Lato na Grenlandii trwa 2 miesiące. Temperatura oscyluje wtedy wokół 10 stopni Celsjusza

Lato na Grenlandii trwa 2 miesiące. Temperatura oscyluje wtedy wokół 10 stopni Celsjusza (fot. Shutterstock)

podróże

Zdobywcy lodowej północy. "Zimą temperatura spada tu do minus 60 stopni, a zamiecie śnieżne trwają sto dni"

Tam, gdzie wybierają się najwięksi śmiałkowie z doskonałym przygotowaniem i supersprzętem, od tysiącleci żyje lud, który do przetrwania nie potrzebował nawet zapałek. Poznajmy Inuitów, którzy od Kalifornii woleli Arktykę.

Była dojrzała i doświadczona. Umiała wyczuć niebezpieczeństwo i zawsze zachowywała czujność. Dlatego długo krążyła wokół, nasłuchiwała i obserwowała otoczenie, nim w końcu uznała, że nic jej nie grozi i ruszyła w górę. Po raz ostatni.

Gdy tylko wychynęła z przerębli, jej ciało przeszył ostry, wykonany z kości wieloryba harpun.

Łowca wstał ze śniegu i wydobył swą zdobycz z wody. Był zadowolony, spędził w bezruchu kilka godzin, ale opłaciło mu się to.  A w dodatku w ogóle nie zmarzł. Mięso z upolowanej foki zapewni pożywienie jego rodzinie, a skóra przyda się na nowe buty. Zapakował zwierzę na sanie i ruszył w daleką drogę do wioski. Jako Inuita przyzwyczajony był do długich marszów po lodowej pustyni. W końcu tak jego przodkowie tu dotarli przed wiekami.

Inuici w 1907 roku (fot. Lomen Bros / Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych / domena publiczna)
Inuici w 1907 roku (fot. Lomen Bros / Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych / domena publiczna)

Mroźne piekło

Inuici wywodzą się z Azji Centralnej, skąd wypierani przez inne plemiona azjatyckie wyruszyli na północ. Sforsowali wąską Cieśninę Beringa i około X wieku rozpoczęli kolonizację Ameryki Północnej. W przeciwieństwie jednak do innych ludów podążających tą drogą, które ruszyły na południe ku wielkim równinom i słonecznej Kalifornii, Inuici konsekwentnie trzymali się północnych rubieży. Kolonizując obszary, które dziś zaliczane są do arktycznych rejonów Kanady, około XIII wieku dotarli do Grenlandii. Nie byli na tych terenach pierwszymi ludźmi, gdyż wcześnie istniało tu już osadnictwo kultury Dorset. Jej przedstawiciele sforsowali Cieśninę Beringa około 2000 r. p.n.e. Ale to Inuici trwale zajęli te ziemie i do dziś je zamieszkują.

A nie jest to kraina mlekiem i miodem płynąca. Można wręcz powiedzieć, że to najmniej sprzyjające osadnictwu tereny zamieszkane przez człowieka. Lato trwa tu dwa miesiące, przy czym latem nazywamy okres, gdy temperatura oscyluje wokół 10 stopni Celsjusza. Pozostała część roku to zima co się zowie. Mróz sięga wtedy minus 60 stopni, a zamiecie śnieżne mogą trwać nawet sto dni bez przerwy. Ale zimno to tylko jeden z problemów, z którymi zmagali się osadnicy z Azji. W arktycznych warunkach nie da się uprawiać roli. W ogóle niewiele tu rośnie. Nie ma więc mowy o roślinnych składnikach diety. Warzywa, owoce i zboża dziś importuje się z południa, ale wtedy po prostu ich nie było. Jedynym dostępnym pożywieniem było więc mięso fok i ryb. Brak roślin to również brak drewna. A bez tego trudno wyobrazić sobie budowę domów, łodzi czy wytwarzanie narzędzi i broni.

Rodzina Inuitów w 1930 roku (fot. Northwestern University Library, Edward S. Curtis / domena publiczna)
Rodzina Inuitów w 1930 roku (fot. Northwestern University Library, Edward S. Curtis / domena publiczna)

Mistrzowie krawiectwa

A jednak mimo tak niesprzyjających warunków Inuici poradzili sobie znakomicie. Ich organizmy przystosowały się do zimna i do monotonnej mięsnej diety. Do budowy domów i łodzi wykorzystywali kości wielorybów i wyrzucone na brzeg drzewa, przyniesione przez prądy morskie z południa. Powstałe w ten sposób szkielety pokrywali skórami zwierząt. Tak budowano nie tylko małe kajaki czy czółna, ale też większe jednostki. Takie jak umiaki, duże łodzie wiosłowe, mierzące od 6 do 10 metrów i mieszczące nawet 20 osób. Używane były do transportu, ale też do polowań na wieloryby.

Prawdziwych cudów Inuici dokonali w dziedzinie krawiectwa. Wytwarzanymi przez nich ubraniami zachwycał się m.in. najsłynniejszy polarnik XX wieku Roald Amundsen. Zapewniały one znakomitą ochronę przed zimnem i wiatrem, a jednocześnie zapobiegały nadmiernemu poceniu się. Europejczycy potrzebują dzisiaj polarów, goretexów i termoaktywnej bielizny, by osiągnąć choć w przybliżeniu podobny efekt.

Arcydziełem inuickiej sztuki szewskiej były np. kamiki, buty wykonywane z foczych skór. Składały się one z dwóch warstw. Wewnętrzna miała futro skierowane do ciała, a zewnętrzna na wierzch. Takie buty były ciepłe, nieprzemakalne i. antypoślizgowe. Zimą dokładano na zewnątrz warstwę futra niedźwiedzi polarnych. Dzięki niej myśliwi mogli poruszać się po śniegu bezszelestnie? Inuickim wkładem w światową modę jest - poza butami -  anorak, inaczej zwany dziś parką. To długa, sięgająca kolan kurtka z charakterystycznym dużym kapturem obszytym futrem. Dziś sztucznym, a dawniej będącym po prostu wilczym ogonem. Składa się ona z dwóch warstw. Letniej - noszonej do około minus 10 stopni, oraz zimowej -na chłodniejsze dni.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Duch wszystkiego

Poza dorobkiem materialnym Inuici mieli też bogate życie duchowe. W każdej niewielkiej wspólnocie żył Angakkuq. Uzdrowiciel, doradca, a przede wszystkim szaman, który odprawiał rytuały, by zapewnić pobratymcom zdrowie i powodzenie. Była to ważna postać, pełniąca rolę przewodnika w Angakkuuniq, systemie wierzeń inuickich. To on prowadził Bladder Dance - rytualny taniec, podczas którego uwalniane są dusze zabitych przez myśliwych zwierząt. Był on dla Inuitów niezwykle ważny, ponieważ powszechna była wśród nich wiara w to, że wszystko na świecie jest ze sobą połączone. Ludzi, zwierzęta, rośliny, a nawet kamienie miał przenikać wszechobecny duch Inua.

Dziś z tych wierzeń nie zostało zbyt wiele, a większość Inuitów jest chrześcijanami. Tak jak w przypadku innych rdzennych ludów Ameryki ich filozofia i duchowość uległy wyparciu przez kulturę przyniesioną przez białego człowieka. A początki tych kontaktów wyglądały całkiem obiecująco. Bo Inuici, choć zamieszkiwali niedostępne rejony północy i byli na nich samowystarczalni, utrzymywali kontakty z Europejczykami. Na początku byli to zapuszczający się na północ Ameryki i na Grenlandię wikingowie, a później również baskijscy i portugalscy wielorybnicy. Wymieniano z nimi focze czy niedźwiedzie futra na noże i tkaniny. Kontakty te w żaden sposób nie wpływały na inuicką kulturę i styl życia.

Wszystko zmieniło się wraz ze skolonizowaniem Kanady przez Europejczyków i powstaniem w XVII wieku Kompanii Zatoki Hudsona. Była to - czy raczej jest, gdyż firma wciąż działa i ma się nieźle - korporacja powołana do prowadzenia handlu na dalekiej północy. Finansowała ona wyprawy łowiecko-kupieckie, zakładała faktorie i dalekie bazy. Sprawiła, że Inuici stali się częścią kanadyjskiego obiegu gospodarczego. Trzeba jednak podkreślić, że dzięki temu, iż zamieszkiwali tereny, których nikt nie miał ochoty trwale zamieszkiwać, objąć we władanie ich los był dużo lepszy niż innych ludów indiańskich, które zostały albo eksterminowane, albo wyparte ze swych terenów i zamknięte w rezerwatach.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Inuici utracili natomiast swoje wierzenia i przestali być samowystarczalni. Stali się zawodowymi myśliwymi, sprzedającymi Kompanii skóry i futra. Nie byłoby to takie złe, gdyby nie to, że w ten sposób stali się zakładnikami koniunktury w jednej branży. Kiedy przyszedł kryzys, zostali pośród lodowej pustyni bez środków do życia i umiejętności swoich przodków. W ten sposób rozpoczął się proces ich upadku, a oni sami znaleźli się na garnuszku kanadyjskiej opieki społecznej. Dopełnieniem tego był obowiązek szkolny, który odrywał dzieci od rodziców lub zmuszał całe rodziny do przeprowadzki na południe, gdzie znajdowały się szkoły. To wszystko prowadziło do ich dezintegracji i zaniku tradycji.

Wezwanie północy

Jednak Inuici przetrwali. Zdołali zachować swoją kulturę i odrębność. Wywalczyli też różne przywileje. W 1999 roku rząd Kanady przyznał im na mocy traktatu prawie 2 miliony kilometrów kwadratowych terenów, z których utworzono Nunavut, niezależne terytorium inuickie. Uzyskali też prawo do udziału w zyskach z wydobywanych tam surowców. Podobne przywileje stały się udziałem inuickich ludów zamieszkujących Alaskę i Grenlandię. Dziś są to dumni ludzie, doceniający swoją kulturę, kultywujący stare zwyczaje, ale jednocześnie żyjący w dobrych warunkach i ogrzewanych domach.

Wciąż jednak pozostają twardymi zdobywcami mroźnej północy. I wciąż chętnie przyjmują nas - nieporadnych na  śniegu jak dzieci ludzi z południa. By ich odwiedzić, nie trzeba dziś na szczęście być łowcą wielorybów czy polarnikiem. Grenlandia, północna Kanada i Alaska są dzisiaj dostępne dla każdego z nas. Wystarczy tylko ciekawość świata i odejście od sztampowego myślenia o urlopie, by przeżyć wspaniałą przygodę.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Gdzie odwiedzić Inuitów?
Północna Kanada. A dokładniej Ziemia Baffina. To tu znajduje się Iqaluit, stolica niezależnego terytorium Inuitów - Nunavut. W kwietniu organizowany jest tu kilkudniowy Toonik Tyme Festival. W trakcie imprezy odbywają się wyścigi skuterów śnieżnych i psich zaprzęgów, można też zagrać w tradycyjne gry inuickie. Festiwal jest okazją do zapoznania się z Inuit Qaujimajatuqangit. To Ten trudno przetłumaczalny termin określa ogół wiedzy i umiejętności, jakimi dysponowali Inuici i które były niezbędne do przeżycia na zamieszkiwanych przez nich terenach. Festiwal - choć dostępny dla turystów, którzy są mile widziani - organizowany jest z myślą o lokalnej społeczności. Ma przybliżać młodym pokoleniom kulturę ich przodków i podkreślać odrębność Inuitów wśród licznych ludów Kanady.
Alaska. W poszukiwaniu żywych przejawów inuickiej kultury warto też pojechać do Barrow, najdalej na północ wysuniętego miasta Alaski. Nie jest to jednak propozycja dla każdego. Dwa razy w roku organizowane jest tu bowiem święto Naluqatak, w czasie którego przywoływana jest tradycja polowania na wieloryby z harpunem w ręku. I nie mówimy tu o inscenizacji czy muzealnej ekspozycji, ale o prawdziwych łowach, zakończonych wielką ucztą. W jej trakcie podawana jest m.in. zupa z wnętrzności wieloryba.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

I tylko o jednym warto pamiętać, gdy spotkamy rdzennych mieszkańców tych terenów. Nigdy nie nazywajmy ich Eskimosami! Słowo to jest tu powszechnie uznawane za obraźliwe. Wywodzi się bowiem od określenia "zjadacz surowego mięsa". A z kimś, kto pochodzi z ludu, który polował na niedźwiedzie polarne, lepiej nie zadzierać, prawda?