Polska jest na niechlubnym piątym miejscu w UE pod względem ilości marnowanego jedzenia

Polska jest na niechlubnym piątym miejscu w UE pod względem ilości marnowanego jedzenia (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

Marnujemy miliony ton żywności? "W Polsce nikt tego nie policzył"

Mówi się, że swoimi działaniami i decyzjami konsumenckimi możemy kształtować rzeczywistość, ale mam czasem wrażenie, że łatwiej nam zrezygnować z plastikowych słomek, niż zgodzić się na naprawdę zawężony wybór produktów w sklepie spożywczym - mówi Marta Sapała, autorka książki "Na Marne", w której przyjrzała się temu, jak Polacy marnują jedzenie.

Według danych Eurostatu w Polsce marnuje się ok. 9 mln ton żywności rocznie. Stawia to nasz kraj na niechlubnym 5. miejscu w całej UE. Słyszymy o tym od lat. Tymczasem piszesz, że to nieprawda.

Na początku nie planowałam polemizować ze statystykami, ale w trakcie pracy nad książką zorientowałam się, że te, których używamy, nic nie mówią o naszej rzeczywistości. Nikt bowiem tego w Polsce dokładnie nie zbadał ani nie policzył. Dopiero niedawno wystartował pierwszy narodowy program badawczy, zainicjowany przez Federację Polskich Banków Żywności, którego wyniki poznamy najpewniej na początku 2020 roku. Dowiemy się wreszcie, jakie są rozmiary domowego marnotrawstwa w Polsce - i to nie tylko na podstawie zebranych przez ankieterów deklaracji, ale dzięki domowej księgowości resztek. Uczestnicy badania mają przez kilka dni ważyć i zapisywać każdą wyrzuconą jadalną część. Badanie ma też objąć gastronomię, sklepy i przemysł spożywczy.

Czyli od lat alarmowaliśmy, że marnujemy tony żywności, ale de facto opieraliśmy się na bardzo ogólnych szacunkach, które nie dotyczą Polski?

Liczby dotyczące ilości marnowanej żywności pochodzą z raportów przygotowywanych na poziomie globalnym czy Unii Europejskiej. I jeden z nich, ten kluczowy, stworzony w 2010 roku na zamówienie Komisji Europejskiej, który mówi o 9 mln ton wyrzucanego jedzenia rocznie w Polsce, jest tylko próbą oszacowania tego zjawiska. Jego twórcy wyraźnie mówią: to szacunki, które trzeba traktować z najwyższą ostrożnością. Podkreślają, że ich raport ma być punktem wyjścia do dyskusji i rozpoczęcia rzetelnych badań. Do twórców tego raportu nie trafiły żadne dane z Polski dotyczące marnotrawstwa żywności. Został zbudowany na podstawie szczątkowych danych z kilku europejskich krajów oraz statystyk Eurostatu z 2006 roku, dotyczących tzw. bioodpadów. A to jednak dużo szersza kategoria. 

Regał na jedzenie w jednym ze szczecińskich śmietników (fot. Fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta)
Regał na jedzenie w jednym ze szczecińskich śmietników (fot. Fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta)

To jak traktować te dane?

Dzięki nim w ogóle zaczęto o tym zjawisku mówić, zaczyna się je przekrojowo badać. Ciekawy jest przykład Holandii, którą w raporcie Komisji Europejskiej umieszczono wysoko w rankingu marnotrawców. Jego twórcy oszacowali, że marnowanych jest tam 113 kg jedzenia na mieszkańca rocznie. Gdy Holendrzy zrobili własne, rzetelne badania, okazało się, że, przynajmniej na poziomie gospodarstw domowych, wyrzucają mniej, bo 73 kg rocznie w przeliczeniu na obywatela. W Polsce może być podobnie. Prezes Federacji Polskich Banków Żywności mówił ostatnio, że ostatecznie może to być mniej niż 9 mln ton rocznie, co nie znaczy, że problemu nie ma. Istotne jest, aby dokładnie policzyć, ile marnujemy żywności, ale dużo ważniejsze jest to, aby dowiedzieć się: jakie produkty najczęściej wyrzucamy, dlaczego, w jakich sytuacjach, pod wpływem jakich czynników.

No dobrze, ale skoro dane, którymi od lat jesteśmy straszeni, nie mówią całej prawdy, to nie obawiasz się, że wielu zacznie ten problem bagatelizować?

I tak mamy skłonność do wypierania ze świadomości tego zjawiska, zaprzeczania mu - to widać nawet w ankietach zbierających deklaracje Polaków na temat skali marnotrawstwa w ich domach. Mniej niż połowa z nas przyznaje się do tego, że czasem coś wyrzuca. To nie jest możliwe. Każdy marnuje. To wielowymiarowy i złożony problem. Jednym z elementów tej układanki jest to, w jak bezrozumny sposób eksploatujemy planetę, jak bezrefleksyjnie korzystamy z jej zasobów.

Ale nie tylko?

W Kopenhadze podczas szczytu żywnościowego Food Summit słuchałam wystąpienia ministry do spraw przetwórstwa żywności, Harsimrat Kaur Badal, która mówiła, że Indie, które przetwarzają 8 procent żywności (kraje wysoko uprzemysłowione - 60-70 procent), tracą blisko 40 procent zbiorów na wczesnym etapie drogi żywności, zanim trafi ona do kogoś, kto ją zje. Oprócz braku infrastruktury są szkodniki, choroby roślin, całe bogactwo mikrożycia, wpływ pogody, wypadki - nie jesteśmy w stanie nie utracić, nie zmarnować niczego. Nie ma też jednej złotej metody na ograniczenie marnowania żywności.

Polacy marnują ok. 9 mln ton jedzenia rocznie (fot. Shutterstock)
Polacy marnują ok. 9 mln ton jedzenia rocznie (fot. Shutterstock)

Podczas pracy nad książką zaglądałaś do śmietników, aby przejrzeć żywność, którą wyrzucamy. Czy trudno było się przełamać i wejść w rolę grzebiącego po kubłach reportera?

Bardzo chciałam zobaczyć, co znajduje się w kontenerze pod szkołą, co w śmietniku pod urzędem, parafią, sklepem, hurtownią, na bazarze, co wyrzucamy do koszy na osiedlu w dużym, a co w małym mieście, co wyrzucamy na blokowisku, a co na osiedlu domów jednorodzinnych. Zapytałam nawet w ratuszu, czy nikt nie ma prawa mnie pogonić, gdy będę tak grzebać w śmietnikach. Odpowiedzieli, że nie ma przepisów, które tego zabraniają.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam jadalne produkty, które trafiły do kubłów pod sklepem, pojawiły się różne sprzeczne uczucia: żal na widok zmarnowanego jedzenia, ekscytacja, ale też wstręt. Akurat to ostatnie występuje u mnie śladowo. Ale nie zjadłabym na przykład mięsa wyjętego ze śmietnika. Wstręt to naturalna reakcja, w którą wyposażyła nas natura, aby chronić nas choćby przed zatruciem.

Bardzo późno odważyłam się zajrzeć do kontenera na własnym osiedlu. Gdy już poszłam w nim pogrzebać, nakrył mnie sąsiad i zaczęłam udawać, że niczego tam nie szukam, tylko coś wyrzucam. Dużo większą chojraczką byłam poza własnym terenem. 

Jakie są wnioski z tego grzebania? Co i w jakich ilościach wyrzucają Polacy? Kto marnuje więcej żywności, a kto mniej?

We wszystkich śmietnikach, niezależnie od miejsca zamieszkania, znajdowałam obierki, skórki po pomarańczach, kości, resztki z talerzy, spleśniały chleb czy pojedyncze popsute owoce i warzywa. Jednak w kontenerach na zamożnych osiedlach było dużo więcej owoców i warzyw. Często całe siatki dobrych pomarańczy. Nieuszkodzone brokuły, jeszcze w folii. Albo nieodkręcone słoiki z przetworami. Całe dania pudełkowe, nieotwarte mrożonki czy nierozpieczętowane czekolady. 

Bogaci wyrzucają częściej i więcej?

Czytałam artykuły naukowe, które wskazywały, że rozmiar domowego marnotrawstwa faktycznie może korelować z poziomem zamożności.

23.09.2015 Krakow . Basztowa 9 . Bufet w Szkole Muzycznej II Stopnia w Krakowie . Uczniowie i nauczyciele kupuja zdrowe jedzenie po wprowadzeniu ustawy o wycofaniu smieciowego jedzenia ze szkol  Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

Potwierdzają to badania?

Niektóre  tak. Na przykład badacze w Kanadzie i Włoszech doszli do wniosku, że ludzie, którzy wydają więcej na żywność, wyrzucają jej więcej. W Danii też wykazano pozytywną korelację dochodów z tendencją do wyrzucania. Im wyższe, tym większe marnotrawstwo.

A jak na wyrzucanie wpływa nasza praca?

Z badania przeprowadzonego w USA wynika, że ludzie, którzy pracują na pełen etat, wyrzucają więcej. Ale w Wielkiej Brytanii wykazano też, że zależy to od charakteru zatrudnienia. Osoby, które nie pracują, faktycznie wyrzucają mniej jadalnych rzeczy niż osoby zatrudnione na pełen etat lub prowadzące własne firmy. Ale jeszcze mniej wyrzucają osoby pracujące w niepełnym wymiarze godzin. A najmniej - emeryci.

Wróćmy do Polski. Zaglądając do śmietników, widywałaś też wyrzucony chleb?

Tak, ale chleb jest często traktowany inaczej. Nie wyrzucany wprost do kubła, ale wieszany albo zawijany i odkładany obok kontenera. Przy śmietnikach widziałam torebki papierowe, a nawet skrzyneczki wypełnione chlebem. Tak jakbyśmy dawali mu jeszcze szansę, liczyli na to, że może ktoś go weźmie i zagospodaruje. Chleb to w naszej kulturze produkt symboliczny -  daje poczucie bezpieczeństwa, jest obietnicą sytości. A my najwyraźniej nie do końca dobrze czujemy się z tym, że go wyrzucamy.

Z twojej książki wynika, że mimo to wyrzucamy go na potęgę.   

Chleb jest takim produktem, który zawsze nam zostawał, choć pewnie nie w takich ilościach, jak teraz, i próbowaliśmy jakoś zagospodarować nawet ten suchy. Trudno określić, kiedy dokładnie to się zmieniło, ale obecnie bardzo dużo chleba marnuje się tam, gdzie on powstaje i jest dystrybuowany, czyli w piekarniach, a potem w sklepach. Powodem jest inny model sprzedaży.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

To znaczy?

Jeszcze dwie, trzy dekady temu chleb w piekarni piekło się w nocy, sprzedawało rano i gdy klienci zajrzeli do niej około 14, półki świeciły pustkami. Dziś chleb piecze się w dużych piekarniach praktycznie na okrągło i na bieżąco dowozi do punktów sprzedaży, aby klient mógł zawsze kupić świeży. W supermarketach, gdzie odpieka się zamrożone pieczywo, gorące bułki dorzuca się niemal do samego zamknięcia sklepu. Piekarnie, ale i sklepy twierdzą,  że w ten sposób dostosowują się do oczekiwań klientów, którzy chcą, by chleb był zawsze świeży, pachniał. Przez to część towaru nie ma szansy się sprzedać i trafia do kosza.

Mówisz, że piekarnie i sklepy dostosowują się do wymagań klienta, ale przecież robią to głównie dla zysku, a nie dla naszego dobra. Czy to nie przerzucanie odpowiedzialności na konsumentów?

Biznes może się bać, że straci klientów, więc ma łatwe wytłumaczenie: spełnia ich wymagania. Tak, to demonizuje klientów, ale zastanówmy się, czy na pewno my, konsumenci, jesteśmy gotowi na grube ograniczenia? Mówi się, że swoimi działaniami i decyzjami zakupowymi możemy kształtować rzeczywistość, ale mam czasem wrażenie, że łatwiej nam zrezygnować z plastikowych rurek niż zgodzić się na naprawdę zawężony wybór produktów w sklepie spożywczym.

Owszem, dużo mówi się, że ważne są nasze indywidualne wybory: że powinniśmy konsumować mniej i mniej wyrzucać, ale czy nie jest tak, że to wielkie firmy marnują najwięcej?

Tego do końca nie wiadomo. W 2016 roku unijna grupa ekspertów FUSIONS pokusiła się o oszacowanie tego, kto odpowiada za marnowanie żywności. Ustalono, że handel w Unii Europejskiej ma odpowiadać za niewielki, bo pięcioprocentowy ułamek gnijącego żywnościowego tortu. Natomiast konsumenci za ogromny - bo aż za 53 procent. Mówię "ma", bo ten raport, podobnie jak wspomniany wcześniej dla Komisji Europejskiej, też został zbudowany z cząstkowych danych. Kiedy spojrzymy w tabelę, która pokazuje, które kraje unijne dostarczyły dane, widać w niej głównie kolor czerwony i podpis: no data available [tłum. brak danych - przyp. red.], więc i tu wszystkie statystyki zostały uśrednione. Ale wyniki tego raportu są używane przez wielki handel jako wymówka; zobaczcie, przecież marnujemy stosunkowo niewiele. Pozwala to wielkim sieciom wprowadzać kosmetyczne korekty, a nie brać się do przebudowywania systemu.

Dlaczego i jak powinny ten system przebudować?

Akywiści z brytyjskiej organizacji Feedback, która walczy z systemowym marnotrawstwem, wskazują przede wszystkim na  jawność deklaracji. To widać też w Polsce. Tesco jako jedyna sieć ogłosiło wszem i wobec, ile marnuje, i okazało się, że w kolejnym roku ilość strat zmalała. Deklaracja wymusza działanie.

10.11.2018 Szczecin , Plac Kilinskiego . Jadlodzielnia na rynku . Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Gazeta
Nadprogramowe jedzenie możemy zanieść do jadłodzielni (Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Gazeta)

Co jeszcze trzeba zrobić?

Dobrze zagospodarowywać to, co zostaje. Obecnie w Polsce mamy w tym temacie dowolność [rozmowa odbyła się przed piątkowym uchwaleniem ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności - przyp. red.]. Są sieci, które z możliwości dzielenia się nadwyżkami już korzystają, ale są też takie, które robią niewiele. Mnie bardzo podoba się pomysł "colleague shop", zainicjowany przez brytyjskie Tesco - niesprzedaną i nieprzekazaną do banków żywnością mogą się częstować - za darmo - pracownicy. Gdziekolwiek w Polsce nie pytałam o takie rozwiązania, słyszałam - w dużych sieciach, restauracjach, hotelach - że to będzie prowadzić do nadużyć. A może trzeba spróbować?

Ciekawym wątkiem twojej książki jest też kwestia dat ważności produktów. Czy powinniśmy się przejmować tym, co napisano na wieczku?

Mamy bardzo restrykcyjne prawo żywnościowe. Nawet przedstawiciel Głównego Inspektoratu Sanitarnego przyznaje ostrożnie w mojej książce, że być może nadszedł czas na delikatne rozluźnienie przepisów.

Obecnie odpowiedzialność nałożona na producentów, sprzedawców jest ogromna. Za złamanie przepisów i wprowadzenie do obrotu żywności po upływie zarówno daty minimalnej trwałości, jak i terminu przydatności do spożycia grożą im kary grzywny, a gdy proceder dotyczy dużej ilości towaru, nawet kary pozbawienia wolności. Brakuje nam takich rozwiązań jak stosowane choćby we Włoszech oraz Stanach Zjednoczonych prawo dobrego samarytanina. Zakłada ono brak złych intencji przy przekazywaniu żywności i równocześnie zdejmuje z darczyńców odpowiedzialność za ewentualne, niecelowe, negatywne konsekwencje jej wykorzystania. Jeśli przekazują jedzenie do organizacji charytatywnych, są zwolnieni z odpowiedzialności.

Uważa jednak, że całkowite likwidowanie dat ważności to wylewanie dziecka z kąpielą, dlatego że termin przydatności do spożycia, nabijany na nietrwałych produktach, chroni najsłabszych z nas. Osoby starsze, które cierpiąc na choroby neurodegeneracyjne, takie jak choroba Parkinsona, tracą też węch, mogą mieć problem z samodzielną organoleptyczną oceną jakości produktów. Pracując nad książką, rozmawiałam z ludźmi cierpiącymi na anosmię [wrodzony brak węchu - przyp. red.] i ageuzję [utrata odczuwania smaku - przyp. red.], którzy mówili mi, że faktycznie częściej dochodzi u nich do zatruć. Są za to pewne grupy produktów, przy których datę ważności można traktować dość orientacyjnie, i takie, których wcale nie trzeba nią oznaczać.

Jakie to produkty?

Pewnie znasz taki mem z solą: powstawała miliony lat, a za trzy miesiące kończy się jej data ważności. I sól to właśnie taki produkt, który, zgodnie z unijnymi zaleceniami, wcale nie musi mieć daty ważności. Podobnie jest z cukrem, octem, alkoholem, pieczywem jednodniowym, czyli sprzedawanym bez opakowań, warzywami, owocami, słodyczami z wysoką zawartością cukru. Czasem też producenci decydują się na swoich wyrobach nabić termin przydatności do spożycia, mimo że mogliby zamieścić na nich datę minimalnej trwałości.

18.09.2014 Czestochowa , ulica Kisielewskiego . Otwarcie hipermarketu Auchan Czestochowa Polnoc w M1 , ktory powstal w miejscu dawnego Reala . Fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Wiele osób nie zna różnic między datą minimalnej trwałości i terminem przydatności do spożycia (Fot. Grzegorz Skowronek / AG)

Polacy wiedzą, czym różnią się data minimalnej trwałości i termin przydatności do spożycia?

Data minimalnej trwałości, czyli oznaczenie "najlepiej spożyć przed", sygnalizuje moment, do którego produkt zachowuje swoje najlepsze właściwości. Po tej dacie produkt może trochę wyschnąć, przestać być tak chrupki, stracić trochę witaminy C, ale prawidłowo przechowywany, wciąż będzie jadalny. Datę minimalnej trwałości, którą nazywa się też datą jakości, umieszcza się na ogół na produktach suchych, puszkowanych, słoikowanych,  słodyczach. Termin przydatności do spożycia, czyli "należy spożyć do", to wskazanie, do kiedy produkt jest bezpieczny; umieszcza się go zazwyczaj na jedzeniu, które jest nietrwałe. Z pewnym zapasem, oczywiście.

Wiele osób i tak patrzy tylko na datę.

I w efekcie wyrzuca np. makaron trzy tygodnie po dacie minimalnej trwałości, choć spokojnie można go zjeść, jeśli był przechowywany prawidłowo.

Z drugiej strony opisujesz też szarą strefę handlu produktami po terminie. Kupujący ryzykują zatruciem, zdrowiem, aby zaoszczędzić. To duży problem?

Nie da się precyzyjnie oszacować rozmiaru tej szarej strefy. Ogłoszeń dotyczących sprzedaży tzw. przeterminów jest w sieci multum, można je znaleźć na każdym portalu z ogłoszeniami. Mimo restrykcji zarówno w sieci, jak i na bazarach można bez kłopotu taką żywność kupić. Pełen asortyment: od wędlin po czekolady.  

To pokazuje, że jest w Polsce zapotrzebowanie na tanią żywność, nawet jeśli jej zjadanie wiąże się z ryzykiem. Niektóre z tych produktów mogą być niebezpieczne, bo często są źle przechowywane, np. w wilgoci czy cieple. Przydałoby się jakieś systemowe rozwiązanie, które pozwoliłoby dystrybuować przeterminowaną żywność w  bezpieczny sposób. Tak się robi w wielu krajach.

Książka Marty Sapały ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne
Książka Marty Sapały ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne

Po lekturze twojej książki w trakcie zakupów w obawie przed wyrzucaniem żywności zacząłem się zastanawiać, czy nie kupuję jej za dużo. Jak praca nad książką zmieniła życie twoje i twojej rodziny? Wciąż prowadzisz zapiski tego, co wyrzucasz?

Już nie, ale samo poddanie się takiemu monitoringowi doprowadziło do tego, że zmieniły się moje zachowania. Pierwsze tygodnie zapisywania były bardzo odkrywcze - zobaczyłam, jak dużo jedzenia idzie u nas do kosza, choćby z tego powodu, że za dużo nakładamy dzieciom na talerze. Albo uparcie wierzymy, że da się je przekonać do jakiegoś smaku. Nigdy bym nie uwierzyła, że wyrzucam tyle chleba! Wydawało mi się, że cackam się z każdą kromką. Wyrzucane słoiki z otwartymi i niezjedzonymi dość szybko przetworami czy lądujące w śmietniku całe garnki przypalonej kaszy też dały mi do myślenia. Gdy poddałam się monitoringowi z pomocą systemu wykorzystywanego m.in. w hotelach i restauracjach, zobaczyłam też, jak dużo marnuje się u nas żywności, która  - zgodnie z terminologią zaproponowaną przez brytyjską organizację WRAP - jest jadalna warunkowo. Są to skórki, łupiny, głąby czy liście. Dr Erica van Herpen z holenderskiego Uniwersytetu Wageningen, specjalistka od metodologii, mówiła mi, że u osób, które poddają się temu badaniu pojawia się silne uczucie wstydu. Bo wyrzucanie jedzenia jest przez większość z nas oceniane jako naganne moralnie, a gdy jest monitorowane, presja na jego ograniczenie się zwiększa.

Wierzysz, że czytelnicy twojej książki też zmienią swój sposób postępowania?

Chciałabym, żeby książka zapoczątkowała debatę na temat systemowych rozwiązań, które mogłyby ograniczyć skalę żywnościowego marnotrawstwa w naszym kraju. Jeśli chodzi o indywidualny odbiór, starałam się unikać moralizowania. Bardziej zależy mi na tym, aby czytelnik zyskał nowe perspektywy, mógł przytomnie spojrzeć na ten złożony problem, a następnie wyciągnąć samodzielne wnioski. 

*Książkę "Na marne" możecie kupić w Publio.pl >>>

Marta Sapała (ur. 1974) - dziennikarka. Urodziła się w Kartuzach, studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracuje z "Polityką" i "Zwierciadłem". Jest autorką kilku książek, w tym "Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków". Mieszka w Warszawie.

Marek Szymaniak - dziennikarz i reporter. Jest dwukrotnym finalistą konkursu stypendialnego Fundacji "Herodot" im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz finalistą Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej. W czerwcu 2018 roku nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego debiutancka książka "Urobieni. Reportaże o pracy".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (137)
Zaloguj się
  • korollaq

    Oceniono 19 razy 17

    "Wróćmy do Polski. Zaglądając do śmietników, widywałaś też wyrzucony chleb?

    Tak, ale chleb jest często traktowany inaczej. Nie wyrzucany wprost do kubła, ale wieszany albo zawijany i odkładany obok kontenera. Przy śmietnikach widziałam torebki papierowe, a nawet skrzyneczki wypełnione chlebem. Tak jakbyśmy dawali mu jeszcze szansę, liczyli na to, że może ktoś go weźmie i zagospodaruje. Chleb to w naszej kulturze produkt symboliczny - daje poczucie bezpieczeństwa, jest obietnicą sytości. A my najwyraźniej nie do końca dobrze czujemy się z tym, że go wyrzucamy."

    Jest wieszany w woreczkach, też widuję to często- całe bochenki, kilka bułek. Bozia zabrania wyrzucać, więc katoliccy hipokryci udają sami przed sobą, że zostawiają go "dla biednych", w śmietniku, suchy, spleśniały. Zamiast kupować go mniej, zamrozić, w ostateczności wyrzucić jak trochę zostanie. Żaden biedny tego nie weźmie, zjedzą szczury albo goście z MPK będą to zbierać i przeklinać. Ale katolik nie wyrzucił chlebusia do kosza, tylko spełnił dobry uczynek.

  • misha_xl

    Oceniono 18 razy 16

    Od lat kupuję do jedzenia chleb - a i to nie zawsze. Takie są zalety bycia cieciem na dobrym osiedlu. Tylko wczoraj - jedenaście jajek, dwa opakowania filetów śledziowych, domowy bigos w słoiku, wiejski bekon (nie ze sklepu) 700 gram, litrowy słoik domowego rosołu, żółty ser, salami w plastrach, wafle ryżowe... a na popitkę pół litra niemieckiego ziołowego likieru. Kupowanie kosmetyków, chemii gospodarczej czy ciuchów? Zapomnijcie... Moja kobieta dostała ostatnio balsam do ciała, który w sieci kosztuje 158 złotych za małą tubkę(!!!). No i oczywiście elektronika - 40-calowy Samsung HD i kuchenka mikrofalowa to tylko z ostatnich dwóch tygodni. Śpię na materacu kosztującym połowę mojej wypłaty. A co idzie na sprzedaż (książki, płyty CD, zabawki, gigantyczna ilość ciuchów itp.) - to osobny temat.
    I co - mam się wstydzić?
    Przeciwnie, jestem z siebie dumny. Nie dość, że oszczędzam pieniądze, nie dość że ograniczam ilość śmieci, to jeszcze - a właściwie przede wszystkim - nie napędzam piekielnej konsumpcji, która doprowadzi cywilizację do upadku.
    Przez ostatnie pięć lat moje zakupy odzieżowe ograniczyły się do pięciu par skarpet i jednej czapki.
    Wczorajsze wydatki na wyżywienie dla dwóch osób na trzy dni wyniosły mnie 7,30 zł - 1,30 za chleb (wczorajszy, przeceniony) i 6 zł za dwa kilo ziemniaków.
    Macie wątpliwości natury higienicznej? Też miałem. Od pięciu lat ani jednego zatrucia pokarmowego...
    Jak myślicie, co bardziej szkodzi organizmowi - parówki z Biedronki czy szynka szwarcwaldzka ze śmietnika? Tak, taka też się trafia, podobnie jak parmeńska. Czekam teraz na wołowinę z Kobe...

  • thegreatmongo

    Oceniono 18 razy 14

    Dla mnie problemem sa przede wszystkim duże opakowania.

    Podam przyklad. Lubie hamburgery, ale bułki sa pakowane po 4. Nie zjem na raz 4ech. Wiec albo sie musze zmusic i jesc dzień po dniu hamburgery (czego nie robie), albo wyrzucic dwie bulki bo bardzo szybko sie psuja.

  • chimi-churi

    Oceniono 10 razy 10

    Chleb. „Nie wyrzucany wprost do kubła, ale wieszany albo zawijany i odkładany obok kontenera”
    Co w tym dziwnego? To dla tego pana co zbiera suchy chleb dla konia😉

  • donmarek

    Oceniono 8 razy 8

    Nie tyle chodzi o wyrzucanie chleba, ile o jego przetrzymywanie. W bloku gdzie mieszkam jest ustawiony pojemnik na chleb. Co tam jest ??? SZOK !!! Szczelnie pozawiązywane foliowe woreczki ze spleśniałym chlebem! Jeżeli ktoś wyrzuca w reklamówce kilka woreczków z resztkami chleba w różnym stadium jego rozkładu, to co ma w kuchni, gdzie ten chleb "nabierał wartości" przez kilka dni ??? No i jak ze zdrowiem jego i jego rodziny ???

  • trollingstones

    Oceniono 8 razy 8

    Chleb traktujemy inaczej"

    i nic to nie daje, takie samo marnowanie żywności, tylko uciążliwe dla służb oczyszczania miasta. Wisi ten stary chleb w workach przy śmietniku, ludzie się łudzą, że ktoś go sobie zabierze i zje. U mnie jakaś ameba kładzie wory z chlebem na skrzynkach na listy.

  • carolina_reaper

    Oceniono 10 razy 8

    Polacy powinni uczyc sie oszczednosci od Szwajcarów. Tam jest takie powiedzenie: Nie ma zlego chleba , jest źle kiedy go nie ma.

  • korollaq

    Oceniono 7 razy 7

    I czemu ma służyć taki regał w śmietniku jak ten na drugim zdjęciu, "dzieleniu się z innymi jedzeniem"? Chyba ze szczurami i gołębiami. Taki suchy chleb można zbierać dla kur albo dla konia, a nie dla biednych ludzi, ludzie robią wokół siebie syf i myślą że komuś pomogli.

  • lob1

    Oceniono 9 razy 7

    w latach 70tych byłam u ciotki w NRD i tam widziałam jak oszczedzaja,był pojemnik na jedzenia,furmanka z blaszanym obicie przyjezdzała i codziennie zabierała to miejskiej swiniarni.dlatego,oni maja to w krwi "ordnung mus sein" tak mówili.czyli porzadek musi byc ,my niestety tego w krwi nie mamy i tak jak nasza szlachta polska "pij,zryj i popuszczaj pasa" dlatego mamy słaba gospodarke.czy bogaty czy biedny wszyscy powinnismy oszczedzac jedzenie,ale panstwo powinno zajac sie tym,a oni tylko sie kłoca i zarabiaja miliony.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX