BTS na koncercie w 2019 roku

BTS na koncercie w 2019 roku (fot. Shutterstock)

fenomen

Współczesny Michael Jackson miałby skośne oczy, pastelową grzywkę i nieposzlakowaną opinię

Koreańscy muzycy nie buntują się, ale umieją zaskarbić sobie miłość nastolatków. Mają miliony fanów, ale są gotowi regularnie odpowiadać na ich wiadomości. Mało kto rozumie, co śpiewają, ale wszyscy chwalą ich za pozytywny przekaz. Oszałamiający sukces k-popu to prawdziwy koncert paradoksów.

Wystarczy spojrzeć na kilka dat z kalendarium historii k-popu, żeby zrozumieć, że przyszłość anglojęzycznej muzyki rysuje się niewesoło:

2012 - parodystyczny teledysk "Gangnam Style" producenta o pseudonimie Psy jako pierwsze wideo w historii YouTube'a przekracza 1 mld wyświetleń (dziś ma ich już ponad 3,3 mld).

2017 - koreański zespół BTS pojawia się na kanapie u Ellen DeGeneres i występuje na imprezie sylwestrowej na Times Square w Nowym Jorku.

2018 - BTS walczy o miejsce na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi świata magazynu "Time". Wygrywa głosowanie czytelników z wynikiem powyżej 15 proc. Barack Obama zdobywa 3 proc., Beyonce i Rihanna - po 2 proc.

2019 - girlsband Blackpink bije rekord w kategorii najlepszej premiery YouTube, zdobywając ponad 56 mln wyświetleń w ciągu doby. Wkrótce BTS przebija ten wynik o 20 mln.

Nieźle jak na dobro eksportowe (bo za takie obecnie uważa się kulturę), które Koreańczycy zaczęli szeroko promować na Zachodzie dopiero w 2011 r. To wtedy trzy wiodące agencje produkcyjne zorganizowały pierwsze pozaazjatyckie trasy swoich podopiecznych, pieczołowicie dokumentowane w lokalnej telewizji. W ciągu niecałej dekady centrum muzycznych innowacji przeniosło się z LA i Londynu do Seulu. Współczesny Michael Jackson miałby skośne oczy, pastelową grzywkę i nieposzlakowaną opinię.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Bo najważniejsze przykazanie koreańskich artystów brzmi: zero skandali. Nie piją, nie ćpają, nie klną, nie wikłają się w romanse. Nie mieliby zresztą na nie czasu, bo obowiązuje ich dalekowschodni etos pracy, często morderczej, ale przynoszącej wymierne efekty. Może dlatego rodzice ich najmłodszych fanów gotowi są zapłacić za bilet na koncert dla nastoletniej latorośli aż kilkaset złotych. Brzmi jak lepsza inwestycja niż 100 złotych wydane na Marilyna Mansona na Torwarze, obiekt pożądania dzieciaków z mojego pokolenia...

Porządne dziewczyny, dobre chłopaki

K-pop poza chwytliwymi melodiami przemyca także system wartości oparty na współpracy, zaangażowaniu, dążeniu do perfekcji i niespotykanej u gwiazd tego formatu skromności. Wywiady z koreańskimi idolami to kompilacje niemal stałych elementów: podkreślenia, że zespół to "normalsi", którzy wszystko zawdzięczają samodoskonaleniu; obietnicy dalszej pracy nad sobą; zaakcentowania bliskich i trwałych więzi w grupie; podziękowania fanom za nieustające wsparcie. Wystarczy posłuchać Rap Monstera, frontmana BTS i jedynego anglojęzycznego członka zespołu:

Połączyło nas wspólne marzenie, by pisać, produkować i tańczyć do muzyki, która odzwierciedla nasze korzenie i nasze wartości: akceptację, wrażliwość i dążenie do sukcesu. Przez ostatnie cztery lata cała nasza siódemka inspirowała się nawzajem, by być jak najlepszymi. To zbliżyło nas jak braci [...] Większość naszych piosenek opowiada o tym, jak postrzegamy świat i jak próbujemy pozostać normalnymi, przeciętnymi ludźmi. To nasi fani inspirują nas i wyznaczają kierunek naszej muzyki. Ich miłość i wsparcie daje nam siłę do pracy - tłumaczy RM w wywiadzie dla magazynu "Time".

Dalekowschodnie boysbandy wyróżnia jeszcze jeden nietypowy dla Zachodu element - męska emocjonalność. Idole mówią otwarcie o swoich słabościach, przytulają się, wzruszają do łez, opowiadając o swoich długoletnich przyjaźniach. A fani kupują te emocje i  podkreślają, że k-pop pomógł im się otworzyć.

- K-pop pokazuje, że warto zmieniać swoje życie i się doskonalić, ale także próbować wielu nowych rzeczy w innych dziedzinach, w których nigdy byśmy nie pomyśleli, że warto spróbować - podsumowuje Sandra z Łodzi, którą poznaję przez fanpage K-POP Live Polska.

Zespół Blackpink w 2019 roku (fot. Wikimedia Commons)
Zespół Blackpink w 2019 roku (fot. Wikimedia Commons)

- K-pop sprawia mi dużo radości i daje więcej energii. Znajomi uważają nawet, że nigdy nie byłam jeszcze taka miła i szczęśliwa - dodaje druga Sandra, gimnazjalistka z Wielkopolski.

Wydawać by się mogło, że mówienie o k-popie w oderwaniu od jego filozofii w ogóle nie jest możliwe. A przynajmniej na tym aspekcie skupiają się zachodnie media w rozlicznych próbach uchwycenia fenomenu.

Z ich pozytywnym przekazem o pewności siebie, filozofią subtelnie ukrytą w radosnych piosenkach, prawdziwą synergią i braterstwem widocznym w każdym kroku skomplikowanych choreografii i niezliczonymi inicjatywami dobroczynnymi, BTS pokazali się od najlepszej strony, jako wzory do naśladowania dla milionów kochających fanów i każdego, kogo przyciąga ich niezaprzeczalny urok - pisała amerykańska wokalistka Halsey w artykule dla magazynu "Time", gdy Koreańczycy po raz drugi wygrali plebiscyt publiczności.

Koreańczycy swobodnie łączą, nawet nie w obrębie jednego albumu, ale 4-minutowej piosenki, różne popularne gatunki muzyczne. W jednym utworze mamy np. szczyptę hip-hopu, odrobinę rocka, później melodyjny popowy wokal, a na dobitkę jeszcze mocny beat w stylu techno. Koreańskie przeboje nie muszą być nawet skomponowane przez rodzimych artystów. Jeden z największych hitów girlsbandu Red Velvet stworzył duet producentów ze Szwecji, który pierwotnie zamierzał sprzedać utwór zachodniej wytwórni. Ostatecznie "Dance with Nobody" powędrował do Korei i pod zmienionym tytułem zawojował listy przebojów w 2017 r.

Marcin Jacoby, akademik, badacz Chin i Korei, a prywatnie mąż Julii z Seulu, w podkaście na blogu Dział Zagraniczny przekonuje, że k-pop to "muzyczny worek", który możemy definiować raczej na poziomie języka, stylu ubierania się, a przede wszystkim łączenia muzyki z bardzo dopracowaną choreografią wymagającą doskonałej kondycji. W swojej książce "Korea Południowa. Republika żywiołów" Jacoby stawia jeszcze jedną tezę dotyczącą sukcesu k-popowych bandów. Mają one być odtrutką na postępującą seksualizację amerykańskiej muzyki, teledyski pełne nagich pośladków i teksty szczegółowo opisujące erotyczne eskapady. Choć stylizacje koreańskich wokalistek opierają się na mikroszortach i rozszerzanych spódniczkach mini w stylu lolitki, młode gwiazdy nigdy nie przekraczają granic dobrego smaku.

Być może właśnie chęć przełamania własnego wulgarnego wizerunku i pozyskania bardziej konserwatywnej widowni przyciągnęła do k-popu skandalistkę Nicki Minaj, która zarapowała w utworze "Idol" grupy BTS (ponad 83 mln wyświetleń na YouTube).

Mimo że w koreańskich teledyskach zachodni artyści pozostają na drugim albo nawet trzecim planie, ustawiają się w kolejkach, by współpracować z gwiazdami k-popu. Z BTS nagrywali również Ed Sheeran, Steve Aoki, Zara Larsson czy Charli XCX. Z kolei królewny k-popu, zespoły BLACKPINK i Red Velvet, zapraszały do studia Duę Lipę i Ellie Goulding.

Zachód szybko zauważył więc konkurencję i nauczył się już, jak na niej skorzystać. Warty 5 mld dolarów rynek koreańskiej muzyki to żyła złota, nie tylko dla trzech dominujących wytwórni z Seulu. Na k-popie zarabia też Zachód - agencje koncertowe, telewizje muzyczne, amerykańskie magazyny i serwisy internetowe.

Jednocześnie da się zauważyć pewną ostrożność, jeśli nie obawę przed "koreanizacją" anglosaskiego show-biznesu. Zespół BTS przoduje w plebiscytach publiczności, ale nie na układanej przez redakcję magazynu "Time" liście 100 najbardziej wpływowych. Najnowszy przykład? W lipcu MTV ogłosiło nominacje do popularnych nagród Video Music Awards, ujawniając, że po raz pierwszy w plebiscycie pojawi się kategoria "K-pop". Fani potraktowali ten gest jako wstęp do wykluczenia azjatyckich artystów z głównych konkurencji, a swoją złość wyrażali w mediach społecznościowych pod znaczącym hasztagiem #VMAsracist. MTV chyba przestraszyło się krytyki, bo ostatecznie Koreańczycy zgarnęli także nagrodę dla zespołu roku, która przypadła oczywiście najpopularniejszemu BTS.

Koreańskie New Kids on the Block

Jak to się stało, że kraj o niezrozumiałym powszechnie języku stał się kluczowym graczem na światowym rynku muzycznym? Cofnijmy się do wczesnych lat 90., kiedy większości współczesnych fanów k-popu nie było jeszcze na świecie.

Jest wiosna 1992 r. Jeden z szaleńczo popularnych koreańskich telewizyjnych konkursów nowych talentów przebiega bez zakłóceń, aż na scenie pojawia się niejaki Seo Taiji, smukły chłopak w okularach. Lider i jego dwaj towarzysze śpiewają, rapują, odtwarzają perfekcyjną choreografię, ale sędziowie dają im fatalne noty. - Za mało w tym wszystkim melodii - podsumowuje członek jury.

Zespół Brown Eyed Girls (fot. Shutterstock)
Zespół Brown Eyed Girls (fot. Shutterstock)

Wpadająca w ucho linia melodyczna była dotąd obowiązkowym elementem muzyki promowanej w publicznej telewizji. Oceniany był również tekst, najczęściej o wielkiej miłości, do tego jedynego/jedynej albo jeszcze lepiej - do ojczyzny. To pamiątka po polityce kulturalnej dyktatora Park Chung-hee, kontynuowanej na długo po jego zabójstwie w 1979 r. Gdy debiutował Seo Taiji, czasy cenzury zdążyły przeminąć, ale wśród koreańskich artystów brakowało odwagi, by wprowadzić na scenę nową jakość. Do tego potrzebni byli trzej młodzieńcy, luźno łączący rodzimą tradycję ze strzępkami amerykańskiej popkultury, zakochani w rapie i breakdance.

Sromotna porażka w konkursie talentów nie zaszkodziła Seo Taiji & The Boys - telewidzowie pokochali przegranych. W ciągu kilku tygodni debiutanci stali się idolami młodego pokolenia, a ich piosenka "Nan arayo (I know)" utrzymywała się na szczycie list przebojów przez... przeszło cztery miesiące. Media ochrzciły ich koreańskimi "New Kids on the Block", a liczne wzmianki prasowe ilustrowały sesje z udziałem nowych idoli, ubranych wzorem raperów z Zachodu w koszulki XXL, "szelesty", szerokie ogrodniczki, wędkarskie kapelusze i ciężką biżuterię.

Wkrótce koreańskie ulice zaludnili ich młodzi naśladowcy. Niedługo później typowy dla lat 90. styl ubierania się Seo Taiji zastąpiła kuriozalna estetyka zespołu H.O.T., który na scenie lansował. kolorową odzież narciarską.

Poza sprowokowaniem chwilowej zwyżki sprzedaży watowanych rękawic z jednym palcem, H.O.T. zapisał się w historii jako swoisty wzorzec nowego muzycznego "produktu". Pięciu młodziutkich członków zespołu zostało osobiście wyselekcjonowanych przez producenta Lee Soo-mana, założyciela najpotężniejszej do dziś wytwórni SM Entertainment. Lee wpadł też na genialny, wielokrotnie później kopiowany, pomysł nazwania zespołu łatwym do zapamiętania angielskim akronimem (nazwa oznaczała Highfive of Teenagers, czyli nastolatki przybijające piątkę).

Obrotny producent nie wziął się znikąd. Karierę DJ-a i radiowca zaczynał w Seulu, ale wkrótce wyjechał do Stanów, by podpatrywać tamtejszy potężny show-biznes. Zaczął od ambitnego planu wykreowania koreańskiego Michaela Jacksona, co skończyło się wizerunkowym i finansowym fiaskiem. Jego pierwszy podopieczny Hyun Jinyoung popadł w niełaskę wkrótce po sukcesie swojego trzeciego albumu, gdy aresztowano go za posiadanie marihuany. W przeciwieństwie do zachodniej publiczności poprawni Koreańczycy nie byli skłonni zaakceptować idola, który źle się prowadzi i wchodzi w konflikty z prawem.

Zespół BTS w 2017 roku (fot. Shutterstock)
Zespół BTS w 2017 roku (fot. Shutterstock)

Żeby zapobiec podobnym wpadkom, Lee wymyślił idol groups, jak w Korei nazywa się boys- i girlsbandy, złożone z grzecznych, pracowitych, bezproblemowych nastolatków. Szkolonych, a nierzadko wręcz kontrolowanych przez wytwórnię.

Koncept Lee Soo-mana szybko znalazł naśladowców, a nowe wytwórnie JYP i YG zaczęły rozpychać się na rynku muzycznym. Wkrótce miał stać się za ciasny dla całej trójki, dlatego oczy producentów zwróciły się najpierw w stronę Japonii, później - Zachodu.

Pomocną dłoń do koreańskich wytwórni wyciągnął rząd. Gdy trwającą niemal 20 lat dobrą koniunkturę przełamał potężny kryzys gospodarczy, Korea Południowa zaczęła szukać nowych źródeł przychodów z eksportu. Padło na kulturę. Przegłosowana w 1999 r. ustawa zakładała wzrost dotacji na przemysł kulturalny do 1 proc. budżetu, a celem inwestycji nie miało być umocnienie tożsamości narodowej, ale poprawa konkurencyjności koreańskiej kultury na zagranicznych rynkach.

Trening czyni mistrza?

SM Academy, czyli szkoła dla idoli stworzona przez Lee Soo-mana, wypracowała obowiązujące do dziś standardy kreowania nowych gwiazd w Korei. Nikt tam nie trafia na scenę bez wieloletniego szkolenia z zakresu śpiewu i choreografii. Na zajęciach muzycznych nastolatki spędzają całe popołudnia i wieczory, nie zaniedbując przy tym szkoły, choć ta koreańska uchodzi za jedną z najbardziej wymagających na świecie. Porządna edukacja jest kulturowym wymogiem, a dla przyszłych idoli szczególnie ważne są języki obce - wiele zespołów nagrywa tę samą piosenkę dwa razy: po koreańsku i po chińsku lub japońsku.

Według zachodnich standardów koreańskie nastolatki z ambicjami są zwyczajnie przepracowane, ale PR-owcy wytwórni chętnie zapraszają anglosaskich dziennikarzy do szkół dla idoli. Reporterzy BuzzFeeda odwiedzili położoną przy granicy północnokoreańskiej Global K Academy, a CNN jedną ze szkół należących do SM Entertainment, gdzie za semestr nauki trzeba zapłacić ok. tysiąca dolarów. Cena nie odstrasza chętnych, bo co roku we wstępnych przesłuchaniach bierze udział pół miliona dzieciaków między 10. a 14. rokiem życia. Przyjmowanych jest mniej niż dziesięcioro.

Zespół Red Velvet w 2015 roku (fot. Shutterstock)
Zespół Red Velvet w 2015 roku (fot. Shutterstock)

Bardziej otwarty jest kampus wspomnianej Global K Academy, w którym intensywny roczny kurs może jednocześnie odbywać nawet 800 uczniów. Szkoła zapewnia zakwaterowanie i chętnie przyjmuje zagranicznych kursantów, przede wszystkim z Chin i Tajwanu. Za opiekę nad studentami odpowiedzialna jest Francuzka Aurore Barniaud, która bez skrępowania opowiada, że do jej zadań należy osuszanie ich łez. Aby nie odciągać nastolatków od zajęć ze śpiewu, tańca, makijażu i autoprezentacji, szkoła rekwiruje komórki i pozwala na wyjazdy do domu tylko raz na trzy miesiące. Dla dziewcząt nauka w Global K wiąże się także z obowiązkową dietą. - Ważymy dziewczyny codziennie i kontrolujemy wszystko, co jedzą. W dni, kiedy mają występy w telewizji, dostają tylko jeden posiłek, bo kamera dodaje kilogramów - tłumaczy Barniaud w rozmowie z CNN.

Już na etapie szkoleń kandydaci na idoli dobierani są w grupki. W gotowym do debiutu zespole ma znaleźć się miejsce dla sprawnego rapera, wybitnego tancerza, atrakcyjnego łamacza serca i najmłodszego członka (maknae), beniaminka, którego pozostali mają otaczać opieką. Najmłodsi trafiają na profesjonalną scenę przed ukończeniem 15. roku życia.

Intensywne treningi adeptów i umowy podpisywane z nieletnimi zdążyły już przysporzyć problemów przedsiębiorczym wytwórniom. Ochrzczone przez media "niewolniczymi kontraktami", dopiero od 2017 r. podlegają regulacjom prawnym. Wcześniej umowy podpisywane były na kilka lat, a za ich zerwanie młody gwiazdor musiał zapłacić krocie. Najwyższe odszkodowania dla wytwórni przekraczały pół miliona złotych. Pracodawca mógł z kolei pozbyć się młodego idola pod byle pretekstem, na podstawie niejasnej "klauzuli moralności". Obecnie muzykom przysługuje... 30-dniowe wypowiedzenie.

Sytuację gwiazd k-popu w pewnym stopniu poprawiły zmiany w prawie, ale większy wpływ na kształt rynku miał ogromny sukces BTS. Zespół należy do mniejszej wytwórni Big Hit Entertainment i cieszy się wyjątkową swobodą. Ich publiczne wypowiedzi, media społecznościowe i życie prywatne nie podlegają ścisłej kontroli wydawcy, chłopaki mogą nawet chodzić na randki. Co więcej, w przeciwieństwie do konkurentów uczestniczą w pisaniu swoich piosenek. Dzięki temu, wzorem Seo Taiji, mogą poruszać w tekstach tematy kontrowersyjne, jak ogromna presja sukcesu ciążąca na młodych Koreańczykach. W społeczeństwie opartym na bezdyskusyjnym szacunku dla starszych pokoleń negowanie zastanego porządku nie jest mile widziane, przez co BTS potrzebował kilku lat, żeby przekonać do siebie koreańskich fanów.

Seul nad Wisłą

Teraz BTS święci triumfy również w Polsce. Jednak dla wielu fanów dominacja jednego składu jest zjawiskiem niepokojącym, które odbiera szansę na sukces innym młodym, zdolnym i zdeterminowanym.

- Wiele osób zaczęło słuchać k-popu tylko dla BTS i często obrażają inne zespoły - martwi się Sandra z Wielkopolski. - Minusem jest także to, że pojawia się coraz więcej angielskiego w piosenkach lub są w całości wydawane po angielsku, co niezbyt mi się podoba.

Czy fani k-popu gotowi są nauczyć się koreańskiego, żeby ich idole nie musieli śpiewać po angielsku? Ci najbardziej zdeterminowani zapisują się na zajęcia językowe albo... sami próbują zostać gwiazdami. Centrum Kultury Koreańskiej przy Ambasadzie Republiki Korei prowadzi kursy języka i zajęcia z choreografii pod nazwą K-pop Academy. - Większość naszych kursantów twierdzi, że zainteresowali się Koreą właśnie przez  k-pop i koreańskie dramy - tłumaczy Joonghee Jo z CKK.

Instytucja prowadzi też eliminacje do K-POP World Festival, konkursu dla fanów z całego świata odbywającego się corocznie w Changwon. Choć zeszłoroczni zwycięzcy pochodzą z Tajlandii,  Europejczycy także regularnie kwalifikują się do finału. W Korei występowali m.in. Węgrzy, Francuzi i Ukraińcy, Irlandczycy. W ubiegłym roku do Changwon zaproszono także polski duet UNICA.

Polscy fani to w większości nastolatki, choć nie tylko: - Większość adminów i moderatorów na naszej grupie to osoby 20+. Ale są wśród nas już matki kilkunastoletnich dzieci, osoby przed czterdziestką - mówi Angela, jedna z administratorek facebookowej grupy K-pop Poland.

BTS podczas koncertu w 2019 roku (fot. Shutterstock)
BTS podczas koncertu w 2019 roku (fot. Shutterstock)

Koreańskie zespoły coraz chętniej koncertują w Polsce, a rodzime media i wydawnictwa starają się wpisać w potrzeby fanów gatunku. 4FUN.TV poświęca k-popowi niedzielne poranki, internetowy serwis Radia Eska serwuje newsy o koreańskich zespołach. W księgarniach natkniemy się na leksykon "K-pop. A-Z" i album "K-pop Style. Moda, makijaż i nie tylko", którego autorka podkreśla, że zachodnia moda czerpie garściami od koreańskich muzyków co najmniej od 2012 r., kiedy raper G-Dragon stał się sensacją tygodnia mody w Paryżu i zachwycił nieżyjącego już kreatora Karla Lagerfelda.

A pop i moda to tylko wierzchołek góry lodowej, bo ekspansja kulturowa Korei Południowej zatacza coraz szersze kręgi. Kimchi, sztandarowy produkt eksportowy, staje się równie dostępne jak polska kiszona kapusta. Koreańskie maseczki są już w każdej drogerii i na półkach Tesco, a bestseller Charlotte Cho "Sekrety urody Koreanek" od trzech lat utrzymuje się w czołówce najlepiej sprzedających się poradników. W kinie zaś zobaczymy "Parasite", tragikomiczny film Bong Jon-ho, który zawojował festiwal w Cannes i odebrał Złotą Palmę.

Sami Koreańczycy modę na swoją kulturę nazwali hallyu, czyli "koreańską falą". Obficie dotowana od 1999 roku i mimowolnie wspierana przez rozwój mediów społecznościowych koreańska kultura popularna rozszerza swoje wpływy i urasta już do rozmiarów prawdziwego tsunami. Udowadnia przy tym, że mądra polityka kulturalna, otwartość i ogromne zaangażowanie artystów potrafią wypromować nawet z pozoru egzotyczne i niewielkie państwo.

Natalia Kędra. Absolwentka kulturoznawstwa UW, w latach 2007/08 stypendystka Universidade Nova w Lizbonie. Pracowała dla Gazeta.pl i ELLE.pl, była wydawcą w wydawnictwie Edipresse. Specjalizuje się w tematyce lifestyle'owej i podróżniczej. Gdy nie pisze, prowadzi wyprawy w Klubie Podróżników Soliści. Namiętnie ogląda wszystkie seriale Ameryki oraz azjatyckie filmy, o których nikt nigdy nie słyszał.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku