Unity Mitford (z prawej) z siostrą Dianą wśród nazistowskich żołnierzy

Unity Mitford (z prawej) z siostrą Dianą wśród nazistowskich żołnierzy (fot. rarehistoricalphotos.com / domena publiczna)

Na ich oczach rodził się nazizm. "Podobało mi się. Traktowałem to jak zabawę. Ręka mnie rozbolała od odwzajemniania gestu"

W dwudziestoleciu międzywojennym do Niemiec ściągały na studia rzesze młodych ludzi z wyższych sfer z Wielkiej Brytanii. Niektórzy, tak jak domniemana kochanka Hitlera Unity Mitford, całkowicie poddawali się nazizmowi, inni musieli liczyć się z atakiem, gdy nie chcieli unieść prawej ręki w geście pozdrowienia. Julia Boyd w książce "Wakacje w III Rzeszy" przedstawia drogę Hitlera do władzy absolutnej, widzianą oczami przebywających w tamtym czasie w Niemczech Brytyjczyków.

Niewielu cudzoziemców salutowało Hitlerowi z większą werwą niż Unity Valkyrie Mitford. Odkąd po raz pierwszy zauroczył ją na zjeździe w 1933 roku, ręka wystrzeliwała jej przy każdej możliwej okazji. Nawet sir Eric [ambasador Wielkiej Brytanii - przyp.red.] i jego żona lady Phipps, aż nadto znający męczarnie rodziców z wyższych sfer, których córki zakochiwały się w "okropnych esesmanach", zdumieli się jej żwawym heil Hitler, gdy wkroczyła do ich berlińskiego salonu. Sir Eric, niższy o dobrą głowę od posągowej Unity, w odpowiedzi stanął na palcach i uścisnął jej wyciągniętą rękę. Kilka miesięcy później Jessica Mitford mieszkała z siostrą w kajucie podczas rejsu po Morzu Śródziemnym. Opisywała, jak Unity kładła się wieczorem na koi i odmówiwszy modlitwę do Hitlera, uroczyście wznosiła rękę w nazistowskim pozdrowieniu i zasypiała. Przypadek Unity - piątej spośród siedmiu słynnych córek lorda i lady Redesdale - to historia nieszczęśliwej, niezbyt rozgarniętej młodej kobiety, która odnalazła w kulcie sens życia. Mogła paść ofiarą różnego rodzaju ekscentrycznych przekonań, ale na swoje nieszczęście i ku zgryzocie bliskich zadurzyła się w Führerze.*

Sprawa Unity odbiła się głośnym echem, ale w dwudziestoleciu międzywojennym do Niemiec ściągały na studia rzesze młodych ludzi z wyższych sfer, co nasuwa pytanie o powody takiego stanu rzeczy. Fakt, że rodzice uznali za stosowne rzucać ich u progu dorosłości w szpony totalitarnego reżimu, jest co najmniej zastanawiający. Nawet sympatycy planów obalenia komunizmu i przywrócenia Niemcom dawnej świetności nie byliby zachwyceni zięciem w brunatnej koszuli. A jednak, mimo Wielkiej Wojny i rosnącej świadomości nazistowskiego ikonoklazmu, tradycyjny niemiecki wpływ na intelektualną wyobraźnię Brytyjczyków wciąż był silny. Właśnie tu, na łonie nazistowskiego barbarzyństwa i chamstwa, złota młodzież miała się kształcić i poszerzać horyzonty. Czyż istniało lepsze przygotowanie do Oksfordu od zanurzenia się w Goethem, Kancie, Beethovenie i niemieckich czasownikach nieregularnych? Co więcej, odbywało się to tanim kosztem dzięki mieszkaniu u jednej z wielu zubożałych Baroninnen [baronowych], oferujących stancje w miastach uniwersyteckich, takich jak Monachium, Fryburg czy Heidelberg. 

W dwudziestoleciu międzywojennym do Niemiec ściągały na studia rzesze młodych ludzi z wyższych sfer (mat. prasowe)
W dwudziestoleciu międzywojennym do Niemiec ściągały na studia rzesze młodych ludzi z wyższych sfer (mat. prasowe)

Jedną z pierwszych decyzji podejmowanych przez podróżnika, który przekraczał granicę w połowie lat trzydziestych, było stosowanie się (lub nie) do presji hitlerowskiego pozdrowienia. Do roku 1934, kiedy Unity po raz pierwszy przyjechała do Monachium, heil tak się rozpanoszyło, że nie sposób było przed nim uciec. W pierwszych latach Trzeciej Rzeszy człowiek mógł salutować z dobrej woli, bez poczucia politycznego przymusu. Bądź co bądź wiele "dokonań" nazistów przynajmniej na pierwszy rzut oka zasługiwało na pochwałę, co nasuwało optymistom przekonanie, że brutalność i antysemityzm, piętnowane przez krytyków Hitlera, w miarę poprawy warunków stracą na sile. Dobiegający trzydziestki John Heygate [brytyjski pisarz i dziennikarz - przyp.red.] nie miał żadnych oporów, aby unieść rękę przed strażą graniczną, kiedy wjeżdżał swoim sportowym autem do Niemiec pewnego słonecznego marcowego dnia 1934 roku. Przez kilka miesięcy pracował w berlińskim studio UFA, gdzie reżyserował i pisał po angielsku scenariusze, jednakże los rzucił go do Pragi. W swoim kabriolecie czuł się jak na widelcu, więc na wszelki wypadek salutował wszystkim w zasięgu wzroku: 

Podobało mi się. Traktowałem to jak zabawę. Młodzież i dzieci w wioskach też byli wniebowzięci: stawali na poboczu i polach z uroczyście wyciągniętą prawą ręką i chichotali, gdy wróg okazywał się przyjacielem. Ręka mnie rozbolała od odwzajemniania gestu. Żałowałem, że nie mam drogowskazu, który wymachiwałby metalową ręką, gdy ja trzymałem kierownicę. 

Heygate, stary etończyk, kilka lat wcześniej wywołał skandal romansem z żoną Evelyna Waugha, z którą się później ożenił. Podobnie jak wielu z jego kręgów, w swoich poglądach politycznych skłaniał się zdecydowanie na prawo. I tak, choć wiele rzeczy w nowych, nieokrzesanych Niemczech wzbudzało jego śmiech, znajdował tam również wiele powodów do podziwu. Fascynowały go flagi. Jeżdżąc ulicami miasteczek "krytymi" swastyką, czuł się jak "współczesny rycerz pod baldachimem chorągwi". Stwierdził, że byłoby "zabawnie" powiewać własną swastyką, więc polecił zachwyconemu garażowemu przymocować ją do auta. Ale mina mu zrzedła, gdy ogarnął go "nagły lęk" na widok małej swastyki, łopoczącej "dumnie" na wietrze. W tej chorągiewce dostrzegł coś "znacznie więcej od tego, co można wywiesić z okna. Była to chorągiew bojowa, za którą podążają szeregi". 

Po dotarciu do austriackiego Tyrolu napisał do swojego przyjaciela Henry'ego Williamsona, autora Tarka the Otter (1927). Stwierdził w liście, że wszystkie europejskie kraje oprócz Niemiec są w opłakanym położeniu, a zważywszy na siłę i determinację niemieckiej młodzieży, trudno się dziwić ich przerażeniu. Dalej opisał, jak Austria jest podzielona obecnie na tajne segmenty. Dzień w dzień przybywają wysłannicy z Niemiec, aby szerzyć w lokalnych wioskach nazistowską propagandę. Swastyki pojawiają się znienacka w całym Tyrolu albo na zboczach górskich, wyryte w śniegu. Heygate przyznał, że nawet on ma przy sobie egzemplarze zakazanej nazistowskiej gazetki (otrzymanej w Monachium od przebywającego na wygnaniu przywódcy austriackiej partii nazistowskiej), którą rozprowadza ukradkiem. Podziemna walka o nazizm w Austrii, dodał, to fascynująca sprawa. 

Przybywając do Rzeszy cudzoziemcy często nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie niósł ze sobą nazizm (mat. prasowe)
Przybywając do Rzeszy cudzoziemcy często nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie niósł ze sobą nazizm (mat. prasowe)

Współczesny Heygate'owi Robert Byron [pisarz i podróżnik - przyp.red.] obracał się w tych samych kręgach (obaj znali Mitfordów), ale postrzegał sytuację zgoła inaczej. "Dosłownie wychodzę z siebie", pisał z Gdańska do matki, "gdy jeden mówi do drugiego Heil Hitler przez telefon. Podnoszenie ręki w zatłoczonym autobusie też jest paradne, ale może się przyzwyczaję". 

Brak pozdrowienia stawał się coraz bardziej ryzykowny, nawet dla zagranicznego turysty. "Ostatnio spotkało mnie coś bardzo osobliwego", donosił Geoffrey Cox [dziennikarz telewizyjny - przyp.red.] bratu w Nowej Zelandii. "Oberwałem od Brunatnej Koszuli, ponieważ nie zasalutowałem nazistowskiej fladze". Dochodziła północ, gdy na ciemnej berlińskiej ulicy młody Nowozelandczyk napotkał kolumnę szturmowców, którzy maszerowali na dworzec z zamiarem udania się na zjazd w Norymberdze. "Uderzył mnie znienacka, z boku, gdy kłóciłem się z dwoma innymi", wspominał Cox, dodając, że wspomina ów incydent z pewną satysfakcją, ponieważ nie czuł strachu. Ogarnęło go, relacjonował bratu, "swoiste uniesienie, oko w oko z wrogo nastawionymi ludźmi, ale bez lęku. Oczywiście mogłem być odważniejszy - powinienem był oddać, nawet jeśli oznaczałoby to, że dostanę baty. Następnym razem". 

Zważywszy na animusz Coxa, może to i lepiej, że nie odwiedził Portyku Marszałków [Feldherrnhalle] w Monachium - najświętszego pomnika nazistów. Właśnie tam, w miejscu nieudanego puczu Hitlera, wzniesiono dwie świątynie z białego kamienia, w których umieszczono ołowiane trumny szesnastu "męczenników", którzy polegli owej listopadowej nocy w 1923 roku, kiedy policja otworzyła ogień do Hitlera i jego zwolenników. "Ludzie pielgrzymują tam od rana do wieczora, bez względu na pogodę", pisał brytyjski pisarz i dziennikarz J.A. Cole. 
"Przybywają jako roześmiane grupki turystów albo rodziny, lecz gdy podchodzą bliżej, ich zachowanie ulega zmianie, powoli i w milczeniu wstępują na schody, spoglądają chwilę na trumny poniżej i unoszą wyprostowane ręce, po czym z wolna przechodzą dalej". Każdy, kto mijał Portyk Marszałków - pieszo czy w pojeździe - miał obowiązek zasalutować. Osiemnastoletni Tim Marten, który właśnie ukończył Winchester College i kształcił się na dyplomatę, uśmiał się na widok otyłego mężczyzny, który spadł z roweru, usiłując salutować w czasie jazdy. 

Kiedy podczas odwiedzin w Monachium matka Dereka Hilla [angielski portrecista i pejzażysta - przyp.red.] wyznała, że bardzo chciałaby zobaczyć Hitlera, zabrał ją do herbaciarni w Carltonie, gdzie wódz często się pojawiał. Już mieli dać za wygraną, gdy przybył z Hessem i Goebbelsem. Derek natychmiast zatelefonował z tą wieścią do swojej przyjaciółki Unity. Chwilę później przyjechała taksówką, rozemocjonowana perspektywą pierwszego tak bliskiego spotkania ze swoim idolem. "To najmilsza rzecz, jaką ktoś dla mnie zrobił", powiedziała Derekowi. "Nigdy ci tego nie zapomnę". Unity była zapewne psychicznie niezrównoważona, czego nie można powiedzieć o pani Hill, apolitycznej Szkotce. Nawet ona dała się ponieść i ku zdumieniu syna na pożegnanie uniosła wyprostowaną rękę. 

Parada w 1938 roku (fot. Shutterstock)
Parada w 1938 roku (fot. Shutterstock)

Osiemnastoletnia Joan Tonge [jedna z wielu panien z wyższych sfer, które uczęszczały do monachijskiej szkoły ogłady w latach trzydziestych - przyp.red.] okazała się bardziej niewzruszona. Ubrana w "szałowe cętkowane futerko z ocelota i toczek" wzięła udział w wiecu szturmowców z wytwornym pruskim oficerem u boku. Wspominała, że wszystko było dobrze, dopóki nie zaczęło się Heil Hitler. Stanęła wówczas jak "przysłowiowy kołek w płocie", z rękami uparcie przyciśniętymi do boków. Ani się obejrzała, jak "podbiegło kilka odrażających Brunatnych Koszul, wrzeszcząc dziko i młócąc łapami", i "Helmut musiał interweniować, krzycząc jeszcze głośniej, że jestem Engländer, aż załopotały mu poły płaszcza do kostek". 

Kenneth Sinclair-Loutit i "Matthew" (jego prawdziwe nazwisko brzmiało zapewne Robert Dummett) byli na studiach licencjackich w Trinity College w Cambridge, gdy postanowili spędzić lato 1934 roku na rowerowej wyprawie z Hamburga do Salzburga. Po zejściu z pokładu SS "Kooperatzia" (sowiecki statek był najtańszym środkiem transportu do Hamburga) udali się do miasta, kupili rowery po trzy funty za sztukę i ruszyli w drogę. Mimo decyzji o wspólnej eskapadzie prawie się nie znali i szybko odkryli, jak niewiele ich łączy. Dzięki romansowi z żoną swojego dawnego profesora z Heidelbergu prawicowy Dummett świetnie znał niemiecki, w przeciwieństwie do Sinclaira-Loutita, którego zapatrywania polityczne od czasu niedawnego marszu głodowego w Cambridge przesunęły się zdecydowanie na lewo. Złączeni tym niezręcznym układem, dwaj młodzi ludzie wyruszyli na południe. Dummett z miejsca zachwycił się niemiecką dyscypliną ("której tak brakuje w Anglii"), autostradami i obozami pracy oraz poziomem czystości widocznej na każdym kroku. Sinclaira-Loutita z kolei mierziły pułapki narodowego socjalizmu. "Radziliśmy sobie, dopóki nie znaleźliśmy się blisko nowszych Niemiec", wspominał. "Nadal nie mogę otrząsnąć się ze zdumienia po tym, jak w Lüneburgu Matthew wyprostował rękę przed prowizorycznym miejscem pamięci z popiersiem niedawno zmarłego Hindenburga". Był to, jak stwierdził jego towarzysz, zwyczajny gest uprzejmości, jak zdjęcie kapelusza po wejściu do kościoła. Sinclair-Loutit uznał jednak pozdrowienie za publiczny przejaw aprobaty dla wysoce niestrawnego reżimu. 

Nieustanne Heil Hitler drażniło już nawet najbardziej wyrozumiałych cudzoziemców. Edward Wall był młodym nauczycielem, który wraz z kolegą, Tomem Iremongerem, w kwietniu 1935 roku podróżował po Niemczech baby austinem. Wspominał, jak wyborny lunch w Helmstedt

(...) obrzydł przez natrętne heil z ust każdego, na powitanie i pożegnanie. Siedzieliśmy przy drzwiach i słyszeliśmy tego aż nadto. To zapewne do przewidzenia, że trasa opisywana w przewodniku jako "prowincja z wieloma ośrodkami przemysłowymi" obfituje w agresywne przejawy nazistowskiego zapału. 

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Kilka dni później w Bayreuth okazało się jednak, że nie każdy Niemiec to zatwardziały nazista. Do kawiarni, gdzie jedli obaj młodzi mężczyźni, weszło starsze małżeństwo. "Luźno machnął nadgarstkiem", zanotował Wall, "a rękę miał zgiętą w łokciu, i rzucił miękko Heil Hitler, jak gdyby życzył dziecku dobrej nocy". 

Wall i Iremonger nie byli szczególnie zainteresowani polityką, ale dzięki rodzinie Schlauch (którą Wall znał z wcześniejszego pobytu) odkryli, jakie życie może być trudne dla tych, którzy stoją po niewłaściwej stronie barykady. Herr Schlauch, luterański pastor, odsiedział niedawno krótki wyrok za potępianie bóstw pogańskich w kazaniu. Doniósł na niego ktoś z wiernych - szpicle byli już we wszystkich kościołach. Po wyjściu z więzienia Schlauch, wpisany na czarną listę, nie mógł znaleźć pracy. Przypadek ten, bynajmniej nieodosobniony, niekoniecznie wzbudzał w innych ofiarach systemu poczucie solidarności. Wall zauważył, że Frau Schlauch - wbrew temu, co spotkało jej męża - chwali nazistów za wprowadzenie zakazu rozpowszechniania książek żydowskich pisarzy - "dobrze, że ukrócili szkodliwą, bezecną literaturę". 

Relacja Walla obfituje w sugestywne obrazy: biała, piaszczysta droga wijąca się przez ciemny, tajemniczy lasek sosnowy, grupa robotników zachwycona życzeniami urodzinowymi od króla Jerzego V dla Hitlera i zdjęcia z paczek papierosów, na których francuska policja wojskowa rozprawia się z grupą niemieckich cywilów. Der Triumph des Willens [Triumf woli], obejrzany w zadymionym kinie, "wypełnionym po brzegi i potwornie przegrzanym", był równie nieprzyjemny jak wieczór w dusznej operze, gdzie starsze panie syczały na kręcącego się Iremongera, aby miał więcej Rücksicht [względu] na innych. Ich sympatię wzbudzali krzepcy bawarscy policjanci w "niebieskich tunikach" i lśniących, czarnych hełmach ze spiczastymi, srebrnymi gałkami, ale bali się o księgarza z Akwizgranu, który lekkomyślnie obnosił się ze swoimi antynazistowskimi poglądami. Jedno zjawisko wyróżnia się na tle pozostałych, a mianowicie mnogość tablic z napisem Juden sind nicht erwünscht [Żydzi niemile widziani].

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i s-ka (mat. prasowe)
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i s-ka (mat. prasowe)

*Fragment książki "Wakacje w III Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii Boyd

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (124)
Zaloguj się
  • kamuimac

    Oceniono 24 razy 22

    autorytaryzm zawsze był bardzo atrakcyjny dla wielu ludzie. wszystkie ":izmy " opierają się na tych samych mechanizmach psychologiczych . ludzie są w większości "followersami" nie leadermi . ludzie w nturalny sposób pragną być cześcią czegoś jakiejś mniejszej lub większej wspólnoty .

    autorytaryzmy w naturalny sposób przyciągają również ludzi silnych i oportunistów - którzy wiedzą jak je wykorzystaćdla wzmocnienia swojej pozycji i pomnożenia majątków.

  • cmok_wawelski

    Oceniono 40 razy 20

    Make Germany Great Again?
    Make Poland Great Again?
    ...jakies skojarzenia?

  • jael53

    Oceniono 38 razy 18

    Nie trzeba było jechać do Niemiec, aby poddać się urokom nazizmu. Wystarczy przedwojenną prasę polską poczytać, żeby się o tym przekonac.

  • nabbuko

    Oceniono 26 razy 14

    No to niedługo będzie "szczęś boże".
    I spróbujcie nie odpowiedzieć.

  • ml2403

    Oceniono 14 razy 10

    Hitleryzm jako forma nazizmu to klasyczny przykład totalitaryzmu dodatkowo podgrzanego sytuacja po I wojnie światowej. Ludzie zawsze lubią słuchać o możliwości rozwiązania trudnych spraw w prosty sposób i jak przychodzi ktoś kto to oferuje, a dodatkowo robi to w sugestywny sposób to za nim idą. Demokracja to tylko ułatwia bo ludziom w rodzaju jak to mówił Kurski "ciemnego ludu" łatwiej to wmówić. Dopiero społeczeństwo, które ma większość ludzi wykształconych i świadomych siły populizmu potrafi się temu oprzeć. Oczywiście gdyby nie było Hitlera Niemcy przeszłyby jakąś inną formę faszyzmu bo to było po prostu modne ale trafili na szaleńca, a równocześnie geniusza manipulacji ludźmi z obłąkaną wizją podboju świata i tu mieli pecha, bo nikt ich po wojnie nie żałował, a ponieśli straszne ofiary swojej naiwności.

  • buk-humor-dziczyzna

    Oceniono 22 razy 8

    tak działają katonaziści w polandii

  • loneman

    Oceniono 8 razy 8

    Mimo, ze Adolf trafil na dobry czas i mial plan jak odzyskac miejsce Germanow w Europie, odegrac sie na tworcach Wersalu i oblowic rabujac Zydow to proba nasladowania go jest obledemobledem, czyms co degraduje czlowieczenstwa a z katolika zostaje tylko pusta w srodku skorupka.

  • baaag

    Oceniono 17 razy 7

    Dostali wpiedrol na miarę swojej choroby. To ich oduczyło i to natychmiast. Niemcy są jak ich rasowe psy, czczą właściciela. Po zmianie władzy zaraz im przeszło, Goebbels jeszcze w trakcie wojny narzekał że Niemcy nie nadają się do partyzantki czego bali się Alianci. W Niemczech po wojnie nie było żadnego ruchu oporu, żadnej nazistowskiej konspiracji. Ludzie na ulicach natychmiast czyszczonego i porządkowanego (co zdumiewało Rosjan jak czytałem) Berlina w czerwcu '45 na ulicach zadowoleni. My jesteśmy inni, wiecznie niezadowolone warchoły. Z pewnością cała ta nasza partyzantka z Powstaniem na końcu wyszła nam bokiem i zdecydowanie nie opłacało nam się jak porównamy choćby z Czechami ale o akcji AK na Kutscherę Goebbels pisał z mimowolnym szacunkiem że "raport o zamachu czyta się jak wciągająca powieść. Zimni i bezlitośni są ci polscy bandyci..."

  • sunzi15

    Oceniono 32 razy 6

    PiSowscy szturmowcy od rana na forum "Gazety"
    rzucaja szajsem na wentylator.
    Historia was nic nie nauczyla?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX