Pobyt w więzieniu zwiększa ryzyko samobójstwa

Pobyt w więzieniu zwiększa ryzyko samobójstwa (fot. shutterstock.com)

społeczeństwo

Psycholożka sądowa: Samobójstwo to duży problem w więzieniach

W Anglii i Walii więźniowie płci męskiej mają nawet sześciokrotnie wyższe prawdopodobieństwo śmierci w wyniku samobójstwa niż mężczyźni przebywający na wolności, natomiast wśród więźniarek prawdopodobieństwo to jest 20 razy wyższe niż u kobiet wolnych* - pisze Kerry Daynes, psycholożka sądowa.

Jakiś czas przed osadzeniem w więzieniu Patrick Thompson usiłował popełnić samobójstwo za pomocą strzelby, ale nie trafił w mózg i zamiast tego odstrzelił sobie fragment twarzy. Kiedy wszedł do małego pokoiku rozmów, wciąż jak najbardziej żywy, nie byłam w stanie zamaskować szoku spowodowanego jego wyglądem. Brakowało mu lewego ucha, części szczęki oraz większości policzka - zamiast nich widać było kolekcję blizn, wypukłości i otworów. Druga część twarzy także wydawała się zniekształcona, jakby roztopiona, a prawe oko zasnuwało bielmo. Na szczęście Patrick przygotował się do spotkania i przyniósł kilka swoich malowideł, żeby mi je pokazać, co obojgu nam pozwoliło się skupić na czymś poza jego wyglądem. Przez kilka chwil oglądaliśmy dzieła, wymieniając uprzejme uwagi na ich temat, a jednocześnie oswajaliśmy się w duchu z dziwną sytuacją, w której się znaleźliśmy. Przyszłam tam bowiem, aby dowiedzieć się, czy Thompson planuje kolejną próbę samobójczą.

Było to pod koniec lat 90., kilka lat po tym, jak otrzymałam pierwsze stanowisko badawcze w więzieniu - tym razem pracowałam na krótkim zastępstwie na oddziale szpitalnym lokalnego zakładu penitencjarnego kategorii B [w systemie więziennictwa obowiązującym w Anglii i Walii jest to zakład karny przeznaczony dla więźniów, którzy kwalifikują się do zakładów zamkniętych, lecz nie wymagają podwyższonych środków bezpieczeństwa  - przyp. tłum.].

Większość więzień posiada skrzydła lub oddziały opieki zdrowotnej, gdzie chorzy i ranni skazańcy są leczeni przez więziennych pielęgniarzy albo (jeśli mają szczęście) lekarzy dojeżdżających z zewnątrz. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że miejsca te są po prostu magazynami ludzkiego cierpienia. Zawsze można tam znaleźć więźniów chorych (czasami nieuleczalnie) lub wręcz umierających, więźniów rannych w wyniku przemocy zadanej im czy to przez kogoś innego, czy przez samych siebie, oraz takich, którzy znajdują się w stanie niebezpiecznego upojenia alkoholowego lub narkotykowego albo doznają ciężkich objawów odstawienia nałogu.

Te miejsca są magazynami ludzkiego cierpienia (fot. shutterstock.com)
Te miejsca są magazynami ludzkiego cierpienia (fot. shutterstock.com)

Osoby przebywające na tych oddziałach znajdują się na samym dnie, pod względem zarówno umysłowym, jak i fizycznym. Nawet zapach jest tam rozpaczliwy: mieszanina środków dezynfekujących, potu, wymiocin oraz wszelkich innych ludzkich wydzielin, jakie tylko można sobie wyobrazić. Odgłosy także nie nastrajają pozytywnie. Zazwyczaj w zakładach karnych słychać stały szmer, na który składają się rozmowy, różne działania i grające radia, ale w skrzydle szpitalnym częściej panuje złowieszcza cisza, punktowana nagłą kakofonią: krzykami, waleniem, alarmami, trzaskaniem drzwi, wrzaskami. To, co się widzi i słyszy na więziennym oddziale opieki zdrowotnej, naprawdę może wytrącić z równowagi, o ile człowiek nie zdążył się z tym oswoić. A ja w tamtym okresie już się oswoiłam. (...)

Zima była surowa, zimno przeszywało do kości i pamiętam, że przeważnie ubierałam się do pracy w swój standardowy więzienny "uniform", składający się z czarnego wełnianego swetra polo oraz spodni. Skrzydło szpitalne stanowiło dobudówkę do głównego gmachu - był to blok z lat osiemdziesiątych, z niskimi sufitami i jaskrawymi świetlówkami, plastikowymi meblami i podłogami wyłożonymi linoleum sięgającym do połowy ścian. Wszystkie pomieszczenia pomalowane były na ów ponury szpitalny odcień zieleni, który w teorii ma uspokajać, a w rzeczywistości budzi w człowieku dziwne przygnębienie. W przydzielonym mi pokoiku znajdował się stolik przymocowany do ściany (żeby nie dało się nim we mnie rzucić) oraz duży elektryczny grzejnik, wiszący na ścianie jak nagrzany klocek Lego - chodził na pełnych obrotach. Przyszło mi do głowy, że nawet jeśli Thompson nie ma zamiaru się zabić, to niewykluczone, iż oboje upieczemy się tam na śmierć. (...)

Dojazdowa klinika dla więźniów**

Samobójstwo to duży problem w więzieniach. Podstawowy obowiązek zakładu karnego, czyli utrzymanie więźniów przy życiu, nie jest aż tak prosty, jak mogłoby się wydawać. W Wielkiej Brytanii mamy nie tylko jedną z najwyższych populacji więziennych, ale też jeden z najwyższych wskaźników samobójstw wśród więźniów w całej Europie. (Do roku 1961 samobójstwo było u nas nielegalne. Co jednak dziwne, nigdy nie pracowałam z nikim, kogo skazano za próbę samobójczą - czy też, zgodnie z ówczesną terminologią prawniczą, za próbę "popełnienia" samobójstwa). W Anglii i Walii więźniowie płci męskiej mają nawet sześciokrotnie wyższe prawdopodobieństwo śmierci w wyniku samobójstwa niż mężczyźni przebywający na wolności, natomiast wśród więźniarek prawdopodobieństwo to jest 20 razy wyższe niż u kobiet wolnych.

Decyzja o zabiciu się nie należy do łatwych. Większość więźniów zdradza objawy znacznych problemów psychicznych - Fundusz Reformy Więziennictwa (Prison Reform Trust) ocenia, że odsetek ten wynosi 70 procent. Nie jest jasne, ilu więźniów trafia do zakładów karnych już w takim stanie, a ilu zaczyna się borykać ze zdrowiem psychicznym dopiero po trafieniu za kratki. Tak czy inaczej, nawet krótki wyrok - a niemal połowa wszystkich skazańców w Wielkiej Brytanii przebywa w więzieniu przez sześć miesięcy lub krócej - sprawia, że prawdopodobieństwo przyszłych problemów na tym tle u danej osoby znacznie wzrasta. (...)

Czułam się niczym jednoosobowa dojazdowa klinika dla więźniów, działająca w szumnie nazwanym "pomieszczeniu do rozmów", które w gruncie rzeczy było zwykłą kanciapą, w dodatku nadmiernie nagrzaną. Miałam zadawać pytania, obserwować i szukać sygnałów ostrzegawczych, które mogły zapowiadać próbę samobójczą: czy więzień zakończył właśnie relację z kimś przebywającym na wolności, czy ktoś się nad nim znęcał, jak się czuje, czy planował metodę potencjalnego samobójstwa? Są to standardowe - i ważne - pytania, ale czasami mogą się wydawać czystym ukłonem w stronę formalności, bo przecież ktoś, kto planuje odebrać sobie życie, niekoniecznie będzie chciał dzielić się takimi szczegółami ze mną - przypadkową kobietą, którą dopiero co poznał w przegrzanej klitce. Poza tym, jakby sam pobyt w więzieniu nie wystarczał, czynniki wpływające na podjęcie ostatecznej decyzji o śmierci często są zbyt liczne i zróżnicowane, by dało się wskazać jeden z nich palcem i powiedzieć: to wszystko z tego powodu. Rzadko można uzyskać taką pewność.

W więzieniach dochodzi do większej liczby prób samobójczych niż na wolności (fot. shutterstock.com)
W więzieniach dochodzi do większej liczby prób samobójczych niż na wolności (fot. shutterstock.com)

"Van Gogh w kiepski dzień"

Patricka przyprowadzono do mnie ze zwykłej celi w skrzydle B. Kiedy wszedł, miałam tylko krótką chwilę, żeby zerknąć na jego formularz. Założono go trzy tygodnie wcześniej, gdy Thompson usiłował się powiesić na pętli skręconej z prześcieradła - jest to ulubiona metoda większości więziennych samobójców, którym udało się zrealizować zamiary.

Czułam, że zdaje sobie sprawę z wrażenia, jakie wywiera swoim wyglądem, i że przyniesienie obrazków miało stanowić sposób na odwrócenie uwagi od jego twarzy. Byłam mu za to wdzięczna. Malowanie stanowi zaskakująco popularne zajęcie w więzieniach: jest to czynność, która pozwala zająć myśli i którą każdy może spokojnie zajmować się we własnej celi, a poza tym nie wiąże się z pornografią i niczym nielegalnym. Styl malowideł Patricka określiłabym jako "van Gogh w kiepski dzień": gęste, ciężkie pociągnięcia farbą, portrety nieznanych mężczyzn i  kobiet, tradycyjnie już misy z owocami oraz pejzaże przedstawiające zielone pola z  drzewami i  znajomo wyglądające morskie wybrzeża. Były to typowe, sielskie tematy namalowane owym nieco paćkowatym, na wpół abstrakcyjnym sposobem, przy którym obrazy stają się tym bardziej spójne, im dalej się od nich stoi. Patrick powiedział, że namalował je lewą ręką - z natury był praworęczny, ale po tej stronie brakowało mu wskazującego, środkowego i serdecznego palca. Byłam ciekawa, co się z nimi stało, ale nie spytałam. Kiedy obejrzeliśmy wszystkie malowidła, oparłam je o ścianę za sobą i przeszliśmy do rozmowy.

Patrick odpowiadał na pytania monosylabami, tonem pozbawionym wyrazu, w sposób niemal przewidywalny. Wydobycie z siebie tych odpowiedzi wydawało się pochłaniać całą jego energię. Prawie nie patrzył mi w oczy i nie rozwijał żadnego tematu. Moje indagowanie wyraźnie budziło w  nim dyskomfort, a  zwięzłość odpowiedzi miała mnie zniechęcić. Kiedy spytałam, czy nadal miewa myśli samobójcze, ujrzałam tylko niemal niezauważalne kiwnięcie głową i rozdęcie nozdrzy. W końcu byłam zupełnie obcą osobą, a tymczasem wypytywałam go o to, czy chce umrzeć.

Przebrnąwszy przez cały kwestionariusz, stwierdziłam, że Patrick nadal ma złe samopoczucie, że jego formularz "osoby zagrożonej" należy stale aktualizować i że nie powinno się go przenosić z celi, w której obecnie był trzymany. Wszelkie zmiany w dotychczasowym sposobie traktowania - w tym wzmożona obserwacja (witamy w  celi zabezpieczającej) czy też inne środki bezpieczeństwa - mogły zostać uznane za poniżające i  doprowadzić do przeciwnych skutków. Zresztą realistycznie rzecz biorąc, przy obecnym kryzysie przeludnienia w tym zakładzie i tak byłoby to praktycznie niemożliwe. Zerkając na zegar - czekało mnie jeszcze 20 takich rozmów - i czując, że Patrick raczej nie powie mi nic więcej, wstałam i odwróciłam się, żeby wziąć zza pleców jego obrazy.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że wszystkie się roztopiły. Oparłam je o rozgrzany do granic możliwości kaloryfer i teraz paćkowate smużki farby spływały z płócien na linoleum podłogi. Plastikowy pokrowiec, w którym znajdowały się malowidła, również się roztopił i przykleił do grzejnika niczym kawałek taniej folii kuchennej.

W pierwszym momencie pomyślałam tylko: kurwa! Obrazy stanowiące dumę i radość Patricka zmieniły się w budyń i to wszystko moja wina. Przybyłam tam z misją ratowania życia, a teraz stanę się odpowiedzialna za wpędzenie tego człowieka w rozpacz. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa, usiłowałam powoli rozdzielić obrazy w nadziei, że uda się coś z nich ocalić, ale jednocześnie odczuwałam straszliwą ochotę, żeby się roześmiać. Wiedziałam, że Patrick mnie obserwuje, lecz kiedy na niego spojrzałam, a on ujrzał wyraz przerażenia i wstydu na mojej twarzy, wydarzyło się coś cudownego: wybuchnął śmiechem. Przez chwilę nie byłam nawet pewna, czy to rzeczywiście śmiech: dźwięk był nieznajomy, chrapliwy - efekt licznych obrażeń. Ale wtedy Patrick sięgnął po jeden z roztopionych portretów i przytrzymał go obok swojej twarzy, jakby w obelżywej sugestii, że wyglądają tak samo. Usiłował mnie pocieszyć.

Nie mogłam się powstrzymać: ja także zaczęłam się śmiać. Oboje rechotaliśmy jak szaleni, zdjęci tym rodzajem śmiechu, od którego człowiek ściska się za brzuch i nad którym nie potrafi zapanować. Wreszcie zaczęliśmy się uspokajać, ale kiedy na siebie spojrzeliśmy, wszystko zaczęło się od początku - wpadliśmy nieomal w histerię. Nie mogłam przestać go przepraszać. (...) Ta chwila wesołości z Patrickiem była szczerą, niewinną reakcją na sytuację i okazało się, że przyniosła niezwykłe efekty.

Opowieść Patricka

Patrick zaczął płakać. Szybko sięgnęłam po pudełko chusteczek, które zawsze trzymam na stole na taką okoliczność (choć przeważnie więźniowie nawet sobie nie wyobrażają, że mogliby ich użyć w mojej obecności). Powiedział, że nie chodzi o obrazy, tylko o "całą resztę". Spojrzałam na zegar, wiedząc, że będę miała opóźnienie, ale nie chciałam mu przerywać. Poprosiłam, żeby opowiedział mi o wszystkim. Ów człowiek, który kontrolował się aż do przesady i którego jeszcze kilka minut temu tak trudno było mi rozgryźć, teraz otwierał się dzięki odrobinie ludzkiej interakcji i wspólnej chwili szczerości. Nie miałam zamiaru mu w tym przeszkadzać.

Patrick miał około 60 lat i był niespecjalnie wysoki, za to szeroki, niemal kwadratowy, z mocnymi kończynami i nabitym karkiem. Pracował dawniej jako ochroniarz na nocną zmianę w magazynie urządzeń rolniczych w swojej rodzinnej wiejskiej okolicy, wśród rozległych pejzaży, gdzie życie przydarza się po cichu w małych wioseczkach, a domy oddzielone polami uprawnymi łączą urokliwe alejki. Spędzał noce w małym biurze z boku magazynu, pilnując dużych sprzętów rolniczych, od których zależał byt całej okolicy. Dla nikogo nie byłaby to wymarzona praca, ale z pewnością miała swój sens.

Chwila wesołości z Patrickiem była szczerą, niewinną reakcją na sytuację i okazało się, że przyniosła niezwykłe efekty (fot. shutterstock.com)
Chwila wesołości z Patrickiem była szczerą, niewinną reakcją na sytuację i okazało się, że przyniosła niezwykłe efekty (fot. shutterstock.com)

Pewnej nocy właściciel magazynu, pracodawca Patricka, podłożył ogień w budynku, chcąc uzyskać pieniądze z  ubezpieczenia. Wyłączył wszystkie alarmy przeciwpożarowe, więc Patrick nie miał pojęcia o szalejącym pożarze, dopóki pod drzwiami jego biura nie zaczął przenikać zapach dymu. Patrick natychmiast ruszył do działania: zerwał się zza biurka i  popędził do drzwi głównego pomieszczenia magazynowego, ale nagle gwałtowny wsteczny ciąg płomieni uniósł go w powietrze i cisnął na drugą stronę pokoiku wraz z gorącym popiołem. Patrick odniósł poważne obrażenia: miał poparzenia na twarzy i na prawym ramieniu, stracił trzy palce prawej dłoni. Powtarzano mu, że ma szczęście, skoro w ogóle przeżył.

Właściciel magazynu odsiedział krótki wyrok za swoje przestępstwo, lecz Patricka czekały kolejne pobyty w szpitalu i seria bolesnych operacji plastycznych oraz przeszczepów skóry. W  trakcie tego długiego, trudnego okresu zostawiła go żona. Wyprowadziła się z domu, kiedy Patrick dochodził do siebie. A on z powodu operacji twarzy nie mógł nawet normalnie mówić: dosłownie odebrało mu mowę.

Kilka miesięcy po wyjściu ze szpitala i  starciu ze swoją nową rzeczywistością spróbował zabić się własną strzelbą (posiadał ją legalnie, co w okolicach rolniczych nie jest niczym niezwykłym). Włożył sobie lufę do ust w  nadziei na szybki koniec, ale bez palca wskazującego trudno mu było pociągnąć za spust i jakimś cudem chybił. Nie zabił się, tylko odstrzelił sobie część twarzy - w większości tę, która nie została uszkodzona w pożarze. Nastąpiły tygodnie kolejnych bolesnych operacji i milczącej agonii w szpitalu - wszystko to ze świadomością, że w domu nikt na niego nie czeka.

Wreszcie, zeszpecony, bez pracy i samotny, postanowił rozliczyć się z dawnym pracodawcą. Pewnej nocy po zbyt wielu drinkach poszedł do jego domu z zamiarem wyrównania rachunków. Ale sytuacja wymknęła się spod kontroli. Chwycił kawał drewna opałowego ze sterty przy drzwiach i zaczął okładać nim mężczyznę. Kiedy ten wreszcie padł, Patrick zaczął go kopać. Sam przyznawał, że w którymś momencie dawny szef przestał być dla niego osobą - Patrick bił po prostu swój własny ból. Na krótką chwilę poczuł się lepiej. Ale potem spojrzał na bliskiego śmierci człowieka na podłodze i dotarło do niego, co zrobił. Wziął jego telefon i wezwał karetkę.

Patrick nie był typem impulsywnego, wściekłego mężczyzny, który pod wpływem nerwów rzuca się na wszystkich dookoła. Wręcz przeciwnie. Aż nazbyt się kontrolował, nie dopuszczał do głosu swoich emocji. Gniew, kiedy odpowiednio do niego podejść, może być zdrowy, ale Patrick dusił go w sobie i pozwolił mu rosnąć, aż doszło do wybuchu oczyszczającego szału - w każdym razie przez krótką chwilę było to oczyszczające. Zazwyczaj ludzie o takiej osobowości rzadko posuwają się do przemocy - być może tylko raz na całe życie  - ale kiedy już do tego dochodzi, prawdopodobieństwo poważnych obrażeń lub nawet śmierci ofiary jest znacznie większe.

Teraz Patrick oczekiwał na wyrok sądowy za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu - i bez wątpienia miał to być wyrok niekrótki. Poczucie beznadziei - owo preludium do samobójstwa - aż się z niego wylewało. 

Sztuka mówienia

Opowiadanie naszych historii, nazywanie i słowna walidacja własnych doświadczeń to główny sposób, w jaki istoty ludzkie nadają sens otaczającemu je światu. Dla większości z nas oznacza to rozmowy z przyjaciółmi i  rodziną. Dla innych - terapię i spotkania z psychologiem. (...) Lecz sztuka mówienia niektórym z nas przychodzi łatwiej niż innym. Dla chłopców i mężczyzn, których nadal aż nazbyt często uczy się na miliony destrukcyjnych sposobów, że powinni ukrywać swoje słabości i w milczeniu znosić problemy, myśl o podzieleniu się głębokim emocjonalnym cierpieniem wciąż często jest nie do przyjęcia, nawet w XXI wieku. (...) Nic dziwnego, że w środowisku więziennym, gdzie panuje kultura ultra-macho, a emocje postrzegane są jako oznaka słabości, pełno jest mężczyzn wyrażających swoje cierpienie w aktywny i  bardzo szkodliwy sposób.

(fot. materiały prasowe)
(fot. materiały prasowe)

Patrick nie umiał opowiedzieć swojej historii z całą jej traumą i tragizmem. Po prostu nie mógł znaleźć na to odpowiedniego momentu - nie byłby w stanie tego zrobić, nawet gdyby dano mu taką możliwość, choć tak się nie stało - nie dostał tej szansy ani przed popełnieniem poważnego przestępstwa, ani potem. (...) Kiedy zbieraliśmy resztki plastikowego pokrowca oraz to, co pozostało z jego obrazów, Patrick mi podziękował. Zapytałam, czy powinnam się o  niego martwić. Uśmiechnął się połową twarzy i odparł: - Nie, nie dzisiaj. To nie będzie dziś.

Tamtego dnia pragnął żyć - i czasami świadomość, że pomogło się komuś przetrwać do następnego razu, musi wystarczyć. Nigdy już nie widziałam Patricka, ale mam nadzieję, że udało mu się znaleźć sposób, żeby mówić dalej i dotrwać do końca wyroku.

*Fragment książki Kerry Daynes "Oko w oko ze złem. Prawdziwe historie z akt psycholożki sądowej" w tłumaczeniu Agnieszki Walulik

**Śródtytuły pochodzą od redakcji

Kerry Daynes jest psychologiem. Prowadzi prywatną praktykę, a także pracuje w rządowych zespołach psychologów i psychoterapeutów. Często powoływana jest jako biegła w sprawach karnych i w sądach rodzinnych. Regularnie udziela się jako komentatorka telewizyjna w takich stacjach jak BBC, Sky 1 czy CNN. Od lat czynnie działa na rzecz polepszenia jakości publicznej debaty dotyczącej zdrowia psychicznego oraz patronuje National Centre for Domestic Violence.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (13)
Zaloguj się
  • lusjola

    0

    Tragedia zimny pot mnie oblał , przegrał nie ze swojej winy całe życie...

  • kac

    Oceniono 2 razy 0

    Żałosne...

  • lukki69

    0

    lemingrad = egoizm

  • pamejudd

    Oceniono 2 razy 0

    Nie macie już własnych tekstów czy wywiadów, tylko musicie zapełniać łamy reklamówkami podsyłanymi przez wydawnictwa?

  • nasza_droga_sic_gw

    Oceniono 4 razy 0

    "W Anglii i Walii więźniowie płci męskiej mają nawet sześciokrotnie wyższe prawdopodobieństwo śmierci w wyniku samobójstwa niż mężczyźni przebywający na wolności, natomiast wśród więźniarek prawdopodobieństwo to jest 20 razy wyższe niż u kobiet wolnych" - Czyżby GazWyb miał własny interes w tłumaczeniu więziennych "samobojstw" w Polsce?

  • byann

    Oceniono 5 razy -1

    Aa, jasne. Szechter przekazuje od rana że Epstein nie był zabity przez służby.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX