Tomasz Słomiński

Tomasz Słomiński (fot. archiwum prywatne)

wywiad gazeta.pl

Były ksiądz, ofiara abp. Paetza: Sutannę wrzuciłem do kosza

Zdecydowałem się mówić, ponieważ Kościół, z którym jako młody człowiek postanowiłem związać życie, krzywdzi mnie drugi raz. Najpierw w postaci arcybiskupa Paetza, a teraz słowami o tęczowej zarazie - mówi Tomasz Słomiński, były ksiądz diecezji poznańskiej.

"Proszę księdza" czy "ojcze" - jak Polacy zwracają się do księdza? 

Raczej "proszę księdza". "Ojcze" zazwyczaj tylko w konfesjonale. 

Kiedy ty zdecydowałeś, że chcesz zostać księdzem? 

Miałem 18 lat. Chciałem nieść ludziom Boga i miłość. Tak to wtedy widziałem. 

To się nazywa powołanie? 

Dla mnie kapłaństwo nie było zawodem, tylko drogą życia. 

W którym roku wstąpiłeś do seminarium duchownego?   

W 1987, a księdzem zostałem w 1993 roku.

Kościół odgrywał wtedy gigantyczną rolę w społeczeństwie, wspierał opozycję demokratyczną. 
 
W tym Kościele odnajdywali się wówczas Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń i Adam Michnik - każdy z innej polityczno-światopoglądowej bajki. I w 1989 roku Kościół miał prawo powiedzieć: "My również doprowadziliśmy do wolności w tym kraju". 

Do którego seminarium wstąpiłeś? 

Poznańskiego. 

Ile osób rozpoczynało studia razem z tobą? 

Trzydzieści parę. Po drodze część się wykruszyła, zrezygnowała.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Ty miewałeś kryzysy? Wątpliwości: a może to jednak nie to? 

Nie miałem żadnych wątpliwości. 

Pierwsza parafia? 
 
Swarzędz pod Poznaniem. To była parafia, która się dopiero budowała. Kiedy przyszedłem, nie było jeszcze kościoła, tylko skromna kaplica. Na osiedlu mieszkało bardzo dużo małżeństw z dziećmi i dużo młodzieży. Doskonale się tam czułem! Od licealistów, których uczyłem religii, dostawałem nagrody dla Belfra Roku. To był wiatr w żagle. 
 
Co takiego mówiłeś tym młodym ludziom, że zostałeś Belfrem Roku? 

Myślę, że ich rozumiałem i do nich trafiałem. Pamiętam taką sytuację - powiedziałem: "Wiecie co, ja sobie nie wyobrażam, co czuje dziewczyna, która wie, że jej chłopak gdzieś tam mówi o niej swoim kumplom ''fajna dupa'". Na co jedna dziewczyna, trochę speszona, podnosi rękę i mówi, że to takie dowartościowanie jest, komplement. A ja: "Tak? No dobrze". Pamiętam, że siedziałem wtedy na biurku. Zeskoczyłem z tego biurka, zapiąłem marynarkę jak trzeba, na jeden guzik, i powiedziałem: "No więc drodzy chłopcy, kochane dupy, tematem dzisiejszej lekcji będzie to i to". I wtedy zobaczyłem, miałem absolutną pewność, że oni wszyscy zrozumieli, o co chodzi. Totalnie się zaprzyjaźniliśmy z tą klasą. 
 
Mówiłem im też, że jeżeli nie czują wiary, nie czują się w Kościele jak w domu, to żeby nie brali ślubu kościelnego. I nie chrzcili dzieci tylko dlatego, że ich matki czy babcie tego oczekują.

Odważnie. 
 
Mówiłem to, co czułem. Z pełnym przekonaniem. 
 
Czy podczas kazań poruszałeś tematy polityczne? 
 
Nie. Nigdy. Z zażenowaniem słuchałem innych kazań, podczas których wiernym wskazywano listy wyborcze, żeby na nie głosować. Ja mówiłem o kwestiach społecznych. Na przykład, że chrześcijanin powinien być dawcą szpiku czy organów. 

Czyli byłeś bardzo postępowym księdzem. Humanistą. 

Spotkanie z człowiekiem, rozmowa zawsze były dla mnie najważniejsze. Ale wokół mnie gromadzili się raczej ci poszukujący, wątpiący, a nie dziewczynki w plisowanych spódniczkach i z kokardkami we włosach. Organizowałem spotkania dla młodzieży, na które przychodziło nawet sto osób! Rozmawialiśmy, modliliśmy się, słuchaliśmy muzyki, wieczorami wspólnie biegaliśmy. Te spotkania były otwarte dla wszystkich. I nikt nikogo nie pytał, czy chodzi do kościoła. Jak to mówił ksiądz Tischner - ksiądz musi wyjść na manowce. To jest prawdziwa ewangelizacja. Kochałem takie życie.  
 
W pewnym momencie dostałem wiadomość, że Kościół zamierza wysłać mnie na studia doktoranckie do Rzymu. Nie wiedziałem, na jaki kierunek, tylko tyle, że do Rzymu. 
 
Ile miałeś wtedy lat? 

Byłem przed trzydziestką. To była druga połowa lat dziewięćdziesiątych. 

A przed tobą piękna kariera. 

Nigdy nie wyjechałem do Rzymu.  
 
Dlaczego? 
 
W tamtym czasie zadzwonił arcybiskup Juliusz Paetz i zaprosił mnie do siebie na kolację. 

Do pałacu biskupiego? 
 
Pałac był wtedy w remoncie. Biskup mieszkał w bocznym budynku. Zaprosił mnie do swojego mieszkania, w którym - kiedy przyjechałem - już nikogo nie było. Ani jednej posługującej siostry zakonnej. Tylko my dwaj. Przy pożegnaniu próbował się przytulić i bardzo przy tym dyszał. Kiedy wyczuł, że się opieram, wyjął zwitek banknotów z kieszeni w spodniach. 

Miał przygotowane pieniądze? 

Kilkaset złotych. Wyciągnął je i zapytał, czy chcę. Powiedziałem, że nie potrzebuję żadnych pieniędzy i wyszedłem. 

Juliusz Paetz w 2012 roku (fot. Piotr Skórnicki / AG)
Juliusz Paetz w 2012 roku (fot. Piotr Skórnicki / AG)

Arcybiskup Paetz molestował cię seksualnie? 

Tak. Po raz pierwszy mówię o tym głośno pod imieniem i nazwiskiem. Byłem molestowany przez arcybiskupa Paetza.

Po tamtym wieczorze miałeś z nim jeszcze kontakt? 
 
Tak. Zostałem raz jeszcze zaproszony na taką kolację. 

Poszedłeś? Nie bałeś się? 
 
Oczywiście, że się bałem, ale kim jest szeregowy ksiądz wobec arcybiskupa? 

Za drugim razem zakończyło się to tak samo, jak za pierwszym? 

Identycznie. Mocno mnie przytulał, dyszał. Ponownie odrzuciłem jego zaloty. Później dowiedziałem się, że nie wyjadę do Rzymu. Zamiast tego wysłano mnie do Lublina. Na studium dziennikarskie na Katolicki Uniwersytet Lubelski. 

Odrzuciłeś zaloty arcybiskupa - jak to określiłeś - i za karę nie wyjechałeś do Rzymu.

Ja tego wtedy nawet nie postrzegałem w kategoriach zawodowej degradacji.

A jak to wszystko odebrałeś? Jak to przeżyłeś? Czułeś wstręt?
 
Myślę, że ze mną było dokładnie tak samo, jak z każdym człowiekiem, który doznaje molestowania: próbowałem to wyprzeć. Pracować, robić swoje, broń Boże z kimś o tym rozmawiać.

Nie powiedziałeś nikomu, co się wydarzyło podczas spotkań u arcybiskupa? 

Nie. Nikomu. Życie toczyło się dalej. Wyjechałem do Lublina na studia. Zacząłem pisywać teksty do gazet, między innymi "Tygodnika Powszechnego", "Znaku", "Więzi", "Rzeczpospolitej". Pamiętam, że pierwszy mój artykuł, opublikowany w "Gazecie Wyborczej", nosił tytuł "Charyzma ojca dyrektora". Ja, ksiądz, napisałem w nim, że ksiądz Tadeusz Rydzyk to człowiek, który ma taką siłę, że jest w stanie stworzyć Kościół w Kościele. 

W "Rzeczpospolitej" opublikowałeś "List do braci gejów", w którym napisałeś, że Kościół musi otoczyć osoby homoseksualne chrześcijańską troską. 
 
Bo to jest zgodne z doktryną Kościoła. 
 
O czym jeszcze pisałeś? 

To były diagnozy społeczne. Pisałem, że Kościół w Polsce jest w potrzasku zwanym "Jan Paweł II". Że Kościół czuje się zwolniony z dyskusji wewnętrznej o sobie, o tym, jaki ma być w nowym, budującym się, demokratycznym świecie. Że jest w nim poczucie: Jan Paweł II za nas wszystko załatwi. 
 
Podczas obrad synodu Kościoła polskiego ktoś zacytował jeden z moich tekstów. Padły słowa, że jest światły, że w tym tekście zawarte są mądre myśli. Arcybiskup Paetz nie mógł tego znieść. Bał się tego, co o nim wiem. Na KUL-u miałem robić doktorat, ale dostałem nakaz przerwania studiów i powrotu do parafii. Oraz zakaz pisania i publikowania w gazetach. Odbył się "sąd" w mojej sprawie. 

Arcybiskup Paetz brał w nim udział? 
 
Nie. Osobiście nie. Ale wszyscy biskupi pomocniczy diecezji i cała rada biskupia byli w to zaangażowani. Siedzieliśmy w kółku i oni próbowali mnie przekonać, że nie powinienem pisać, bo nie warto, a jeśli już piszę, to może bym dawał komuś te teksty do przeczytania.

Czyli ocenzurowania? 

Czyli ocenzurowania. Spotkanie poprzedzone było tym, że do rady biskupiej wezwano wszystkich moich dotychczasowych proboszczów. Wypytywano ich o to, co jem, jak się ubieram, o której wracam do domu na noc, co mówię.

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

Szukano na ciebie haków? 

Można tak to nazwać. Po wyjściu z tego spotkania zrozumiałem, że Kościół jest nie tylko niedemokratyczną instytucją, ale przede wszystkim nieludzką. Biskup ma władzę nieograniczoną zarówno nad wiernymi, jak i nad księżmi. I w mojej sprawie wykorzystał swoją pozycję przełożonego. Bardzo to wszystko odchorowałem. Dosłownie. Miałem bóle głowy i kręgosłupa, które były pochodzenia neurologicznego. Leżałem w szpitalu, potem wysłano mnie do sanatorium. Poczułem, że Kościół potrafi zgnieść człowieka.

W 2002 roku cała Polska dowiedziała się, że arcybiskup Paetz molestował kleryków i księży.

Wtedy z przerażeniem przeczytałem, że inni mieli tak samo, albo nawet i gorzej niż ja. Moje ciało zablokowało jego działania. Ja się tak usztywniłem, że on za pierwszym razem może nie zrozumiał do końca, ale za drugim miał pewność, że tutaj niczego nie ugra. Z relacji medialnych wynikało, że w innych przypadkach posuwał się dalej. 

Dowiedziałeś się, kto spośród innych kleryków i księży był molestowany? 
 
Nie. Do dzisiaj nie poznałem żadnej innej ofiary arcybiskupa.  
 
Kiedy afera stała się medialna, do Polski przyjechała specjalna komisja watykańska. Sam się do niej zgłosiłeś? 

Nie. Skontaktował się ze mną ówczesny rektor seminarium. Nie wiem, skąd wiedział, że byłem jedną z ofiar. W każdym razie zapytał, czy chcę zeznawać przed komisją. A ja się zgodziłem. 

Jak wyglądało to przesłuchanie? 

Przesłuchiwało mnie dwóch księży.

To byli Włosi czy Polacy? 

Rozmawialiśmy po polsku. Powiedziałem pod przysięgą o tym, co mnie spotkało. 

Kiedy powiedziałeś, że molestował cię arcybiskup, w jaki sposób zareagowali księża z komisji? 

Nie było żadnej reakcji. Zachowywali się jak urzędnicy. Mieli kamienne twarze. Pytali i notowali.

Nie byli zszokowani? Zniesmaczeni? 

Nie. Żadnych takich reakcji. I ja uważam, że to bardzo dobrze. Zachowywali się tak, jak powinni. Profesjonalnie. Interesowało mnie wówczas co innego: czy ta watykańska komisja w ogóle przesłuchała arcybiskupa Paetza. Tego nie wiem do dziś.
 
Kiedy opowiedziałeś o tym, co cię spotkało, pod przysięgą, poczułeś ulgę? 

Nie. Bo przecież arcybiskup odszedł na własną prośbę! Włos mu z głowy nie spadł. Paetz nie został przez Kościół w żaden sposób ukarany! Nie słyszałem też, by którakolwiek z jego ofiar została przez ten Kościół otoczona jakąkolwiek opieką.  

Paetz dostał zakaz posług liturgicznych. 
 
Ale zamieszkał, jak to się wtedy mówiło, w cieniu katedry, w domu obok. 
 
I zdarzało się, że brał udział w uroczystościach kościelnych. Jakie uczucia żywisz do niego dzisiaj? 

Dziś to jest już starszy człowiek. Nie mam nic więcej do powiedzenia na jego temat. 

Juliusz Paetz w 2009 roku (fot. Rafał Michałowski / AG)
Juliusz Paetz w 2009 roku (fot. Rafał Michałowski / AG)

Czy molestowanie to był moment przełomowy w twoim odchodzeniu od Kościoła? 
 
To jest bardzo dobre sformułowanie: "odchodzenie". Ja odszedłem z kapłaństwa, ponieważ poczułem się w nim cholernie samotny. Zawsze mówiłem parafianom, że Kościół to jest dom, a wtedy sam poczułem, że Kościół przestaje być moim domem. 

Odszedłeś z kapłaństwa pięć lat po wybuchu afery. 

Ostatnią moją parafią był Kościan. Nowym arcybiskupem został Stanisław Gądecki. Przyjechał do nas na wizytację. Wizytacja polega na tym, że przez kilka dni biskup odwiedza szkoły czy szpitale, w których księża pracują, ale rozmawia też z poszczególnymi księżmi, w ich mieszkaniach, w cztery oczy, bez udziału proboszcza. Ja wtedy arcybiskupowi Gądeckiemu opowiedziałem swoją historię. Powiedziałem, że byłem molestowany przez arcybiskupa Paetza. Że to, co napisały o nim media, jest prawdą, że on się do mnie dobierał. I usłyszałem wtedy zdanie, którego nigdy nie zapomnę. Biskup Kościoła katolickiego na taką moją opowieść mówi: "Teraz wiem, że można przestać wierzyć w Kościół". 
 
To wtedy zapowiedziałeś, że odchodzisz? 
 
Jeszcze nie. Poprosiłem, by mi pozwolił być księdzem poza granicami kraju. Gdzieś daleko: w Stanach, Australii, Nowej Zelandii. I on się na to zgodził.

Dlaczego chciałeś wyjechać? 
 
Nie chciałem być w tym środowisku, w którym nie dostałem schronienia, w którym Kościół w postaci biskupa mnie wykorzystał. Ale wciąż wydawało mi się, że ja jeszcze mogę to swoje powołanie, tę swoją decyzję na całe życie ratować. Wyjechałem więc do Warszawy, do ośrodka przygotowującego księży, siostry zakonne i osoby świeckie do pracy na misjach. Miałem tam być przez rok. Ale zrozumiałem, że wyjazd za granicę niczego nie zmieni. Bo już nie ma czego ratować. Napisałem więc do biskupa maila, w którym oświadczyłem, że rezygnuję z kapłaństwa. 

Co biskup odpisał? 

Przysłał oficjalne pismo, w którym wzywał mnie, bym przemyślał decyzję. Bo jeśli odejdę, zostaną na mnie nałożone odpowiednie kary kościelne, suspensa, zakaz wykonywania czynności kapłańskich. Na ten list już w ogóle nie odpowiedziałem, więc po jakimś czasie przyszedł kolejny, który te kary na mnie nakładał.

Jest takie wyświechtane określenie: "ksiądz zrzucił sutannę". Pamiętasz, kiedy dokładnie to się stało? Kiedy zrzuciłeś sutannę? 

To były Walentynki 2007 roku. Miałem 39 lat. 

Co zrobiłeś z tą swoją ostatnią sutanną? 

Wrzuciłem ją do śmietnika. 

Do śmietnika? Na ulicy? 
 
Tak. 
 
Filmowa scena. To miało dla ciebie znaczenie symboliczne? Ideał sięgnął bruku, tak? 
 
Ja bym tak tego nie interpretował. Zrobiłem z nią najprostsze, co mogłem. Przecież nie oddam sutanny biednemu na ulicy. 
 
A czy twoi znajomi księża interesowali się potem tobą? Pytali: jak sobie radzisz? 
 
Ja byłem trochę outsiderem. Uczestniczyłem tylko w obowiązkowych spotkaniach, ale poza nimi nie integrowałem się nigdy z innymi księżmi.  
 
Po moim odejściu odezwał się do mnie tylko jeden jedyny ksiądz. Na adres mojego domu rodzinnego przyszedł list od starszego księdza, którego zawsze uważałem za emanację katolicyzmu wiejskiego, trochę rubasznego, rozpasanego. Lubiłem go, ale on nie był z mojej bajki. A jednak to on do mnie napisał - życzył mi powodzenia i szczęścia.

Miły gest. 

Jedyny taki. 

O tym, dlaczego odszedłeś z Kościoła, o tym, że byłeś ofiarą Paetza, opowiadasz dopiero dziś.? 

Zdecydowałem się mówić, ponieważ Kościół, z którym jako młody człowiek postanowiłem związać życie, krzywdzi mnie drugi raz. Najpierw w postaci arcybiskupa Paetza, a teraz słowami o tęczowej zarazie. 

Ponieważ jesteś gejem? 

Jestem gejem. LGBT to nie jest żadna ideologia. To są ludzie. Ja jestem gejem. 

fot. archiwum prywatne
fot. archiwum prywatne

I słyszysz, jak hierarchowie mówią, że diabeł przebiera się w tęczowy ornat. 

Robią tak, ponieważ mniejszości seksualne są łatwym do zdefiniowania wrogiem. A to jest jakieś szaleństwo, by Kościół szukał sobie wroga. To jest nieewangeliczne. To jest grzeszne. Tym bardziej że biskupi mają przecież świadomość, że słowo w Kościele ma sprawczą moc.  
 
W Biblii napisano: "Słowo stało się ciałem". I to słowo płynące z ambony ma ludzi ponieść. Ono nie jest mówione tylko po to, by biskup czy ksiądz mogli się po prostu wypowiedzieć. Duchowni wiedzą, że jak z ambony się powie o tęczowej zarazie do tej konserwatywnej, ludowej, tradycyjnej części Polaków, to ci wierni wyjdą z kościoła i tak właśnie będą uważać. Że osoby homoseksualne to zaraza i trzeba wszelkimi sposobami ją wyplenić. Jeżeli w homilii, czyli przemówieniu, które ma słuchaczy motywować do działania, biskup posługuje się takimi słowami, to nie jest już tylko mowa nienawiści, ale nawoływanie do nienawiści. 

O tęczowej zarazie powiedział arcybiskup Marek Jędraszewski. Znasz go osobiście? 

Miałem z nim podczas studiów zajęcia z historii filozofii i antropologii. W tamtym czasie nie był jeszcze biskupem. Jednak zawsze uważałem go za "księcia Kościoła" - to wyedukowany facet, ale jednocześnie człowiek, który przedstawiał obraz Kościoła, który był mi daleki. Wywyższał się. Dlatego nie byłem zaskoczony, gdy z pozycji lepszego, mądrzejszego, władczego powiedział o tęczowej zarazie.

A wspomniany już abp Gądecki - o totalitaryzmie światopoglądowym osób LGBT. 

Biskup ogromnie się myli.  
 
Przez 14 lat bycia księdzem żyłem w celibacie. Ale po odejściu z kapłaństwa siedem lat żyłem pod jednym dachem z partnerem w związku, który zakończył się tragicznie. Adam umarł na raka w wieku 30 lat. Kiedy go poznałem, to wtedy zrozumiałem, że oto znalazłem dom. On był moim domem, w którym była miłość i szacunek. A teraz biskup Stanisław Gądecki mówi, że ja z moją miłością jestem totalitaryzmem światopoglądowym? Moja i Adama miłość co do istoty była taka sama, jak miłość moich rodziców czy rodziców arcybiskupa Gądeckiego. Była też taka sama jak miłość rodziców arcybiskupa Jędraszewskiego.

Mówisz to z wielką pasją. Jak się ten dzisiejszy Kościół ma do twoich wyobrażeń z 1987 roku, kiedy - jak mówiłeś - był wspólnotą otwartą i na Michnika, i Kuronia? 
 
Tacy Tischnerzy, Życińscy, Węcławscy, Rysie - księża odbierani jako światli, postępowi, bliżsi ludziom, bez maniery kościelnej czy biskupiej - oni zawsze stanowili i stanowią w tym Kościele mniejszość. Większością jest Kościół tradycyjny i konserwatywny. To, że w PRL on otworzył się na Kuronia czy Michnika, wynikało jednak z wyższej konieczności. Wróg był jeden, jasno określony: komunizm, rząd PRL. Dziś wrogiem jest każdy, kto jest spoza Kościoła. A to jest myśl przeciwna katechizmowi Kościoła, przeciwna Soborowi Watykańskiemu II. Po prostu tak się nie powinno myśleć.  
 
Kościół mówi, że marsze równości to rozplenianie się tęczowej ideologii. A jak było z procesjami na Boże Ciało? One też nie zawsze były organizowane w każdej parafii. Najpierw była jedna, centralna procesja, a potem każda parafia zechciała mieć swoją. Tak samo dziś ludzie w różnych miastach chcą mieć swoje marsze równości. 

Były ksiądz, który porównuje procesje Bożego Ciała z marszami równości. Nie boisz się? 
 
Wiem, że pod tym wywiadem natychmiast pojawi się hejt. Ale nie. Nie boję się. Dojrzałem do tej rozmowy. Każdy z nas ma jakąś swoją historię i ja chciałem opowiedzieć swoją. 

Tomasz Słomiński. Ur. W 1968 roku w Wolsztynie, w 1993 roku ukończył seminarium duchowne w Poznaniu, obecnie jest dziennikarzem.

Anna Kalita, absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (487)
Zaloguj się
  • wirusx

    Oceniono 137 razy 115

    Wszyscy ci Paetze, Jędraszewscy i inne Dziwisze niech ida do diabła, czyli do domu ojca swego blablac hate speech. A Panu życzę udanego życia we wszystkich kolorach tęczy.

  • frajtak

    Oceniono 97 razy 89

    B dobry wywiad. Tomaszu, powodzenia.

  • rozterka47

    Oceniono 96 razy 88

    Bardzo dobry wywiad. Z doświadczeń rodzinnych wiem , że hierarchia nie rzadko krzywdzi swoich kapłanów .

  • gburiaifuria

    Oceniono 90 razy 74

    Najwazniejsza konkluzja z tej rozmowy to" Tacy Tischnerzy, Życińscy, Węcławscy, Rysie - księża odbierani jako światli, postępowi, bliżsi ludziom, bez maniery kościelnej czy biskupiej - oni zawsze stanowili i stanowią w tym Kościele mniejszość. Większością jest Kościół tradycyjny i konserwatywny. To, że w PRL on otworzył się na Kuronia czy Michnika, wynikało jednak z wyższej konieczności. Wróg był jeden, jasno określony: komunizm, rząd PRL. Dziś wrogiem jest każdy, kto jest spoza Kościoła. " Byly ksiadz, odkryl to co od samego poczatku bylo jasne a co bylo albo niezrozumiale albo ukrywane przez innych przywodcow Solidarnosci, ktorzy po 89 roku oddali to spolecznstwo i ten kraj w rece jednej z najbardziej niedemokratycznych, autorytarnych organizacji jakim jest Kosciol Kat. Byly naczelny tej gazety Adam Michnik ma w tym procesie swoj udzial. przypomnijmy te wszystkie tekst :"Bez Kosciola ani rusz" i takie tam inne bajery. Finalem tego jest chrescijanskie "wypie...j" ktore mozna uslyszec przy okazji wszystkich marszow rownosci.

  • Jerzy Adam

    Oceniono 79 razy 71

    Życzę Panu wszystkiego najlepszego.Wydaje mi się ,że większość księży nie interesuje posługa kapłańska a tylko kasa.

  • alicjads

    Oceniono 60 razy 56

    Brawo za odwagę w mówieniu takich ultra niepopularnych rzeczy. Ja wybieram właśnie taki Kościół, jaki uosabia ksiadz Tomasz, uczciwy, realistyczny, otwarty dla wszystkich.
    Już dawno straciłam natomiast wszelki szacunek dla KK. Mierzi mnie obłuda i zakłamanie, wybijające się tam na każdym kroku. I ciagle nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie są tak głupi, tak naiwni i wspierają swoją obecnością i kieszenią patologie, która się tam odbywa. Kto mi to może wytłumaczyć? O co chodzi? Strach przed diabełkiem i ogniem piekielnym?

  • takinikt

    Oceniono 66 razy 50

    Kilka spraw chciałbym zaznaczyć:
    1. Kościół w czasach PRL nie zrobił nic dobrego, to jest Iluzja, że jednoczył ludzi w trudnych czasach i walczył z komuną. Tak naprawdę szedł rączka w rączkę z władzą, większość księży współpracowała z bezpieką: donosili, infiltrowali, knuli. Zepsuł życiorysy ogromnej ilości ludzi. W tej kwestii jestem bezlitosny dla nich. Niech mi ktoś zilustruje jednym konkretnym przypadkiem realnej pomocy, jakiej KK udzielił Polakom w czasach komuny. Nawet paczki z Zachodu kradli i pieniądze dla opozycji przemycane na rozwój podziemia. Zrobili w komunie więcej złego niz dobrego.
    2. Ten biskup miał wykładać historię filozofii i antropologię! To jak dać Himlerowi katedrę studiów o tolerancji. Szok!
    3. Niestety ale cała wiara chrześcijańska w wersji zinstytucjonalizowanej jest najwyklejszym narzędziem zniewolenia umysłów i nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek modelem lepszego życia, bynajmniej, jest nastawiona na sprzężenie jednostki z aparatem władzy i głosowanie tak, jak podpowiada reprezentant organizacji, do której to narzędzie przykuwa dosłownie eschatologicznie. Paranoja. Każdemu wierzącemu mowię: więcej wiedzę Boga w świecie bez Boga, niż w świecie, w którym wierzę w Boga. Doktryna zniewala. Umysł jest najlepszym wytrychem, który uwalnia człowieka z kajdan ideologicznego zniewolenia.
    Logos. Tylko logos. Nic więcej do szescia nie potrzeba.
    4. Dzięki za opowieść, bardzo poruszająca historia, która daje do myślenia.
    Pozdrawiam serdecznie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX