Skutki trzęsienia ziemi w Chile (fot. Shutterstock)

Skutki trzęsienia ziemi w Chile (fot. Shutterstock) (Skutki trzęsienia ziemi w Chile (fot. Shutterstock))

społeczeństwo

Po trzęsieniu ziemi. "Tak pewnie wygląda koniec świata"

Terremoto z 27 lutego 2010 roku, znane w Chile jako 27-F, okazało się jednym z najsilniejszych trzęsień ziemi, jakie zarejestrowano w historii świata. Miało magnitudę 8,8 i było na tyle potężne, że zmieniło środek ciężkości Ziemi, przesuwając jej oś na stałe o osiem centymetrów. Jego moc stanowiła równowartość siedmiuset bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki. Magdalena Bartczak wysłuchała opowieści Maritzy, która przeżyła Terremoto. Jej historię opisała w książce "Chile południowe. Tysiąc niespokojnych wysp".

Tak pewnie wygląda koniec świata - pomyślałam. Wszystko wokół falowało. Byłam przekonana, że coś mnie zaraz porwie i wciągnie w głąb ziemi. Że zniknę w jednej ze szczelin, które zaczęły powstawać w ulicy, jedna za drugą. Głęboka rysa rozcinała jezdnię jak wąż pełzający zwinnie wzdłuż drogi.*

(...) Opowieść Maritzy Riquelme, pięćdziesięcioczteroletniej mieszkanki portowego Talcahuano (leżącego na wybrzeżu obok Concepción), która była jedną z osób ciężko dotkniętych przez trzęsienie ziemi z lutego 2010 roku, będzie trwać długo. Parę godzin, wiele kubków wypitej przez nas herbaty i kilka porcji domowego ciasta. Zagęści się szczegółami, jakby dotyczyła czegoś, co wydarzyło się kilka dni temu. Albo była relacją z koszmaru, który niedawno się przyśnił i ma jakiś sekretny związek z rzeczywistością.

Maritza przyznaje, że mówienie o tym nie sprawia jej już bólu. Wręcz przeciwnie, przynosi ulgę. Wierzy, że opowiadanie ma w sobie moc oczyszczającą.

Był piątek, ostatnie dni lata. Mąż, który pracuje na północy, w kopalni Escondida niedaleko Antofagasty, wrócił koło dwunastej. Pracuje zmianowo: przez siedem dni przebywa w kopalni, przez kolejne siedem w domu. Byliśmy zaproszeni na urodziny, ale nie chciało nam się iść. Mąż był zmęczony po tygodniu intensywnej pracy, mieliśmy ochotę nacieszyć się sobą. W sobotę planowaliśmy wybrać się do supermarketu, zrobić zakupy i podrzucić syna na imprezę u kolegi. Miała być muzyka i asado (grill) w ogrodzie. To był dla niego ostatni weekend wakacji. Od poniedziałku szedł na pierwszy rok studiów.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Stwierdziliśmy z mężem, że wpadniemy do znajomych, ale tylko na chwilę. Wybraliśmy się późno i wyszliśmy od nich chwilę po pierwszej w nocy. Mieliśmy blisko, więc wracaliśmy na piechotę. Pamiętam, że już wtedy coś dziwnego wisiało w powietrzu. Jakiś niepokój, napięcie. Mimo że spacerowaliśmy znajomymi ulicami, czułam się nieswojo. Powietrze było nieruchome i uderzająco ciepłe. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że pochodziło z dołu, spod ziemi. Znam moje Talcahuano, mieszkam tu od urodzenia i nigdy wcześniej nie czułam tego rodzaju ciepła. Szliśmy przez noc, wokół było pusto. Nie było wiatru, nie było słychać ptaków. Panowała zupełna cisza.

Kiedy dotarliśmy do domu, nie byłam śpiąca. Posprzątałam trochę i wyszłam do ogrodu zapalić papierosa. Było około drugiej w nocy. Na rozgwieżdżonym niebie wisiał księżyc w pełni. Ogromny i nabrzmiały jak dojrzały melon. Otoczony grubą, pomarańczową poświatą. Świecącym wieńcem, który oplatał go ze wszystkich stron.

Nocowaliśmy z mężem w mniejszym domu z tyłu ogrodu, gdzie zwykle spędzaliśmy weekendy. Syn spał na piętrze w głównym domu, należącym do teściów, którzy ulokowali się na dole. Położyłam się, ale nie mogłam zasnąć. Chyba zmrużyłam oczy, ale tylko na chwilę, bo w pewnym momencie poczułam wstrząs. Nasze łóżko, stół, szafa, obrazy na ścianach, wszystko zaczęło się ruszać. Trzęsienie było coraz silniejsze, wszystko podskakiwało. Pobiegłam do pokoju syna i go obudziłam. Uspokajał mnie, że zaraz na pewno przejdzie.

W końcu wstał z łóżka, ale wszystko podskakiwało tak bardzo, że nie mógł złapać równowagi. Z trudem staliśmy w pionie, chwytając się ścian. Potem na czworakach zeszliśmy po schodach i przeczołgaliśmy się do wyjścia.

Gdy byliśmy na zewnątrz, dobiegły nas okrzyki sąsiadów, wołania o pomoc. Było słychać starszych ludzi, na naszej ulicy mieszkają głównie emeryci. Obok nas mieszkała kobieta z dorosłym synem cierpiącym na ciężką schizofrenię; ona od paru lat nie żyje, on po śmierci matki trafił do domu opieki. Nie wiem, jak to wtedy przetrwali, ale pamiętam, że nie wyszli z domu. Wielu ludzi wyszło jednak na ulice i większość była w piżamach, my też. Staliśmy i czekaliśmy, aż przestanie się trząść. Ale ziemia dalej się bujała, jak statek podczas sztormu.

Pamiętam strach i dźwięki, dużo hałaśliwych dźwięków. Syreny, grzmoty i huki. Coś się pod nami zapadało, a trzęsienie zdawało się nie mieć końca. Potem pojawili się karabinierzy, którzy wołali coś przez megafon. Wsiedliśmy z synem i teściami do samochodu i zaczęliśmy kierować się w stronę Wzgórza Macera, gdzie mieszkała nasza znajoma. Jedynym, co w tej chwili działało, było radio w naszym aucie. Pamiętam przerywany głos i komunikat o katastrofie.

Skutki trzęsienia ziemi w Santiago, Chile (fot. Shutterstock)
Skutki trzęsienia ziemi w Santiago, Chile (fot. Shutterstock)

Mijaliśmy załamania w jezdni, zawalone słupy, plątaniny kabli, zgniecione samochody. W końcu udało się dotrzeć do znajomej. Tam przeczekaliśmy kilka godzin i postanowiliśmy wrócić do domu nad ranem. W powrotną drogę ruszyliśmy już po wschodzie słońca. Jechaliśmy powoli, mąż z trudem panował nad autem, bo asfalt był pełen dziur, rozpadał się na kawałki. Pamiętam, że potem minęliśmy jeszcze piekarnię. Sprzedawca, starszy mężczyzna, którego zapytaliśmy o chleb, spojrzał na mnie strasznie smutnymi oczami. Powiedział, że nie ma dziś pieczywa na sprzedaż. I zaczął płakać. Nigdy nie zapomnę jego twarzy.

Tymczasem robiło się coraz jaśniej. Niebo miało kolor sinego błękitu, a my przemierzaliśmy nasze Talcahuano, które przypominało krajobraz po bitwie. Pozawalane budynki, zdewastowane samochody, martwe zwierzęta, rozrzucone meble i przedmioty z domów - tu łóżko, tam krzesło, buty, suszarka do włosów. Ludzie w amoku biegli przed siebie albo osowiali stali w bezruchu.

W powietrzu unosił się mocny zapach, a raczej odór. Wdzierający się w nozdrza, niemożliwy do zniesienia. Podczas naszej nieobecności miasto zaczęło śmierdzieć rybami, naftą, olejem, algami i solą morską. Ulice zamieniły się w dno oceanu, były gęste od wodorostów i ciemnego, brudnego piasku. Kiedy nas nie było, przez Talcahuano, najwyraźniej jakoś przed chwilą, przetoczyło się tsunami.

Gdy dotarliśmy do domu, z ulgą zobaczyliśmy, że wciąż jeszcze stoi. Weszliśmy do środka i znowu poczuliśmy ten okropny smród. Nie sądziłam, że coś, co zawsze wydawało mi się takie piękne, może tak bardzo śmierdzieć. Na podłodze leżały martwe ryby, algi, ziemia, piasek. Szyby były potłuczone, a meble poprzewracane. Ale wiele domów w naszej dzielnicy było w jeszcze gorszym stanie. Po niektórych nie zostało ani śladu. Zresztą większość ludzi mieszkających po sąsiedzku tego poranka po prostu zniknęła. Na zawsze.

Największe wrażenie zrobiła na mnie dzielnica Santa Clara, poniżej, prawie przy samym wybrzeżu. Gdy przejeżdżaliśmy obok niej z mężem, zszokował mnie ten widok. Zamiast domów na wolnej przestrzeni stały tylko muszle klozetowe. Nic poza tym dziwacznym lasem muszli klozetowych, wystających z ziemi. "Jakiś żart?" - pomyślałam, i dopiero później dotarło do mnie, co tu się stało. Zrobiło mi się słabo. Wszystkie domy zabrało tsunami, a przymocowane głęboko muszle klozetowe były jedyną rzeczą, która tu przetrwała.

Skutki trzęsienia ziemi w Coquimbo, Chile (fot. Shutterstock)
Skutki trzęsienia ziemi w Coquimbo, Chile (fot. Shutterstock)

Kilka dni później wybraliśmy się do centrum. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to wciągnięte na ląd łodzie. Fale były tak silne, że chwyciły nawet jeden z kontenerowców i wrzuciły go w głąb miasta. Zniszczone było całe wybrzeże. Promenada, skwer, targ miejski, sklepiki z pamiątkami, budki i restauracje z owocami morza. Niczego nie było. Zniknęły nawet Akademia Morska i baza wojskowa. Pozostały po nich tylko dwie mosiężne figury lwów, stojące przy bramie wejściowej. Wszystko poza tym zabrał ocean.

Okaleczone miasto powoli otrząsało się z tsunami, ale ziemia nie przestawała drżeć. Przez cały tydzień czuliśmy silne repliki, a przez kilka kolejnych tygodni powracały słabsze wstrząsy. Baliśmy się więc nocować w domu. Nie było światła i prądu, które wróciły dopiero po pięciu tygodniach.

Nasze życie przeniosło się na zewnątrz. Przez ponad miesiąc spałam na chodniku, w rozłożonym fotelu, pod kocem. Noce stały się zimne, więc zbieraliśmy opał i rozgrzewaliśmy się przy ogniskach. Poza tym zorganizowaliśmy się z sąsiadami i pozamykaliśmy sektorami ulice. Musieliśmy się chronić, bo już pierwszego dnia o świcie Talcahuano zaczęły plądrować turbas. Czyli grupy zamaskowanych ludzi w ciężarówkach, którzy napadali na mieszkańców. Stali na wjeździe do miasta i atakowali kierowców. Rabowali sklepy, wchodzili do opuszczonych domów i zabierali, co się dało. Sama widziałam taką ciężarówkę w naszej dzielnicy. Siedziało w niej paru chłopaków z kominiarkami na twarzach. Pomachali nożem, żeby mnie przestraszyć, i pojechali dalej. To często były dzieciaki, ale potrafiły być groźne. Niektóre podobno miały przy sobie maczety lub karabiny. Większość z nich pochodziła z poblaciones (ubogich i niebezpiecznych dzielnic) na wzgórzach.

Baliśmy się więc nieustannie, jeśli nie trzęsienia ziemi, to ludzi. Też wyposażyliśmy się w maczetę, którą trzymaliśmy w domu pod łóżkiem. Ale powiem pani, że w tym czasie kradło wielu. I biedni, i ci, którym powodziło się całkiem dobrze. Mimo że wszyscy już o tym zapomnieli, jest to dla mnie jedna z tych rzeczy, nad którymi nie potrafię przejść do porządku dziennego. Ziemia nie przestawała się trząść, a wielu myślało tylko o tym, jak skorzystać na tej tragedii.

Nic nie działało, sklepy i galerie handlowe były przecież pozbawione obsługi, ochrony. Ludzie włamywali się więc całymi grupami, często tratując się w zwierzęcym pędzie. Wywozili w wózkach z supermarketów wszystko, co się dało. Nie tylko jedzenie czy wodę, także pralki, telewizory plazmowe, drogie alkohole, ubrania, komputery. Choćby nasi sąsiedzi z naprzeciwka. Mieli duży samochód, którym drugiego dnia po trzęsieniu zrobili kilka rund do jednego z supermarketów, oficjalnie nieczynnego. Nazwozili stamtąd mnóstwo produktów, które długo potem wypakowywali na naszych oczach. Następnego dnia sąsiadka przyszła do mnie i chciała mi podarować kilka dżemów, jakieś puszki z owocami. Myślę, że próbowała zrzucić z siebie część odpowiedzialności za te kradzieże. Pokazać, choćby przed samą sobą, że nie zrobiła nic złego. Nie chciałam tego od niej wziąć. Byłam zła, że w ogóle coś takiego mi proponuje.

Skutki trzęsienia ziemi w Valparaiso, Chile (fot. Shutterstock)
Skutki trzęsienia ziemi w Valparaiso, Chile (fot. Shutterstock)

Pyta pani, jaki kontakt mam z nią dziś? Wtedy wszystko się zmieniło. Nie rozmawiamy ze sobą za dużo, nie odwiedzamy się tak jak kiedyś. Pozdrawiamy się, czasem z grzeczności pytamy o zdrowie. Nie oceniam tych ludzi, niech sobie teraz żyją swoim życiem, jakby niczego nie mieli na sumieniu. Po prostu wtedy zrozumiałam, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nie jest mi już z nimi po drodze.

To był czas, gdy z ludzi wychodziło to, co najgorsze, albo to, co najlepsze. Niektórzy potrafili zachować się, jak ja to mówię, po ludzku. Bezinteresownie pomagali sobie nawzajem. Zbliżyłam się wtedy do sąsiadki, która mieszka kilka ulic dalej - odbywałyśmy razem nocne warty, bo ona też nie mogła spać i wolała w tym czasie pilnować okolicy. Wcześniej nie widziałam jej na oczy, mimo że mieszkamy niedaleko. Teraz jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Pewnie nigdy byśmy się nie poznały, gdyby nie trzęsienie ziemi.

Z wielu osób wyszły jednak egoizm i obojętność. Przekonaliśmy się o tym i w Talcahuano, i wtedy, gdy wyjechaliśmy do Quillón. To miejscowość położona dwie godziny stąd, w głębi lądu. Trzęsienie przeżyła niemal bez szwanku. Udaliśmy się tam w poszukiwaniu pożywienia. Gdy zorientowali się, skąd przybyliśmy, wszystko sprzedawali nam trzy, nawet cztery razy drożej. Wiedzieli, że mogą na nas zarobić. Trudno w to teraz uwierzyć, prawda?

Sklepy w Talcahuano zaczęły działać dopiero w kwietniu. Wcześniej produkty były racjonowane, trzeba było stać w wielogodzinnych kolejkach. Chleb - jedna kromka na rodzinę. Woda - jedna mała butelka na osobę. Poza tym makaron, butelka oleju, papier toaletowy. Na szczęście dużo rzeczy przywiózł nam mój brat, który mieszka w Santiago. Przyjechał do nas po tygodniu, wcześniej nie mógł się dodzwonić i był przerażony, myślał, że nie żyjemy. Dojazd samochodem ze stolicy zajął mu ponad dwadzieścia cztery godziny - normalnie trwa to pięć, sześć godzin. Potem urządziliśmy prawdziwą ucztę przed domem, zaprosiliśmy przyjaciół. Staraliśmy się udawać, że jest normalnie.

Ale tak naprawdę nic nie było normalnie, a ja czułam się coraz gorzej. Nigdy chyba nie modliłam się tyle, co wtedy. Jedno z pierwszych załamań przyszło mniej więcej po dwóch tygodniach, gdy rozchorował się mój syn, Enrique. Nie mieliśmy dostępu do bieżącej wody, złapał jakiegoś wirusa żołądkowego i był w okropnym stanie. Cudem udało mi się dostać z nim na wizytę u lekarza, bo wszystkie szpitale w regionie były przeładowane.

Aby zapanować nad chaosem, na ulice sprowadzono wojsko. Wiedziałam, że miało nam pomagać, ale obecność żołnierzy z karabinami tylko potęgowała mój lęk. Czułam się, jakbyśmy byli na wojnie. Odcięci od świata, w brudzie, ciągłym poczuciu zagrożenia. Trudno było się od tego wszystko odciąć. Bez wsparcia męża nie dałabym rady. Bo on, podobnie jak mój dzielny syn, wówczas osiemnastolatek, przyjmował tę sytuację z większym spokojem. (...)

Skutki trzęsienia ziemi w Chile (fot. Shutterstock)
Skutki trzęsienia ziemi w Chile (fot. Shutterstock)

Czwartego dnia po trzęsieniu ziemi wprowadzono godzinę policyjną, od dwudziestej drugiej do szóstej rano. Ale dla mnie pora nie miała znaczenia. Nieważne, dzień czy noc, przez pierwsze dwa tygodnie i tak nie mogłam zmrużyć oka. W pewnym momencie zaczęłam mieć halucynacje, byłam bardzo zmęczona. Ale sen nie przychodził. Bałam się, że jak tylko zasnę, to już się nie obudzę. Że wszystko mnie przysypie albo pochłonie mnie ziemia. Bezsenność została mi do dziś. Podobnie jak stany lękowe. Lekarze stwierdzili też u mnie depresję i fibromialgię, przewlekłe bóle ciała połączone z depresją. (...)

Pani powie, da się po takim doświadczeniu żyć normalnie, da się zapomnieć? Rząd po tym wszystkim nie zaoferował nam żadnej pomocy psychologicznej. Mam szczęście, że mąż mógł opłacić moje prywatne wizyty u psychologa, a później u psychiatry. Gdyby nie terapia, pewnie bym nie przeżyła. Znam takich, który się kompletnie rozsypali - nawet jeśli nie mieli żadnych ofiar wśród bliskich. Dlatego nie znoszę takiego mówienia, żeby żyć dalej, jakby nic się nie stało. Że trzeba być silnym za wszelką cenę. Tylko ja wiem, co przeżyłam, co widziałam i jaki zostawiło to ślad. I czy mogę iść do przodu.

(...) Od tamtego czasu nie mogę jeść ryb, mam wstręt do zapachu oceanu. I przestałam chodzić na plażę, którą kiedyś uwielbiałam. Ale najgorsza ze wszystkiego jest ciemność. I noce, kiedy księżyc jest w pełni. Zasłaniam wtedy szczelnie okna. Nie mogę znieść jego widoku.

Książka Magdaleny Bartczak ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA (mat. prasowe)
Książka Magdaleny Bartczak ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA (mat. prasowe)

*Fragmenty książki "Chile południowe. Tysiąc niespokojnych wysp" Magdaleny Bartczak. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (24)
Zaloguj się
  • partia_niewidzialnych

    Oceniono 10 razy 6

    Kiedyś przyśniło mi się, że byłem w japońskim wieżowcu w trakcie potężnego huraganu. Nic przyjemnego, bardzo wyraźny sen. Nigdy nie byłem w Japonii. Kręcili się tam jacyś Japończycy. Jeden z wyższych budynków w mieście, nad morzem. Czekaliśmy na huragan, w końcu dotarł. Wieżowiec trochę potrzęsło, na ulicach demolka. Moją uwagę zwróciło tylko takie pulsowanie światła. Nie karetka, nie straż pożarna. Co kilka sekund, jak latarnia morska.

    Później się budzę i sprawdzam. Zupełnie przy okazji w Japonii trwał właśnie huragan. Sprawdzam pierwsze spełniające kryteria miejsce na trasie huraganu, na którym mógł iść od morza. Wieżowiec - jest. Miasto - jest. Szkody - są. Nawet jest nagranie na youtube. Latarnia morska - i tu się poważnie zdziwiłem, ponieważ faktycznie była. Esaki, na wyspie. Byłoby ją dobrze z tego wieżowca widać. Miasto nazywało się Akashi. Co od razu skojarzyło mi się z tą kroniką, w której zapisane są wszystkie wydarzenia wszechświata.

  • rekin2008

    Oceniono 3 razy 3

    Przeżyłem spore trzęsienie w Tadżykistanie. Okropne wspomnienie nie dlatego, że było groźnie, ale dlatego, że w panice wiejesz gdzie popadnie i nie myślisz o bliskich, o innych. Nie wiem, może wszyscy tak mają.... Ale wstyd...

  • almagus

    Oceniono 2 razy 2

    To coś i pęknięta oś.

    Ile jest przyczyn naszej ułomności?
    Co tymczasowo czyni idealnym?
    Trwałość wieczystą daje boskości.
    I w niebie duszom niepokalanym?

    Dlaczego natura życia woli powielanie?
    Zamiast powiększać wiedzę doświadczoną?
    Rozum zwiększać i przystosowanie.
    Jest dynamiką niedokończoną?

    Wpisaną w związki obiegu węgla.
    Z warunkiem ciekła woda.
    Byle sterylność nas nie dosięgła.
    Ale dosięgnie. Bunt nasz, niezgoda.

    Specjalizacja zamiast wszechstronności.
    Która jest cechą zbioru fenomenu.
    Przeżyte odchodzi wskutek ułomności.
    Skomplikowanie nie służy każdemu.

    Ta strzałka czasu gorącego Słońca.
    By zgasnąć w rozproszeniu czarnym.
    Życie powiela. Ale nie do końca.
    Chyba wie więcej, niż z rozumem marnym.

    2019-10-06 almagus

    www.youtube.com/watch?v=bKtnOuNBOkM

  • kangurzyca13

    Oceniono 2 razy 2

    Bylismy w Haast, w NZ w czasie 6.2 trzesienia ziemi. Bylismy ok 3 km od epicentrum, wiec wstrzas byl dosc gwaltowny, ale krotki. Motel na szczescie zbudowano zgodnie z przepisami, wiec nie bylo uszkodzen. Telewizor zamocowano na uchwycie sciennym, ktory wpadl w rezonans i trzeba go bylo "uspokoic". A teraz o slynnej wrazliwosci zwierzat na nadchodzace katastrofy. Labrador wlascicieli przyszedl sie przywitac i wlasnie legl na grzbiecie zeby nam zasugerowac skrobanie po brzuszku. Cztery lapy w powietrzu, pelen relaks. Jak sie zatrzeslo i przerwalismy zabawe, spojrzal na nas z dezaprobata i zaczal mi podgryzac nogawke dzinsow, zeby o sobie przypomniec. Naprzeciw pasly sie jelenie - na farmie. Podniosly na chwile glowy i pasly sie dalej.

  • ax-les-thermes

    Oceniono 2 razy 2

    Bylem w Seattle (Magnolia Hill) w trakcie trzesienia 6.9 w skali Richtera w srodku dnia. Widzialem jak komin tanczyl choc sie nie rozsypal. Nastepne trzesienie (3-4 stopnie doswiadczlem w lozku w Hameau de Pratcoustals (Masyw Centralny) ale poniewaz bylismy okolo 80 km od epicentrum to zniszczen zadnych nie bylo.

  • tamsin

    0

    Dwa razy przezylam trzesienie ziemi, najsilniesze bylo w Kostryce w 2017. Troche lozko sie trzeslo, lampy bujaly i dzwi trzaskaly ale oprocz tego nie bylo zadnego zniszczenia. Nie od razu zaskoczylismy, ze to trzesienie ziemi, ja myslalam ze maz cos wlaczyl niechcacy i od tego lozko sie trzeslo.

  • real.avalanche

    Oceniono 1 raz -1

    Pani musiała być daleko od epicentrum, skoro była w stanie stać. W Japonii w 2011, w odległości ok. 250 km od epicentrum nie dało się ustać, a nawet na klęczkach trzeba było czegoś się trzymać.

  • onduma

    Oceniono 3 razy -1

    dzieci bandyci sa bardziej niebpieczne od dporoslych. Zapytajcie w Brazylii. A poza tym . Swiat to nie Polska,narzekacie, ze Polacy sa egoistami ? Przekonacie sie , ze w chwilach autentycznego zagrozenia sa najbardziej pomocni i uczciwi

  • gnago

    Oceniono 8 razy -6

    znajomą w 97 na parterze zalało. W tym domu już nie zaśnie

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX