popadł pan przypadkiem w pewien rodzaj uzależnienia?

Przyznam, że trochę tak.

Ile razy był pan u policyjnego psychologa?

Ani razu. Nigdy nie miałem takiej potrzeby. 

Nie przeszkadzają panu te drastyczne wspomnienia?

Nie i nigdy mi się nie śniły. Może dlatego, że nauczyłem się odreagować stresy z pracy na żaglach. Tam jest wiatr, cisza, spokój. To mi pomagało.

Na pewno jednak liczba śmierci, które widziałem, zmieniła moje podejście do życia. Ostatnio na komisji lekarskiej padło pytanie: "Co pan robi?". "Cieszę się życiem" - odparłem. Każdym dniem. Bo wiem, jakie życie jest ulotne.

Pamiętam wypadek, w którym zginął młody mężczyzna. Wzięli z żoną kredyt na budowę domu, zaczynali wspólne życie. Dwa auta się zderzyły i jedno z nich, wytrącone z toru jazdy, uderzyło w niego. Potworne. Jak to powiedzieć jego bliskim?

No właśnie, jak pan to robił? Przez lata jeździł pan do rodzin ofiar wypadków z tą koszmarną wiadomością.

Często robiłem to, bo miałem dyżur, a czasem prosił  mnie któryś z kolegów, bo sam nie wiedział, jak to zrobić. Nigdy nie odmawiałem.

Reakcje ludzi, którzy tracą bliskiego, są nieprzewidywalne. Czasem są wobec policjantów agresywni, bo muszą szybko odreagować. Pamiętam, jak matka jakoś wytrzymała moment, gdy dowiedziała się o stracie dziecka, a ojciec zemdlał. Choć wydawało się, że mężczyzna powinien być twardszy.

Albo: na miejsce wypadku na Alejach Jerozolimskich przyjechała żona ofiary. Wpadła w histerię i zaczęła biegać po skrzyżowaniu. Więc rzuciłem się za nią, żeby nie doszło do tragedii. Pamiętam też, jak pojechałem zawiadomić wdowę o śmierci jej męża. Małe dziecko na kolanach, a ona zaczyna się trząść. Mówiła: "Boże, co ty nam zrobiłeś? Jak ja teraz będę żyła?".

Miał pan stałe formułki przygotowane na tę trudną okoliczność?

To zawsze zależało od sytuacji, każda była inna. Zazwyczaj jechałem do rodziny, zapraszano mnie do przedpokoju. Na początku zawsze musiałem potwierdzić tożsamości rodziny. Potem mówiłem spokojnym tonem, że bliski uczestniczył w wypadku drogowym. A potem czekałem, co będzie dalej, jak się zachować.

Musiałem być równocześnie odporny i wrażliwy. Czasem trzeba było usiąść z rodziną zmarłego, pozwolić im się wypłakać, a nierzadko także przytulić. Taka rozmowa nigdy nie może się odbywać na ulicy, w biegu. Nigdy nie przekazywałem też informacji o śmierci przez telefon.

Zawsze osobiście?

To ważne ze względów bezpieczeństwa. Pamięta pani ten niedawny wypadek na Bemowie, w którym zginęła 49-letnia kobieta, a jej mama popełniła samobójstwo? Ktoś ze znajomych zadzwonił do niej z tą wiadomością, nie poradziła sobie z rozpaczą. Nie wolno tak.

Zwykle jechałem do rodziny ofiary, by uniknąć podobnego nieszczęścia. Gdy wyjątkowo nie mogłem pojechać, zapraszałem rodzinę  do wydziału. Nigdy jednak nie zdradzałem przez telefon, o co chodzi. I zawsze w pogotowiu była karetka, gdyby trzeba było szybko udzielić pomocy rodzinie.

Bywało, że po wypadku dzwonił telefon zmarłego. Nigdy nie odbierałem. Dopiero po zabezpieczeniu śladów oddzwaniałem, ale ze swojego numeru. Kiedyś mój kolega spojrzał na dzwoniący telefon osoby, która zginęła. Wyświetlił się napis: "Twój Aniołek".

|22.02.2019 Zielona Gora . Wypadek z udzialem radiowozu policji i samochodu osobowegoFot. Wladyslaw Czulak / Agencja Gazeta
Policjanci zabezpieczają ślady na miejscu wypadku (fot. Władysław Czulak / Agencja Gazeta)

Nigdy nie zdarzyło się panu, że sytuacja na miejscu wypadku była szczęśliwsza, niż się pan spodziewał?

Kiedyś lekarz pogotowia stwierdził zgon. Przyjeżdżam na miejsce, auto na dachu, kierowca zakleszczony w środku w nienaturalnej pozycji. Lekarz chodzi wokół z papierosem, a strażacy mnie pytają, czy wycinamy. Mówię, że nie, bo prokurator jest w drodze, niech zobaczy, jak to wygląda. W świetle latarki zauważyliśmy jednak, że chłopakowi delikatnie drgnął kącik ust. Krzyczę do strażaków: "Wycinajcie, on żyje", a lekarz swoje. Kiedy się zreflektował, zbladł jak ściana i woła: "Dawać tu erkę". Przyjechała karetka, zabrała chłopaka do szpitala. I żyje do dziś. Długo miałem potem z tym Hubertem kontakt, rehabilitacja przyniosła efekty. Co gorsza, lekarz nie poniósł żadnych konsekwencji. 

Miałem jeszcze dwa takie przypadki. Pod Smykiem na Kruczej auto potrąciło pieszego. Przykryto go folią, a ta się nagle poruszyła. Policjant pochylił się, żeby ją docisnąć kamykiem, patrzy, a chłop się rusza. Pogotowie zrzucało winę na nas, że to my stwierdziliśmy zgon. I wie pani, co nas uratowało?

Dowody?

Mieliśmy szefa sekcji, który był skąpy. Zawsze folię, którą przykrywaliśmy zmarłych, ciął na 170 cm. A ta, pod którą leżał ten człowiek, była o wiele dłuższa. Nie była policyjna.

Innym razem nietrzeźwy mężczyzna szedł torowiskiem, upadł i zasnął. Podniósł się akurat, kiedy jechał tramwaj i dostał zgarniakiem w czoło. Padł. Lekarz wypisał kartę zgonu, ale jak podnieśli wagon, okazało się, że człowiek żyje. Wstał o własnych siłach. Miał tylko małą ranę na czole.

Policjanci też czasem popełniają błędy na miejscu wypadków.

Każdy je popełnia. Zwłaszcza w tak dużym mieście jak Warszawa, gdzie presja szybkiego usunięcia skutków wypadku jest ogromna. Trzeba udrożnić ruch, więc czasem policjanci naprawdę za bardzo się śpieszą. Zawsze im powtarzałem: "Szybko to już było. Teraz wykonajcie czynności dokładnie i pomału".  Niezabezpieczone ślady wypadku są nie do odtworzenia.

Czasem na miejscu nie udaje się od razu dostrzec wszystkich szczegółów. Dlatego zawsze robiłem zdjęcia i potem, już w komendzie, skrupulatnie je oglądałem. I powtarzałem moim policjantom, że muszą odnotować wszystko, co widzą. A biegły potem oceni, co jest dla niego ważne.

21.03.2005  , WARSZAWA , UL. JANA PAWLA II 69 , ZESPOL SZKOL SAMOCHODOWYCH . PODINSPEKTOR WOJCIECH PASIECZNY PROWADZI DLA UCZNIOW ZAJECIA NA TEMAT WYPADKOW SAOCHODOWYCHFOT. JACEK LAGOWSKI / AGENCJA GAZETA
Wojciech Pasieczny przez lata jeździł do większości wypadków drogowych w Warszawie (fot. Jacek Łagowski / AG)

Jeździ pan samochodem inaczej niż przeciętny kierowca?

Do prawej kieszeni już nie sięgam i staram się już nie reagować, jak widzę wykroczenie drogowe.  Nie trąbię, poprzeklinam sobie pod nosem i jadę dalej. Ale wszystko nagrywa się kamerą, którą mam w aucie, z GPS-em. Na własny użytek. Bo jak w razie wypadku udowodnić, że na pewno się miało zielone?

Mł. inspektor Wojciech Pasieczny. Od stycznia 2012 roku na emeryturze. Zanim trafił do policji, był zawodowym żołnierzem. W drogówce przepracował ponad 21 lat, był przy ponad 600 śmiertelnych wypadkach. Działa w Fundacji Zapobieganie Wypadkom Drogowym. Jest biegłym sądowym. Podróżuje i żegluje. Był na Spitsbergenie, Antarktydzie i Grenlandii. Czterokrotnie opłynął przylądek Horn. Ma troje wnucząt.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku