Sharon Tate

Sharon Tate (fot. Alan Pappé / CC BY-SA 2.0)

społeczeństwo

"Ta zbrodnia wszystko zmieniła. To już nie był ten sam taniec, te same prochy i to samo pieprz*nie"

To, co wydarzyło się w nocy z 8 na 9 sierpnia 1969 roku w domu przy Cielo Drive w Beverly Hills, zmieniło życie mieszkańców Hollywood. W mekce show-biznesu zapanował wielki strach, po tym jak "rodzina" Charlesa Mansona zamordowała pięć osób, w tym żonę Romana Polańskiego, aktorkę Sharon Tate, która była w ósmym miesiącu ciąży. Wydawało się, że o sprawie powiedziano już wszystko, jednak dziennikarze Tom O'Neill i Dan Piepenbring dotarli do nowych faktów, które przedstawiają w książce "Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood".

Miejsce zbrodni*

Pierwszy wywiad przeprowadziłem z Julianem Wasserem, fotografem współpracującym z magazynem "Life". Niemal od razu poczułem ten swoisty dysonans, który później towarzyszył mi podczas zbierania informacji. Spotykałem się z moimi rozmówcami w modnych restauracjach, które sami wybierali - w tym przypadku była to La Petit Four, sympatyczna kafejka z ogródkiem w Beverly Hills - i po kilku minutach, kiedy zaczynaliśmy poruszać kwestie przemocy, luksusowy wystrój lokalu stawał się dziwnie niestosowny. Tak też było w przypadku Wassera, który przy sałatce nicejskiej opowiedział mi o jednym z najsmutniejszych dni swojego życia.

Tydzień po masakrze Wasser w ramach sesji fotograficznej dla "Life" towarzyszył Romanowi Polańskiemu, gdy ten po raz pierwszy wszedł do domu przy Cielo Drive. Wtedy to powstało jedno ze zdjęć, które stało się znanym studium rozpaczy. Reżyser w białym podkoszulku siedzi zgarbiony i zdruzgotany na ganku, odwracając wzrok od wyblakłego słowa "Świnia" namazanego krwią jego żony na frontowych drzwiach.

- Było na to za wcześnie - wyjaśnił Wasser.

Nie odstępował na krok Polańskiego, który chodził po zbryzganych krwią pomieszczeniach. To już nie był jego dom; to było miejsce zbrodni.

- Całą sypialnię i telefony pokrywał proszek daktyloskopijny, a na dywanie rozlewała się plama krwi gęstej jak galareta. Było jej tak dużo, że jeszcze nie zdążyła zakrzepnąć. W powietrzu wciąż unosiła się ta ciężka, wyrazista woń. Kojarzyła mi się z rzeźnią.

Roman Polański i Sharon Tate w 1968 roku (fot. Lily Laurent / flickr.com / domena publiczna)
Roman Polański i Sharon Tate w 1968 roku (fot. Lily Laurent / flickr.com / domena publiczna)

Wasser od razu pożałował, że zgodził się na tę sesję, ale Polański go potrzebował, nawet w tak bolesnych chwilach. Nie był to przejaw próżności, w każdym razie nie do końca. W nadziei, że przyczyni się do postępów w śledztwie, reżyser zaprosił Petera Hurkosa, jasnowidza słynącego z rzekomych zdolności parapsychologicznych. Wasser miał mu dostarczyć kopie swoich zdjęć, aby mógł z nich odczytać "psychiczne wibracje".

Polański zaprowadził ich do pokoju dziecinnego, który Tate starannie umeblowała i przystroiła w oczekiwaniu na narodziny synka. - Roman stanął obok kołyski i zaczął płakać. Powiedziałem: "To jest tak osobista chwila, że nie powinno mnie tu być", a on na to: "Proszę, tylko nie rób teraz zdjęć". W całej mojej karierze nie widziałem nic równie smutnego. Nigdy nie czułem się tak nachalny, chociaż mnie tam zaproszono. To było potworne, kiedy znalazłem się w sypialni tej nieszczęsnej kobiety, patrzyłem na jej rzeczy pokryte proszkiem daktyloskopijnym i dotarło do mnie, co tam się stało.

Okazało się, że Hurkos nie przejął się tak bardzo powagą sytuacji. Tydzień przed publikacją materiału w "Life" na pierwszej stronie tabloidu "Hollywood Citizen News" ukazały się pirackie kopie fotografii Wassera. Jasnowidz sprzedał powierzone mu zdjęcia wraz z wibracjami i wszystkim innym.

Wasser wspomniał o "wielkim strachu", który zapanował w Los Angeles. - Mieszkałem w Beverly Hills. Nie miałem co liczyć, że ktoś wpuści mnie do domu. Zwykły egoizm i paranoja rozrosły się do monstrualnych rozmiarów. Ludzie znaleźli jeszcze jeden powód, żeby nie otwierać drzwi nieznajomym.

W kolejnych wywiadach słyszałem wiele podobnych relacji. Znacząco wzrosła sprzedaż alarmów i zabezpieczeń antywłamaniowych, a ludzie pośpiesznie upłynniali zapasy prochów. Na łamach "Life", nota bene w tym samym artykule, do którego Wasser wykonał zdjęcia, pojawiła się wypowiedź anonimowego przedstawiciela kręgów filmowych: "W Beverly Hills pracowały spłuczki klozetowe. Cały system kanalizacyjny Los Angeles zatkał się na amen".

Inni podejmowali bardziej radykalne środki ostrożności. Steve McQueen, jak wspominał jego agent, Warren Cowan, miał przy sobie rewolwer na pogrzebach Tate i Sebringa, z którymi był zaprzyjaźniony. Aktor uległ paranoi, która zawładnęła całym Hollywood, gdzie wszyscy podejrzewali, że zabójca może się czaić wśród nich.

Dom przy Cielo Drive 10050 (fot. flickr.com/photos/georgie56)
Dom przy Cielo Drive 10050 (fot. flickr.com/photos/georgie56)

- W Hollywood wszystko się zmieniło - wyznał Dominic Dunne, dziennikarz "Vanity Fair" znany ze swoich artykułów na temat branży rozrywkowej. - To już nie był ten sam taniec, te same prochy i to samo pieprzenie.

Żona Dunne'a tak bardzo się bała, że odwieźli swoje dzieci do północnej Kalifornii, gdzie mieszkała ich babka.

Tina Sinatra, córka Franka, wspominała, że jej ojciec zatrudnił ochroniarza. -Przez kilka miesięcy facet nie odstępował nas na krok od świtu do zmierzchu. Myślę, że moja mama go przekarmiała. Był uzbrojony, nosił mundur i siedział w kuchni przez całą noc. Pamiętam atmosferę, która wtedy panowała w mieście. atmosferę strachu.

Zmowa milczenia

(...) Odmówili mi Warren Beatty i Jane Fonda. Tak samo Jack Nicholson i Dennis Hopper, których podobno łączyła zażyłość z Tate i Polańskim. Candice Bergen, ówczesna dziewczyna Terry'ego Melchera, również powiedziała nie, podobnie jak David Greffen, Mia Farrow, Anjelica Houston i wiele innych osób.

Spotykając się z kolejnymi odmowami, sam zacząłem popadać w paranoję. Czy oni wszyscy się zmówili? Zadawałem im tylko pytanie, czy zechcieliby porozmawiać o następstwach tamtej zbrodni w ich środowisku - nie zachowywałem się, jakbym wtykał nos w nie swoje sprawy. Tymczasem Bruce Dern: nie. Kirk Douglas: nie. Paul Newman: nie. Elliott Gould, Ann-Margret, Hugh Hefner: nie, nie, nie. W sumie około czterdziestu osób odprawiło mnie z kwitkiem. Niektóre z nich były powszechnie znanymi gwiazdami, ale również ci zupełnie nieznani znajdowali powody, aby mi odmówić. Wyglądało na to, że w moim artykule o Hollywood nie będzie wzmianki o nikim z Hollywood.

W nadziei na coś bardziej odkrywczego zwróciłem się do mniej sławnych postaci. Peter Bart, wieloletni redaktor naczelny magazynu "Variety" utrzymywał bliskie kontakty z Polańskim i to, co od niego usłyszałem, skierowało mnie na pewien trop. - Muszę przyznać, że całe to towarzystwo było trochę przerażające - oświadczył Bart, mając na myśli ludzi skupionych wokół Polańskiego i Tate. - Otaczała ich atmosfera zagrożenia. Dało się odczuć, że wszyscy igrają z losem i sytuacja wymyka się spod kontroli. Wciąż jeszcze rozmawiamy o tym z żoną. Każdy, kto bagatelizuje następstwa tamtego wydarzenia, plecie bzdury.

Wtedy to po raz pierwszy zetknąłem się z koncepcją "odjazdowego życia i odjazdowej śmierci" - poglądem, jakoby znajomi Polańskiego swoimi bachicznymi imprezami i swobodną moralnością sami ściągnęli na siebie nieszczęścia. Pomyślałem, że może coś w tym być. Bądź co bądź sprawa została wyjaśniona i podobno ofiary nie zrobiły nic, żeby sprowokować morderców, jednak Barta także inni, z którymi rozmawiałem wkrótce potem - mimo wszystko utrzymywał, że przyczyny należy szukać w ich rozwiązłym stylu życia.

(...) Wspomniałem Peterowi Bartowi o mojej serii niepowodzeń. Jego odpowiedź zapadła mi w pamięć, zwłaszcza że mijały kolejne miesiące, a ja zacząłem odkrywać, że Manson prawdopodobnie miał w Hollywood mocniejszą pozycję, niż ktokolwiek byłby skłonny przyznać. - Już sam fakt, że wszyscy ci odmawiają - powiedział - jest intrygujący.

Charles Manson w 1968 i 1969 roku (fot. domena publiczna)
Charles Manson w 1968 i 1969 roku (fot. domena publiczna)

Prokurator

Znalazł się jeden człowiek, który zgodził się ze mną porozmawiać - Vincent Bugliosi [główny oskarżyciel w sprawie Mansona - przyp.red.]. Nie tylko umówił się ze mną na wywiad, ale zaprosił mnie do swojego nowego domu w Pasadenie - tego samego, w którym kilka lat później groził, że "zaszkodzi mi tak, jak jeszcze nikt mi nie zaszkodził", jeżeli opublikuję moje odkrycia.

Podczas naszego pierwszego spotkania nic nie zapowiadało takiej wrogości. Schlebiało mi, że przyciągnąłem uwagę Bugliosiego - człowieka, który doprowadził do skazania jednego z największych potworów XX wieku. W pewien słoneczny wiosenny dzień poświęcił mi sześć godzin i woził mnie po okolicy, pokazując różne miejsca związane ze zbrodnią, a potem zjedliśmy lunch z jego ulubionej restauracji. Niebawem przekonałem się, czym była podszyta jego gościnność.

Każdy prokurator w trakcie swojej kariery zyskuje wielu wrogów, a Bugliosi, jak się dowiedziałem, miał ich więcej niż wielu jego kolegów po fachu. Jednak pomimo faktu, że kiedyś sam Manson groził mu śmiercią, mieszkał w pozbawionym zabezpieczeń domu typowym dla podmiejskiej zabudowy. Kiedy go odwiedziłem w tamten kwietniowy dzień w 1999 roku, wciąż był w trakcie przeprowadzki. Bugliosi, siwowłosy, szczupły i niebieskooki, uścisnął mi dłoń na powitanie, przepraszając za nierozpakowane pudła. (...)

Bugliosi bardzo szybko mówił. Zalewał mnie potokami słów i od czasu do czasu bez wyraźnego powodu zrywał się z krzesła. Gail, jego żona od czterdziestu trzech lat, podała nam ciastka i mrożoną herbatę. Krzątała się przy blacie kuchennym i w przeciwieństwie do męża była oazą spokoju. Zauważyłem, jak wywraca oczami, gdy oznajmił, że zrealizowana w 1976 roku adaptacja filmowa Helter Skelter "była hitem sezonu" i "miała największą oglądalność w dziejach telewizji, wyprzedzając serial Korzenie". W zasadzie Bugliosi wciąż przeżywał swój triumf sprzed trzydziestu lat i ściśle trzymał się scenariusza. Trudno było skierować rozmowę na inne tory. Gdy później zabrał mnie na przejażdżkę po okolicy, ciągle wspominał potyczki, które toczył z Mansonem na sali sądowej. Czasami odnosiłem wrażenie, że cytuje fragmenty swojej książki. Wydawał się rozmowny i bardzo otwarty, ale wszystko, co mówił - całymi godzinami - było starannie wyreżyserowane.

Wciąż licząc na jakiś przełom, delikatnie nawiązałem do niejasności, na które natrafiłem w Helter Skelter. Na przykład jak to możliwe, że policja przeoczyła tak wiele tropów i dlaczego wcześniej nie ujęto sprawców? Podobnie jak w swojej książce Bugliosi zrzucił to na karb niedbalstwa śledczych. Powiedział, że nigdy nie rozwiązaliby tej sprawy, gdyby nie on.

Sharon Tate (fot. Marilyn Stafford / domena publiczna)
Sharon Tate (fot. Marilyn Stafford / domena publiczna)

Chciałem poznać jego opinię na temat dozorcy z Cielo Drive, Williama Garretsona, jedynego ocalałego z obecnych tamtej nocy na posesji. Garretson mieszkał w skromnym domku dla gości oddalonym od rezydencji i jego zeznania brzmiały tak nieprzekonująco, że początkowo uchodził za głównego podejrzanego. Zapewniał, że jego sprzęt stereo grał wystarczająco głośno, żeby wszystko zagłuszyć i dlatego nie słyszał krzyków ani wystrzałów, chociaż około dwudziestu metrów od jego okna doszło do masakry. Bugliosi zgodził się z tym, aczkolwiek niechętnie. Przypomniał mi, że policja przeprowadziła testy akustyczne, które potwierdziły wersję Garretsona.

Przeszedłem do Terry'ego Melchera [producent muzyczny, który wcześniej wynajmował dom przy Cielo Drive; nie chciał podpisać kontraktu płytowego z Mansonem - przyp.red.]. Jeżeli Manson naprawdę chciał mu dać nauczkę, dlaczego kazał zamordować ludzi, którzy mieli z nim tylko tyle wspólnego, że mieszkali pod jego dawnym adresem? Melcher nie znał osobiście żadnej z ofiar zamordowanych w rezydencji Polańskich. Nie znalazłem żadnych dowodów na to, że przynajmniej widział przelotnie którąś z tych osób. A poza tym z relacji Bugliosiego wynika, że Manson wysyłając swoich wyznawców do domu przy Cielo Drive, doskonale wiedział, że Melcher już tam nie mieszka.

Prokurator wymigał się od odpowiedzi, ponownie wspominając o strachu, jaki prześladował Melchera podczas procesu i przez kolejne lata - producent obawiał się, że Manson albo inni członkowie Rodziny wciąż pragną jego śmierci. Poprosiłem Bugliosiego, żeby skontaktował mnie z Melcherem, i już sam fakt, że ośmieliłem się to zrobić, wytrącił go lekko z równowagi. Odparł, że miałbym spore trudności z nakłonieniem tego faceta do rozmowy. Dowiedziałem się, dlaczego tak sądził, gdy później udało mi się dotrzeć do Melchera.

Kaseta

Po kilkugodzinnej rozmowie kiedy zapadał już wieczór, zdecydowałem się na desperackie zagranie i zapytałem Bugliosiego, czy mógłby mi powiedzieć o tej sprawie coś, o czym jeszcze nikt dotąd nie napisał. Zmarszczył czoło i widziałem, że poważnie się nad tym zastanawia. Wyjąłem z torby książkę -Waiting for the Sun Barneya Hoskynsa opowiadającą o historii sceny muzycznej Los Angeles. Czytałem ją, przygotowując się do wywiadów - tak wiele osób nie chciało ze mną rozmawiać, że miałem trochę więcej czasu, niż przewidywałem -i chciałem, żeby Bugliosi rzucił okiem na pewien fragment, który zaznaczyłem. Hoskyns twierdził, że w domu Polańskich nakręcono kilka filmów sado-maso i podczas jednej z tamtejszych imprez pewien diler narkotykowy został wbrew swojej woli związany i wychłostany. W innych źródłach, między innymi w książce Eda Sandersa The Family wydanej w 1971 roku, pojawia się ta sama anegdota, jednak Bugliosi pominął ją w Helter Skelter.

Vincent Bugliosi w 2009 roku (fot. Wikimedia Commons)
Vincent Bugliosi w 2009 roku (fot. Wikimedia Commons)

Stary prokurator sprawiał wrażenie, jakby spierał się w myślach z samym sobą. Po długiej chwili milczenia poprosił mnie, żebym wyłączył dyktafon. - Nikt nie może powiązać tego ze mną - zaczął. - Po prostu powiedz, że to informacja z bardzo wiarygodnego źródła. (Później wyjaśnię, dlaczego potraktowałem tę odpowiedź jako oficjalną). Kiedy Bugliosi rozpoczął postępowanie, śledczy poinformowali go o kasecie wideo znalezionej na poddaszu domu przy Cielo Drive. Z ich relacji wynikało, że na nagraniu, którego autorem niewątpliwie był Polański, dwaj mężczyźni zmuszają Sharon Tate do uprawiania seksu. Prokurator nie obejrzał tego filmu.

- Odłóżcie kasetę tam, gdzie ją znaleźliście - rozkazał. - Roman już dosyć wycierpiał. To nic nie wniesie, a tylko splami jej pamięć i sprawi mu ból. Obydwoje są ofiarami.

Tani chwyt, pomyślałem, zresztą Bugliosi już wspominał o tym odkryciu. W Helter Skelter napisał, że na miejscu zbrodni znaleziono film, na którym Roman i Sharon "uprawiali seks". Wkrótce potem do domu wrócił Polański (w towarzystwie Juliana Wassera i jasnowidza) i według obecnych tam policjantów "wspiął się po drabinie, sięgnął na stryszek, znalazł taśmę wideo, którą funkcjonariusze Departamentu Policji Los Angeles odłożyli na miejsce, i wsunął ją do kieszeni".

Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej czułem się zaintrygowany obsceniczną treścią tego nagrania. Stanowiła ona potwierdzenie etosu "odjazdowego życia". A potem nasunęło mi się pytanie: czy zmuszając żonę do zbliżenia z innymi mężczyznami i filmując to, Polański dopuścił się przemocy domowej?

- Roman to popapraniec - stwierdził Bugliosi. - Kazał jej to robić. Jeżeli mówił prawdę - a wkrótce przekonałem się, że to śmiałe założenie - ta kaseta mogła rzucić podejrzenie na Polańskiego i dlatego policja powinna była ją włączyć do materiału dowodowego.

Była to pierwsza nowa informacja, jaką do tej pory zdobyłem, i miałem nadzieję, że uda mi się potwierdzić jej prawdziwość. W ferworze poszukiwań nie zwróciłem uwagi na pewien szczegół, który odkryłem dopiero ponad pół roku później. Bugliosi nie mógł powiedzieć detektywom, żeby odłożyli kasetę na miejsce, ponieważ jako prokurator okręgowy został przydzielony do tej sprawy 18 listopada 1969 roku, czyli około trzech miesięcy po powrocie Polańskiego do domu.

We wczesnej fazie śledztwa policja musi kontaktować się z biurem prokuratora okręgowego w celu zatwierdzenia nakazów przeszukania. Jeżeli Bugliosi dowiedział się od detektywów o taśmie już w sierpniu - jeżeli to on, jak twierdzi, kazał odłożyć ja na miejsce - to jakieś okoliczności sprawiły, że zaangażował się w dochodzenie wcześniej, niż powierzono mu prowadzenie tej sprawy. Może chodziło o jakiś drobiazg - może uznał, że powinien coś zataić w trosce o reputację pewnych sławnych osób. Choć nie od razu wychwyciłem tę nieścisłość, czekało mnie wiele kolejnych. Gdy w końcu je odkryłem, całkowicie zmieniły charakter naszych relacji.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA SA (mat. prasowe)
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA SA (mat. prasowe)

*Fragmenty książki "Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood" Toma O'Neilla i Dana Piepenbringa. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (106)
Zaloguj się
  • bjern

    Oceniono 55 razy -35

    To oczywiste, że Polański to potwór. Miał 44 lata gdy zgwałcił 13-latke. Demon.

  • ax-les-thermes

    Oceniono 34 razy -30

    Mrozona herbata???? Ice tea jest po prostu zwyklym chlodnym napojem w puszkach o kilku roznych smakach produkowanym przez Lipton. Google translation ain't always accurate one. Daaaaaaaaaaaaaaa.

  • smurfmadrala

    Oceniono 39 razy -27

    Hipisowska plaga,mutuje jak nowotwór, daje przerzuty, zabija cywilizację Zachodu.

  • tade-k53

    Oceniono 32 razy -26

    To były czasy gdy Sobór Watykański II dał zielone światło Lucyferowi. Dlatego owoce soboru to samo zło.

  • zuuuraw

    Oceniono 24 razy -10

    Co trzeba mieć w głowie, żeby wracając do domu, na miejsce okrutnej zbrodni, gdzie rozpłatano nożem brzuch jego ciężarnej żony, zabierać ze sobą fotografa i robić sobie foty z miejscem zbrodni w tle !?! To że był szurnięty i zboczony to wiedziałam, ale że aż tak bezgranicznie cyniczny ?

  • tambourine_woman

    Oceniono 29 razy -3

    "Roman to popapraniec" - wiemy to. Ale to ma związek ze zbrodnią tylko taki, że tym bardziej żal Sharon Tate - i przed swoją straszną śmiercią nie miała tak lekkiego życia, jak mogłoby się wydawać.

  • andrzejbak

    Oceniono 21 razy -1

    Czytacie historyjki z przeszłości a tam w Los Angeles u filmowców takie szambo wybija od 2 lat że jak zaśmierdziało na ostatniej gali Oskarowej to prawie wszyscy teraz wstydzą się przyznać że na niej byli. No cóż bezpieczniej dziennikarzom pisać o tym co było zwłaszcza że ofiara do bicia jest już wyznaczona od kilkudziesięciu lat zaś o tym co się tam teraz dzieje przeczytamy pewnie po bezpiecznym okresie 20 lat czyli zostaniemy potraktowani nieświeżymi lukrowanymi babeczkami. Radził bym się odważnym przyjrzeć temu co się tam dzieje bo są już artystyczne i towarzyskie "trupy" których gnijące łapska sięgają do Europy i Polski.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX