Chruszczowki w Tbilisi

Chruszczowki w Tbilisi (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

O Gruzji bez lukru. "Kiedy ktoś tu mieszka dłużej, nie może tej bylejakości nie dostrzegać"

Opowiadanie o Gruzji w samych pozytywach zaczęło mnie denerwować. Odnoszę wrażenie, że my w Polsce traktujemy Gruzję trochę jak Jana Pawła II, więc nie można powiedzieć o niej złego słowa - mówi Stasia Budzisz, autorka książki "Pokazucha. Na gruzińskich zasadach".

Polacy odkryli Gruzję kilka lat temu i należą do narodów najczęściej wybierających ją jako kierunek podróży. Zachwyca ich przyrodą i doskonałą kuchnią. Zapytam przewrotnie: co ciebie w Gruzji denerwuje?

Bylejakość widoczna wszędzie. I zgodzi się z tym pewnie każdy, kto tu dłużej przebywał. Nie wydaje mi się jednak, by tę cechę Gruzini mieli zakodowaną. Do pewnego stopnia to pokłosie Związku Sowieckiego, w którym nikt nie był za nic odpowiedzialny i niewiele wymagało się od siebie i od innych.

W czym się ta bylejakość przejawia?

Weźmy dostrojki, czyli wszelkie dobudówki do mieszkań, balkonów, klatek schodowych. Sklecane z czego się dało, zwłaszcza w tzw. chruszczowkach, czyli blokach budowanych za Chruszczowa. Szaleńczo dokładano do nich kolejne metry kwadratowe, nadbudowując balkony albo doklejając całe pokoje bez pozwoleń. To sprawia, że całe osiedla wyglądają jak plątanina kabli, azbestu i czego się da.

No i jakość klatek schodowych, które przerażają mnie od zawsze: odrapane ściany, brak światła, pety, które przywierają do butów. To zaczyna się zmieniać w nowym budownictwie, ale w starym jak sobie nie posprzątasz - masz jak masz.

Bylejakość widzimy w turystyce, która stanowi jedną z głównych gałęzi gospodarczych Gruzji. Wielu Gruzinów nie remontuje pokoi dla turystów. Jakość noclegu nie jest adekwatna do ceny. Najwyraźniej Gruzini uznają, że goście i tak przyjadą, więc po co się starać? To nie dotyczy oczywiście wszystkich kwater, ale z bylejakością można spotkać się nie tak rzadko.

Blok z czasów ZSRR w Tkibuli (fot. Shutterstock)
Blok z czasów ZSRR w Tkibuli (fot. Shutterstock)

A teraz coś milszego.

To naród artystów. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że w każdej rodzinie znajdzie się jakiś śpiewak, malarz czy rzeźbiarz. Nie znam innej tak utalentowanej nacji. Mają też doskonałe poczucie humoru. I coś, co w nich wprost uwielbiam: nie narzekają, choćby im było bardzo źle. Mają cudowną umiejętność doszukiwania się pozytywów w każdej sytuacji.

Wszystkim się też dzielą. Oni naprawdę nikogo nie zostawią w potrzebie, nawet gdy sami niewiele mają. Przy czym to ich pomaganie nie jest zupełnie bezinteresowne: zakładają, że ten gest zostanie im zapamiętany i choćby za pół wieku będą mogli liczyć na rewanż.

Jak to się stało, że w ogóle znalazłaś się w Gruzji?

Dekadę temu przyjechałam tu jako turystka i coś w tym Kaukazie jest, że nie mogę się od niego odkleić. Potem rozpoczęłam pracę naukową, zajmowałam się zagadnieniem budowania nowej pamięci historycznej po upadku Związku Sowieckiego, przez chwilę prowadziłam nawet hostel w Zugdidi. Potem pojawiły się projekty współpracy międzynarodowej i w końcu praca nad książką.

Twoja książka o Gruzji różni się od wszystkich, które na temat tego kraju czytałam. Reportaży o Gruzji wydano w Polsce w ostatnich latach kilka. Autorzy opowiadali o gościnnym narodzie, który wygłasza piękne toasty i zaprasza turystów na biesiady. Ty piszesz o przemocy, której ofiarą są Gruzinki, i o tym, że Gruzini wiele rzeczy robią na pokaz.

Uważam, że książki takie jak "Gaumardżos" Marcina Mellera i Anny Dziewit-Meller czy "Klątwa gruzińskiego tortu" Macieja Jastrzębskiego, głównie w pozytywnym świetle stawiające Gruzję, są potrzebne. Nie tylko żeby zachęcić Polaków do odwiedzenia tego kraju, ale przede wszystkim, by trochę im o tym kraju opowiedzieć. Kiedy czytałam pierwsze wydanie "Gaumardżos", pobyt w Gruzji miałam już za sobą i czułam się tak, jakbym opisywane przygody i spotkania przeżywała razem z autorami.

Gdy zaczęłam do Gruzji przyjeżdżać, dostrzegałam same pozytywne rzeczy. Przez kilka lat  patrzyłam na ten kraj przez różowe okulary. A potem taka narracja, czyli opowiadanie o nim w samych pozytywach, zaczęła mnie denerwować. Odnoszę też wrażenie, że my w Polsce traktujemy Gruzję trochę jak Jana Pawła II, więc nie można powiedzieć o niej złego słowa.

fot. Dominika Kręglicka
fot. Dominika Kręglicka

I postanowiłaś opowiedzieć o niej inaczej.

Nie planowałam pisania książki. Dopiero dziewczyny z Wydawnictwa Poznańskiego mnie przekonały. Nie chciałam jednak powtarzać tego, co już zostało powiedziane, i skupiłam się na innych tematach. Mam wrażenie, że pomijanych. Obawiam się nieco odbioru "Pokazuchy", ale myślę, że trzeba zacząć głośno mówić o tym, od czego najłatwiej jest odwrócić oczy. Przekonały mnie do tego bohaterki i bohaterowie tej książki.

I nie napisałabym jej, gdybym przez prawie trzy lata nie dzieliła swojego życia między Gdańsk a Zugdidi - 75-tysięczne miasto na zachodzie Gruzji. Dzięki temu wiem, jak bardzo stolica, Tbilisi, różni się od prowincji.

Co tak bardzo cię zszokowało, gdy zamieszkałaś w Zugdidi?

Zależności społeczne oraz to, jak ważne jest, co myślą o tobie inni.

Pierwszym szokiem były taksówki. Starałam się z nich nie korzystać, bo wolę chodzić. Po pół roku ktoś mi powiedział, że sąsiedzi uważają mnie za chciwą, bo żałuję na taksówkę. To w Gruzji tani środek transportu, ale nie przyszło mi do głowy, że ktoś mógłby tak odebrać fakt, że nią nie jeżdżę.

Dość często widziałam taki obrazek: kobieta i mężczyzna jadą razem taksówką i na koniec ona, która siedzi na tylnym siedzeniu, podaje mu pieniądze. Dyskretnie, tak by nikt nie zauważył i nie domyślił się, że on nie ma kasy i potrzebuje wsparcia. Bo ktoś jeszcze gotów pomyśleć, że ten facet sobie nie radzi. A Gruzini są bardzo wyczuleni na to, co inni o nich pomyślą.

Stąd tytuł książki, "Pokazucha".

Rozważaliśmy też z wydawnictwem tytuł "Co ludzie powiedzą", ponieważ ma to dla Gruzinów kolosalne znaczenie.

Pokazuchę widać w wielu aspektach. Jeden z bohaterów mojej książki mówi: "Tak wygląda Gruzja w pigułce: mamy świetne samochody, ale nie mamy na paliwo. Dziewczyny na wesele koleżanki kupują sukienkę za 500 lari, a zarabiają 400. Nasze życie to ciągłe pokazywanie, że stać nas na wszystko, podczas gdy wszystkie te luksusy finansujemy kredytami".

Tbilisi (fot. Shutterstock)
Tbilisi (fot. Shutterstock)

Polacy też kupują nieruchomości na kredyt.

Tylko że Merabi miał na myśli kredyty konsumpcyjne. Do tego 16 proc. populacji jest zadłużona w lombardach. Gruzini borykają się z niedostatkiem finansowym. A z niego wynikają kompleksy, z tych kompleksów - potrzeba kreowania rzeczywistości. Gruzja jest drogim krajem, ceny wielu produktów są zbliżone do polskich. Za emeryturę wynoszącą 200 lari, czyli 270 zł, nie sposób przeżyć. Średnia pensja - według oficjalnych statystyk - wynosi ok. 1124 lari, ale wynik ten mocno zawyżają mieszkańcy Tbilisi. Po swoich znajomych widzę, że za dobre zarobki uważa się jakieś 600 lari, równowartość około 800 zł.

Dlatego też Gruzini z reguły żyją w wielopokoleniowych rodzinach. Młodzi praktycznie nie mają szans na wynajęcie czy kupienie własnego mieszkania.

Pół biedy, gdy ludzie pozorują, że są bogatsi niż w rzeczywistości. Znacznie niebezpieczniejszym zjawiskiem wydaje mi się zrywanie kontaktu z członkiem rodziny, bo krewni uważają, że okrył cały ród hańbą.

Funkcjonuje nawet takie pojęcie, że człowiek jest "we wstydzie". Łatwo o ten stan. W Gruzji wstydem jest korzystanie z pomocy psychologa, o wizycie u psychiatry nie wspominając. Szukanie tego typu wsparcia może świadczyć o tym, że człowiek sobie nie radzi, a Gruzini lubią, by o nich myślano jako o silnych i sprawczych. Nie czują się dobrze, kiedy z czymś sobie nie radzą, a wizyta u psychologa jest oznaką niemocy.

Rodziny są jednak najczęściej "we wstydzie" z powodu kobiet. Hańbę może przynieść zgwałcona siostra czy kuzynka. Hańbi kobieta rozwiedziona oraz samotnie wychowująca dzieci. Hańbą też okrywała rodzinę dziewczyna, która została porwana do ślubu, ale z jakichś przyczyn do niego nie doszło i wróciła do domu.

Takie porwania jeszcze się zdarzają?

Dziś to przestępstwo ścigane na mocy prawa karnego, ale jeszcze nie tak dawno, bo nawet na początku XXI wieku, zdarzały się porwania kobiet. Gdy mężczyźnie spodobała się dziewczyna, zbierał przyjaciół, kogoś z rodziny i po prostu ją uprowadzali, na przykład sprzed szkoły. Dobrze, jeśli dziewczyna miała wsparcie ze strony najbliższych i kiedy nie chciała za niego wychodzić za mąż, rodzice wyrażali sprzeciw i zabierali ją do domu. Ale niestety, nie wszystkie porwane miały takie szczęście i niejednokrotnie siłą zmuszane były do małżeństwa.

Panorama Zugdidi (fot. Shutterstock)
Panorama Zugdidi (fot. Shutterstock)

Jak się na prowincji żyje ze stygmatem kobiety zgwałconej, rozwiedzionej, samotnej?

Znam rodziny, które zaakceptowały fakt, że córka czy siostra się rozwiodła, albo że sama odeszła od męża, bo takie sytuacje się zdarzają w każdym społeczeństwie. Dla kobiety w Gruzji odejście jest ostatecznością, więc jeśli to robi, w związku musiało być bardzo źle.

Niestety, zdarza się także, że drzwi rodzinnego domu są dla takiej dziewczyny zamknięte. "Twoje miejsce jest przy mężu" - mówią rodzice czy bracia. A ona nie może wrócić do męża, bo on na przykład jest z inną kobietą. Albo nie chce wracać ze względu na przemoc. Jest jej bardzo ciężko, bo jakoś musi utrzymać siebie i dzieci.

Pamiętajmy jednak, że Gruzja dzieli się na Tbilisi i resztę kraju. Pewne rzeczy, które nie są akceptowane na prowincji, w stolicy już nie wywołują zgorszenia.

Czy Gruzinki dziś szybko wchodzą w związki małżeńskie, czy raczej wolą ten moment odwlekać?

Jeszcze do niedawna za mąż mogły wychodzić dziewczyny, które ukończyły 16 lat. W 1994 r. 34 proc. wszystkich kobiet, które zawarły związek małżeński, miało od 16 do 19 lat. W kolejnych latach tak młodych mężatek było coraz mniej. W 2015 r. prawo się zmieniło i teraz panna młoda musi być dorosła, czyli mieć ukończone 18 lat.

Psychologowie, z którymi rozmawiałam, łączą tradycje wczesnych małżeństw z oczekiwaniem, że kobieta jest dziewicą. W tradycyjnych rodzinach inny wariant nie wchodził w grę. To się oczywiście zmienia, zwłaszcza w miastach. Ale zabiegi hymenoplastyki, czyli odtwarzania błony dziewiczej, cieszą się w Gruzji powodzeniem.

Z roku na rok maleje też liczba zawieranych małżeństw. W 2017 r. zdecydowało się na to nieco ponad 23,5 tys. par, czyli o 11 tys. mniej niż w 2011 r. Przybywa natomiast rozwodów - w 2017 r. rozstała się statystycznie co druga para.

Ojcowie płacą alimenty na dzieci, z którymi nie mieszkają?

Taki obowiązek istnieje, ale raczej na papierze. Bo na "byłe dzieci" - a bywa, że w tych kategoriach traktuje się te z poprzednich związków - nie zawsze się płaci i jest to społecznie akceptowalne. Niby mówi się, że mężczyzna powinien je utrzymywać, ale niepłacącemu i tak niewiele grozi.

Kobiety, które wiedzą, że nie podołają wychowaniu kolejnego dziecka, bardzo często decydują się na aborcję.

Usuwanie ciąży jest w Gruzji dość powszechne. Aborcja stanowi swego rodzaju system regulacji urodzeń. Do 12. tygodnia jest legalna. Po tym czasie dopuszczalna jest tylko w przypadku zagrożenia życia matki. W takiej sytuacji finansuje ją państwo. Aborcja farmakologiczna kosztuje 150 lari (ok. 220 zł), a zabieg w gabinecie - 50 lari.

Antykoncepcja jest dostępna bez recepty, natomiast badania zdrowia publicznego pokazują, że nie jest stosowana zbyt chętnie. Najczęściej używa się prezerwatywy (14 proc. par), natomiast tabletki antykoncepcyjne stosuje nie więcej niż 4 proc. kobiet.

Choć istnieje zakaz aborcji selektywnych, są one dokonywane. Stereotypowa gruzińska rodzina nie musi być liczna, ale powinien być w niej chłopiec.

fot. Dominika Kręglicka
fot. Dominika Kręglicka

W książce opisujesz historię 39-letniej Ingi, która zrobiła 15 aborcji między innymi ze względu na to, że żyła w przemocowej rodzinie. Jej matka ma ich na koncie 40, a 23-letnia córka - dwie.

Tak, to bardzo smutna opowieść. Inga miała bardzo trudne życie i choć nadal jest młoda, nie wierzy już, że jej los się odmieni na lepsze.

Ale gdy chodzi o usuwanie ciąży, los rodziny Ingi wpisuje się w statystykę. W 1999 r. na kobietę przypadało 3,7 aborcji. Te statystyki maleją, w 2010 r. było już ich 1,6.

To ciągle dużo. Te liczby nikogo w Gruzji nie szokują?

Powszechnie dostępna aborcja jest rodzajem spadku po Związku Sowieckim. Do 1955 r. była nielegalna, ale śmiertelność wynikająca z nielegalnych zabiegów była tak wysoka, że zaprzestano penalizacji.

Z popularnością aborcji walczy Gruzińska Cerkiew Prawosławna. Patriarcha Gruzji promuje rodziny wielodzietne i zostaje ojcem chrzestnym każdego trzeciego i kolejnego dziecka. Masowe chrzty odbywają się cztery razy do roku. Pierwsza taka uroczystość została zorganizowana w Tbilisi w 2008 r.

Nie słyszałam natomiast, by wielodzietne rodziny otrzymywały jakąkolwiek pomoc finansową.

Czy w typowej gruzińskiej rodzinie kobiety pracują?

Zarobki są tak niskie, że kobiety muszą się dokładać do budżetu domowego. Z tym że pracują na dwa etaty, bo przecież zajmują się domem. Bywa, że mężczyźni nie są nauczeni prac domowych, poza tym często uważają je za mało męskie. Można powiedzieć, że żona za męża robi wszystko, bo tak ją wychowano, a syna we wszystkim wyręcza, bo inaczej nie potrafi. Choć oczywiście nie można generalizować - znam gruzińskie rodziny, w których mężczyźni biorą na siebie obowiązki domowe.

Książka 'Pokazucha. Na gruzińskich zasadach' ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego (fot. Magda Jończyk, mat. prasowe)
Książka 'Pokazucha. Na gruzińskich zasadach' ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego (fot. Magda Jończyk, mat. prasowe)

Jeden z twoich bohaterów, Merabi, wprost przyznaje, że nie umie zrobić nawet listy  zakupów, bo miał trzy siostry, a matka powtarzała mu, że w przyszłości będzie o niego dbała żona.

Dlatego też jedna z bohaterek książki, która mieszka aktualnie w Polsce, mówi o tym, że edukację należy zaczynać od matek, bo te dają synom przyzwolenie na nicnierobienie. Matka nie powie też synowi, że czas wreszcie ruszyć się do jakiejś pracy, a jeśli ośmieli się to zrobić żona, od razu wyjdzie na tę złą. W praktyce kobiety często utrzymują mężczyzn - bo więcej pracują i lepiej gospodarują swoimi pieniędzmi. Przez lata nie widziały w takim układzie nic niestosownego. To zaczęło się zmieniać całkiem niedawno. Pewnie europeizacja ma tu jakiś wpływ. Spotkałam się z zarzutem, że Europejki zepsuły Gruzinki, bo im pokazały, że można czegoś wymagać od mężczyzn.

Za czasów Saakaszwilego Gruzja obrała kurs na Unię Europejską. Jak jest teraz?

Wszędzie wiszą flagi UE, ale mam wrażenie, że w tej sprawie Gruzja jest w rozkroku. W mediach coraz częściej pojawia się przekaz: "Unia Europejska - chętnie, ale na naszych zasadach". Nie dziwi mnie to, bo Polska przed akcesją również chciała wiele rzeczy negocjować, niektóre środowiska uważały, że z pewnymi zasadami nam nie po drodze.

W Gruzji największy opór dotyczy kwestii wolnościowych i równouprawnienia. Myślę, że ogromnym hamulcowym jest Cerkiew, która nie dopuszcza żadnych odmienności. Pierwszy z brzegu przykład - niby każdy ma prawo do manifestowania swoich przekonań, środowiska LGBT oficjalnie dostają na to zgodę, ale nie rekomenduje się im wychodzenia na ulice.

A równouprawnienie kobiet i mężczyzn? 

Istnieje raczej deklaratywnie. Na przykład dopiero w 2016 r. pierwsza w historii Gruzji kobieta pozwała szefa za molestowanie seksualne. I sąd stanął po jej stronie. Coś zaczyna się zmieniać, ale powoli. Gruziński parlament przyjął niedawno ustawę o molestowaniu seksualnym, wprowadził jego definicję, zatwierdził kary pieniężne oraz wniósł poprawki do kodeksu pracy.

Czy są jeszcze inne społecznie akceptowalne rzeczy, które cię dziwią, szokują?

Wizyty w domach publicznych. Z usług prostytutek korzysta wielu mężczyzn. Ich żony często o tym wiedzą, ale nie bardzo mogą protestować, bo przecież po rozwodzie nie wszystkie  mogą liczyć na pomoc rodziny, a na samodzielne życie ich nie stać. Ze statystyk wynika, że tylko 50 proc. kobiet ma jakikolwiek udział we własności nieruchomości. Rodzice przepisują dom synowi, bo wychodzą z założenia, że córkę i tak utrzyma mąż.

Więc gruzińskie kobiety wybierają milczenie.

Tbilisi (fot. Shutterstock)
Tbilisi (fot. Shutterstock)

A z drugiej strony gruzińscy mężczyźni tak pięknie mówią o kobietach w czasie wygłaszania toastów.

I chętnie podkreślają, że życie bez nich byłoby smutne. Nie chciałabym demonizować Gruzinów. Są wśród nich wierni tradycji i utartym społecznym zasadom, ale znam też feministów i takich, którzy pomagają kobietom w domu - ale tylko, gdy nikt nie widzi.

Nie planujesz powrotu do Polski albo przeprowadzki do innego kraju?

Patrzę na Gruzję bez różowych okularów, ale dobrze mi się tutaj mieszka. Mam przyjaciół, ulubione miejsca, pracę. To, że opisałam rzeczy niewygodne, nie zmienia mojego podejścia do tego kraju i ludzi. W Polsce przecież też mamy do czynienia z tymi wszystkimi zjawiskami, tyle że w naszych szatach kulturowych. Kiedy pisałam książkę, wiele razy czułam się tak, jakbym pisała o naszym kraju.

Książkę "Pokazucha. Na gruzińskich zasadach" możecie kupić w Publio.pl >>>

Stasia Budzisz. Tłumaczka języka rosyjskiego, filmoznawczyni oraz absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Brała udział w projekcie badawczo-reporterskim Światła Małego Miasta i jest współzałożycielką grupy reporterskiej Głośniej. Od blisko dekady związana z Kaukazem, pracuje nad pracą doktorską dotyczącą budowania nowej pamięci historycznej w Gruzji po upadku Związku Sowieckiego.

Dominika Kręglicka. Ukończyła prawo na Uniwersytecie Łódzkim. Wolny czas najchętniej spędza w górach albo gdzieś na Dolnym Śląsku, ale każdą podróż rozpoczyna na Mazowszu. Dziennikarka serwisów gospodarczych.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (231)
Zaloguj się
  • asperamanka

    Oceniono 60 razy 56

    Opisywana przez autorkę bylejakość, chaos przestrzenny, i pokazucha dotyczy w zasadzie wszystkich krajów byłego ZSRR, z bardzo nielicznymi wyjątkami. Widziałem to od Kaliningradu po Ałma Atę i Biszkek, i wszędzie normą są walące się domy upiększone rożnymi dobudówkami, kompletny bajzel w przestrzeni wspólnej, wszystkie bebechy infrastrukturalne typu kable energetyczne, rury gazowe i ciepłownicze, itp., na wierzchu, rownież w centrach miast, i śmieci walające się gdzie bądź. Wyjątkiem są centra stolic i Białoruś. My w Polsce, mimo iż w naszym kraju ład przestrzenny i traktowanie przestrzeni wspólnej też pozostawia sporo do życzenia, mamy jednak trochę ‚niemieckie’ podejście do tematu, i oczekujemy równych chodników i małej architektury, więc wygląd tamtejszych terenów przypominający Kinszasę albo Bamako jednak nas szokuje. Czasem się zastanawiam, czy nie jest to w ogóle cecha kultury prawosławnej, bo podobne widoki są też powszechne w Grecji czy na Cyprze - wypasione hotele, a przejście pomiędzy nimi na plażę prowadzi po pełnym dziur klepisku z jednym wielkim śmietnikiem pod płotem.

    Przede wszystkim jednak, co autorka opisuje, większość tych krajów jest po prostu przeraźliwie biedna nawet w zestawieniu z obszarami naszej Polski C. W centrach stolic mamy właśnie pokazuchę jak w Moskwie lub Astanie, trzy kilometry dalej jest totalny syf. A stosunki społeczne, w tym prawa kobiet, tkwią po prostu w cerkiewnym patriarchacie zamrożonym przez 75 lat komunizmu radzieckiego. Jeżdżę po tych terenach od lat i za każdym razem przeżywam szok.

    My w Polsce mamy po prostu tendencje do idealizowania tych poradzieckich państw, które pozostają w konflikcie z Rosją, bo się z nimi utożsamiamy, ale bliższe prawdy jest zapewne to, że wszystkie te kraje są do siebie pod każdym względem podobne - tej opisywanej przez Autorkę życzliwości zwykłych ludzi można doświadczyć tak samo na gruzińskiej, jak i na rosyjskiej prowincji.

  • 23tryt

    Oceniono 45 razy 31

    Kraj artystów.
    Jeden "artysta" z Gruzji wyrzeźbił pół świata według własnej wizji nie tak dawno temu

  • owrank

    Oceniono 39 razy 27

    Mi zajęło rozpykanie Gruzji 2-3 dni :( kraj przepiękny turystyczne i zdecydowany warty odwiedzin, natomiast szeroko pojety syf i cwaniactwo wylazi na każdym kroku. Wokół turysty skaczą dopóki za coś płaci a potem to już różnie bywa, łącznie z wybuchem zwykłego chamstwa :( Generalnie, jedna z tez z artykułu jest kluczowa - Gruzini są przekonani, że do nich zawsze będą walily tłumy turystów, niezależnie od tego czy np. kwatera jest doinwestowana, albo czy turystę nacigna bardziej lub mniej. Mocno się zdziwili w tym roku gdy przed wakacjami Putin zablokował wycieczki Rosjan, którzy stanowią pewnie 70 % turystów w Gruzji. Kraj piękny ale póki co na świecie jest mnóstwo państw gdzie naprawdę są zainteresowani przyjazdem turystów i o to dbają a Gruzji jest to po prostu obojętne....

  • Zager Evans

    Oceniono 33 razy 25

    Pracowałem w ten sezon z gruzinami. Może mi ktoś wytłumaczyć jak można nieogarniać zmywaka i po 3 miesiącach pracy nie odróżniać schabowego od dorsza?

  • zdziwiony6

    Oceniono 45 razy 21

    Moi znajomi pojechali na wycieczkę do Gruzji i oczekiwali, że mieszkańcy tego kraju będą ich wielbić ze względu na osobę ś.p. prezydenta profesora Lecha Kaczyńskiego, który podobno jest tam uwielbiany za swoją postawę w trudnych czasach. Po powrocie ze zdziwieniem a nawet z zawstydzeniem mówili, że przeciętny Gruzin naszego byłego prezydenta w zasadzie nie kojarzy.

  • franclajn

    Oceniono 26 razy 20

    Wreszcie normalne spojrzenie na ten kraj.

  • dobrochnaa

    Oceniono 13 razy 13

    Nie zgodzę się z twierdzeniem, że "prawa kobiet tkwią w cerkiewnym patriarchacie zamrożonym przez 75 lat komunizmu radzieckiego".
    Tam dzieje się pod względem społeczno-obyczajowym, w wymiarze religijnym właściwie troszkę jak w Polsce., gdzie kościół katolicki a cerkiew i islam na terenach byłego ZSRR rozkwitła po upadku sowieckim na fali entuzjazmu nonkomunistycznego i stała się symbolem zaprzeczenia komunizmowi. Po wtóre ten powrót do religii i przesada religijna, jaka rozwinęła się nawet w niektórych środowiskach tych krajów, w tym zachowanie o cechach szaleństwa, to efekt pewnej patologii (psychopatologii) jako reakcji na trudy zmian i transformacji ustrojowej, również na pewne kontrasty, które pojawiły się w jej efekcie a także jako swoisty, nowy (a zarazem sięgający do tradycji carskiej) wyraz patologicznej potrzeby kultu w systemie despotycznym.
    Natomiast rewolucja obyczajowa, która nastąpiła w ZSRR przyniosła równouprawnienie i zmiany w realnym zachowaniu ludzi – rzeczywiście popularna stała się aborcja, ale też wielość rozwodów i samodzielność zawodowa kobiet, ponieważ nastąpiły autentyczne zmiany mentalne. Kobiety rosyjskie rozwodziły się, ponieważ miały świadomość, że mogą być samodzielne. Nie były niewolnicami sposobu myślenia, który skazywałby je na tkwienie w złym związku. Tamte zmiany dzisiaj również dają efekty. Zresztą obecnym problemem w niektórych środowiskach rosyjskich jest np. samotność mężczyzn, zwłaszcza z problemem alkoholowym, z którym teraz pozostają sam na sam.
    Żeby to wiedzieć, trzeba było przyglądać się kulturze tego społeczeństwa jeszcze przed rozpadem ZSRR. Jako dziewczynka miałam okazję podróżować tam tuż przed zmianami pieriestrojki a także w okresie świeżej transformacji.
    www.matras.pI/ksiazka/najemcy-dobrochna-biela-155576?query=najemcy

  • ariel1968

    Oceniono 13 razy 13

    Bardzo ciekawy wywiad. Od kilku lat zastanawiam się nad wyjazdem do Gruzji. Jednak cały czas nie wiem czy wrócę z niej oczarowany czy rozczarowany. Kupię książkę i może coś się rozjaśni. Niemniej konkluzja trochę smutna, jednak chyba łatwiej o rozczarowanie.

  • uenostation54

    Oceniono 15 razy 11

    kogo obchodzi błona dziewicza. to tylko kawałek tkanki bez żadnej wartości. natomiast po 40 aborcjach - w jakim stanie musi być organizm! kurczę, a spirali w Gruzji nie ma?!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX