Dzieci, które są narażone na przemoc, mają problemy z bliskimi relacjami i zaburzenia więzi

Dzieci, które są narażone na przemoc, mają problemy z bliskimi relacjami i zaburzenia więzi (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

W cieniu rózgi. "Bagatelizowane w naszym kraju klapsy to uderzenie dziecka w miejsce intymne"

- Dzisiejsi rodzice, coraz bardziej świadomi, mówią swoim dzieciom, że nikt nie ma prawa dotykać ich w miejsca intymne, czyli w genitalia i pośladki. Jednocześnie ci sami rodzice, którzy uczą dzieci, czym jest zły dotyk, biją je w pośladki. To bardzo sprzeczny komunikat - mówi Anna Golus, autorka książki "Dzieciństwo w cieniu rózgi. Historia i oblicza przemocy wobec dzieci".

Skąd w ludziach wziął się pomysł, żeby bić dzieci?

Jest kilka teorii na ten temat. Kary cielesne nie istniały od zawsze. W społeczeństwach pierwotnych najmłodszych nie bito. Stosowano za to przemoc wobec osób wkraczających w dorosłość.

Rytuały inicjacyjne były bardzo brutalne.

Tak. Natomiast mniejsze dzieci spędzały dzieciństwo pod parasolem ochronnym. W książce przytaczam kilka teorii na temat tego, dlaczego w pewnym momencie przestano uważać, że łagodne traktowanie dzieci to właściwe postępowanie. Która z tych teorii jest prawdziwa - tego pewnie się nigdy nie dowiemy, ale wiadomo, że kary cielesne zaczęto stosować wtedy, kiedy społeczeństwa stały się hierarchiczne. Gdy ludzkie społeczności były bezklasowe, to wszyscy ich członkowie byli sobie równi, a uczestniczenie w życiu społeczności polegało na współpracy. Dzieci wtłaczano w tę współpracę, bo nie było innej możliwości funkcjonowania wewnątrz plemienia czy rodziny.

Kiedy zaczęła się tworzyć hierarchia, czyli jedne grupy przejmowały władzę nad innymi, w przestrzeni publicznej pojawiła się zorganizowana przemoc tych pierwszych wobec drugich. Tak powstało na przykład niewolnictwo. To mogło mieć przełożenie na stosunki w rodzinie.

Kary cielesne nie istniały od zawsze. W społeczeństwach pierwotnych najmłodszych nie bito (fot. Shutterstock)
Kary cielesne nie istniały od zawsze. W społeczeństwach pierwotnych najmłodszych nie bito (fot. Shutterstock)

Czyli zmienił się stosunek dorosłych do dzieci na taki, na jaki zmienił się stosunek dorosłych do siebie nawzajem. Przyzwyczaili się do tego, że można sobie podporządkowywać innych ludzi.

Hierarchiczne relacje w rodzinie są odzwierciedleniem stosunków w społeczeństwie. Badacze jednak nie są pewni, co było najpierw - jajko czy kura, czyli czy najpierw zmieniły się relacje społeczne, czy stosunki rodzice - dzieci. Są naukowcy, którzy uważają, że najpierw zmienia się stosunek rodziców do dzieci, a w wyniku tego obraz całego społeczeństwa. Rodzice stosują przemoc wobec dzieci, a potem przemoc staje się sposobem prowadzenia relacji między dorosłymi w przestrzeni publicznej.

Lloyd deMause, badacz dzieciństwa, którego pani cytuje w książce, twierdzi, że jeżeli wyeliminujemy przemoc wobec dzieci i wszystkie będą wychowywane w empatii i wyrozumiałości, to zmieni się całe społeczeństwo. Na przykład nie będzie wojen.

To bardzo idealistyczna wizja, ale są naukowcy, którzy tak sądzą. Ta idea wydaje mi się jednak prawdopodobna: gdybyśmy nie stosowali przemocy wobec dzieci, to one by się jej nie nauczyły. Ale czy to się kiedykolwiek stanie? Tu jestem bardziej sceptyczna.

Czy bicie dzieci i społeczeństwo klasowe to jest europejski wymysł?

Badania wskazują, że nie. Kary cielesne pojawiały się w każdym społeczeństwie, które było zbudowane hierarchicznie, czyli na przykład w Chinach, Japonii, Indiach i w innych miejscach, gdzie funkcjonowały klasy czy kasty. W książce "Wychowanie u ludów pierwotnych" Robert Alt zebrał ogromny materiał z wielu różnych zakątków ziemi i stwierdził, że w społeczeństwach pierwotnych, gdzie nie było hierarchii, nie stosowano przemocy wobec dzieci. Gdy jednak zaczynała tworzyć się hierarchia, pojawiała się przemoc w relacjach domowych.

Przytacza pani w książce wypowiedź starszej kobiety, rdzennej mieszkanki Ameryki, która wspomina, że nie była bita przez rodziców. Natomiast kolejne pokolenia dzieci już były karane fizycznie. Koncept takich relacji z dziećmi przynieśli do Ameryki biali kolonizatorzy i rdzenni Amerykanie go przejęli.

Pierwsi Europejczycy, którzy przybywali do Ameryki, byli zdziwieni tym, jak pierwotni mieszkańcy tamtych ziem traktują dzieci. Twierdzili, że nie są one w ogóle wychowywane, bo po pierwsze - nie chodzą do szkoły, a po drugie - nie są karcone ani bite.

Europejczycy, którzy przybywali do Ameryki, byli zdziwieni tym, jak pierwotni mieszkańcy tamtych ziem traktują dzieci (fot. Shutterstock)
Europejczycy, którzy przybywali do Ameryki, byli zdziwieni tym, jak pierwotni mieszkańcy tamtych ziem traktują dzieci (fot. Shutterstock)

To jest ciągle żywa wizja relacji z dzieckiem jako ciągłego kształtowania go i ociosywania. Kiedyś to był brutalny proces, dzisiaj nieco mniej, ale ciągle chodzi o to, żeby dziecko dostosowywać do jakichś norm, czy tego chce, czy nie.

To celowe, świadome, stałe wpływanie na młodego człowieka - po to, żeby osiągnąć określone rezultaty. Często wygodne z perspektywy dorosłych. Odbywa się za pomocą metod wychowawczych, czyli narzędzi innych niż te, które podejmujemy wobec dorosłych ludzi.

Sporo miejsca poświęciła pani teorii psychoterapeutki Alice Miller, która połączyła Holocaust ze sposobem, w jaki wychowywane były dzieci na początku XX wieku w Niemczech i Austrii.

Alice Miller postawiła tezę, że to, co działo się w czasie II wojny światowej, było odzwierciedleniem dzieciństwa ówczesnych Niemców. Przeanalizowała sposób wychowywania samego Adolfa Hitlera, który doświadczał przemocy ze strony ojca. Później musiał nagromadzoną w dzieciństwie agresję gdzieś wyładować. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy.

Ale Miller zwróciła też uwagę na to, że niemieckie dzieci na przełomie XIX i XX wieku były wychowywane w myśl zasad tzw. czarnej pedagogiki, która była bardzo brutalna. To było bicie, łamanie woli dziecka, nieokazywanie mu szacunku, surowe i chłodne traktowanie, niereagowanie na potrzeby. Do dzisiaj zresztą używamy określenia "pruski dryl" na opisanie bardzo surowego systemu wychowawczego. Ten sposób wychowywania był, po pierwsze, pełen przemocy, a po drugie - był ukierunkowany na uzyskanie bezwzględnego posłuszeństwa. To jest najbardziej niebezpieczna metoda wychowywania, bo ludzie tak traktowani w dzieciństwie spod rozkazów rodzica chętnie przenoszą się pod rozkazy przywódcy. Z autorytarnej rodziny łatwo trafić pod rządy dyktatora. Stąd po wojnie częste było tłumaczenie "ja tylko wykonywałem rozkazy".

W przypadku dzieci wychowywanych w Austrii i Niemczech na początku XX wieku nie mówimy tylko o biciu, ale również o zastraszaniu czy zamykaniu w ciemnych komórkach.

To był cały aparat terroru, który miał na celu wymusić bezwzględne posłuszeństwo wobec rodziców, nauczycieli, każdej innej władzy. Ten system łamał wolę i wychowywał ludzi posłusznych i podporządkowanych.

Warto pamiętać, że przemoc fizyczna nie jest jedynym rodzajem przemocy, który wyrządza dzieciom krzywdę. Co ciekawe, różne rodzaje przemocy mają takie same skutki. Dzieci, które są na nią narażone, cechują się brakiem poczucia własnej wartości, mają problemy z bliskimi relacjami i zaburzenia więzi.

Alice Miller pisała, że źle traktowane dzieci uczą się źle traktować innych ludzi, w tym własne dzieci. Uczą się, że przemoc to jest naturalny i normalny element relacji międzyludzkich - zarówno bliskich, rodzinnych, jak też w skali społecznej. Że przemoc jest właściwa i normalna.

Niemieckie dzieci na przełomie XIX i XX wieku były wychowywane w myśl zasad tzw. czarnej pedagogiki (fot. Bundesarchiv / Wikimedia Commons)
Niemieckie dzieci na przełomie XIX i XX wieku były wychowywane w myśl zasad tzw. czarnej pedagogiki (fot. Bundesarchiv / Wikimedia Commons)

I że nie ma miejsca na empatię.

Dziecko źle traktowane samo nie doznaje empatii od nikogo, więc nie wie, że taka postawa w ogóle istnieje. No bo skąd może wiedzieć o istnieniu czegoś, czego nigdy nawet nie doświadczyło, o czym nigdy nie słyszało?

Przytacza pani fragment książki Bronisława Malinowskiego o tym, jak jego córeczka powiedziała do niego: "Tatusiu, ależ z ciebie osioł". Malinowski analizuje, w jaki sposób kilkulatek mógłby zostać skarcony za takie zdanie w różnych epokach.

Tak. Przy czym on to napisał prawie sto lat temu i wtedy jego łagodne podejście do dziecka było wyjątkiem.

Sam Malinowski nie zareagował w żaden specjalny sposób. Napisał natomiast, że w starożytności dziecko mogłoby zostać nawet zabite za taką uwagę, a w późniejszych epokach bardzo surowo ukarane. Smutne jest to, że zmiany dotyczące wychowywania dzieci zachodzą bardzo powoli. Nawet z okrutnym zwyczajem owijania niemowląt w krępujące ruchy powijaki żegnaliśmy się przez kilka wieków.

Tak. Ale tak jest ze wszystkimi zmianami społecznymi. Emancypacja kobiet też zajęła dziesiątki lat, a sam proces zrównywania pozycji mężczyzn i kobiet wciąż jeszcze trwa. Zmiany są powolne, ale idą w dobrym kierunku i są widoczne gołym okiem. Wystarczy spojrzeć na dzisiejsze dzieci, które traktowane są trochę lepiej niż ich rodzice. Nie są na przykład bite w szkole, a jeszcze za naszych czasów to się zdarzało. Ja mam 35 lat i na początku lat 90. w mojej szkole podstawowej nauczyciele bezkarnie stosowali kary cielesne.

Zmiany na lepsze widać również w badaniach społecznego przyzwolenia na bicie dzieci i praktyki takiego karania. Zgodnie ze statystykami spada akceptacja dla kar fizycznych i coraz mniej rodziców takie kary stosuje. Na przykład ze stwierdzeniem "są takie sytuacje, kiedy trzeba dziecku dać klapsa" w 2008 roku zgadzało się 78 proc. Polaków, a w 2018 roku - 43 procent. Co prawda optymizm jest umiarkowany, bo obecnie, po kilku latach obowiązywania ustawowego zakazu bicia dzieci, czyli nowelizacji z 2010 roku Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, która wprowadziła zakaz stosowania kar cielesnych, ludzie mogą udzielać odpowiedzi, które - jak sądzą - ankieterzy chcą usłyszeć. Ale jednak możemy się ostrożnie cieszyć i mówić o początkach przemian.

Rzeczywiście, coraz mniej popularne są porady, żeby nie przytulać małego dziecka, kiedy płacze i nie nosić go na rękach "bo się przyzwyczai". Do matek raczej nie dociera przekaz, że mają czekać, aż niemowlę zaśnie z płaczu, bo w ten sposób nauczy się samodzielnego zasypiania, a jeszcze niedawno to były obowiązujące sposoby opieki nad dzieckiem. Teraz coraz więcej mówimy o potrzebach dziecka i dostrojeniu się do niego.

Nie jestem pewna, czy tak jest w każdym środowisku. Właśnie piszę rozprawę doktorską o udziale dzieci w reality show, między innymi o "Superniani", programie emitowanym w Polsce w latach 2006-2008. Nie polecano tam wprawdzie zostawiania dziecka samego, by się wypłakało i zasnęło ze zmęczenia, ale bardzo podobną metodę polegającą na emocjonalnym opuszczeniu i ignorowaniu dziecka. Wygląda to tak, że wieczorem czytamy dziecku bajeczkę, po czym dajemy buzi na dobranoc i mówimy "teraz jest pora spania". Siadamy obok łóżka, nie nawiązujemy kontaktu wzrokowego i nie reagujemy ani na płacz dziecka, ani nawet na żadną jego prośbę. W jednym z odcinków dziecko mówi: "mamusiu, przytul mnie". Matka nic. "Mamusiu, weź mnie za rękę", "mamo, spójrz na mnie". I nic. Matka siedzi jak słup soli i patrzy w ścianę. Taka nieobecność emocjonalna jest dewastująca nie mniej niż nieobecność fizyczna.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Na szczęście w Polsce tego programu już nie ma w telewizji, polskiej wersji nie można obejrzeć nawet w Internecie. Ale w innych krajach ten format i takie porady nadal funkcjonują. W Stanach Zjednoczonych "Superniania" wraca na antenę po ośmioletniej przerwie.

Ale może nie powinniśmy się temu dziwić, skoro niektóre poradniki wychowania, w których zalecane jest bicie dzieci, jak wydany w 2012 roku "I kto tu rządzi? Poradnik dla sfrustrowanych rodziców", ciągle są dostępne w polskich księgarniach.

Te poradniki trudno nazwać inaczej jak instrukcję "jak bić dziecko".

Przy czym są to instrukcje "w imię Boga i miłości". Autorzy tych książek opierają się na fragmentach Biblii, które instruują rodziców, że kary fizyczne są niezbędnym elementem wychowania. To jest zalecanie bicia dziecka z sadystycznych pobudek, tylko dla jego dobra, po to, by zostało zbawione. Przemoc ma być sposobem wychowania dzieci zgodnie z boskimi przykazaniami.

Autorzy tych książek zgadzają się jeszcze w jednym. Wszyscy piszą, by nie bić dzieci w afekcie. Zalecają bicie dziecka na zimno.

To jest takie rozumowanie, że dziecko należy zbić na spokojnie, a potem zapewnić je, że się je kocha, i przypomnieć, za co dostało. Przeciwieństwem takiego stylu są rodzice, którzy biją dzieci, gdy są na nie wściekli. To bardziej sposób radzenia sobie z własnymi emocjami niż kształtowanie dziecka. Nie wiem, która z tych metod jest gorsza lub częstsza. Pedagog Maria Łopatkowa pisała, że bicie na zimno jest nieludzkie, a w gniewie niebezpieczne.

Cytuje pani wstrząsający list dorosłej kobiety, która była wychowywana zgodnie z przepisami zawartymi w takim poradniku.

To córka ilustratora jednej z takich książek. Po latach napisała otwarty list do jej autora. Opisała w nim dokładnie, jaki wpływ na jej losy wywarło bicie w imię Boga, z miłością. Okazuje się, że te praktyki oddziałują na wiele aspektów jej życia, w tym na życie seksualne.       

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Zaczyna od tego, że opisuje, co czuła, kiedy była odsyłana do pokoju, w którym miała czekać, aż ojciec przyjdzie i wymierzy jej karę, czyli ją zbije. To był chyba najtrudniejszy moment.

Jeszcze cięższe było chyba to, co działo się już po biciu. Autorka pisze, że ojciec ją wtedy przytulał, mówił, że ją kocha i bólu nie ma. Wiedziała, że musi natychmiast przestać płakać, bo jeśli płakała zbyt długo, to groziło jej kolejne lanie. Niektórzy z tych chrześcijańskich autorów mają takie zalecenia: jeśli dziecko płacze zbyt długo, to ma dostać jeszcze raz.

Autorka pisze też, że miała ślady po biciu na ciele, ale jej rodzice zupełnie się tym nie przejmowali. Jest tam jeszcze wątek wstydu i nagości. Dziewczyna była bita w nagie pośladki, a - jak pisze - w domu obowiązywały surowe zasady skromności.

To jest aspekt, o którym u nas się nie mówi, a warto. Nawet bagatelizowane w naszym kraju klapsy to uderzenie dziecka w miejsce intymne. Dzisiejsi rodzice, coraz bardziej świadomi, mówią swoim dzieciom, że nikt nie ma prawa dotykać ich w miejsca intymne, czyli w genitalia i pośladki. Jednocześnie ci sami rodzice, którzy uczą dzieci, czym jest zły dotyk, biją je w pośladki. To bardzo sprzeczny komunikat.

Książka Anny Golus ukazała się nakładem Wydawnictwa Editio (fot. archiwum prywatne / mat. prasowe)
Książka Anny Golus ukazała się nakładem Wydawnictwa Editio (fot. archiwum prywatne / mat. prasowe)

To, co intymne, łączy się z przemocą. Autorka listu o tym pisze, że z tym biciem wiązał się rodzaj erotycznej stymulacji.

Nawet brutalne uderzanie jakiejś części ciała jest przecież jej stymulacją. A nie zapominajmy, że pośladki są sferą erogenną. Więc pierwszą stymulacją miejsc erogennych u dzieci bywa bicie. Warto się zastanowić, jaki wniosek z tego mogą wyciągnąć.

A jeszcze gorsze jest to, gdy dziecko jest bite w tak zwanej atmosferze miłości. Rodzic przed biciem, po biciu, a czasem nawet w trakcie bicia powtarza: kocham cię i dlatego cię biję. To jest bardzo wprost przekaz: kocham, więc biję. Dosyć perwersyjne połączenie porządków.

Ale nawet jeśli rodzic nie zapewnia o miłości w trakcie samego bicia, tylko raz bije, raz mówi, że kocha - dziecko otrzymuje przekaz, że miłość łączy się z bólem. Bliska relacja łączy się z cierpieniem.

Książkę Anny Golus "Dzieciństwo w cieniu rózgi. Historia i oblicza przemocy wobec dzieci" możecie kupić w Publio.pl >>>

Anna Golus - publicystka i autorka licznych artykułów dotyczących głównie praw dziecka i przemocy wobec dzieci. Publikowała między innymi w "Tygodniku Powszechnym", "Ale Historii", "Dziecku", "Przekroju", "Znaku". Inicjatorka kampanii "Kocham. Nie daję klapsów" i akcji "Książki nie do bicia". Specjalizuje się w tematyce praw dziecka. Niedawno ukazała się jej książka "Dzieciństwo w cieniu rózgi.  Historia i oblicza przemocy wobec dzieci".

Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos. Autorka powieści "Plac Konstytucji". Pracuje nad jej kontynuacją.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (253)
Zaloguj się
  • falconigel

    Oceniono 16 razy 16

    ja bylem bity przez ojca cale moje dziecinstwo,kijami do mieszania bielizny,sznurami od zelazka,wymyslnymi nahajkami ,pejczami zrobionymi przez ojca i wiszacymi za drzwiami kuchni,bicie po glowie!! zawsze czulem krew w ustrach!!! stanie na mrozie w majtkach w smietniku..dlugo pisac pomysly mojego ojca!!! skonczylo sie jak rzucilem w niego krzeslem!!! wtedy jakby sie opamietal!!!! skonczylo sie jak mialem 14 lat,wyjechalem do internatu!!! co ciekwae to to iz to ja bylem jedyna osoba ktora odwiozla go do szpitala gdzie godzine pozniej umarl 52 lata.O umarlych nie mowi sie zle,mam 62 lata i wybaczylem mu!!! nie chce opisywac historii mojego ojca bo jego zycie bylo bardziej przesrane niz moje!!!! warte napisania ksiazki. Pozdrawiam

  • grosz-ek

    Oceniono 22 razy 16

    Ciekawe, czy ktoś się kiedyś zastanawiał, jak bardzo dewastujące jest dla ojca wysługiwanie się nim, jako narzędzia sprawiedliwości. To był ten jeden z aspektów ojcostwa, którego nienawidziłem - społeczne/rodzinne oczekiwanie, że to ja będę tym złym, który karze i bije. Nie po to zostałem ojcem, żeby bić swoje dzieci, szczególnie te kilkuletnie. Teraz kiedy moje dzieci, wkraczają w dorosłość, cieszę się, że mam z nimi normalne, partnerskie, dorosłe relacje. Mam szacunek i autorytet nie dlatego, że jestem tym złolem, którego trzeba się bać, ale dlatego, że w niektórych sytuacjach jestem dla nich ostatnią ( a niekiedy - pierwszą) skuteczną deską ratunku, którą warto mieć w zapasie.

  • rikol

    Oceniono 32 razy 16

    Jeszcze jedno. Większość ofiar przemocy nie stosuje przemocy. To dotyczy nielicznych. Gdyby było tak, jak chce ta pani, to ewolucja moralności i zwyczajów byłaby po prostu niemożliwa, bo dzieci automatycznie powielałyby błędy rodziców. A tak nie jest. Społeczeństwo ewoluuje ku lepszemu. Kiedyś składano ofiary z ludzi, potem ze zwierząt, a dziś uważa sie to za kompletny anachronizm. Kiedyś kobiety nie miały praw, dzisiaj kobieta może byc prezydentem. To samo dotyczy innych mniejszości, słabszych itd. I paradoksalnie, to dziś najwięcej się zarzuca dyskryminacji - podczas gdy jesteśmy w epoce, w której dyskryminacji jest najmniej, jest ona nielegalna i karana. To samo dotyczy przemocy. Kiedyś można było zabić swoje dziecko i nikt nawet się nie zdziwił. Teraz nawet krzywo spojrzeć nie mozna, bo to jest dyskryminacja, przemoc itd. Wyolbrzymia się nic nieznaczące zdarzenia. W USA powstał nawet termin "mikroagresja", własnie na określenie takich sytuacji ,kiedy ktooś krzywo spojrzy itp.

    Co do Hitlera i faszyzmu, ta pani popełnia częsty błąd. Faszyzm jest porównany do dzisiejszego swiata wolności i praw człowieka. Tymczasem należaloby go porównywać do moralności z XIX wieku, gdzie wolność nie była ceniona, a do strajkujących robotników po prostu strzelano. Kilkuletnie dzieci pracowaly wtedy w kopalniach, a długość życia to jakieś 35 lat (co i tak było postępem, bo do konca XVIII w, długość życia to jedynie 25 lat; W XIX w. zaczęto szczepienia przeciw ospie, stąd wzrost o 10 lat). Faszyzm faktycznie był postępem, stąd był tak entuzjastycznie przyjęty przez masy. W Niemczech robotnicy i ich rodziny mogli wyjechać na wakacje - czego wcześniej nie praktykowano. Hitler zapewnił zatrudnienie przez plan masowych inwestycji państwowych - a to był kraj, gdzie panowało bezrobocie, hiperinflacja i ogólna nędza. Odwołanie do patriotyzmu i nacjonalizmu nie było po I wojnie niczym dziwnym w Europie. Dopiero po II wojnie nacjonalizm uznano za źródło wszelkiego zła - co nie jest do końca zgodne z prawdą, wystarczy popatrzeć na liczbę ofiar komunizmu, który jest internacjonalistyczny. Koniec I wojny światowej to upadek imperiow europejskich i tworzenie nowego porządku. Nic dziwnego, że ten nowy porządek był co najmniej niedoskonały. Nie istniał wtedy model demokracji, gdzie ludzie byli faktycznie wolni. Zresztą wolność wymaga wykształcenia i pewnego uformowania społecznego. Bez wykształcenia wolność jest iluzją i prowadzi do przemocy - wystarczy popatrzeć na imigrantów muzułmańskich w Europie, którzy słyszeli w swoich krajach, ze u nas wszystko wolno i gwałcą kobiety. Po prostu są to ludzie, którzy nie potrafią żyć normalnie w kraju, gdzie człowiek jest wolny, nie potrafią korzystać właściwie z wolności.

  • moranisse

    Oceniono 27 razy 13

    "..gdybyśmy nie stosowali przemocy wobec dzieci, to one by się jej nie nauczyły."
    Czyżby?
    Następcy tronów jako dzieci nigdy nie doznali przemocy, ale doskonale nauczyli się ja stosować w stosunku do podwładnych.

  • latozradiem

    Oceniono 33 razy 13

    Z tym klapsem w tyłek jako w "miejsce intymne" to już jawne naciąganie i tworzenie teorii. To nie ma nic wspólnego z żadną intymnością. Kara w postaci uderzenia w pośladki (skoro już bicie praktykowano) jest podyktowana ludzką anatomią, Na pośladkach znajduje się najgrubsza warstwa mięsni i tłuszczu, która chroni wewnętrzne organy od ewentualnych uszkodzen. A więc bicie miało bolec (za karę), ale nie uszkadzać organizmu.

  • gadolinn

    Oceniono 15 razy 11

    Rózga to daje raczej mało cienia.

  • rozterka47

    Oceniono 7 razy 7

    I potem dziwić się , ze kobieta latami tkwi w związku z mężczyzną , który ją katuje .

  • maxthebrindle

    Oceniono 8 razy 6

    Jestem ojcem czwórki wchodzących w dorosłość dzieci, które - mam nadzieję - dobrze z żoną wychowaliśmy: świetnie się uczą, mają bogate zainteresowania, są otwarte i życzliwe innym a przy tym wciąż mają z nami, rodzicami świetny kontakt, pomimo potencjalnych zagrożeń wieku dojrzewania. Żadnego z nich nigdy nie uderzyłem, choć zdarzyło się, że dostały klapsa od żony: ale mówimy tu o sytuacji, gdy trzylatka wyrywa się matce i wbiega wprost pod nadjeżdżające auto, unikając śmierci o centymetry. Reakcją żony był klaps, wymierzony natychmiast - nie sądzę, że bolał fizycznie (rzecz działa się późną jesienią i mała była dość grubo ubrana, a i żona raczej drobna), ale na pewno zabolał emocjonalnie, na tyle, że córka zapamiętała zasady bezpiecznego przechodzenia przez jezdnię natychmiast.
    Ja sam byłem kilkukrotnie bity przez dorosłych w dzieciństwie, z całym tym upokarzającym rytuałem 'wymierzania kary', który bolał chyba bardziej, niż samo bicie i budził we mnie jedynie większy bunt, niż jakąkolwiek refleksje co do mego zachowania. Właśnie z tego powodu postanowiłem, ze własnych dzieci nigdy karał cieleśnie nie będę.
    Jednak idealistyczne twierdzenia pań w tekście, że fizyczne karanie dzieci zaczęło się wraz z powstaniem społeczeństw hierarchicznych (w domyśle - patriarchalnych, bo męską szowinistyczną świnię należy atakować zawsze i wszędzie) - wydaje się mocno naiwne. Po pierwsze - nie mamy wiarygodnych źródeł, by taką tezę postawić. Po drugie - analizując pośrednie źródła, którymi dysponujemy (czyli badania nielicznych grup plemiennych, które dotrwały do naszych czasów, lub szerzej - czasów gdy prowadzono już obiektywne obserwacje badawcze) wyciągnięto wniosek, że dzieci nie karano, za to przeprowadzana brutalne rytuały wejścia w dorosłość. Pani autorka zapomniała jedynie ustawić tę informację w odpowiednim kontekście, mianowicie takim, że owe rytuały wejścia w dorosłość dotyczyły nierzadko dzieci 10 - 12 letnich, które traktowano niezwykle surowo, wręcz brutalnie. Ich młodsze o kilka lat rodzeństwo było traktowane łagodnie, bo nie było warte uwagi: młodsze dzieci padały jak muchy w tamtych czasach i dopiero dożycie do wczesnego 'nastolactwa' oznaczało, ze taki młody człowiek rokuje na przydatnego członka społeczności. I wtedy był zderzany z brutalnością norm społecznych danej grupy bez żadnej taryfy ulgowej.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX