Karen Blixen

Karen Blixen (fot. Robert Goldberg / East News)

ludzie

"Lwica" Karen Blixen. Dunka, która swój prawdziwy dom znalazła w Afryce

Afrykańczycy nazywali ją "Lwicą". Książki pisała pod męskim pseudonimem, aby uniknąć zaszufladkowania ich jako literatury kobiecej. Samodzielnie zarządzała farmą, polowała na dzikie zwierzęta. Ale choć w życiu Karen Blixen nie brakowało także romantycznych uniesień, prawdziwą miłością darzyła nie mężczyzn, a miejsce - Afrykę.

Karen Blixen spędziła w Afryce 17 lat. Zawsze podkreślała, że uważa ten okres za najszczęśliwszy w życiu. Po powrocie do zimnej, deszczowej Danii myślała, że wszystko się dla niej skończyło. Jednak to właśnie wtedy stworzyła dzieła, dzięki którym stała się sławna. Książki, w których wspominała ukochaną Kenię - swój raj utracony.

Pragnienie podróży

Pisarka, znana polskim czytelnikom głównie za sprawą ekranizacji powieści "Pożegnanie z Afryką", przyszła na świat 17 kwietnia 1885 roku jako Karen Dinesen w położonym na północ od Kopenhagi Rungsted, gdzie wychowywała się z trzema siostrami i dwoma braćmi. Pochodziła z arystokratycznej rodziny. Krewni ze strony ojca, Wilhelma Dinesena, wywodzili się z najlepszych duńskich i szwedzkich rodów. On sam znany był z awanturniczego charakteru - kochał podróże i piękne kobiety. W wyniku miłosnych podbojów zaraził się syfilisem. Prawdopodobnie w obawie przed hańbą, jaką jego choroba niechybnie ściągnęłaby na rodzinę, popełnił samobójstwo.

Karen, nazywana przez rodzeństwo Tanne, miała wówczas 10 lat i bardzo przeżyła śmierć ojca. Zawsze chętnie spędzała z nim czas i słuchała opowieści o dalekich podróżach. Łączyło ją z nim dużo więcej niż z matką, Ingeborg Westenholz, potomkinią unitariańskich kupców, purytanką hołdującą tradycyjnej moralności i prezentującą bardzo konserwatywne podejście do życia.

Po śmierci ojca młoda Tanne nijak nie dawała się wtłoczyć w sztywne ramy tradycyjnego wychowania, które usiłowała jej zapewnić rodzina ze strony matki. Fakt, że jedna z ciotek zdradziła jej, że ojciec nie był wierny swojej żonie, odniósł odwrotny od zamierzonego efekt. Tanne, zamiast znienawidzić ojca, jeszcze bardziej zapragnęła żyć tak, jak on - podróżować, polować i pisać. Ale choć jej marzenia miały się spełnić, droga, która do nich wiodła, miała okazać się dość wyboista.

Karen w 1913 roku (z lewej) i w 1920 roku z bratem, Thomasem Dinesenem (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Karen w 1913 roku (z lewej) i w 1920 roku z bratem, Thomasem Dinesenem (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Karen od dziecka wykazywała artystyczny talent. Już jako mała dziewczynka rysowała i pisała opowiadania, które podpisywała imieniem indiańskiego wodza - Osceola. Pseudonim miał ją zbliżyć do ojca, który podczas swoich podróży przez pewien czas żył wśród Indian.

W 1906 roku Karen ukończyła Królewską Duńską Akademię Sztuk Pięknych w Kopenhadze, gdzie studiowała malarstwo i zaledwie rok później zadebiutowała jako pisarka drukowanymi w prasie opowiadaniami, które ukazywały się pod pseudonimem Isak Dinesen. Powodem, dla którego przyjęła męskie imię, pod którym ukazało się także "Pożegnanie z Afryką", był fakt, że Karen nie chciała, aby jej twórczość była klasyfikowana jako literatura kobieca.

Ale choć panna Dinesen, podobnie jak ojciec, fascynowała się podróżami i polowaniami, miała też swoją romantyczną stronę. Bez pamięci zakochała się w młodym arystokracie, spadkobiercy rodowej fortuny - Hansie von Blixen-Finecke. Karen poznała go u krewnych, Dinesenów-Frijsów. Niestety, wybranek nie odwzajemniał jej uczuć, w przeciwieństwie do swojego brata bliźniaka, Brora. Młodszy baron Blixen kilkukrotnie oświadczał się Karen, a ona za każdym razem go odrzucała, licząc, że z czasem Hans spojrzy na nią łaskawszym okiem. Być może Bror byłby zmuszony wreszcie skapitulować, gdyby nie interwencja pani Dinesen. Matce Karen nie przeszkadzało, że młodszy baron nie odziedziczy wielkiego majątku. Liczył się dla niej za to fakt, że wychodząc za niego, jej córka otrzyma szlachecki tytuł.

Ingeborg znała dobrze swoją córkę i wiedziała doskonale, jak ją przekonać do ślubu. Kartą przetargową była obietnica wyjazdu do Afryki - młoda kobieta wreszcie miała szansę zrealizować swoje marzenie o podróży. Nie bez znaczenia były też fundusze, które młodym zobowiązała się zapewnić rodzina Westenholzów. Karen skuszona wizją wyjazdu nie opierała się dłużej i przyjęła oświadczyny Brora.

Niedługo po tym młody Blixen wyjechał do Afryki jako pierwszy, by urządzić się na farmie. W 1914 roku Karen do niego dołączyła i para wzięła szybki ślub. Okazało się jednak, że lekkomyślny pan młody sprzedał wybrane przez Westenholzów tereny. Kupił inne, bo zamiast bydła chciał hodować kawę. Szybko wyszło na jaw, że nie miał o tym zielonego pojęcia.

"Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong"  

Karen od pierwszego wejrzenia zakochała się w Kenii. Małżonkowie ciężko pracowali, a w przerwach kobieta upajała się majestatycznym widokiem gór Ngong i bajecznymi zachodami słońca. Niestety, świeżo posadzone kawowe drzewka potrzebowały kilku lat, aby wyrosnąć i zacząć dawać owoce. Oznaczało to, że Blixenowie musieli poczekać na zwrot zainwestowanych w uprawę funduszy. Spędzali więc czas, spotykając się z innymi mieszkającymi w Kenii Europejczykami, a Bror z pasją oddawał się polowaniom. Karen nalegała, by zabrał ją ze sobą i mąż wreszcie jej uległ. Karmiona od dziecka opowieściami ojca o podobnych eskapadach, Blixen natychmiast złapała bakcyla. "Jeślibym chciała, żeby coś z mojego życia powtórzyło się, to byłoby to raz jeszcze safari z Brorem Blixenem" - miała powiedzieć kilka lat po ich pobycie w Kenii.

Mąż Karen jednak zdecydowanie częściej wyjeżdżał sam, a jego zainteresowania nie ograniczały się do lwów i antylop.

Dom Karen Blixen w Kenii, obecnie muzeum pisarki (fot. Andrzej Kubiak / Shutterstock)
Dom Karen Blixen w Kenii, obecnie muzeum pisarki (fot. Andrzej Kubiak / Shutterstock)

Świeżo upieczona baronowa niedługo po ślubie zaczęła się źle czuć. Początkowo sądziła, że cierpi na powszechną w tamtym regionie malarię. Lekarz uświadomił Karen, że to mąż zaraził ją syfilisem - leczył bowiem również jego. W przypadku Brora choroba przebiegała bardzo łagodnie - mężczyzna cieszył się legendarnym wręcz zdrowiem i krzepą. Tymczasem Karen, przerażona widmem podzielenia losu ojca, udała się na leczenie. Najpierw w Afryce zaaplikowano jej kurację rtęcią, a kiedy jej stan się ustabilizował, wyjechała do Danii. Tam leczono ją salvarsanem, lekiem na bazie arszeniku.

Blixen wiedziała, że jeśli jej matka dowie się, na co cierpi jej córka, wymusi na niej rozwód i powrót do Danii na stałe. Zakochana w Afryce Karen wolała wybaczyć niewiernemu mężowi i utrzymać swój stan w tajemnicy przed rodziną. Dlatego kiedy lekarzom udało się opanować rozwój choroby, Karen wróciła natychmiast do Afryki. Niestety, okazało się, że lek powstrzymał jedynie aktywną postać choroby, co oznaczało, że Blixen nie mogła nikogo zarazić, natomiast wirus nadal po cichu wyniszczał jej organizm. Kobietę męczyły migreny i powracające wysypki. Do końca życia Karen cierpiała też na różne silne bóle, które - jak wynika z najnowszych badań - były spowodowane chronicznym zatruciem ciężkimi metalami.

W kolejnych latach miało się okazać, że choroba stopniowo będzie doprowadzać jej ciało do ruiny. Na razie jednak baronowa czuła się całkiem dobrze, tymczasem wybuchła pierwsza wojna światowa. W Afryce walczyły ze sobą dwie potęgi kolonialne - kaiserowskie Niemcy, nieoficjalnie wspierane przez armię RPA, i Imperium Brytyjskie.

W Kenii, należącej do Brytyjczyków, emigranci z krajów skandynawskich byli traktowani z podejrzliwością jako potencjalni sympatycy Niemców. Fakt, że Karen przed wojną kupiła kilka zarodowych klaczy z polecenia swego dawnego znajomego, niemieckiego generała von Lettowa, ściągnął na nią dodatkowy ostracyzm. Ten minął dopiero, gdy walczący po stronie brytyjskiej brat Karen, Thomas, został uhonorowany Krzyżem Wiktorii za odwagę.

Konflikt zbrojny miał jednak dla Blixenów też dobrą stronę. W 1916 roku z powodu wojny ceny kawy były zawrotnie wysokie. To zachęciło Blixenów do zaciągnięcia kredytu bankowego i kupna większej farmy - plantacji M'Bogani, która w przyszłości miała stać się znana za sprawą "Pożegnania z Afryką".

Zanim jednak Blixen napisała swoje dzieło, realizowała talent, snując wieczorami opowieści, których z zamiłowaniem słuchali odwiedzający farmę u stóp gór Ngong goście. Byli wśród nich mężczyźni, którzy nie pozostawali obojętni na wdzięki Karen. Jednym z nich był znajomy Brora, baron Erik von Otter.

Mężczyzna, który władał bronią tak świetnie, że wśród tubylców dorobił się przydomka "Jeden strzał", zabierał Karen na polowania. W przeciwieństwie do męża chętnie spędzał czas w jej towarzystwie, tropiąc lwy i gnu. Nie ukrywał, że jest w niej zakochany i nakłaniał ją nawet do rozwodu z Brorem. Ale choć Erik przypominał Karen ukochanego ojca, wkrótce zaczęła ją drażnić jego zaborczość. Problemem był też fakt, że poza polowaniem nie miała z nim wspólnych tematów, bo mężczyzna nie dorównywał jej intelektualnie. Blixen zakończyła więc ten związek bez żalu. Tymczasem na horyzoncie czekała już miłość jej życia - Denys Finch Hatton.

Para lwów na wzgórzu

Finch Hatton, wykształcony w elitarnej szkole Eton brytyjski arystokrata, potrafił nie tylko zorganizować safari, ale także prowadzić konwersację na wysokim poziomie. Wyróżniał się wszechstronną wiedzą i oczytaniem, a także fantazją, która sprawiała, że potrafił z Afryki polecieć do Londynu tylko po to, aby zobaczyć wystawianą tam operę. Do tego, tak jak Karen, był synem podróżnika, hrabiego Winchilsea. Nic więc dziwnego, że kiedy tych dwoje poznało się 5 kwietnia w klubie Muthaiga - a nie jadąc pociągiem, jak pokazuje filmowe "Pożegnanie z Afryką -  natychmiast znalazło wspólny język.

Ich przyjaźń szybko przerodziła się w coś więcej. Karen twierdziła, że uwielbia w Finch Hattonie wszystko, w listach zwierzała się bratu Thomasowi, że Denys jest żywym ideałem. "Wydaje mi się, że jestem na wieczność przywiązana do Denysa, skazana na kochanie ziemi, po której stąpa, na bycie ponad wszelkie wyobrażenie szczęśliwa, kiedy on tu jest, i na cierpienie po wielokroć gorsze od śmierci, gdy wyjeżdża" - zwierzała się bratu Karen w jednym z listów.

Nawet kiedy w 1929 roku związek tych dwojga się rozpadł, nadal łączyła ich przyjaźń. Finch Hatton odwiedzał Blixen na farmie, pomagał jej i służył radami.

Bror był świadom romansu Karen i Denysa, ale nie wchodził parze w drogę. Miał zresztą na głowie inne, poważniejsze zmartwienia. W Ngong panowała potworna susza. Dodatkowo przez nieudolne zarządzanie baron Blixen wpędził plantację w poważne długi. Widmo utraty M'Bogani sprawiło, że Karen musiała interweniować. Nie zdarzyło się to pierwszy raz. Już w 1919 roku, kiedy krewni Karen zorientowali się, że inwestycja nie przynosi oczekiwanego zysku, kobieta była zmuszona wstawić się za Brorem. Udało jej się jeszcze raz wyprosić u matki pożyczkę - warunkiem jej udzielenia była obietnica, że baron odsunie się od interesów.

Blixen zastąpiła więc męża na stanowisku dyrektora założonej w 1916 roku Karen Coffee Co. Niestety, wieloletnie błędy w zarządzaniu wyrządziły już tyle szkód, że nierentowna działalność nieuchronnie chyliła się ku upadkowi. Na domiar złego rodzina Karen dowiedziała się, co było powodem jej problemów zdrowotnych, i zaczęła naciskać na rozwód z Brorem. Kobieta, która pomimo zdrad darzyła męża sympatią, nie chciała się na to zgodzić. Przy całej swojej otwartości na postęp obawiała się także, jak będzie odbierana jako rozwódka, a kres związku uważała za osobistą porażkę i upokorzenie. Tymczasem Bror, świadom, że ich małżeństwo już od dawna jest fikcją, zażądał separacji. Ta stała się faktem w 1921 roku, a cztery lata później para oficjalnie się rozwiodła.

Denys Finch Hatton (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Denys Finch Hatton (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Trudna sytuacja firmy i rozwód nie były jedynymi problemami Karen. Zakochana w Finch Hattonie kobieta pragnęła mu dać dziecko, jednak syfilis odebrał jej szansę na macierzyństwo. Mimo to przez pewien czas w 1922 roku sądziła, że jest w ciąży i listownie poinformowała o tym fakcie Denysa, odwiedzającego rodzinę w Anglii. W przeciwieństwie do niej mężczyzna nie był tym faktem zachwycony. Sprawa rozwiązała się jednak sama - nie wiadomo, czy Blixen na wczesnym etapie poroniła, czy po prostu spóźniającą się miesiączkę błędnie zinterpretowała jako ciążę.

Karen była niepocieszona. Na jej podły nastrój składały się także fatalne, z roku na rok gorsze zbiory i pogarszający się stan zdrowia. Do wywołanych zatruciem rtęcią bólów kości doszło będące również skutkiem ubocznym terapii wypadanie włosów. To skłoniło Blixen do ścięcia ich na krótko, co później uważała za dobrą decyzję. W listach do matki pisała nawet, że każdej młodej kobiecie radziłaby ściąć włosy i nauczyć się prowadzić auto. A także, jeśli ma ładne nogi, chodzić w szortach. Twierdziła, że nadeszły dobre czasy, by kobiety mogły "pójść naprzód", i że następne stulecie przyniesie im wiele wspaniałych odkryć. "Myślę, że to będzie naprawdę cudowne, kiedy kobiety zostaną uznane za pełnoprawnych ludzi i cały świat stanie przed nimi otworem" - pisała w liście do siostry Ellen.

Tymczasem po paromiesięcznym pobycie w Anglii Finch Hatton wrócił do Afryki i kupił kawałek ziemi nad Oceanem Indyjskim. Wybudował tam dom, do którego często zabierał Karen swoim samolotem. Para spędzała teraz czas pomiędzy jego domem na wzgórzu a M'Bogani. Sielankę zakłócał jednak fakt, że zbiory w 1927 roku były jednymi z najgorszych w historii i nad farmą znów zawisło widmo bankructwa. Blixen, która od rozwodu z mężem sama zarządzała biznesem, wiedziała, że rodzina kolejny raz już jej nie pomoże. Westenholzowie i tak utopili już w jej kawie majątek. Ostatniej deski ratunku upatrywała w Finch Hattonie. Próbowała go przekonać do zainwestowania w Karen Cofee Co, ale prawnicy mężczyzny odmówili, tłumacząc się zbyt dużym ryzykiem, jakie niosłaby za sobą taka inwestycja. Stało się wówczas jasne, że dla firmy nie ma ratunku.

Zrozpaczona Karen coraz częściej kłóciła się z Denysem. Biografowie pisarki spekulują, że konflikt narastał, bo Blixen naciskała na małżeństwo, na które kochający wolność mężczyzna nie chciał się zgodzić. Pewnego dnia między kochankami doszło do sprzeczki, a Finch Hatton zażądał od Karen zwrotu złotego pierścienia - prezentu z Erytrei, który przywiózł jej w 1928 roku. Denys wzburzony opuścił farmę. Miał w planach kolejne safari, na które poleciał swoim samolotem. Niestety, nigdy tam nie dotarł. 14 maja 1931 roku jego samolot zapalił się tuż po starcie i Finch Hatton zginął.

Blixen bardzo przeżyła śmierć kochanka. Pochowała go na wzgórzach Ngong, w miejscu, które kiedyś wspólnie wybrali na swoje groby. W "Pożegnaniu z Afryką" pisała: "Gdy już opuściłam Afrykę, Gustaw Mohr napisał mi o dziwnym zdarzeniu, które zaszło na grobie Denysa. (...) Masajowie (...) donieśli komisarzowi okręgu Ngong, że wiele razy o wschodzie i zachodzie słońca widywali lwy na grobie Finch Hattona w górach. Przychodziły tam lew i lwica, stawały przy grobie lub kładły się na nim, długo tam pozostając".

Muzyk Eugene Haynes i Karen Blixen (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)
Muzyk Eugene Haynes i Karen Blixen (fot. Wikimedia Commons / domena publiczna)

Czy w Ngong pada deszcz?

Po śmierci Denysa Karen sprzedała farmę. Posiadłość kupił młody przedsiębiorca, który planował na jej terenie wybudować domy mieszkalne. Kobieta wróciła do Europy. Choć sądziła, że wraz z powrotem jej życie się kończy, to właśnie w deszczowej Danii stworzyła dzieła, które przyniosły jej sukces i sławę. Blixen, która na wstępie oświadczyła matce, żeby wiele się po niej nie spodziewała, bo połowę siebie zostawiła w Ngong, znalazła lek na depresję w powrocie do dawnej pasji - literatury. Znów zaczęła pisać, przelewając na papier swoją tęsknotę za utraconym afrykańskim rajem. W 1933 roku w Stanach Zjednoczonych zostały opublikowane opowiadania Blixen, wydane pod pseudonimem Isak Dinesen. Niedługo później od wydawcy przyszła wiadomość, że jej "Siedem niesamowitych opowieści" uznano w jednym z plebiscytów w Ameryce za książkę roku. Zachęcona tym wyróżnieniem Karen znów przystąpiła do pracy i w 1937 roku ukończyła swoją najbardziej znaną powieść.

"Pożegnanie z Afryką" w Danii wydano jako "Afrykańską farmę". Ale choć książka dobrze się sprzedawała, Karen nie doczekała momentu, kiedy jej powieść stała się prawdziwym bestsellerem Pisarka zmarła 7 września 1962 roku w wieku 77 lat, w domu rodzinnym w Rungsted, wyniszczona wieloletnią chorobą.

Karen Blixen (fot. SAS / Wikimedia Commons / domena publiczna)
Karen Blixen (fot. SAS / Wikimedia Commons / domena publiczna)

Ponad dwadzieścia lat później Sydney Pollack nakręcił ekranizację jej powieści, która sprawiła, że dla wielu fanów Blixen ma twarz i głos Meryl Streep. Tymczasem prawdziwa Karen do końca życia mówiła, że gdziekolwiek jest, zastanawia się, czy w Ngong pada deszcz.

Książkę o Karen Blixen możecie kupić w Publio.pl >>>

Natalia Jeziorek. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ i Wydziału Form Przemysłowych ASP. Na florenckiej Polimodzie studiowała fashion marketing i organizację eventów. Obecnie współpracuje z magazynem "K MAG", portalami Sezon, Pride i Enter the Room.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (81)
Zaloguj się
  • losiu4

    Oceniono 50 razy -44

    życie nauczyło mnie jednego: jak wybiorcza coś promuje to na wszelki wypadek szerokim lukiem

    Pozdrawiam

    Losiu

  • az555

    Oceniono 44 razy -36

    tak w skrócie(jakby kto nie miał czasu czytać )-Baba X wychodzi za mąż za syfilityka(bo to hrabia).Potem spółkuje z innymi(w swojej głupocie nie wie ,że bezskutecznie).Na koniec pisze książkę(za pieniądze syfilityka).B.słabą

  • losiu4

    Oceniono 15 razy -7

    aleście sobie, droga czersko, "ikonę" wybrały... mam mieć kiłę czy syfilis żeby coś znaczyć? A może hifa, ale za to złapanego od jakiegoś biedroniowatego?

    Pozdrawiam

    Losiu

  • superpolpol

    Oceniono 18 razy -6

    Czerskie matołki - nie wirus a bakteria!!! Krętek.
    W ten sposób matołki wprowadzacie ludzi w błąd. Co oznacza też matołki, że z braku wiedzy możecie też złapać syfa w kiblu. Kretek zatem. Leczy się penicyliną. A wiecie o tym matołki, że wirusów NIE leczy się antybiotykami? Ehh, stan GW jest opłakany, wirus tandety. Lekooporny.

  • q-ku

    Oceniono 2 razy 0

    no nie, wyborcza pisze o uczuciach myśli....wej. AAAA. MyśliWEJ. AA to co innego;-)

  • julia.gewitter

    0

    Syfilis wywoluje bakteria a nie wirus. Nastepna douczona dziennikarka.

  • jhbsk

    Oceniono 1 raz 1

    Kiła to nie wirus.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX