Bezdomny śpiący na klatce schodowej

Bezdomny śpiący na klatce schodowej (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

"Byłem jednym z bezdomnych, którzy podbijają do ciebie na Centralnym: 'Kierowniku! Parę złotych! Da pan radę poratować?'"

Świat "normalnych" ludzi pędzi niesamowicie. To jest aż trudne do ogarnięcia! A ja miałem chilloucik. "Nic nie muszę, powolutku". Ma się takie złudne poczucie wolności - mówi Tomasz, który spał na klatkach schodowych, a w śmietnikach znajdował jedzenie, ubranie i złom, który następnie sprzedawał, by mieć na denaturat. I który - co nie zdarza się często - wyszedł z bezdomności. Dziś jest warszawskim taksówkarzem.

Jak długo był pan bezdomnym?

Dziewięć miesięcy. Od lutego do października 2013 roku.

Jak pan trafił na ulicę?

Zaczęło się elegancko: chodziłem do pracy - a pracowałem w bankowości - ostrzyżony, w garniturze, krawacie i lakierkach. A po pracy szedłem na piwo, później - na setkę i piwo. A jeszcze później przed powrotem do domu wypijałem kilka setek: w krzakach, na ławce. Na końcu nie byłem już w stanie utrzymać żadnej pracy i było mi zupełnie obojętne, co i z kim piję. Żona z dziećmi byli na wakacjach w Grecji, a ja sprowadziłem do domu przypadkowo poznanego Ukraińca, z którym kupiliśmy na dwóch paliwo lotnicze F16.

Co takiego? 

Ukraiński spirytus, dwadzieścia kilka złotych za litr. Tak to nazywaliśmy: paliwo lotnicze. W różnych miastach inaczej się takie wynalazki nazywają, np. w Częstochowie - "ślepotka". U nas, w Ożarowie, mówiło się paliwo F16.  No więc piliśmy ten spirytus i tak zastał nas siostrzeniec, którego żona poprosiła, by skontrolował, co się dzieje w domu. To był koniec. Żona kazała nas stamtąd wyrzucić. Miała mnie dość. Dzieci też nie mogły dłużej patrzeć na ojca sikającego pod płotami i zgarnianego na izbę wytrzeźwień.

Zawsze się zastanawiam, dlaczego w takiej sytuacji trafia się od razu na ulicę? Przecież każdy ma rodzinę - bliższą lub dalszą - albo znajomych. Kogokolwiek, kto może przygarnąć, pomóc!

Komu miałem się w takim stanie pokazać? Bratu? Siostrze? Wstydziłem się prosić o pomoc. 

Gdzie pan spędził tę pierwszą noc?

Przespałem się w krzakach koło stacji benzynowej. To było jeszcze w Ożarowie Mazowieckim. A następnego dnia rano poszedłem pod Biedronkę, żeby wyżebrać parę groszy na nalewkę, F16 czy choćby piwo. Zawsze, szczególnie przed nocą, starałem się napić, żeby zagłuszyć emocje, odciąć świadomość. Ale na dłuższą metę w Ożarowie nie było czego szukać. Ile razy można żebrać pod tym samym sklepem, od tych samych ludzi? W końcu by powiedzieli: "Weź człowieku, ogarnij się, idź do pracy!". Przeniosłem się do Warszawy. Tam jest więcej możliwości! Są tam dworce, mnóstwo śmietników i parkingów, gdzie można stać i żebrać albo wędkować.

04.03.2019 Szczecin , ul. Rapackiego . Bezdomny mezczyzna mieszka w barakach przy ul. Rapackiego . Jest uciazliwy dla sasiadow bo opala kable .Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta
Bezdomni wożą czasem swoje rzeczy wózkiem (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Jak to wędkować?

Na Dworcu Centralnym nauczyłem się, co to wędkowanie: wyciąganie za pomocą haczyka zrobionego z metalowego wieszaka różnych rzeczy ze śmietnika. Nauczył mnie tego Andrzej, którego na Centralnym poznałem.

Co można złapać na wędkę ze śmietnika przy warszawskim bloku? 

Jedzenie! Bardzo dużo jedzenia jest w koszach: kanapki przyszykowane dla dzieci do szkoły, wędlina z kończącym się terminem ważności, pieczywo. Można wygrzebać też fajne ciuchy. No i są rzeczy bardzo wartościowe dla bezdomnego: złom. Znajdowałem żelazka, a obok śmietnika, na dużych gabarytach - telewizor, pralkę czy lodówkę. Trzeba było to rozbić, oskubać z silnika czy kabli i tak pozyskiwało się miedziuchę, miedź. Ona jest cenna w skupie. Sprzedawaliśmy to i mieliśmy na bieżące potrzeby, na alkohol. 

Mieszkał pan na Dworcu Centralnym?

Spędziłam kilka nocy w poczekalni, ale ochrona nas przeganiała. 

Od kilku lat bezdomni rzeczywiście nie śpią już na Centralnym, ale wciąż przebywają w okolicy. Dlaczego dworce są tak przez nich oblegane?

Ze względu na dużą rotację ludzi. Podróżni to są ciągle nowe osoby. Jest więc małe prawdopodobieństwo, że podbije się drugi czy trzeci raz do tej samej osoby. Można sprzedawać ciągle ten sam głodny kawałek i się udaje. 

Głodny kawałek, czyli to słynne "poratuje pani kilka złotych?".

Panie kierowniku! Da radę poratować? Parę złotych? Bezdomny jestem, życie się powywracało, na nocleg w hostelu zbieram. Cokolwiek! Dwójkę, piątkę?

Minęło kilka lat, a pan to ciągle recytuje na jednym wydechu!

To ciągle we mnie jest. Nie ucieknę od tego. 

Ludzie dają te kilka złotych bezdomnemu?

Czasem słabo szło i ledwo na piwo czy nalewkę starczyło. Ale czasem można było 20, 30 złotych wyciągnąć jednego dnia. Od Nataszy Urbańskiej, pod teatrem Buffo, dwie dychy dostałem za pomoc przy parkowaniu (śmiech). Od premiera Pawlaka - 7,80! 

Waldemara Pawlaka?

Tak! (śmiech) Akurat wychodził z restauracji, podbiłem do niego i dał to, co miał w kieszeni. 7,80. Ale bywało też tak, że prosiłem o te kilka złotych i dostawałem opiernicz: że jestem leniem, żebym się wziął do roboty, że jestem śmieciem.

|19.07.1994  Katowice lotnisko Muchowiec , przylot premiera Waldemara Pawlaka . Fot. Miroslaw Noworyta / Agencja Gazeta
Nasz rozmówca twierdzi, że premier Pawlak wsparł do drobną kwotą (fot. Mirosław Noworyta / Agencja Gazeta)

To musi boleć bardzo.

Bardzo. Ale taka była prawda. Ja tak właśnie się czułem. Jak śmieć. 

Być może mnie też prosił pan kiedyś o te kilka złotych na Dworcu Centralnym.

W ogóle częściej prosi się o pieniądze kobiety. 

Dlaczego? Są bardziej empatyczne?

Tak. Ja w ogóle nie lubiłem podchodzić do mężczyzn, bo się bałem. Że uderzą,  zwyzywają. Podchodziło się do kobiet. Ale nie tych z dziećmi! Nie wiem, jak teraz, ale wtedy panowała taka zasada, że się nie podbija do kobiet z dziećmi, bo one mają ważniejsze wydatki niż utrzymywanie żebraków z ulicy.

Taki kodeks honorowy bezdomnych, tak?

Można tak powiedzieć. Chociaż. Jak nie było pieniędzy, a zbliżała się godzina zamknięcia sklepów, to się już na to nie patrzyło wtedy. Każdego się prosiło o pieniądze, żeby tylko cokolwiek do picia kupić.

Jakie jeszcze zasady panują wśród bezdomnych?

Bo ja wiem, czy to są zasady? Ja się dzieliłem z innymi jedzeniem, jak miałem. I tak samo inni bezdomni się zachowywali w stosunku do mnie. Jak coś mieli, to częstowali. Ale zdarzało się też tak, że mnie okradli z jedzenia. To było dla mnie najgorsze. Tam, wtedy, poznałem, co to znaczy być głodnym.

Ile najdłużej pan nie jadł?

Każdego dnia coś tam chapnąłem, ale to nie było jedzenie do syta. Czasem przez cały dzień zjadłem jedną bułeczkę. Zwłaszcza na początku trochę głodowałem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przy kościołach czy u sióstr zakonnych można zjeść. Albo że na zapleczach pizzerii czy kebabowni można znaleźć naprawdę dobre jedzenie. 

A w koszach przy marketach?

O tak! Tam można znaleźć nieco przeterminowaną wędlinę, owoce: banany, truskawki, i różne serki czy mleko. Chodziliśmy też do takiej jednej cukierni i prosili o kawałek ciasta. I właściciel dawał. 

Czyli czasem prawdziwą ucztę można było sobie urządzić!

(śmiech) Tak.

Zawsze z alkoholem?

Tak. Alkohol dobrze zmieniał obraz rzeczywistości.

24.12.2018 Lublin , Targi Lubelskie . Wigilia Milosierdzia Caritas dla bezdomnych i ubogich .Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Wigilia dla bezdomnych i ubogich w Lublinie (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Kiedy byłam dzieckiem, mówiło się, że absolutne dno to picie denaturatu przepuszczanego przez chleb. Ale to były lata 80., 90. Dziś się takich rzeczy nie robi.

Robi się! Pamiętam jak dziś swój pierwszy łyk. Z dwoma kumplami - Ferdkiem i Andrzejem - na Stegnach wędkowaliśmy po śmietnikach, a potem zarobiliśmy parę groszy na sprzedaży złomu. Powiedzieli, że ruszamy po "Białą Damę" na Okęcie. Mnie się ta nazwa z wódką kojarzyła, ale coś mi nie pasowało, bo na wódkę mieliśmy za mało funduszy. Do końca wypierałem myśl, że jedziemy po denaturat. Podjechaliśmy na pętlę tramwajową. Dali mi kasę i powiedzieli: "Najlepiej wyglądasz! Idź do sklepu i kup Białą Damę". I tak zrobiłem. Facet dał mi pół litra przezroczystego denaturatu, chłopaki załatwiły wodę z pompy i wymieszaliśmy ją z tym denaturatem. Wiedziałem, że tego nie wolno pić, że to niebezpieczne, że można oślepnąć. Ale miałem obsesję picia. I wtedy się napiłem pierwszy raz denaturatu. Potem zapaliliśmy niedopałek, pet z kosza. I poprawiliśmy "na drugą nóżkę". Kiedy weszliśmy do tramwaju, ludzie od razu od nas uciekli. Tak cuchnęliśmy.

Czyli od lat zmieniło się tylko tyle, że denaturat nie jest już fioletowy?

Jest biały jak woda. Jak wódka. Sprzedają po 200 mililitrów, po pół litra i litr. Kiedy się obudziłem po tej pierwszej nocy, ręce mi strasznie powykrzywiało. Ale potem przeszło, więc się rozkręciłem. Pół litra kosztowało pięć złotych. Piłem bez rozcieńczania. Totalna degeneracja. 

Jako bezdomny nie żył pan samotnie. Wspomniał pan o Andrzeju i Ferdku.

Andrzejka poznałem na Centralnym. Nie wiem, dlaczego do mnie podszedł. Może dlatego, że w miarę porządnie byłem ubrany? Albo dlatego, że akurat miałem butelkę piwa, a on chciał się napić? Spytał się, czy mam gdzie spać. Nie, nie mam. A czy dobrze wędkuję? Dobrze. No to nie ma problemu, on ma nocleg. Pojechaliśmy na Sadybę i wbiliśmy się na klatkę schodową - Andrzejek wygiął zamek za pomocą noża. Rano, jak zeszliśmy na przystanek autobusowy, poznałem też Ferdka. I potem już trzymaliśmy się razem.

Tak jest bezpieczniej?

Tak. Chodziło też o to, że jednego dnia mnie lepiej szło wędkowanie, drugiego im. Łatwiej było razem. Próbowałem zresztą ich odnaleźć, ale słuch po nich zaginął.

Gdzie pan spał? W lecie rozumiem, że to nie problem, bo można na ławce w parku, ale zimą?

Są squaty i klatki schodowe.

Ludzie nie przeganiają z klatek schodowych?

Przeganiają. Dlatego ja nigdy nie zdejmowałem butów, jak spałem na klatce. Nigdy nie wiedziałem, czy straż miejska, ochroniarz albo młodzież rozwydrzona mnie nie przegoni. Nie chciałem uciekać bez butów. 

Mówi pan o rozwydrzonej młodzieży. Często pojawiają się informacje w mediach o nastolatkach, którzy skatowali bezdomnego. Pana ktoś skrzywdził?

Dwukrotnie w Parku Ujazdowskim. Raz bili pięściami po głowie i rozbili mi na niej butelkę po piwie. Całe szczęście, że udało mi się wtedy uciec. Za drugim razem dostałem "z głowy" i miałem rozbity nos. Różnie to bywa na ulicy. Człowiek jest tam nikim. Kto by się ujął za bezdomnym?

Nie zdarzają się ludzkie, ciepłe gesty? 

Zdarzają się, ale to rzadkość jest. Pamiętam, jak kiedyś stałem wieczorem pod McDonaldem w podziemiach Centralnego. Podbiłem do gościa koło trzydziestki i poprosiłem o jedzenie. Byłem bardzo głodny. Kupił mi dwa cheeseburgery i kawę, pogadał dłuższą chwilę i powiedział: "Chodź, przenocuję cię". Nie wiedziałem, co zrobić, bo był większy i silniejszy ode mnie. Miałem różne myśli. Może zboczeniec, kryminalista? Ale zaryzykowałem. Pojechałem z nim na Ochotę. Wpuścił mnie do swojego domu, pozwolił się wykąpać, dał czyste ubrania, nakarmił kolacją, poczęstował winem. 

27.12.2018 Rzeszow , ul 8 Marca 9 . Wysiedlenie bezdomnych z kamienicy ktora zajmowali . Stan techniczny budynku zagrazal ich zyciu . Fot. Patryk Ogorzalek / Agencja Gazeta
Kamienica w Rzeszowie, którą zajmowali bezdomni (fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Bajka!

Przegadaliśmy wiele godzin, ale nad ranem powiedział, że chce pójść spać, a jednak boi się, bym został u niego w mieszkaniu. Zaklinałem się, że go nie okradnę, ale jednak mnie wyprosił. Dał dwie dychy i poszedłem. To była bardzo fajna noc. Innym razem w okolicach teatru Buffo spotkałem dwoje młodych ludzi. Oni przejęli się moim losem tak bardzo, że załatwili mi pracę przy remoncie jednego mieszkania. Pracowałem tam tydzień, może dwa. To było niesamowite! Stać mnie było na hostel. Mogłem się położyć do łóżka i wygodnie spać, umyć, a nawet kupić sobie bułkę w Burger Kingu! Ale to się skończyło (płacz). Wróciłem na ulicę. Do picia. Wtedy powiedziałem sobie: "Kurwa, z tej sytuacji już nie ma wyjścia. Ludzie mi realnie pomogli, a ja to schrzaniłem po prostu". 

Zna pan bezdomnego, który nie pije?

Był taki jeden. U sióstr misjonarek. Czasem go spotykałem. Mówili na niego "intelektualista". Ale nie mam pojęcia, dlaczego on trafił na ulicę.

Po co pan chodził do sióstr zakonnych? 

Tam się można było wykąpać. Jak się o tym dowiedziałem, regularnie korzystałem z tej możliwości. Wcześniej chodziłem brudny, zarośnięty i zawszawiony. Śmierdzący.

W tramwaju ludzie od pana uciekali przez ten smród. Ale panu on też na pewno przeszkadzał. 

Bardzo. Ja nigdy wcześniej taki nie byłem! Zawsze dbałem o siebie, o higienę. I nagle co? Śmierdzę, jestem zasikany, mam wszy. Na szczęście u sióstr można się było nie tylko umyć i ostrzyc, ale też odwszawić. I dostać czyste ubranie.  Siostry dawały też bardzo dobre obiadki. 

Często, kiedy obserwuję osoby bezdomne, zastanawiam się, co mają w tych swoich siatkach. Jedzenie?

Ja nosiłem plecak, a w nim najbardziej niezbędne rzeczy: majtki i skarpety na zmianę, maszynkę do golenia i szczoteczkę do zębów. No i miedź, i jedzenie, jeśli akurat były. Były też widelec i nóż. 

09.12.2018 Krakow , Planty . Akcja Zupa na Plantach , dzielenie sie zupa z bezdomnymi . Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta
Zupa dla bezdomnych w Krakowie (fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta)

Do jedzenia?

Nie. One się przydają, kiedy człowiek wbija na klatkę schodową. Do sforsowania zamka.

Kradł pan? 

Zdarzało się, że chodziłem na budowy i wyciągałem stamtąd złom.

A czy znał pan wiele bezdomnych kobiet?

Spotykałem je, ale ich jest zdecydowanie mniej niż mężczyzn. I najczęściej się łączą w pary z mężczyznami. Kobiety bezdomne chyba mają gorzej niż faceci.

Dlaczego?

Żeby zdobyć wódkę, można zrobić wszystko. Oddać się każdemu.

Mijały miesiące i nauczył się pan tego nowego życia. Życia bezdomnych.

Ono jest bardzo spowolnione. Niewiele się dzieje. Luzik, chilloucik. "Ja nic nie muszę, powolutku". Ma się takie złudne poczucie wolności.

Wiecznie po pijaku?

Tak. Starałem się, żeby zawsze coś tam płynęło w żyłach.

No więc siedział pan na ławce i obserwował - wiecznie na rauszu - jak żyje stolica. Jak ona wtedy wyglądała? 

Ten świat "normalnych" ludzi pędzi niesamowicie, jak się go z takiej perspektywy ogląda! To było wtedy aż trudne do ogarnięcia. Wszystko takie rozpędzone. Ale mimo wszystko ja zawsze "normalnym ludziom" zazdrościłem. Zawsze chciałem być po tej ich stronie.

A czasem można usłyszeć, że bezdomność to wybór. Że ludzie chcą tak żyć, bo to dla nich kwintesencja wolności.

Myślę, że niektórzy chcą. Tyle że to jest złudne pojęcie wolności. Śpisz na klatce schodowej, z której w każdej chwili może cię wygonić policja. Jaka to wolność?

20.11.2018 Szczecin , ul. Zamknieta . Stowarzyszenie Feniks , schronisko dla bezdomnych kobiet i mezczyzn .Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta
Schronisko dla bezdomnych w Szczecinie (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Jak pan się z tego wyzwolił?

Pod hotelem Sheraton w centrum Warszawy był zaparkowany dostawczy samochód. W ciągu dnia młoda dziewczyna sprzedawała z niego warzywa i owoce, a w nocy zajmowałem go ja. Którejś nocy ta dziewczyna przyszła i zobaczyła, że tam śpię. Chwyciła lewarek i zaczęła mnie okładać po nogach. Mocno oberwałem. Nogi bardzo spuchły. Byłem w fatalnym stanie i tak trafiłem do szpitalika u sióstr misjonarek. Podleczyłem się, spędziłem tam trochę czasu i pojechałem z siostrami do Ojcówka na drogę krzyżową. Tam przysiągłem, że zrobię wszystko, by nie wrócić do bezdomności i picia. Kiedy siostra przełożona mi zaproponowała terapię odwykową i wychodzenia z bezdomności w ośrodku pod Częstochową - zgodziłem się. Było ciężko, ale wytrwałem.

Od ilu lat żyje pan całkiem na trzeźwo?

27 października będzie sześć lat. Teraz mam najlepszy okres w życiu. Świat jest fajny, kolorowy, a ludzie dobrzy. Leciałem samolotem! I zwiedzam sobie Polskę: byłem w Gdańsku, Wieliczce, a z synem pływaliśmy w aquaparku z rekinami! Odzyskuję teraz kontakt z synem. Tylko z córką nie mam kontaktu. Ona tego nie chce. 

Może to kwestia czasu.

Może. Mam nadzieję. Z byłą żoną jest kontakt, ale nasze drogi się rozeszły.

Kiedy wiózł mnie pan taksówką i zwierzył się, że był kiedyś bezdomnym, przeżyłam szok. Jest pan elegancki, zadbany, elokwentny. W życiu bym nie powiedziała, że mógł pan mieszkać na ulicy.

(śmiech) Tego nie tatuują na czole, na szczęście. Że było się bezdomnym czy alkoholikiem.

A co by dzisiaj można panu na czole wytatuować?

"Szczęśliwy człowiek".

Który śpi u siebie, w czystym łóżku.

Tak. Bez butów.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (143)
Zaloguj się
  • ochujek

    Oceniono 39 razy 29

    Ja żebrzącym proponuję pracę od ręki; przy kopaniu, rozładunku, sprzątaniu. Wcześniej posiłek. Żaden nie chce.

  • aga_el4

    Oceniono 25 razy 25

    Jedną z metod wyciągania pieniędzy jest błaganie o kupienie biletu na pociąg, bo coś tam coś tam. Nie chcą pieniędzy, tylko ten bilet. Człowiek się lituje, a oni w kolejnej kasie bilet oddają

  • adamyauch

    Oceniono 17 razy 17

    Z przyjemnością przeczytałem. Dzięki! Pozdrawiam bohatera opowieści. Z ciekawostek mogę powiedzieć, że sposób wyciągania pieniędzy na dworcach ewoluował. Na wschodnim podszedł do mnie ostatnio gość z brudnymi dłońmi i dziurą w bucie. Miał portfel, a w nim chyba ze 20 kart. Jedną wyciągnął, zerknąłem, że kilka lat po terminie ważności. Mówi, że nie działa w bankomacie i czy mu sprzedam papierosa i „pożyczę” 30 złotych. Drugi sposób, to już na peronie. Facet podszedł do mnie i miał w rękach 20 pln w banknocie i z 15 w bilonie. Mówi - brakuje mi 20 złotych na powrót do domu, czy mu pożyczę. Z daleka widać, że bezdomny. Teraz nie żebrzą ordynarnie, tylko mówią, że chcą pożyczyć.

  • dublet

    Oceniono 16 razy 16

    Poszedł do mnie bezdomny, poprosił bardzo ładną polszczyzną o kupno kawy a ja kupiłem mu na wynos taką, jaką chciał. Dlaczego? Bo jego polszczyzna była piękna, rzadko kto tak mówi.

  • jacek_poz

    Oceniono 16 razy 14

    ja mam, nie wiem skąd, taką obsesję od lat, że skończę jako bezdomny. bardzo się tego boję. Zawsze ten strach mi towarzyszył. Mam teraz pracę w korpo (pracuję od 20 lat), mieszkanie, skończyłem studia i te wszystkie 'standardowe' rzeczy. Ale od jakiegoś czasu czuję się jakbym się staczał. Rozwód, jedno z dzieci nie moje (a jednak muszę na nie płacić) przeszacowane alimenty, słaby kontakt z dziećmi (200 km od siebie mieszkamy), kiedyś pracowałem jako kierownik teraz mam stanowisko specjalisty, od jakiegoś czasu mam problemy związać koniec z końcem, mama zmarał, ojca nie znam, innej rodziny brak. Jakiś czas temu porzuciła mnie narzeczona. Od jakiegoś czasu chodzę na psychoterapię. Boję się, że to początek tej drogi...

  • lola558

    Oceniono 30 razy 14

    kIeds dawalam i drobne i jedzenie kupowalam, staralam sie byc empatyczna. Dopoki jeden pan bezdomny nie zrobil sobie u nas na klatce schodowej toalety pewnej zimy, bo na zewnatrz padalo. Kilka razy znajdziesz kupe na schodach, ktorej sprzataczka nie chce ruszyc i mozna sie odkochac w milosierdziu.

  • margerytka29

    Oceniono 11 razy 11

    Olbrzymi szacunek dla siostr misjonarek. One sa warte, by wspomagac ich w tym dziele...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX