Anna Wojtacha

Anna Wojtacha (fot. Tomasz Urbanek/DDTVN/East News)

społeczeństwo

"Miałam zaledwie 23 lata, kiedy po raz pierwszy wysłali mnie na wojnę"

Na ulicy leżeli przechodnie, widziałam, co się dzieje, ale myślałam jedynie o kadrze. Musiałam wiedzieć, jakie zdjęcia robił operator, bo później miałam ten materiał montować. Potem pojechaliśmy do szpitala, żeby się dowiedzieć, ilu ludzi zostało rannych i zabitych - opowiada Anna Wojtacha, dziennikarka, korespondentka wojenna, z którą do książki "Wojna jest zawsze przegrana" rozmawiała Honorata Zapaśnik.

Kiedy zaczęłaś interesować się miejscami konfliktów?

Relacje z miejsc ogarniętych wojną fascynowały mnie już w liceum. Osobą, która bez wątpienia wywarła na mnie wpływ, był Waldemar Milewicz. Prowadził w Telewizji Polskiej program "Dziwny jest ten świat". Pokazywał głównie reportaże z miejsc konfliktów. Fascynowały mnie. Najbardziej zapamiętałam te z drugiej wojny czeczeńskiej, bo interesowałam się wtedy Rosją i Kaukazem. Podobały mi się też materiały z Afganistanu i Iraku.

W tamtym czasie ludzie w Polsce w ogóle nie rozumieli, jak żyją muzułmanie i o co im chodzi. Waldek wyjaśniał kulturę, obyczajowość, lokalną politykę, pokazywał, jaka jest pozycja kobiet w ich społeczeństwie. Wszystkie odcinki nagrywałam na wideo. Do dzisiaj leżą u mnie w szufladzie. (...)

Poznałaś Waldemara Milewicza?

Tak. W wieku 22 lat zaczęłam pracować w Teleexpressie, Waldek był wtedy dziennikarzem redakcji zagranicznej Wiadomości, która mieściła się na tym samym piętrze. Po prostu poszłam do niego i powiedziałam wprost, że chcę zostać korespondentką wojenną. On dostał ataku śmiechu. Uważał, że to nie jest praca dla kobiet. "Pojedziesz i sama zobaczysz, to wygląda inaczej niż w filmach" - powiedział. Później zdał sobie sprawę, że naprawdę mi na tym zależy.

Waldemar Milewicz w klatce przed Sejmem w ramach protestu przeciwko skazaniu dziennikarza Andrzeja Marka na więzienie (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
Waldemar Milewicz w klatce przed Sejmem w ramach protestu przeciwko skazaniu dziennikarza Andrzeja Marka na więzienie (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Jak mu to udowodniłaś?

Zawsze marzyłam o tym, żeby pracować w redakcji zagranicznej, więc czytałam o wszystkim, co dzieje się na świecie. Sięgałam też po książki poświęcone wojnom. Poza tym oglądałam bardzo uważnie materiały Waldka i rozmawiałam z nim, żeby dowiedzieć się, jak naprawdę jest w miejscach konfliktów. Być może zabrzmi to górnolotnie, ale uważam, że reporter to opowiadacz świata. Można mówić o tym, co wydarzyło się na Marszałkowskiej albo w Meksyku. Ludzie wszędzie borykają się z problemami. Ale mnie zawsze pociągały ekstremalne tematy. Uznawałam za swój obowiązek pojechać na wojnę i pokazać ludziom, jak ona wygląda z bliska. Powinni wiedzieć, że gdzieś dzieje się coś złego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że generalnie widzów to nie interesuje. Jednak jeśli chociaż kilkoro z nich mogło przy kolacji obejrzeć mój reportaż, wysłuchać relacji i zastanowić się nad nimi, oznacza to, że odniosłam sukces. (...)

Czy to dzięki Waldkowi wyjechałaś na swoją pierwszą wojnę?

Przyznam szczerze, że Waldek niechętnie pomagał. Taką miał zasadę, bo on też musiał do wszystkiego dojść sam. Ale kiedy zaczął jeździć do Iraku, dzwonił do mnie: "Czy możesz wejść na stronę Reutersa i sprawdzić, w którym miejscu był zamach w Bagdadzie?". Pomagałam mu potwierdzić różne informacje.

W każdym razie nikt nie wpadł na pomysł: "To niech Wojtacha jedzie". Nie. Sama chodziłam do kolegów. "A może byście mnie tam puścili?" - pytałam. Wszyscy pukali się w głowę. Po paru dniach zarzucałam ich biurka planami podróży. Śmieję się, że zaczęłam wyjeżdżać, bo chcieli się ode mnie uwolnić. Miałam zaledwie 23 lata, kiedy po raz pierwszy wysłali mnie na wojnę.

Gdzie pojechałaś?

Do Afganistanu, a dwa tygodnie później do Iraku. Był 2003 rok. Po powrocie do Polski szłam z plecakiem do domu, wszędzie w oknach paliły się światła na choinkach. Z jakiegoś powodu nie widziałam na ulicy żywej duszy. Nagle mnie oświeciło: przecież dzisiaj jest Wigilia! To był dla mnie szok. Tutaj zima, śnieg, a tam ciepło i przede wszystkim wojna. Czułam się jak kosmita. Wróciłam do domu, w lodówce nie miałam jedzenia, bo przed wyjazdem ją opróżniłam, żeby nic się nie popsuło. Na szczęście przywiozłam racje żywnościowe, które dostałam od żołnierzy. Gulasz, ziemniaki i ciastko. Potem poszłam spać.

Polscy żołnierze w prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta)
Polscy żołnierze w prowincji Ghazni w Afganistanie (fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta)

Czy miałaś jakieś przygotowanie przed pierwszym wyjazdem?

Wtedy przyjaźniłam się już z Piotrkiem Góreckim, który był doświadczonym reporterem wojennym i dawał mi dobre rady.

Na przykład?

Czego nie można kupić w kraju muzułmańskim. Przede wszystkim gorzały. Jeśli chciałabym się napić, mam ją zabrać ze sobą. Mówił też, że w drodze do hotelu należy uważać na to, co dzieje się na ulicy. Miał rację, bo w pewnym momencie terroryści zaczęli urządzać polowania na dziennikarzy. Fajnie było porwać kogoś z mediów, nakręcić z nim wideo i pod groźbą śmierci apelować o wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku lub Afganistanu.

Zdziwiło cię to, co tam zobaczyłaś?

Był to dla mnie zupełnie nowy świat. Tamtejsza kultura cały czas mnie zaskakiwała. W Europie mamy zakodowane, że w Iraku czy Afganistanie chcą nas pozabijać. To nieprawda. Myślimy, że wszystkie kobiety chodzą w czadorach i są tłamszone przez mężczyzn. Również to można włożyć między bajki. Oczywiście spotkasz tam zakwefione kobiety, ale społeczeństwo jest tak samo zróżnicowane jak nasze. Nie wolno myśleć stereotypami. Nauczyłam się też dużej tolerancji i wyrozumiałości. W zamian dostałam mnóstwo ciepła. Ludzie chętnie wymieniali się z nami numerami telefonów, umawiali na spotkania.

Irak (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazeta)
Irak (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazeta)

Interesowali się naszą kulturą?

Tak. W Iraku naszym tłumaczem był Aziz, pogodny i uśmiechnięty człowiek. W jedno Boże Narodzenie siedzieliśmy z kilkoma polskimi dziennikarzami w hotelu i nagle odebrałam od niego telefon. "Co robicie?" - zapytał. "Nic, jesteśmy w hotelu". "To ja po was przyjadę". "Ale skończyliśmy już pracę, masz wolne" - odpowiedziałam. "Mam dla was niespodziankę". "No dobra, to dawaj". Robiło się już ciemno. Zastanawiałam się, co mu odbiło. Załadował wszystkich do samochodu i zabrał do swojego domu. Jego żona przygotowała dla nas kolację, na stole leżały smażone karpie. Okazało się, że Aziz wyczytał w internecie, że w Polsce jest Wigilia, ważne dla nas święto.

Skąd wziął te karpie?

W Bagdadzie Saddam stworzył akweny, w których hodowano te ryby. Podejrzewam, że nasz gospodarz je tam złowił. Były one olbrzymie i w mieście plotkowano, że żywiły się ludźmi, których Husajn tam topił. Niby miejska legenda, ale kiedy jadłam tego karpia, mięso stawało mi w gardle. (...)

Jakie tematy najczęściej realizowałaś?

Dawniej wysyłano nas do Afganistanu i Iraku na dwa, trzy tygodnie kilkanaście razy w roku. Robiliśmy mnóstwo materiałów, od stricte politycznych, które opowiadały o tym, jak wygląda współpraca lokalnych rządów z państwami NATO, po społeczne. Najbardziej lubiłam pokazywać wojnę przez pryzmat rodziny lub jednego człowieka. Mówiliśmy tłumaczowi: "Słuchaj, chcemy pogadać z kimś z ministerstwa". On dzwonił po znajomych i organizował nam spotkanie. Innym razem: "Potrzebujemy jakiegoś zwolennika Saddama Husajna". Praca była fascynująca, bo codziennie spotykałam nowych ludzi. Jako dziennikarka oczekiwałam od nich, że pokażą mi kawałek swojego życia, i oni z większym bądź mniejszym zaangażowaniem to robili. Zapraszali do domu, częstowali jedzeniem, a gdzieś dookoła szalała wojna. (...)

Pielgrzymka szyitów do Karbali (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazeta)
Pielgrzymka szyitów do Karbali (fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazeta)

Wszyscy mężczyźni chcieli z tobą rozmawiać?

Najpierw dziwili się, że ktoś z Polski, w dodatku kobieta, decyduje się przyjechać na wojnę. Niektórzy mieli z tym problem, bo nie dość, że baba, to jeszcze wydawała polecenia operatorowi. I on jej słuchał! To już w ogóle było coś nieprawdopodobnego. Rzadko zdarzały się takie sytuacje, że nie chcieli ze mną rozmawiać, ale kilka razy się z tym spotkałam.

Kiedyś zostaliśmy zaproszeni na wesele do małej wioski niedaleko Kabulu. Na miejscu okazało się, że na przyjęciu nie ma panny młodej ani innych kobiet. Wszystkie były schowane za domem, zjawiały się tylko na moment, żeby przynieść jedzenie. Wtedy dowiedzieliśmy się, że zaproszenie dotyczyło wyłącznie moich kolegów. "To ja przykryję włosy" - powiedziałam. Starszyzna się naradziła i nie dostałam pozwolenia na wejście do środka. Stanęłam przy płocie jak koza. Koledzy od czasu do czasu litościwie wynosili mi na talerzykach coś do jedzenia. Mówiłam: "Zajebiście, a może byśmy już sobie pojechali?". Odpowiadali: "Nie, no co ty, tam jest super. Świetna zabawa".

W takim razie trafiałaś na tolerancyjnych tłumaczy.

To prawda. W Afganistanie miałam fantastycznego tłumacza, Hewada, który bardzo ładnie mówił po angielsku. Jedynym problemem było to, że miał typowo arabskie poczucie czasu. Kiedy umawiałam się z nim na dziewiątą, przyjeżdżał o jedenastej trzydzieści. "Masz zegarek? - pytałam. - Bo jak nie, to ci kupię". "Mam". "Umówiliśmy się wcześniej". "Ale Aniu, w Kabulu były takie korki..." Jego kuzyn zawsze prowadził samochód, obok niego jechał mój operator, a ja i tłumacz zajmowaliśmy tylne siedzenie. Kiedyś trzymałam rękę na tapicerce i przez przypadek musnęłam dłoń Hewada. On zesztywniał, bo przecież obca kobieta go dotknęła. "Przepraszam cię, to było przez przypadek" - powiedziałam z przejęciem. "Nic się nie stało" - odparł. Później bardzo uważałam, żeby do tego nie doszło.

Jednak raz mieliśmy trudny wyjazd. Dużo zamachów, trupów i krwi. Kręciliśmy to wszystko. Po paru tygodniach pracy byliśmy tym strasznie zdołowani. Hewad odwiózł nas po wszystkim na lotnisko. "Dziękuję ci za ten czas, bo wiem, że było ciężko" - powiedziałam na pożegnanie. Stało się coś, czego sobie nawet nie wyobrażałam. Nagle objął mnie po kumpelsku. Znaliśmy się wtedy od pół roku. Wyobrażam sobie, ile go to kosztowało.

A czy jako kobiecie łatwiej było ci zrealizować jakiś materiał?

Tak. W Kabulu zrobiłam reportaż o kobietach podpalanych za karę przez swoich mężów. Wszyscy tam wiedzieli, że dochodzi do takich rzeczy. Kilku moich kolegów wcześniej starało się dotrzeć do bohaterek, ale one nie chciały z nimi rozmawiać. Mnie się udało, chociaż na początku też miałam problem. Poszliśmy z operatorem do ordynatora, przedstawiłam nas i on potraktował mnie jak powietrze. Spojrzał na mojego kolegę, po czym powiedział do niego, że mamy natychmiast opuścić szpital albo wezwie policję. To było dosyć zabawne. Na szczęście wcześniej spotkałam dziewczynę, która wykładała na uniwersytecie w Kabulu. (...) Okazało się, że jej siostra jest pielęgniarką w szpitalu, do którego przywożą poparzone kobiety. Porozmawiała z nimi i zaprowadziła nas do tych dziewczyn bez wiedzy ordynatora.

Afganki podczas przedwyborczego wiecu, rok 2019 (fot. Rafiq Maqbool / AP Photo / Agencja Gazeta)
Afganki podczas przedwyborczego wiecu, rok 2019 (fot. Rafiq Maqbool / AP Photo / Agencja Gazeta)

Kim były twoje bohaterki?

Jedna z nich miała poparzone 70 procent ciała, w tym twarz, dekolt i ręce. Kiedy się z nią spotkałam, leżała tam od tygodnia, część ran zdążyła się zagoić. Trochę sepleniła, bo wciąż przy mówieniu czuła ból. Powiedziała mi, że była trzecią żoną swojego męża. Gdy okazało się, że nie może mieć dzieci, oblał ją benzyną, podpalił i wyszedł z domu. Uratowała ją druga żona, która ugasiła ogień. Potem pojechała z nią do szpitala. (...)

Gdzie po raz pierwszy zobaczyłaś zabitych?

Jakiś mężczyzna jechał motorem po ulicach Kabulu obładowany materiałami wybuchowymi i wysadził się w tłumie. Gdy dostaliśmy informację, że właśnie był zamach, od razu wyruszyliśmy z hotelu. Zobaczyłam ulicę, na której leżeli porozrywani ludzie, część rannych krzyczała, przechodnie zabierali ich do swoich samochodów, żeby zawieźć do szpitala. Dookoła było dużo krwi, w powietrzu unosił się smród spalonego mięsa. Również budynki zostały trafione odłamkami. Baliśmy się, że jeszcze coś wybuchnie, bo terroryści stosowali taką taktykę, że robili zamach, a gdy zbiegali się ludzie, przyjeżdżał drugi gość i się wysadzał. Nie dało się rozpoznać zamachowca. No bo jak? To może być każdy.

Nie miałaś ochoty stamtąd uciec?

Kiedy dzieją się takie rzeczy, zawsze czuję adrenalinę i jestem skupiona na pracy. Na ulicy leżeli przechodnie, widziałam, co się dzieje, ale myślałam jedynie o kadrze. Musiałam wiedzieć, jakie zdjęcia robił operator, bo później miałam ten materiał montować. Potem pojechaliśmy do szpitala, żeby się dowiedzieć, ilu ludzi zostało rannych i zabitych. Potrzebowałam tych informacji, by nadać relację. Jeśli zamach nie jest duży, można mniej więcej oszacować liczbę ofiar. Jednak w takim kłębowisku ciał ciężko było się połapać. Poszkodowanych układano na podłodze w izbie przyjęć, kolejne osoby przenoszono na stoły operacyjne. Wyglądało to jak rzeźnia.

(...) Nie mogłam zapomnieć zapachu krwi i trupów, obrazki z miejsca wybuchu nagle pojawiały się w mojej głowie. Nie miałam też jak odreagować, bo musiałam wysłać materiał, wejść na antenę, a potem dogadać się z redakcją co do tematów na kolejny dzień. Dopiero wieczorem napiliśmy się z moim operatorem whisky. Oczywiście nie za dużo, żeby rano się obudzić. Musiałam w jakiś sposób zagłuszyć w sobie to poczucie bezsensu.

Kabul, zamach samobójczy, czerwiec 2019 (fot. Rahmat Gul / AP Photo / Agencja Gazeta)
Kabul, zamach samobójczy, czerwiec 2019 (fot. Rahmat Gul / AP Photo / Agencja Gazeta)

Zaczęłaś wątpić w sens tej pracy?

Często na wyjazdach miałam ochotę tupnąć nogą jak dziecko i krzyknąć: "Tak nie można!". Pojawiało się też zwątpienie w wykonywany zawód. Krzysiek Miller, który fotografował wojny, mówił, że jego zaangażowanie i wyjazdy były bez sensu, bo niczego na świecie nie zmieniły. Miał z tym straszny problem. Rozumiem go. Kiedy zmywasz naczynia i jest ich dużo, to wiesz, że kiedyś zakręcisz wodę i powiesz: "OK. Pozmywałam". A tu zmywasz i cały czas ktoś ci tych naczyń dokłada. W pewnym momencie pojawia się zniechęcenie. Jak długo jeszcze będę zmywała?

Nie jest to praca dla każdego.

Trzeba mieć predyspozycje. Po tym wybuchu wiedziałam, że nadaję się do tej roboty, bo nie wpadłam w panikę, umiałam zachować zimną krew. Byłam w stanie podjąć racjonalne decyzje, dzięki czemu powstał z tego materiał. Ale poznałam kiedyś młodego operatora, który też bardzo chciał pojechać na wojnę. W końcu wysłali go do Izraela. Spotkał się ze mną przy granicy ze Strefą Gazy. Akurat nic się nie działo. "Nie jest tak źle" - cieszył się. Powiedziałam: "Chłopie, poczekaj". Minęło półtorej godziny i zaczęło się bombardowanie. Wyglądało to tak, że kiedy Izrael strzelał w stronę przeciwnika, tamci mu odpowiadali. Strefa Gazy miała mniej celne pociski i czasem spadały blisko nas. Nie było wesoło. Kolegę kompletnie sparaliżowało. W pewnym momencie zsikał się i nie zdążył włączyć kamery. "To, że się zlałeś, mnie nie obchodzi, bo to twoje portki, nie moja sprawa - powiedziałam. - Ale nic nie nagrałeś". Po trzech dniach już nie dało się ukryć, że jest totalnie wykończony, choć nie widział jeszcze krwi, trupów, porozrywanych ciał. To był jego pierwszy i ostatni wyjazd. Zrozumiał, że to nie dla niego.

Nie spodziewał się, że może zginąć.

Jego organizm zbuntował się, a w takich momentach najważniejsze to zachować spokój. Trzeba działać racjonalnie, czyli uciec w miejsce, które wydaje się bezpieczne. Tylko że w czasie bombardowania nie da się przewidzieć, gdzie spadnie bomba. Nieraz z tego powodu czułam się wewnętrznie rozdarta. Powinniśmy zostać tutaj czy się ruszyć? W czasie ostrzałów łatwiej się zorientować, skąd strzelają, i ukryć się za murkiem.

W Iraku nie było dnia, żeby nie doszło do jakiegoś zamachu. W zasadzie codziennie umierali ludzie. Często znajdowałam się blisko wybuchu także w Afganistanie. Kiedyś w Kabulu nagle usłyszałam łomot w hotelu. Z operatorem wyczołgaliśmy się na korytarz. Zeszliśmy schodami, bo nie mogliśmy wsiąść do windy. Wyszłam na ulicę. Wokół biegali przechodnie, unosił się kurz. Spojrzałam na barierkę naprzeciwko, a tam sterczał kikut czyjejś ręki. "Ja pierdolę - powiedziałam, nie wierząc w to, co widzę. - Mariusz, kręć".

Twoja rodzina musiała się bardzo o ciebie bać.

Jestem jedynaczką. Miałam szesnaście lat, kiedy zmarła moja mama. Tata miał nadzieję, że tylko sobie ubzdurałam, że chcę zostać reporterką wojenną. Później myślał, że nie uda mi się nigdzie wyjechać. Kiedy zaczęli wysyłać mnie na wojnę, bardzo się o mnie bał. Z drugiej strony był ze mnie dumny, o czym często mi mówił. Mało tego, w pewnym momencie zaczął dzwonić do wszystkich znajomych i kazał im oglądać moje relacje na żywo. "Tato, nie możesz tego robić, oni mają swoje życie" - tłumaczyłam mu. Jego przyjaciele potem wysyłali do mnie SMS-y: "Widzieliśmy cię w telewizji, ale się o ciebie martwimy", "Wracaj bezpiecznie do kraju". (...)

Honorata Zapaśnik i jej książka (fot. materiały prasowe)
Honorata Zapaśnik i jej książka (fot. materiały prasowe)

Spotykałaś się wtedy z kimś?

W pewnym momencie związałam się z Pawłem Rolakiem, operatorem, którego poznałam w pracy. On zresztą wielokrotnie towarzyszył na wojnie Waldkowi Milewiczowi. Raz pojechaliśmy na wakacje na Bali. "W tym rejonie często zdarza się tsunami - powiedział pod koniec wyjazdu. - Jeśli teraz nadejdzie, to wystarczy tylko, że przyślą nam kamerę z redakcji". "Paweł, w jakich ty kategoriach myślisz?" - zaśmiałam się.

Wspierał cię?

Zawsze mogłam na niego liczyć. Kiedyś byliśmy na jednym wyjeździe w Izraelu, ale pojechaliśmy tam z różnych redakcji. Nadawałam na żywo i nagle tuż za mną wybuchła stacja benzynowa. Poczułam ogień na plecach. "Jak państwo widzicie, tak ta wojna wygląda" - mówiłam niewzruszona. Gdy znalazłam się poza anteną, usiadłam na murku i powiedziałam: "Ja pierdolę, prawie nas zabili". Paweł stał obok mojego operatora. "Kobieto, ty byłaś genialna!" - powiedział. - Jaki dramatyzm!" "Chyba mam włosy z tyłu spalone" - odparłam. "Ale byłaś świetna! Jestem z ciebie dumny!" Bardzo często mi to mówił. Jednak w pewnym momencie doszedł do wniosku, że przeginam na wyjazdach. Po prostu się o mnie bał. "Może powinniśmy na jakiś czas przestać wyjeżdżać, przecież mamy pieniądze i nie musisz tak często tego robić" - zaproponował. A ja byłam w świetnej formie. O jakim przeginaniu on mówi? Wszystko jest dobrze!

W Iraku zastrzelono Waldemara Milewicza. Gdzie się o tym dowiedziałaś?

Byłam wtedy w Poznaniu. Rano zadzwonił do mnie znajomy i powiedział, że Waldek nie żyje. Ja na to: "Co ty pierdolisz? Niemożliwe. Czy to jest potwierdzone?". Wcześniej wydawało mi się, że kule nie dosięgną mnie ani moich bliskich. Tym bardziej, że on miał bardzo duże doświadczenie. Wiele razy był w strasznych tarapatach i zawsze wychodził z nich bez szwanku. Nigdy nawet nie został ranny. Później przyszło jednak potwierdzenie, że nie żyje. W pierwszym odruchu do niego zadzwoniłam. Zgłosiła się poczta głosowa. To były dla mnie ciężkie chwile. W dodatku potem opublikowano w prasie zdjęcia zabitego Waldka. Na szczęście wyglądał na nich, jakby spał. Nie było widać śladów krwi. Pocisk przeleciał przez bagażnik i trafił go prosto w serce. Długo rozmawialiśmy z kolegami w redakcji, czy te fotografie powinny ujrzeć światło dzienne. Najpierw doszliśmy do wniosku, że nie, bo to nieetyczne. Zaraz potem pojawiły się głosy, że przecież on pokazywał zabitych i rannych. Często to były drastyczne zdjęcia. Tym razem kamera odwróciła się w drugą stronę. (...)


Honorata Zapaśnik.
Pochodzi z Łodzi. Jest absolwentką Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych w Warszawie. Sztuki reportażu uczyła się w Laboratorium Reportażu. Jej teksty ukazywały się m.in. w "Dużym Formacie", "Zwierciadle", "Więzi" czy londyńskim "Dzienniku Polskim". Pisaniem lubi skłaniać innych do refleksji i inspirować do działania. W wolnym czasie podróżuje.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (41)
Zaloguj się
  • rikol

    Oceniono 35 razy 13

    Apologii islamu ciąg dalszy. Muzułmanie są super, ale nawet na wesele jej nie zaprosili, musiała stać pod płotem. A jej seksistowscy polscy koledzy nawet się za nią nie ujęli. No i te żony oblewane benzyną i podpalane, normalka. No ale najważniejsze, żeby nie myśleć stereotypami, prawda?

  • facio60

    Oceniono 28 razy 12

    Ja pie..., o ku..., a niech to. Obraz jest taki, że tych ludków z Afganistanu, Iraku, czy Palestyny pod żadnym pozorem nie należy sprowadzać do Europy, bo zrobią nam tutaj taki sam burdel z jakiego uciekli. Dzielnice niektórych miast niemieckich, czy francuskich absolutnie nie nadają się do zamieszkania przez normalnych ludzi. Brud, syf, hałasy, brak jakichkolwiek zasad. Kto mieszka na stałe w Polsce i wyjeżdża za granicę w turystyczne rejony świata, nie ma nawet pojęcia do jakiego dramatycznego spadku jakości i bezpieczeństwa życia doszło w w/w państwach choćby. Przeciętny przybysz z Polski zarobi jeszcze tam więcej, ale jest to praktycznie jedyny czynnik, który przemawia za pobytem poza Polską. Nie mówię tu o prymitywach, których pełno wybyło z Polski, bo ci myślą innymi kategoriami.

  • mazzinl890

    Oceniono 22 razy 10

    "Była trzecią żoną swojego męża. Gdy okazało się, że nie może mieć dzieci, oblał ją benzyną, podpalił i wyszedł z domu"
    Teraz chcemy go zaprosić do Polski jako ubogacającego nachodźcę.

  • cmochall

    Oceniono 6 razy 4

    Ciekawe czy ta Pani zastanowila sie kto spowodowal ta wojne i dlaczego do dzisiaj gina tam ludzie i to tysiace.

  • pandorski

    Oceniono 16 razy 4

    Dziennikarze często poświęcają życie na wojnach, a ludzi obchodzi tylko ich własna zagroda. Nawet portale informacyjne się szybko nudzą. Gazeta nie jest dużo lepsza.
    Kto wie jak wygląda obecnie sytuacja np. na Ukrainie czy Syrii?
    Potem takie kraje jak USA (np. Jemen), czy Rosja (np. Syria, Ukraina) mogą robić co im się podoba.

  • white_lake

    Oceniono 3 razy 3

    nie poważam, jak dla mnie, wcale nie musi tam jeździć i się narażać, robi to głównie dla siebie, więc to jej sprawa,
    Milewicza też nie znosiłam

  • gianniriccardo

    Oceniono 5 razy 3

    Polecam film Whiskey Tango Foxtrot. To właśnie o takich ludziach. To się u Londona chyba nazywało "niedźwiedzie mięso". Reporterom nie chodzi o to aby coś zmienić w świecie, ale żeby żądnym sensacji i krwi mieszczuchom dać właśnie tę krew, porozrywane ciała, zniszczenia. W czym lubowali się Rzymianie? W igrzyskach na arenie, w walce, w zabijaniu. A szefom wysyłającym reporterów w ciekawe miejsca na świecie chodzi wyłącznie o wzrost sprzedaży. Także tym z GW. Ileż razy jest notatka NOWE, Z OSTATNIEJ CHWILI albo MY JAKO PIERWSI.

  • piopon

    Oceniono 9 razy 3

    Mężczyźni dokonują przeważającej większości morderstw ,rozbojów,gwałtów i aktów przemocy seksualnej i innego rodzaju czynności, głównie wobec kobiet.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX