Oddział położniczy

Oddział położniczy (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

Oddział poporodowy. Królestwo oksytocyny i obolałego krocza

"Oddział poporodowy to miejsce, w którym rodzą się i umierają marzenia. Przybywasz tam ze swoim cennym ładunkiem opatulonym w kilka warstw kocyków niczym kwilące, puchate burrito" - Leah Hazard wie, o czym pisze. Od 2013 roku jest położną w szkockim szpitalu i uczestniczyła w kilkuset porodach. Swoje doświadczenia opisała w książce "Zawód położna. Zapiski z dyżurów".

Na spotkanie z tym małym Oliverem, Mayą, Mohammedem czy Kate czekałaś dziewięć miesięcy i chociaż twoje dziecko prezentuje wszystkie najmniej atrakcyjne znamiona porodu (stożkowata główka wysmarowaną krwią, kupą i mazią płodową, względnie wonną mieszanką wszystkich trzech składników), jesteś bezwzględnie przekonana, iż jest ono Najpiękniejszym Cherubem, Jaki Kiedykolwiek Zstąpił na Ziemię.

Położna z porodówki prowadzi cię do twojego łóżka albo pcha cię na wózku inwalidzkim z dwiema walizkami i siedmioma plastikowymi torebkami zawieszonymi na podłokietnikach lub też wwozi cię na właściwe miejsce na łóżku, którym nie sposób manewrować (hamulce serwisowano w 1972 roku), obijając nim po drodze wszystkie wystające rogi i framugi. ("Nauka jazdy!" - śmieje się przepraszająco, gdy kulisz się i starasz w miarę możności o nic nie obijać). Ściska cię po raz ostatni, zapewnia, że byłaś fantastyczna, po czym ćwierka: "Do zobaczenia za dwa lata!" - na samą myśl czujesz rwanie w kroczu - i zostawia cię pod opieką położnej dyżurującej na oddziale poporodowym.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Przed twoim przybyciem ta kobieta z przylepionym uśmiechem i oklapłym kucykiem zdążyła przygotować cztery wypisy i dwa przyjęcia oraz przegapić swoją przerwę; ledwie przed momentem poproszono ją, by zaopiekowała się umieszczoną w sali numer osiem matką przedwcześnie urodzonych bliźniąt, której dzieci wymagają regularnych obserwacji raz na trzy godziny oraz dożylnie podawanych antybiotyków. Blada i wyczerpana, sprawdza ci temperaturę, tętno i ciśnienie, po czym wręcza plik ulotek obejmujących wszystkie możliwe tematy, od zapobiegania nagłej śmierci łóżeczkowej, przez foteliki samochodowe, po karmienie piersią, do tego jeszcze tabelki, które poleca ci wypełniać (koniecznie czarnym długopisem) za każdym razem, gdy twój maleńki cherub zje, zwymiotuje lub przyozdobi pieluszkę kleksem lepkiej kupy.

Niestety, zjawiłaś się na oddziale w okresie bardzo wysokiego obłożenia, więc chociaż twoja położna naprawdę chciałaby ci pomóc nakarmić dziecko (akurat głodne, a tym samym przemienione z gruchającego aniołka w rozwrzeszczanego demona), natychmiast przerywa jej: 1) Pacjentka A, która od rana co chwila wyskakiwała "po łyczek świeżego powietrza", lecz teraz nagle straciła kontrolę nad kończynami, w związku z czym oczekuje, że twoja położna podniesie jej z ziemi zużytą podpaskę, 2) Pacjentka B, której kciuk chyba stopił się z przyciskiem dzwonka, 3) mąż Pacjentki C, który uważa, że sytuacja, w której personel jest zbyt zajęty, by podgrzać jego żonie Happy Meal, jest nie do przyjęcia, po czym daje położnej do zrozumienia, że jest Bardzo Ważną Osobą o Imponujących Kwalifikacjach Medycznych (szybki rzut oka w kartę zdrowia Pacjentki C pozwala się zorientować, że Pan C jest konkretnie wicedyrektorem kliniki chirurgii dentystycznej).

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Twoja położna uśmiecha się słabo i przeprasza cię, że musi zająć się tymi niecierpiącymi zwłoki problemami, ale rzuca przez ramię, że wróci, nim się obejrzysz. Uśmiechasz się krzywo - zgarbiona postać zniknęła już za niebieską zasłoną - w nadziei, że podczas tej krótkiej interakcji okazałaś się na tyle czarująca, by twoja położna pojęła, że jesteś osobą bardzo miłą i rozumiesz, jaka jest zajęta, lecz przy tym masz szczerą nadzieję, że gdy w końcu zdobędziesz się na naciśnięcie dzwonka, twoja położna przybiegnie przepełniona dobrą wolą, a być może - być może! - przyniesie ci nawet dodatkową paczuszkę tanich maślanych ciasteczek, które można dostać chyba tylko w szpitalu. Twoja położna stwierdza na drugim końcu oddziału, że jedna z pacjentek krwawi jednak trochę zbyt mocno, więc naciska dzwonek przywołujący resztę załogi i myśli przelotnie o tobie, a świadomość, że zapewne nie zdąży do ciebie podejść, póki nie zatamuje krwotoku, nie poda popołudniowych leków i nie dotrwa do końca odwiedzin, wywołuje w niej wyrzuty sumienia.

Pod drzwiami twojej sali przetacza się wózek na piszczących kółkach, a za nim przepływa zjadliwy obłok... zapiekana ryba? Gdzieś na oddziale rozpoczęto wydawanie kolacji, ale odnalezienie tego miejsca będzie trudne, bo nogi uginają się pod tobą od znieczulenia zewnątrzoponowego, o które rano dosłownie błagałaś. (Czy nie proponowałaś czasem przystojnemu młodemu anestezjologowi frywolnych przysług w zamian za nieco silniejsze znieczulenie? To całkiem możliwe, rumienisz się na samo wspomnienie). W brzuchu ci burczy, więc ostrożnie przekładasz dziecko z jednego ramienia na drugie, dzięki czemu wolną ręką możesz pogrzebać pod kołdrą w poszukiwaniu dzwonka, który zdecydowałaś się nacisnąć - tylko ten jeden raz, bardzo lekko, by nikomu nie przysparzać pracy. A kiedy nerwowo macasz w pościeli, natrafiasz na wielkie papierowe gacie, które położna z porodówki wciągnęła ci mężnie na tyłek zaledwie kilka godzin wcześniej, i przypominasz sobie radę, której kojącym głosem udzieliła ci matka w zeszłym tygodniu na przyjęciu z okazji spodziewanych narodzin dziecka (dziś masz wrażenie, jakby przytrafiło się to jakiejś innej kobiecie w jakimś innym życiu): -  Nie martw się, skarbie, jeśli sytuacja nie rozwinie się tak, jak sobie zaplanowałaś. Ostatecznie liczy się tylko zdrowie dziecka.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

To jest oczywiście truizm. Z punktu widzenia biologii celem reprodukcji jest powołanie na świat zdrowego potomstwa. Tyle że podróż dziecka do dobrostanu nie kończy się z chwilą porodu. Aby wykuć między matką a dzieckiem żelazną więź, natura odurza położnicę hormonem miłości, błogości i głupawego szczęścia - tym samym, który zapoczątkowuje poród, wydziela się przy pierwszym zauroczeniu i w skondensowanym wybuchu ciska nas w spazmy orgazmu. Miłość, pożądanie i skurcze - a wszystko to za sprawą naszego nieocenionego sponsora: oksytocyny.

Na dobrą sprawę zatem oddział poporodowy powinien być świątynią oksytocyny, gawrą rozpasanej miłości, w której matka i dziecko mogą godzinami wpatrywać się w siebie cielęcym wzrokiem, odizolowani od hałasów i zakłóceń. Niestety, młode matki szybko się przekonują, że rzeczywistość skrzeczy. Oddział poporodowy bywa określany mianem Kopciuszka opieki położniczej, gdyż tak jak balowa suknia księżniczki zamienia się w łachmany z wybiciem północy, tak radość i ideały kobiecej wędrówki ku macierzyństwu wyparowują często po przyjściu dziecka na świat. Mityczna "promienność" ciężarnej ustępuje prozie obolałego krocza, cieknących cycków i zasranych pieluch. Umieśćcie Kopciuszka na niedofinansowanym i niewystarczająco obsadzonym położnictwie razem z innymi kobietami w jedwabiach złachmanionych w workowe płótno, a zyskacie jakieś wyobrażenie. Okruchy oksytocyny wciąż tam są, gwiezdny pył osiada na laktatorach i podkładach, lecz nie jest żadną przeciwwagą dla zgrzytliwych trybów machiny położniczej.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Od tej dołującej zasady są oczywiście wyjątki. Czasem Kopciuszek faktycznie idzie na bal, więc nadal się zdarza, że oddział poporodowy otacza kobiety kokonem, na jaki zasługują. Raz na ruski rok, od wielkiego dzwonu, gdy tempo przyjmowania nowych pacjentek spada na tyle, że da się tym wszystkim jakoś zarządzać, oddział poporodowy wydaje niemal słyszalne westchnienie ulgi i wówczas wszystko wygląda mniej więcej tak: Przyjeżdżasz tuż po północy, wózek inwalidzki sunie pociemniałymi korytarzami, mija słabo oświetlone wnęki ze śpiącymi kobietami i ich noworodkami, aż wreszcie zajeżdża - nie do wiary! - do osobnego pokoju. Nocna lampka obrócona do ściany, rzucająca na łóżko miękkie, przytulne światło, kołdra powleczona wykrochmaloną poszewką i zapraszająco odrzucona na bok, przy łóżku łóżeczko dla dziecka, a dalej sterta puchatych ręczników i kłębuszki bawełnianych wacików. Na przeciwległej ścianie okno wychodzące na pociemniały świat i pobłyskujące w oddali miasto. Przytłacza cię nagle wdzięczność za to ciepłe, bezpieczne miejsce, mały kokon wyczarowany jakby specjalnie na tę chwilę: dla ciebie i rozkosznego, pachnącego maleństwa, które piastujesz w ramionach.

"Witamy na oddziale" - mówi uprzejmy głos za twoimi plecami, a gdy podnosisz się powoli z wózka i odwracasz z dzieckiem przyciśniętym do piersi, widzisz uśmiechniętą, ubraną w niebieski mundurek położną z oddziału poporodowego, która tej nocy będzie twoim aniołem stróżem. Podchodzi, by pomóc ci ułożyć delikatnie dziecko w łóżeczku, ostrożnie podtrzymując mu główkę, a wtedy owiewa cię ciepły zapach jej perfum i zimowej herbaty. Jeszcze o tym nie wiesz, ale twoja położna ma za sobą jeden z tych rzadkich wieczorów, gdy opiekowała się zaledwie kilkoma pacjentkami, dzięki czemu mogła zatrzymać się przy każdym łóżku, chwilę porozmawiać i ukoić obawy z niewymuszoną swobodą, która ją samą napełniła radością. Udało jej się nawet odpocząć na przerwie, nie wduszając w siebie pospiesznie batonika i nie zapijając go herbatą nad stertą notatek dotyczących pacjentek. Dziś w nocy będzie miała szansę usiąść w dyżurce z pozostałymi położnymi z nocnego dyżuru, popodziwiać zdjęcia wnucząt jednej z nich, zdławić śmiech ze sprośnych żarcików drugiej i niespiesznie powybierać wszystkie kawowe pralinki z bombonierek pozostawionych przez pacjentki wypisane przez położne z dziennego dyżuru. Zanim przyjechałaś na oddział, przypomniała sobie uczucie, którego od dawna nie zaznała: uczucie, że jest rzeczywiście dobra w swojej pracy, o ile tylko ma czas i przestrzeń, by odpowiednio ją wykonywać. I że w tej pracy chodzi o coś znacznie więcej niż zdrowe dzieci.

Książka 'Zawód położna' ukazała się nakładem Wydawnictwa W.A.B. (mat. prasowe / twitter.com/hazard_leah)
Książka 'Zawód położna' ukazała się nakładem Wydawnictwa W.A.B. (mat. prasowe / twitter.com/hazard_leah)

*Fragmenty książki "Zawód położna. Zapiski z dyżurów" Leah Hazard (przełożyła Dorota Konowrocka-Sawa). Książkę możecie kupić w Publio.pl >>>

Leah Hazard - urodziła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie studiowała literaturę Angielską oraz Amerykańską na Harvardzie. W 1999 roku przeprowadziła się do UK. Do 2003 pracowała w szkockim BBC, karierę przerwała telewizyjną przerwała z powodu narodzin swojej pierwszej córki.
Narodziny dziecka, skłoniły ją do zainteresowania się kobiecą opieką zdrowotną. Brała udział w 76 porodach zanim została pełnoprawną położną w 2013 roku.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (12)
Zaloguj się
  • jupikajejmdf

    Oceniono 10 razy 10

    Realia są przykre. Jestem świeżo po porodzie, a dokładnie interwencyjnej cesarce. 8 kroplówek z oksytocyny (!!) bez mojej zgody!! Po porodzie, podpisywanie nocą po ciemku jakich papierów, podobno po odbytych szkoleniach prowadzonych przez położne, o 1w nocy! położne, 4 zdania, wzajemnie się wykluczające. I wrzucanie koleżance z sali poporodowej że co ona robi, czy chce zabić dziecko? A robiła to, co zaleciła jej inna położna godzinę wcześniej. Wszystko na nowiutkim oddziale w GCZD w Katowicach. Upodlenie.

  • damajah

    Oceniono 8 razy 8

    Doświadczyłam przy jednym z trzech porodów że może być cudownie. Świetne znieczulenie, cudowna położna, osobna sala w trakcie i po porodzie, mało bólu i niezmierzona ilość szczęścia...I to mam w pamięci do dziś po prawie 11 latach :D
    Poród nr.1 był okropny, a nr 3 tak traumatyczny że ciężko było zapomnieć. Ale mimo wszystko doceniam i czule wspominam ten środkowy. Niestety - jako jedyny sowicie opłacony (przy pierwszym nie było kasy i wiedzy, przydrugim czasu - sporo przed czasem i w panice.

  • nyetiri

    Oceniono 5 razy 5

    Dobre i prawdziwe.

  • jouetka

    Oceniono 4 razy 4

    Mam zupełnie inne odczucia jeśli chodzi o polskie porodówki. Wypalony zawodowo personel i traktowanie pacjentki jak zwierzęcia, szczególnie pierworódek.

  • Monika Śliwińska

    Oceniono 1 raz -1

    Widzę kolejne obrzydzenie macierzyństwa, ile ktoś w włożył wysiłku w barwne opisy rodzajów bólu, dyskomfortu, wydzielin.. Z pewnością niejedna młoda kobieta, nie wspominając zniesmaczonych mężczyzn, po przeczytaniu tego nie zdecyduje się na macierzyństwo, a wiele lat później będzie cierpieć kupując kolejny sweterek kotkowi albo szitzu... Tak łatwo opisuje się ból, cierpienie, smród, opryskliwe, zmęczone osoby ze szpitala, a dużo trudniej opisać, nie wpadają w banał, wzruszenie, miłość, czułość pojawiające się po urodzeniu dziecka. Potrzeba tu prawdziwego talentu i wielkiego człowieczeństwa.

  • jarkes03

    Oceniono 3 razy -1

    napiszę Wam rzeczywistość
    Jestem lekarzem internistą pracującym piętro niżej w tym samym szpitalu, gdzie rodziła moja zona . wszystko ustalone rano przychodzimy "wskaznia" do cesarsiego cięcia są sala oczywiście jednoosobowa etc ....
    Nagla trafia do porodu synowa dealera samochodowego mówia mi że pilna cesarka , ( później ta synowa twierdzi że planowe uzgodnione z Panem ordynatorem) , cesarke mamy planowa więc mozna poczekać , ale zona nie wraca na "swoją" salę lecz na 3 osobowa .... na Jej sali lezy dealerowa . Coż tak wygląda rzeczywistość pacjentka normalnym szczerze wspólczuje .....i życze na swej drodze wspaniałych połoznych i tych nielicznych ale jeszcze będących empatycznych lekarzy...

  • matadore1

    Oceniono 1 raz -1

    Mąż pacjentki musi być gazecianym pismakiem:)))

  • jan.ma

    Oceniono 14 razy -6

    Tak na marginesie imion wyliczonych na początku artykułu. Chyba jeszcze trzy lata temu najpopularniejszym imieniem dla męskich noworodków w Londynie był Olivier, ale zastąpił go na podium...Muhammad. O tempora...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX