Strajk na UIC

Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)

reportaż

"54 proc. doktorantów regularnie rezygnuje z posiłków, bo nie ma pieniędzy na jedzenie"

Z jednej strony uczelnia do nas dokłada, bo nie musimy płacić 40 tys. dolarów czesnego. Z drugiej - oferuje nam głodowe pensje, poniżej minimum socjalnego, za prowadzenie zajęć. Z samego faktu niepłacenia czegoś nie można się utrzymać. Więc zastrajkowaliśmy - opowiada Andrzej Brylak, jeden z leaderów zwycięskiego strajku doktorantów na uniwersytecie w Chicago.

Przed wejściem na każdy z jedenastu uniwersyteckich wydziałów ustawia się łańcuszek ludzi. Mają megafony, flagi, kartonowe transparenty. Niektórzy przynieśli instrumenty muzyczne, inni improwizują na odwróconych do góry dnem aluminiowych wiadrach albo na plastikowych trąbkach. Intonują doskonale znane w Chicago - mieście, w którym narodził się amerykański ruch związkowy - protest songi klasy robotniczej. Śpiewają o wykluczeniu społecznym, sile związków zawodowych, potrzebie sprawiedliwego wynagrodzenia za wykonaną pracę. Raz na jakiś czas robią kilka kroków w przód lub w tył, klaszczą, tańczą w rytm muzyki. Ani na moment nie porzucają jednak swojego szyku - starają się ciągle poruszać wzdłuż niewidzialnej prostej linii. Nazywana pikietową, symbolizuje powód, dla którego tam są. Oznacza, że strajkują.

Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)
Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)

Kręgosłup strajku

19 marca doktoranci na University of Illinois w Chicago, jednej z największych stanowych uczelni na amerykańskim Środkowym Zachodzie, rozpoczęli pierwszy w historii tego uniwersytetu strajk. Choć wszyscy są jeszcze w trakcie studiów doktoranckich, nie nazywają siebie studentami. W oficjalnej terminologii wolą używać określenia graduate workers - pracownicy podyplomowi. W ten sposób podkreślają, że wprawdzie jeszcze się uczą, ale uniwersytet jest dla nich przede wszystkim pracodawcą.

Podyplomowy związek zawodowy na UIC istnieje od 19 lat, zrzesza półtora tysiąca członków. Opłata członkowska jest jak na studencką kieszeń wysoka, bo wynosi 50 dolarów miesięcznie. Mimo to aż 13,5 proc. wszystkich doktorantów i studentów kursów magisterskich (prawie 11 tys. osób) zapisało się do związku. Przeważają w nim doktoranci.

Na każdym uczelnianym wydziale mają swojego przedstawiciela, tzw. stewarda - w czasie strajku to on ma za zadanie upewnić się, że morale wśród uczestników protestu jest na tyle wysokie, żeby walczyć dalej. Stewardzi, czyli szefowie wydziałowych komórek związku, w strajkowym szkielecie pełnią rolę kręgosłupa. Mobilizują, dopingują, przynoszą wieści z sal negocjacyjnych. Kiedy trzeba - skarcą za narzekanie i przypomną, że Chicago to amerykańska stolica ruchu robotniczego. A tradycja zobowiązuje.

Stewardem na wydziale literatur słowiańskich jest Andrzej Brylak. W swojej pracy doktorskiej analizuje twórczość Leo Lipskiego, zapomnianego dziś polskiego pisarza żydowskiego pochodzenia. 30-letni, wysoki, postawny, ubrany w jeansową kurtkę Brylak, na zdjęciach z negocjacji z uczelnianą administracją wygląda jak młody solidarnościowiec, gotów w każdej chwili porwać tłum do kolejnej pikiety. - Nie planowałem studiów w Stanach, nawet nie miałem takich marzeń. W Polsce dominuje przekonanie, że nauka w USA jest kosmicznie droga, trzeba się zadłużyć albo mieć kupę swojej kasy. Ja też tak myślałem, bo skąd miałem wiedzieć, że gdzieś można np. nie płacić czesnego - opowiada Andrzej.

Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)
Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)

Raj dla doktorantów?

Chicago od Krakowa, gdzie Brylak kończył judaistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, dzieli ponad 7600 km. W świecie akademickim odległość ta jest jednak dużo większa, i to nie tylko ze względów finansowych. Różnice są widoczne już w procesie aplikowania na studia. Za oceanem od osób chcących napisać doktorat rzadko wymaga się, by na uczelnię przyszły z gotowym tematem. Mają raczej pokazać ogólne zainteresowanie jakąś dyscypliną, wskazać obszar badawczy, którym chciałyby się zająć. Najlepiej taki, którego nikt jeszcze nie dotknął. Reszta przyjdzie z czasem.

Dystans między uczelniami Andrzejowi skróciła Karen Underhill - dzisiaj koleżanka z wydziału, wykładowczyni UIC, ekspertka od polskiej literatury. - Przyjechała do Krakowa w 2013 roku, kiedy kończyłem studia. Fundacja Taubego na rzecz Odnowy Życia Żydowskiego w Polsce, z którą byłem związany, organizowała z Karen trzydniowe warsztaty. To ona powiedziała mi, że mogę przyjechać na doktorat do Chicago. I żebym nie martwił się pieniędzmi, bo na UIC z automatu dostaje się tzw. tuition waver, czyli odpuszczenie czesnego. Od razu chciałem pakować walizki i lecieć do Chicago. Ale na rekrutację na następny rok akademicki było już za późno, musiałem odczekać 12 miesięcy - wspomina Brylak.

Studia doktoranckie w USA trwają sześć-siedem lat. Pierwsze trzy poświęca się na najzwyklejsze zaliczanie przedmiotów, głównie metodologicznych. W tym okresie student ma o temacie swojej pracy przede wszystkim myśleć, układać go w głowie, rozmawiać o nim z opiekunem naukowym. W Stanach na jednego promotora przypada na ogół nie więcej niż trzech studentów jednocześnie, podczas gdy w Polsce ta liczba dochodzi nawet do 15.

Obraz amerykańskiego raju dla doktorantów burzy jednak kwestia obowiązku prowadzenia przez nich zajęć. - Uczymy od pierwszego roku. Każdy z nas prowadzi zajęcia z trzech niezależnych od siebie przedmiotów. To nie jest żadna asystentura, noszenie teczek czy sporadyczne prowadzenie wykładów. Jesteśmy w całości odpowiedzialni za nasze kursy - od stworzenia sylabusów, przez samodzielne prowadzenie wszystkich zajęć, po dyżury i ocenę prac zaliczeniowych. Teoretycznie mamy na uczelni pół etatu, ale w praktyce na obowiązki wykładowcze poświęcamy dużo więcej czasu. Siłą rzeczy mamy go przez to mniej na nasze badania. A pensje, które uniwersytet nam płaci, są głodowe - tłumaczy Brylak.

Średnia pensja w Chicago wynosi 63 tys. dolarów rocznie. Andrzej na uczelni zarabia rocznie ok. 16 tys. dolarów. - To poniżej minimum socjalnego dla miasta Chicago, co jest o tyle śmieszne, że to minimum wyliczył nie kto inny, jak zespół naszych uniwersyteckich ekonomistów - punktuje Brylak.

Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)
Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)

Jak w korporacji

Wprawdzie doktoranci na wszystkich - poza medycyną i szkołą biznesową - wydziałach UIC zwolnieni są z płacenia czesnego w wysokości 40 tys. dolarów rocznie, w praktyce niewiele to zmienia w ich sytuacji finansowej. Według raportu przygotowanego przez wydział zdrowia publicznego UIC aż 77 proc. kadry podyplomowej nie zarabia wystarczająco dużo, żeby pokryć miesięczne wydatki. A 54 proc. doktorantów przyznaje, że regularnie rezygnuje z posiłków, bo nie ma pieniędzy na jedzenie.

Właśnie z powodu niskich wynagrodzeń doktorantów-wykładowców wybuchł marcowy strajk. Związek zawodowy protestował przeciwko wykluczeniu ich z podziału pieniędzy, których na UIC w ostatnich latach spływa coraz więcej. Na uczelnię w obecnym roku uczęszcza rekordowe 19,5 tys. studentów I stopnia, o 5 proc. więcej niż rok wcześniej. A to oznacza więcej środków z opłat za czesne. O uniwersytet zadbał też jego formalny właściciel, czyli władze stanowe. Kontrolowane przez Demokratów, obiecały przyznać uczelni rekordowo wysoką dotację budżetową, wynoszącą 1,3 mld dolarów, o 112 mln więcej niż w roku poprzednim.

Niewiele z tych finansowych nadwyżek dotrze do samego dołu uczelnianej struktury. Zatrzyma je tama zarządu i administracji. Amerykańskie uniwersytety, nawet te stanowe, czyli najbliższe w swoim modelu europejskim w pełni publicznym placówkom, zarządzane są jak korporacje. Najwięcej do powiedzenia mają w nich prezydent (uczelniany odpowiednik prezesa spółki) i kanclerz (w praktyce przewodniczący rady nadzorczej). Pierwszy za ubiegły rok dostał 100 tys. dolarów bonusu przy rocznej pensji 600 tys. dolarów, drugi - 75 tys. w 2016 i 2017 roku, zarabiając rocznie 380 tys. dolarów.

- Celem strajku było nie tylko podniesienie naszych pensji, ale też zwrócenie uwagi na naszą sytuację. Bo jesteśmy zamknięci w błędnym kole. Te pół etatu mamy zagwarantowane, ale więcej godzin dostać nie możemy, nawet gdybyśmy chcieli więcej pracować i w ten sposób więcej zarabiać. W dodatku większość z nas nie pochodzi z USA i przebywa tu na wizie studenckiej, zabraniającej nam pracy poza uniwersytetem. Nie możemy dorabiać w barach, gazetach czy agencjach reklamowych tak jak miejscowi - podkreśla Brylak.

Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)
Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)

Uczelniana administracja powtarza - znany również z Polski argument - że dla doktorantów prowadzenie zajęć to integralna część studiów, element ich treningu, a nie zwykła praca. Dlatego nie mogą dostawać wyższych pensji, bo nie funkcjonują w warunkach rynkowej konkurencji. Nie można ich też zwolnić i zastąpić pracownikami z zewnątrz, bo ich pół etatu jest gwarantowane i jednocześnie wymagane jako element programu doktorskiego. Dodatkowo uniwersytet zwalnia ich przecież z czesnego. Z punktu widzenia władz uczelni studenci źle na tym układzie nie wychodzą.

- Zgadzam się, że jeśli do mojej pensji doliczy się te 40 tysięcy czesnego, które teoretycznie zostają w mojej kieszeni, to robi się z tego bardzo przyzwoita suma. Ale ja tych 40 tysięcy nigdy nie widzę, nie odprowadzam też od nich podatku. Nie rozumiem, jak ktoś może wliczać to do mojego wynagrodzenia - protestuje Brylak.

Strajk był zderzeniem dwóch logik myślenia. Doktoranci walczyli o uznanie ich praw jako pracowników, administracja chciała widzieć w nich tylko studentów. W końcu doktoranci zdecydowali, że czas próśb się skończył. Andrzej podkreśla, że sukces w walce z taką dużą uczelnianą strukturą może osiągnąć tylko związek zawodowy. - Indywidualne krzyki nic nie dadzą. Im nas więcej, tym jesteśmy skuteczniejsi. Nasza organizacja jest częścią centrali związkowej dla całego Chicago, dlatego poparli nas przedstawiciele innych zawodów. Trębacze z filharmonii przyszli na kampus zagrać dla nas koncert, a pocztowcy z UPS, z którym uczelnia ma kontrakt, wstrzymali doręczanie listów i przesyłek dla całego uniwersytetu na czas trwania strajku. Czuliśmy, że całe miasto jest z nami, że nas rozumie i popiera.

W Chicago strajki są praktycznie elementem miejskiego krajobrazu. 1 maja - Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy - obchodzony jest na pamiątkę kampanii strajkowej prowadzonej właśnie tu, w stolicy stanu Illinois. Stąd pochodziła i tu zaczynała działalność większość najważniejszych leaderów walki o prawa pracownicze w USA, takich jak Albert Parsons i jego żona, Lucy Parsons, pionierzy walki na rzecz 8-godzinnego dnia pracy.

To właśnie ta lokalna tradycja zainspirowała Andrzeja do udziału w strajku. Dużo bardziej niż jego pochodzenie, choć urodził się przecież w kraju, którego marsz ku demokracji zaczął właśnie związek zawodowy. - Nikt nie zwrócił mi na to wcześniej uwagi. Polski z ruchem związkowym nikt w Chicago nie kojarzy. Wśród młodego pokolenia legenda "Solidarności" nie funkcjonuje, nawet wśród osób studiujących historię ruchów pracowniczych, a jest ich na uczelni cała masa - opowiada Brylak.

Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)
Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)

Sposób na łamistrajków

Negocjacje z uczelnianą administracją trwały 17 dni. W tym czasie nie odbyło się 80 proc. zajęć prowadzonych przez doktorantów. Po ich stronie stanęli też profesorowie, którzy w geście solidarności swoje zajęcia przenosili poza kampus - do kawiarni lub bibliotek publicznych, albo prowadzili je przez Internet. Wszystko po to, żeby nie przekroczyć linii pikietowej. - Cała amerykańska koncepcja strajku opiera się na tej linii. "Ustawiamy ją" przed budynkiem wydziału - w ten sposób każdy, kto chce do niego wejść, musi obok nas przejść. Staliśmy tak codziennie, od 9 do 16, w dwóch zmianach. Jeśli chciałeś poprowadzić zajęcia pomimo strajku, musiałeś liczyć się z naszą reakcją - nazwaniem cię łamistrajkiem, krzyczeniem, że powinieneś się z nami solidaryzować, trąbieniem, buczeniem. Powinno ci być wstyd, że nas nie popierasz - tłumaczy Andrzej.

Kiedy doktoranci stali w linii, ich negocjatorzy, wsparci związkowym prawnikiem, prowadzili w tym czasie rozmowy z administracją. Każdy mógł na nie wejść z ulicy i wysłuchać argumentów obu stron. Najdłuższa sesja mediacyjna trwała prawie 12 godzin - ale możliwa była dopiero wtedy, kiedy obie strony chciały podjąć dialog. Bo zdarzyło się też spotkanie, które trwało 5 minut - kiedy przedstawiciele związku usłyszeli, że władze uczelni nie pójdą na żadne ustępstwa, po prostu wyszli z sali.

Administracja uczelni, podobnie jak związkowcy, również nie ograniczyła swoich działań wyłącznie do rozmów przy stole negocjacyjnym. Do studentów studiów licencjackich, czyli tych najbardziej poszkodowanych przez strajk (odwołano 80 proc. ich zajęć), wysyłała maile ze swoją interpretacją wydarzeń. - Pisali do naszych studentów, że wcale nie zarabiamy tak mało, a odpuszczenie nam opłat za czesne jest olbrzymią ulgą finansową. Mimo to studenci jednoznacznie nas wsparli, ich samorząd napisał do nas list poparcia - relacjonuje Brylak.

Uczelnia swoje stanowisko tłumaczyła też rachunkiem ekonomicznym. Jej przedstawiciele argumentowali, że owszem, UIC się bogaci, ale w pierwszej kolejności potrzebuje inwestycji w infrastrukturę i remonty starych budynków. Dodatkowo uniwersytet wykorzystuje nadwyżki finansowe na bardzo wysokie pensje dla kadry profesorskiej, kompensując w ten sposób fakt, że zostaje ona w Chicago, a nie ucieka do bardziej prestiżowych szkół Ligi Bluszczowej, która jest związkiem elitarnych uczelni w północno-wschodniej części USA. Do jej członków należą m.in. Harvard, Yale, Columbia czy Princeton. Dla pracowników podyplomowych, mówili członkowie administracji, pieniędzy miało już zwyczajnie nie starczyć.

Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)
Strajk na UIC (fot. Janis Lazovskis / facebook.com/uicgeo)

Ostatecznie batalię wygrali doktoranci. I odnieśli przy tym duże zwycięstwo. Uczelnia na początku zaoferowała im 7- procentową podwyżkę w 5 lat, ale związek wynegocjował 14- procentową w 3 lata. To największa podwyżka płac dla kadry podyplomowej w historii uczelni.

Dodatkowo doktoranci uzyskali prawo uczestnictwa w tzw. induction weeks, czyli zapoznawczych spotkaniach dla nowych studentów przed rozpoczęciem roku akademickiego. Na każdym takim wydarzeniu obecny będzie przedstawiciel związku zawodowego, który opowie o sytuacji pracowniczej na uczelni i poinformuje o możliwości zrzeszenia się.

Polityka w działaniu

Dla Andrzeja strajk był najlepszą lekcją robienia polityki na małą skalę. -  Nauczyłem się, jak organizować ludzi, sprawdzać nastrój w dużej grupie, zapanować nad komunikacją między szeregowymi członkami związku i jego liderami - opowiada. Czy pojawiło się poczucie lęku przed przegraną? - Jasne. 17 dni to długo, więc musieliśmy ciągle zadawać sobie pytanie, czy warto dalej przeciągać strajk. Może nasze wymagania są zbyt wysokie, może nic już nie ugramy? Może ludzie są zmęczeni, wolą wrócić do pracy? Na szczęście wytrzymaliśmy - podsumowuje Brylak. I zaznacza, że w Stanach rynek akademicki jest tak skonstruowany, że po doktoracie zwyczajowo nie zostaje się na swojej uczelni, tylko szuka zatrudnienia gdzie indziej. - Dlatego w czasie strajku nie myśleliśmy, czy komuś podpadniemy i czy to się na nas w przyszłości nie odbije. Wiem, że w Polsce jest pod tym względem inaczej. My zaryzykowaliśmy. To jest właśnie polityka w działaniu, a nie niekończące się dyskusje.

Mateusz Mazzini - reporter, socjolog, latynoamerykanista. Absolwent St Antony's College, University of Oxford, doktorant w Instytucie Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Wykładowca w Collegium Civitas, stały współpracownik tygodnika Przegląd i portalu polityka.pl. Publikuje również m.in. w Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, The Washington Post, Foreign Policy, Foreign Affairs. Mieszka w Warszawie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (165)
Zaloguj się
  • gazeta1960

    Oceniono 18 razy 14

    Nic nowego.
    Ja na uczelni nie zostałem, ale kolega, który chciał robić doktorat usłyszał od potencjalnego promotora: Czy twoi rodzice są w stanie utrzymywać cię przez kolejne kilka lat? Bo jeśli nie, to idź do pracy w której będziesz w stanie sam na siebie zarobić.
    Uczciwie powiedziane, nieprawdaż?

  • farcry3

    Oceniono 25 razy 9

    No cóż, to nie tylko w Chicago czy USA tak jest. Neoliberalizm i "nofoczesność" ma swoje prawa. 1% najbogatszych amerykanów ma w swojej kieszeni większość majątku USA. Macie banksterów, miliarderów a niedługo bilionerów. Czyimś kosztem te majątki rosną. .
    A co do "nofoczesności" to promowani są różni debile-celebryci, jutuberzy, influencerzy nie mający nawet pokończonych szkół a promujący jakieś cuddiety i inne wiejskie " mundrości". Niestety GW też ich promuje. Kopacze z IQ na poziomie stułbii 'zarabiający" dziesiątki milionów euro za to tylko, że umie dobrze kopnąc skórzaną kulę między dwa słupki. Takie mamy dziś wzorce i ideały. Niestety, nie są to ludzie wykształceni , mający coś do powiedzenia i robiący rzeczy społecznie użyteczne.
    Drodzy doktoranci: przyjrzyjcie się, ile Wasz FED pompuje banksterom z Wall Street do kieszeni pieniedzy. Ułamek tego by Wam wystarczył na podniesienie stopy życiowej. Ale nie łudźcie się, oni sami z Wami sie tym nie podzielą, musicie sobie to sami wywalczyć. W USA są w tej chwili największe dysproporcje w bogactwie ze wszystkich krajów rozwiniętych. Te dysproporcje się będa pogłebiać do momentu, aż neoliberalizm zamieni się w socjalizm albo komunę ( na drodze jakiś przewrotów społecznych). Niestety, ale tak doszedł do władzy Hitler i Stalin.

  • normalny777

    Oceniono 10 razy 8

    Jak byłem na postdocu w Stanach, w jednej z uczelni stanowych, mój kolega z pokoju był także studentem doktorantem. Nie wiem dokładnie ile zarabiał, ale wiem, że nie stać go było na obowiązkowe (uczelnia wymagała) ubezpieczenie zdrowotne. Znalazł gdzieś firmę, która za kilkadziesiąt dolarów miesięcznie wystawiała mu papier, że jest ubezpieczony, jednak każda usługa medyczna była refundowana przez nich w 0%. Czyli w praktyce nie był ubezpieczony... ale miał papier.
    Poza tym chłopak oszczędzał na wszystkim, lekko nie miał. Ja na postdocu zarabiałem ponad dwa razy tyle ce on, ale kokosy to też nie były, jadąc tam myślałem, że coś odłożę... nie udało się. Nie wyobrażam sobie, jak można przeżyć w USA w wielkim mieście za $1330. Serio.

  • lilicziczi

    Oceniono 7 razy 5

    W Polsce większość doktorantów to nawet stypendium nie dostaje a zajęcia prowadzić muszą. Niektórzy muszą też płacić za przewód doktorski, co kosztuje ponad 10 000 PLN...

  • edwardrydz

    Oceniono 9 razy 5

    Panie Brylak, nikt pana nie zmusza abys sie pan zajmowal Leo Lipskim za psie pieniadze.

  • student_zebrak

    Oceniono 9 razy 5

    Profesor uniwersytetu w USA dostaje ponad 200k rocznie, wiec jest sprawiedliwie. trudno, ale uczen i czeladnik ma mniej niz majster.

  • Pe Ka

    Oceniono 6 razy 4

    USA? Chicago? A Polska? Narzekamy na to, ze młodzi, zdolni uciekają z naszego kraju.,Doktorat w Polsce? To wymysł, marzenia tych co nie chcą „iść do roboty”... Dzisiaj, by zrobić doktorat w Polsce trzeba być bogatym. Albo z domu, albo z pracy. Tak nam zależy. Wszystko.

  • uploadhelski

    Oceniono 4 razy 4

    Uczelnie, instytuty walczą o swoją pozycję, stają się fabrykami doktoratów, doktoraty są nową formą powszechnego wykształcenia wyższego ... tylko niepotrzebna na rynku. Do tego wiedza bardzo wielu już magistrów, studentów doktoranckich jest bardzo wąska, a pewność siebie wysoka. Mam przykład z jednej z uczelni w Norwegii i wiele innych. Po 2 dniach szkoleń z nowej techniki analitycznej jeden PhD student z Korei i jeden z Chin, chemicy zajmujący się polimerami, spytali - no dobrze, a co to jest moduł Younga?! W przemyśle, gdzie potrzeba rzetelnej wiedzy i szybkiego rozwiązywania problemów taka sytuacja jest niemożliwa. Dawniej doktoraty zdobywało się albo bardzo szybko, porównywalnie z dzisiejszymi - dotyczyło to wąskiej grupy praktycznie geniuszy, albo po mozolnej, wieloletniej pracy.

  • charlie11

    Oceniono 7 razy 3

    Lewica protestuje lewice. Ci na gorze trzymaja sie dozywotnich stolkow (tenure), a ci na dole sa zdziwieni, ze nie moga pojsc do gory

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX