Powstanie warszawskie trwało 63 dni

Powstanie warszawskie trwało 63 dni (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

"Miałem piętnaście lat, gdy zabiłem pierwszego Niemca. Wtedy straciłem dzieciństwo"

- Pamięta Pan swoje osiemnaste urodziny? - to pierwsze pytanie, jakie zadaję Andrzejowi Wiczyńskiemu. Widzę, że jest zaskoczony. - Osiemnaste urodziny? Nie, nie pamiętam. Nie pamięta ani ich nie obchodził, bo był wtedy na linii frontu. Było to dokładnie trzynastego dnia Powstania. Cztery dni później, po śmierci Andrzeja Hebrowskiego ps. "Adam", już jako pełnoletni, Andrzej Wiczyński został dowódcą swojej jednostki - plutonu 227 z żoliborskiego Obwodu II "Żywiciel".

Osiemnastka*

Dlaczego pytam o osiemnaste urodziny? Dziś dla młodzieży to symboliczny i oficjalny moment wejścia w dorosłość. Od tego "magicznego" dnia więcej nam wolno. Mamy nowe prawa, ale i obowiązki. Sami za siebie odpowiadamy, możemy kupić alkohol, ale też głosować w wyborach i założyć rodzinę. A czym osiemnaste urodziny były wtedy? Z bronią w ręku, na ulicy, z dala od domu? Trudno mi sobie wyobrazić bardziej dobitną odpowiedź niż ta: - Ja dorosłym zostałem w momencie, gdy zabiłem pierwszego Niemca. Czyli miałem lat piętnaście. I wtedy straciłem dzieciństwo.

To nie było symboliczne i wyczekiwane wejście w dorosłość. To było straszne i nagłe zderzenie z brutalną rzeczywistością wojny. Kolejne zderzenie, bo druga wojna światowa codziennie czymś szokowała.

Andrzej Wiczyński
Andrzej Wiczyński

- Dokładnie pamiętam ten moment. Byliśmy na Bielanach. Z naprzeciwka nagle wyrasta niemiecki patrol. Było ich trzech i wszyscy trzej byli dobrze uzbrojeni. Postanowiliśmy, że ich rozbroimy. Podeszliśmy do nich i krzyknęliśmy: "Hände hoch!". Dwóch z nich od razu podniosło ręce, niestety trzeci zaczął sięgać po broń. Miałem dosłownie chwilę, by zareagować i podjąć decyzję. Byłem o ułamek sekundy szybszy od niego. Nie miałem wyboru. Nie mogłem go ranić, bo jako ranny mógłby strzelać dalej. Musiałem go zabić. I zabiłem. Ten pierwszy moment, zabicie pierwszego Niemca zrobiło rysę na moim sercu. Ja długo nie mogłem się z tym pogodzić. Nie mogłem pogodzić się z tym, że kogoś zabiłem. To wpłynęło na całe moje życie. Dlaczego ja w ogóle zostałem lekarzem i dlaczego zostałem chirurgiem? To jest spłata długu. Ponieważ, jak by nie było - mam na sumieniu parę, a nawet paręnaście śmierci. Dlatego moja sześćdziesięciokilkuletnia praca w zawodzie chirurga była w jakimś sensie "spłatą" długu wobec życia. Ponieważ miałem w życiu dwie twarze. Człowieka, który zabijał, i człowieka, który ratował.

Kiedyś jakiś student zapytał mnie na wykładzie, czy nie żałuję, że zostałem lekarzem. Wiadomo, jest to wyjątkowo trudny zawód, wymagający wielu poświęceń i przez lata bardzo słabo płatny. Bez zawahania odpowiedziałem temu studentowi, że jeżeli udało mi się uratować choć jednego człowieka, to nie żałuję! A udało mi się! I to jest dla mnie bardzo ważne, bo od dziecka mój ojciec mnie uczył, że najważniejsze jest to, by przy goleniu, stojąc przed lustrem, móc sobie spojrzeć w oczy. Wydaje mi się, że ja nie muszę pluć w lustro przy goleniu.

Mały Antek

W 1938 roku Andrzej Wiczyński skończył szkołę powszechną i zaczął naukę w słynnej "jedynce", czyli Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie. Od razu związał się z "Pomarańczarnią" - warszawskim szczepem drużyn harcerskich (związanym właśnie z Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego). Był to zalążek Szarych Szeregów. Gdy wybuchła wojna, Andrzej miał trzynaście lat. Razem z ojcem i starszą o rok siostrą Anną mieszkali wtedy niedaleko Alei Jerozolimskich, przy ulicy Żelaznej. Matki nie było z nimi. Rodzice rozeszli się jeszcze przed wojną, w 1934 roku.

Najmłodsi żołnierze powstania warszawskiego podczas nauki strzelania (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Najmłodsi żołnierze powstania warszawskiego podczas nauki strzelania (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

- Wybuch wojny pamiętam jako kompletny koszmar. Wróciłem do stolicy akurat dzień wcześniej. Inaczej w ogóle nie byłoby mnie w Warszawie! Wracałem spod Wilna, gdzie przebywałem na obozie harcerskim - słynnej drużyny "Pomarańczarnia". To był przypadek, że zdążyłem wrócić jeszcze przed nalotami samolotów niemieckich. Pamiętam, że wojna wybuchła nad ranem, o piątej, a już o siódmej czy ósmej bombardowali Warszawę. Samoloty latały tak nisko, że dokładnie widziałem, jak zrzucają bomby. Jednak wtedy, na samym początku, nie zdawałem sobie sprawy, że to są Niemcy. Myślałem, że może to jakieś ćwiczenia. Nie wiedziałem, że te czarne krzyże są niemieckie. Gdy już zrozumiałem, co się dzieje, od razu nawiązałem kontakt i zgłosiłem się do 23 WDH, czyli mojej drużyny harcerskiej. Od początku było co robić. Byłem łącznikiem jeszcze w czasie walk o Warszawę. To był mój pierwszy kontakt z ruchem oporu. Do dowództw wojskowych przywoziliśmy na rowerach rozkazy. Potem skierowali nas do pilnowania i kopania rowów przeciwlotniczych na ulicy Narbutta na Mokotowie. Kiedy Niemcy już zajęli Warszawę, to harcerstwo, właśnie "Pomarańczarnia", z której wywodzą się słynni "Zośka", "Rudy" - cała elita z Kamieni na szaniec, automatycznie przeistoczyło się w tajne harcerstwo. Po dwóch latach przekształciło się w znane Szare Szeregi. Znów automatycznie. Dzięki temu nie musiałem się nigdzie zapisywać ani niczego szukać. Cały czas byłem na miejscu.

(...) Andrzej należał do kontrwywiadu Szarych Szeregów, gdzie nazywano go "Małym Antkiem". Nie tylko dlatego, że był wyjątkowo młody. Jak sam mówi, był niepozorny, nieduży i wyjątkowo zwinny. Był też rozrabiaką, ale to w tamtych okolicznościach stało się zaletą. Do jego zadań należało rozszyfrowywanie współpracowników gestapo. I tu pojawia się jedno z najbardziej wyrazistych wspomnień, które zostało w pamięci Andrzeja Wiczyńskiego na całe życie.

- Mieliśmy zadanie wykonywania wyroków na polskich kobietach, które bratały się z Niemcami. Z Kierownictwa Walki Cywilnej dostawały jedno ostrzeżenie, potem drugie. Trzeciego już nie było. Było golenie głowy. Ogolić włosy kobiecie. To jest coś strasznego. I dla kobiety, i dla mnie jako wykonawcy też. To nie spływa po człowieku. Pamiętam to do dziś i do dziś wywołuje to we mnie emocje. Pewnego razu dostałem właśnie taki rozkaz. Była taka wspaniała, przedwojenna polska aktorka. Nie wymienię nazwiska, mimo że ona już dawno nie żyje. Miała kochanka, Niemca. Majora kontrwywiadu niemieckiego. No po prostu się pokochali. Dostała ostrzeżenie, że ma zerwać tę znajomość. Nie zadziałało. Kolejne także nie zadziałało. Wtedy we trzech udaliśmy się na ulicę Czerwonego Krzyża w Warszawie. Ja miałem być tym "fryzjerem". Głowę musiałem ogolić na zero. To było straszne. Ona, już po wojnie, za ten romans miała zakaz występów w Warszawie, dlatego mieszkała w Krakowie. A ja to wydarzenie zapamiętałem na całe życie. Musiałem to później odchorować.

Żołnierze zgrupowania 'Radosław' po kilku godzinnym przejściu kanałami (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Żołnierze zgrupowania 'Radosław' po kilku godzinnym przejściu kanałami (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Być może niektórym wyda się dziwne, że akurat to wspomnienie jest dla Andrzeja Wiczyńskiego jednym z najsilniejszych. Przecież stykał się ze skrajną biedą, codziennie widział głód, cierpienie i wreszcie śmierć. Nietrudno było stać się świadkiem łapanki i rozstrzelania, nie trzeba było szukać, by zobaczyć na ulicy ludzi umierających z głodu. Te obrazy również zostały w jego pamięci i pewnie nigdy z niej nie znikną. Takich rzeczy po prostu nie da się zapomnieć. Dlaczego więc to zdarzenie tak zapadło mu w pamięć? Bo był to moment upokorzenia drugiego człowieka. Oczywiście - taki był rozkaz i decyzja dowództwa. Stan wojny to stan wyjątkowy i za pomocą takich technik wymierza się sprawiedliwość. Jednak nawet jeśli nie ma się wątpliwości co do słuszności wymierzonej kary - był to moment, który odebrał tej kobiecie godność, i fakt, że Andrzej musiał to "odchorować", pokazuje, że otaczające go okrucieństwo ani o centymetr nie przesunęło jego etycznych granic. Kolejnym zadaniem, jakie powierzono "Małemu Antkowi" (już w latach 1943 i 1944), było rozbrajanie Niemców. Najlepszym celem byli ci, którzy nosili pistolety maszynowe - schmeissery, bo na takiej broni najbardziej zależało działaczom konspiracji. Chyba nie trzeba dodawać, że było to zadanie skrajnie niebezpieczne.

- W momencie gdy skierowano mnie do szkoły podoficerskiej Szarych Szeregów, miałem piętnaście lat. Wtedy zabiłem pierwszego Niemca. Potem to już szło lżej. Dowództwo Szarych Szeregów nie godziło się na to, by młodzi ludzie byli w grupie tak zwanych likwidatorów - i uważam, że bardzo słusznie. Ale co innego, gdy rozbrajaliśmy Niemców, żeby zdobyć broń, bo ta była bardzo potrzebna Armii Krajowej. Był to wtedy towar deficytowy, a więc najcenniejsza zdobycz. Uczono nas w szkole podoficerskiej okrzyku "Hände hoch" i jednoczesnego bardzo zimnego spojrzenia. Wzrok miał być taki, by szwab zrozumiał, że nie ma z nami żadnych szans. Jeżeli Niemcy od razu nie podnieśli rąk, to liczyło się tylko to, kto będzie szybszy. Jeśli ja byłem szybszy i moi dwaj koledzy, bo patrole zawsze były trzyosobowe, to padały trupy po stronie niemieckiej. Jeżeli oni byliby szybsi, to ja nie miałbym zaszczytu z panią rozmawiać, bo oni by mnie zabili.

Dwie sanitariuszki i ranny powstaniec z batalionu 'Parasol' po wyjściu z kanału na ulicy Wareckiej przy Nowym Świecie (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Dwie sanitariuszki i ranny powstaniec z batalionu 'Parasol' po wyjściu z kanału na ulicy Wareckiej przy Nowym Świecie (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Idzie Powstanie

Kilka dni przed 1 sierpnia sytuacja w Warszawie była już bardzo napięta. To, że Powstanie wybuchnie, stało się jasne. Nie było tylko wiadomo kiedy.

- Od łączniczki dostałem informację, że Powstanie wybuchnie o godzinie siedemnastej i że na miejscu zbiórki mam być o godzinie szesnastej. Mój ojciec był wtedy dyrektorem Banku Rolnego, w budynku którego mieszkaliśmy. Poszedłem się z nim pożegnać i mówię: "Tata, ja się z tobą żegnam, bo za parę godzin jest Powstanie. I wiesz. Różnie może być". Ojcu się zaszkliły oczy, ale zamiast mnie zatrzymać, mówi: "Zanim pojedziesz, zadzwoń po łączniczkę". Ja pytam: "Ale po co?". Wziął do ręki klucze i zaprowadził mnie do skarbca. Tam przez Niemców była przechowywana broń. Ojciec otworzył skarbiec. Leżały w nim rewolwery, tak zwane bębenkowce kaliber 12,4. Powiedział mi: "Weź, ile możesz". Wziąłem ich dziewięć lub dziesięć. Amunicja do nich była ołowiana, przez co wszystko było niesamowicie ciężkie!

Do pomocy telefonicznie ściągnąłem dwie łączniczki na rowerach. Wiedziałem, że to niebezpieczne, ale ze strony mojego ojca ryzyko było znacznie większe. Warszawa nie była wtedy jeszcze wolna. Wiedział, że ryzykuje życiem, ale chciał wyposażyć w broń mnie i mój oddział. Wiedział, że Armia Krajowa nie ma zbyt dużo broni.

Rozmowa przeprowadzona w 2017 roku 

(...) Na miejsce zbiórki wybrałem się wcześniej i już o dwunastej jechałem tam na rowerze. Miałem do pokonania spory kawałek, bo ze Śródmieścia musiałem się dostać na Żoliborz, na ulicę Krechowiecką. I całe szczęście, że nie czekałem do ostatniej chwili, bo Powstanie na Żoliborzu wybuchło dwie godziny wcześniej, niż powinno, czyli o godzinie piętnastej. Niemcy odkryli składy broni w istniejącym jeszcze do niedawna kinie "Tęcza". Nie mieliśmy wyjścia, walkę musieliśmy podjąć wcześniej, niż zaplanowano. Niestety było to zupełnie nieskuteczne, bo jeszcze nie wszyscy powstańcy dotarli na miejsce. Niemcy to wykorzystali. Ich czołgi jeździły ulicami Słowackiego i Mickiewicza, strzelając na prawo i lewo. W nocy, z pierwszej na drugą, dostaliśmy rozkaz ze Śródmieścia via Londyn, byśmy wycofali się do Kampinosu, do wsi Sieraków. I tak całe zgrupowanie "Żywiciel" już pierwszego dnia musiało się wycofać. Ale po upływie doby przyszedł następny rozkaz, że mamy wrócić na Żoliborz i zająć centrum dzielnicy. Tak wyglądały pierwsze dni. Potem zaczęła się normalna powstańcza walka. Wypieraliśmy Niemców z kolejnych ulic. Niestety nie udało nam się zdobyć Cytadeli czy Instytutu Chemicznego. Opanowaliśmy cały Żoliborz, ale bez strategicznych punktów, i tak to wyglądało przez całe dwa miesiące. Za to udało nam się zdobyć kanały.

Chłopcy kanałowcy

Kanały w Powstaniu pełniły bardzo ważną funkcję. Łączyły dzielnice, które na powierzchni były oddzielone niemieckimi barykadami. To nimi transportowano meldunki, rozkazy, amunicję oraz opatrunki. Korzystano z nich prawie od samego początku walk. Bez nich Powstanie zakończyłoby się znacznie wcześniej. Istniały trzy najważniejsze trasy komunikacyjne. Jedna łączyła Śródmieście ze Starym Miastem, druga Śródmieście z Mokotowem, a trzecia Żoliborz ze Starym Miastem. Istniały też dwie mniej istotne trasy. Do przemieszczania się kanałami wytypowana była w oddziałach żoliborskich specjalna grupa żołnierzy łączników, których nazywano "szczurami kanałowymi" albo "chłopcami kanałowcami". Musieli być niscy, drobni i niezwykle zwinni, bo warunki panujące na dole były ekstremalne. Panowały ciemności i było niezwykle ciasno, do tego stopnia, że po długim marszu łącznikom przecierał się materiał na ramionach. Podziemne przejścia miały szerokość od sześćdziesięciu do stu sześćdziesięciu centymetrów, a wysokość od dziewięćdziesięciu do dwustu czterdziestu centymetrów. Na koniec rzecz najgorsza: ścieki, a co za tym idzie, niesłychanie wstrętna woń. Fetor amoniaku, który podrażnia spojówki i otumania.

Płonące kamienice, ul. Marszałkowska (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Płonące kamienice, ul. Marszałkowska (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Przeprawa przez kanały należała do zadań wyjątkowo niebezpiecznych także ze względu na ryzyko utonięcia - poziom wody potrafił się podnieść w parę sekund. Można też było zginąć z ręki Niemca. Bo choć w kanałach, pod groźbą kary śmierci, nie wolno było hałasować, to niestety nie wszystko dawało się przewidzieć. Niemcy co jakiś czas, licząc na to, że może akurat trafią, wrzucali do kanałów granaty. Zdarzało się też, że wlewali benzynę, którą podpalali, albo robili cementowe zapory.

W batalionie 227, którym dowodził Andrzej Wiczyński, miano "chłopców kanałowców" nosiło dwunastu powstańców. Pod ziemię schodzili co kilka dni, rotacyjnie, żeby móc odreagować.

- Doświadczenie zejścia w kanały było niesłychanie trudne do udźwignięcia psychicznie. Jestem przekonany, że to zaważyło na ich późniejszym życiu. Nie chodzi mi o to, że byli wypaczeni, tylko że ich doświadczenia były najcięższe ze wszystkich. Co innego być na zewnątrz, walczyć, iść do natarcia, a co innego zginąć w kanale. Trudno to wytłumaczyć, ale trzeba sobie wyobrazić taki kanał, tę ciemność, odór, jaki tam panuje. Brak powietrza, miejsca na ruch. Jakby już byli w trumnie. Tym chłopakom cały czas towarzyszyła świadomość, że mogą zginąć od granatu na oślep wrzuconego przez Niemców, że wchodzą, ale być może nie wyjdą. Oni igrali ze śmiercią. Jestem dla nich pełen uznania! Dla mnie, i mówię to z całym przekonaniem, to byli bohaterowie nad bohaterami.

Transporter niemiecki zdobyty przez powstańców Zgrupowania 'Krybar'. Zdjęcie wykonano na ul. Tamka 14 sierpnia 1944 r. (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Transporter niemiecki zdobyty przez powstańców Zgrupowania 'Krybar'. Zdjęcie wykonano na ul. Tamka 14 sierpnia 1944 r. (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Pytanie

Co roku w okolicach rocznicy wybuchu Powstania przez media przetacza się dyskusja: czy Powstanie było potrzebne? Jedni pytają, po co podjęto tę decyzję, skoro zginęło tylu ludzi i miasto zostało zrównane z ziemią. Inni odpowiadają, że - niezależnie od tragicznego finału - to moralna konieczność. Są też tacy, którzy nie stawiają ostrych i jednoznacznych tez. Nie widzą historii tego okresu w czarno-białych barwach i nie chcą zabierać głosu w dyskusji, skoro nie przeżyli pięciu lat nazistowskiej okupacji. Jak na pytanie o ocenę
Powstania odpowiada Andrzej Wiczyński?

- Moja odpowiedź jest wręcz tragiczna. Z punktu widzenia wojskowego uważam, że to była wielka logistyczna tragedia pomyłek! Wojsko było nieprzygotowane. Uzbrojenie powstańców to było jak jeden do dziesięciu tysięcy. Zginęły setki tysięcy ludzi, w tym kilkadziesiąt tysięcy powstańców. To było coś strasznego, okropna danina z krwi. Ale! Z punktu widzenia  psychologicznego to Powstanie było nieodzowne. Ono musiało wybuchnąć. Tego zrywu już nie dało się odłożyć. Nienawiść Polaków gnębionych przez ponad cztery lata przez Niemców, hitlerowców, była tak przeogromna, że to Powstanie
musiało wybuchnąć bez względu na straty. Ja uważam, że tak być musiało. Nie mówiąc już o tym, że skoro był rozkaz wojskowy, to nie mnie było w
tedy osądzać, czy ten rozkaz jest słuszny czy nie. Ja go wykonałem.

Książka Magdy Łucyan ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont (mat. prasowe)
Książka Magdy Łucyan ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont (mat. prasowe)

*Fragmenty książki Magdy Łucyan "Powstańcy"

Andrzej Wiczyński ps. "Antek", plutonowy podchorąży, w czasie Powstania na Żoliborzu w II Obwodzie "Żywiciel" Warszawskiego Okręgu AK - zgrupowanie "Żyrafa II" - pluton osłony sztabu 227, wystawiony przez "Bojowe Szkoły" Szarych Szeregów ("Szczury Kanałowe"). Od 17 sierpnia 1944 był dowódcą plutonu. 

Magda Łucyan jest absolwentką filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Przygodę z dziennikarstwem zaczęła jeszcze w liceum, w 2008 roku. W wieku 16 lat zaczęła praktyki w Radiu ZET, gdzie potem pracowała jako reporterka polityczna. W 2012 roku zaczęła pracować w "Faktach" TVN, gdzie od lipca 2013 roku przygotowuje materiały do głównego wydania. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (352)
Zaloguj się
  • lucek10

    Oceniono 56 razy 52

    Dziś wszyscy tacy patriotyczni, piosenki powstańcze śpiewają, wszyscy "pamiętają". Każdy ma coś mądrego do powiedzenia, wszyscy wielkimi patriotami się czują, niektórzy w rolę bohaterów wchodzą ubierając powstańcze hełmy wkładają, kotwice na koszulkach, tatuażach... Na codzień mnóstwo chamstwa, prostactwa, agresji.

  • zlosliwyskrzat

    Oceniono 58 razy 38

    Brandzlowanie się martyrologią jest absurdalne, bo nikt oprócz samych Polaków owej martyrologii nie uznaje lub nie zna.
    Jedynym faktem, który jest bezsprzeczny to, iż II Wojnę "przerznęliśmy". Nie przegraliśmy, ale "przerżnęliśmy".
    To było kilka razy gorsze, niż zabory.
    Całkowite zniszczenie intelektualnej, materialnej i w dużym stopniu genetycznej tkanki narodu.

  • gabon77

    Oceniono 36 razy 32

    chwała żołnierzom powstania i jednocześnie hańba dla przywódców za wywołanie tej zawieruchu pomimo ,że doskonale zdawali sobie sprawę ,że nie ma szans na wygraną - mało tego celowo wprowadzano w błąd Bora i wymuszono na nim ogłoszenie godz. W - jakie warunki powinny być spełnione by zagwarantowac sukces powstaniu? :
    1. Broń - powstańcy jej nie mieli , zaledwie 1 na 10 posiadał jakąkolwiek
    2. Wyszkolenie - nawet ci którzy ją posiadali nie mieli pojęcia o otwartej walce , na szkoleniach strzeleckich gdzieś w Kampinosie (o ile w ogóle na takim szkoleniu byli) dostawali szanse na wystrzelenie 3-5 pocisków
    3. Zaskoczenie - nie było żadnego zaskoczenia , Niemcy doskonale wiedzieli o planowanym wybuchu powstania
    4. Koordynacja - powstanie nie wybuchło tak jak to ładnie opisują o godz. 17 prawda jest taka że starcia zaczynały się już przed tą godziną i po niej
    5. Łączność - nie było , wielu żołnierzy nie zostało poinformowanych o godz. W , łączniczki do nich nie docierały , były miejsca w Wawie gdzie nie padł żaden strzał pomimo planów
    6. Pomoc z zewnątrz - nie było żadnej koordynacji z Armią Czerwoną ani z aliantami zachodnimi
    7. Przewaga ilościowa - powstańców było ok. 35tys. , niemców podobna ilość z tym że zaledwie 3,5tys. powstańców dysponowało bronią więc tak naprawdę stosunek sił to 1/10
    8. Wyposażenie - tu chyba nie ma sensu nic pisać, szpej powstańców właściwie nie istniał , niemcy dysponowali kpl. wyposażeniem osobistym , w tym opatrunki, maski p.gaz itd.
    9. Wsparcie - powstańcy żadnego , Niemcy broń pancerna, lotnictwo , artyleria
    10. Zapasy i odbudowa sił - powstańcy minimalne zapasy prowiantu itp. broni żadnej, w terminach późniejszych znikome uzupełnienia broni z zrzutów , Niemcy - z punktu widzenia powstańców praktycznie nieograniczone o uzupełnieniu strat w sile żywej nawet nie warto wspominać powstańcy nie mieli takich możliwości
    a teraz porównanie strat :
    - Powstańcy zabitych ok. 25 tys. zabitych i zaginionych 25tys. rannych - Niemcy 1600 zabitych i 7500 rannych
    - cywile od 120tys. - 150tys. zabitych
    - zrujnowane miasto
    Jeżeli porównywać samych żołnierzy to na zabitego 1 Niemca przypadało 11-12 Polskich
    Do przemyślenia .

  • kamuimac

    Oceniono 69 razy 27

    smutne. żałosny naród który poświęcił swoją stolicę i 200 tyś ludzi dla mrzonki mimo że przywódcy doskonale wiedzieli jakie były ustalenia w Jałcie.

    ale polacy uwielbiaja taka ogólnonarodową mas.....bację martyrologią - w przeciwieństwie do krajów zachodu które od wieków patrzą na nas jak na szaleńców.

  • hankawro

    Oceniono 28 razy 26

    Nie było zwycięstwa. Był koszmar. I zadufani w sobie przywódcy Narodu.

  • 2fat

    Oceniono 28 razy 22

    Generał Anders już w połowie sierpnia żądał sadu wojennego nad inicjatorami Powstania, Himmler pisał że to szczęśliwa okoliczność i wreszcie będzie można wymazać Warszawę jako zarzewie buntu a Goebbels w swoich Dziennikach napisał że "wpędzenie całego polskiego podziemia pod gąsiennice naszych czołgów z punktu widzenia wroga jest zbrodnią polityczną pierwszej klasy". Opinie niemieckie sa najlepszym argumentem w dyskusji co do celowości Powstania.

  • metanoja

    Oceniono 22 razy 22

    Szkoda ludzi. Zginął kwiat polskiej inteligencji. Punkty zdobył Stalin - tylu wrogów wyeliminował zerowym kosztem, i nie mówię tu oczywiście o Niemcach, których zginęło niewielu. Powstanie nie miało szans. Po zamordowaniu Sikorskiego w 1943 r. nasze zdanie się nie liczyło, zdecydował o nas Churchill, oddając Polskę Stalinowi.
    Dużo lepiej byśmy wyszli zachowując przy życiu warszawską młodzież. Stalinizm można było przeczekać, odbudowując Polskę po zniszczeniach wojennych i prowadząc pracę u podstaw. Bylibyśmy dużo silniejszym krajem, gdyby nie ta samobójcza tendencja do rzucania się w wir walk skazanych na niepowodzenie.

  • oloros11

    Oceniono 39 razy 21

    ryzykować zycie tylu wspaniałych ludzi - kwiatu polskiej młodzieży i 2000 tysięcy mieszkancow z moralnego puntu widzenia NIE proszę Pana - z całym szacunkiem ale nie ma takiej moralności i etyki dla której można poswiecic choćby jedno zycie NIE MA i nigdy nikomu do glowy nie powinna przyjść taka możliwość
    to zdanie nie zmienia mojego ogromnego szacunku dla Pana i ludzi podobnych - po drugie zyjacy powstańcy nigdy nie powinni się zgodzić na polityczne rozgrywanie tej strasznej katastrofy - pamięć o tych ludziach w Polsce nigdy nie zginie i niepotrzebne im sa słowa politykow - uważam ze ich to obraza

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX