Mary Kathryn Nagle

Mary Kathryn Nagle (fot. archiwum prywatne / Justin T. Gellerson)

wywiad gazeta.pl

"Rdzenne Amerykanki wciąż traktowane są przez białych mężczyzn jak obiekty seksualne"

Mary Kathryn Nagle należy do plemienia Czirokezów. Jest prawniczką i dramatopisarką. Mówi: Moja skóra jest jasna. Trudno więc się domyślić, że mam indiańskie korzenie. Indianki o ciemniejszej karnacji znacznie częściej spotykają się z rasistowskimi lub seksistowskimi komentarzami.

Przekładałyśmy ten wywiad dwukrotnie, raz zaledwie pół godziny przed rozmową. Twoja praca musi być pełna zwrotów akcji.

Tak wygląda prawie każdy mój dzień w kancelarii. Prowadzę kilka spraw naraz. Gdy do sądu wpłynie wniosek przeciwko jednemu z moich klientów, muszę szybko reagować. Zdarza się też, że w toczącej się sprawie pozwany łamie sądowy zakaz zbliżania się do reprezentowanej przeze mnie ofiary przemocy domowej. Gdy dostaję pilny telefon, nie mogę odłożyć tego na później.

Jak w takim razie udaje ci się łączyć pracę w kancelarii z karierą dramatopisarki? W zeszłym roku miałaś dwie premiery w teatrze.

To wymaga dobrego zarządzania czasem. Na szczęście pisanie sztuk jest bardziej przewidywalne niż prowadzenie spraw sądowych. Podpisuję umowę z teatrem i wiem, że mam rok. Znam też z wyprzedzeniem grafik prób, rezerwuję sobie czas. Bywają jednak momenty, gdy nawarstwiają się wszystkie obowiązki i prawie nie śpię. Najgorzej jest, gdy zbliża się termin oddania sztuki. Muszę jeszcze dopracować didaskalia, które zawsze idą mi opornie, a tu nagle okazuje się, że siedzę do nocy i przygotowuję w kancelarii pismo procesowe. To tak, jakbym miała dwa etaty naraz.

Co najpierw pojawiło się w twoim życiu - pomysł, żeby zostać prawniczką czy dramatopisarką?

Od dziecka lubiłam wymyślać historie. Odgrywałam je potem z moimi młodszymi siostrami. Już pod koniec podstawówki występowałam w teatrze szkolnym. Na studiach wygrałam konkurs dramatopisarski. Stworzyłam wtedy "Miss Lead", sztukę opowiadającą o opuszczonych osadach w rezerwatach w Oklahomie, które zostały skażone przez wydobycie ołowiu. Gdy moja sztuka trafiła na studencką scenę teatralną, poczułam, że chcę pisać do końca życia.

Po ukończonym licencjacie na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie poszłaś jednak na studia prawnicze.

Nie wierzyłam, że uda mi się zrobić karierę, pisząc sztuki. Wszystko zależy tutaj od szczęścia. Musisz znaleźć agenta, który zechce cię reprezentować. Trzeba trafić na dyrektora teatru, który zainteresuje się twoją sztuką. Kariera prawnicza wydawała mi się o wiele łatwiejsza. Myślałam, że wystarczy skończyć studia i zdać egzamin adwokacki. Zresztą marzyłam też o tym, by zostać prawniczką i prowadzić sprawy przed Sądem Najwyższym. Chciałam pójść w ślady moich przodków.

Jesteś w końcu potomkinią rodu Ridge'ów, którzy w XIX wieku walczyli o prawa Czirokezów. Opowiedz ich historię.

Major Ridge zasiadał w radzie plemiennej Czirokezów. Jego syn, John, był jednym z pierwszych indiańskich prawników w Stanach Zjednoczonych. Obaj byli zaangażowani w walkę o zachowanie niezależności naszego plemienia, które zamieszkiwało tereny Georgii. Zgromadzenie ustawodawcze tego stanu już pod koniec lat 20. XIX wieku zaczęło wprowadzać serię ustaw pozbawiających Czirokezów jurysdykcji na własnych ziemiach. Sprawa ostatecznie trafiła do Sądu Najwyższego, który orzekł o suwerenności Czirokezów. Prezydent Andrew Jackson nie chciał uznać tej decyzji. W obliczu presji ze strony amerykańskich władz moi przodkowie podpisali w 1835 roku traktat. Czirokezi dostali odszkodowanie i zostali przesiedleni na tereny dzisiejszego stanu Oklahoma.

Przez większość członków plemienia twoi przodkowie zostali uznani za zdrajców.

I zapłacili za swoją decyzję życiem. W 1839 roku zostali zamordowani przez członków plemienia, którzy sprzeciwiali się podpisaniu traktatu. Dla mnie zawsze będą bohaterami. Wybrali pokojowe rozwiązanie, które dawało Czirokezom szansę na przetrwanie. Gdyby nie ich odważny krok, nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy naszego plemienia. Gdy byłam dzieckiem, odwiedzaliśmy ich grób na niewielkim cmentarzu w miejscowości Jay w Oklahomie. Kilka alejek dalej pochowana jest też moja babcia Frances Polson.

Często powtarzasz, że to ona zainspirowała cię do walki o prawa Indian.

Uwielbiała opowiadać historię naszych przodków. Babcia była dumna z tego, że jest Czirokezką, i zaszczepiła tę dumę we mnie. Żyła na przekór czasom. Zakochała się w mężczyźnie, który miał irlandzkie korzenie. Jego rodzina nie zgadzała się na ślub z Indianką, uciekli więc razem do stanu Iowa. Babcia urodziła czwórkę dzieci, skończyła studia i do emerytury uczyła języków obcych w szkole. Była silną kobietą.

John Ridge (po lewej) i Major Ridge (Charles Bird King / J. T. Bowen / Henry Inman/ wikimedia.org / domena publiczna)
John Ridge (po lewej) i Major Ridge (Charles Bird King / J. T. Bowen / Henry Inman/ wikimedia.org / domena publiczna)

Tobie też nie brakuje determinacji. Zarówno na sali sądowej, jak i na scenie walczysz o prawo Indian do wykonywania jurysdykcji na własnych ziemiach. Jak obecnie wygląda ta kwestia w rezerwatach?

Każde plemię ma własne władze, policję i sądy. W 1978 roku doszło jednak do istotnej zmiany. Na mocy wyroku Sądu Najwyższego władze plemienne straciły prawo do aresztowania, prowadzenia śledztwa i sądzenia osób, które popełniły na terenie rezerwatu przestępstwo, ale nie są rdzennymi Amerykanami.

Jak do tego doszło?

W 1973 roku Mark David Oliphant mieszkający na terenie rezerwatu plemienia Suquamish w stanie Waszyngton został aresztowany za atak na policjanta. Mężczyzna kwestionował legalność zatrzymania i zwrócił się w tej sprawie do sądu federalnego. Twierdził, że skoro nie jest rdzennym Amerykaninem, to władze plemienne nie mają prawa go sądzić. Gdy kilka lat później sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, wydano precedensowy wyrok na jego korzyść. Od 1978 roku jurysdykcję w przypadku przestępstw popełnionych w rezerwacie przez osoby spoza plemienia mają sądy federalne. Wiele spraw nie kończy się jednak wszczęciem postępowania. Ta sytuacja wpływa negatywnie na bezpieczeństwo rdzennych Amerykanek. W niektórych rezerwatach wskaźniki zabójstw kobiet są nawet 10 razy wyższe niż w innych rejonach USA. Bardzo powszechnym problemem są gwałty i napaści na tle seksualnym. Większość tych przypadków to przestępstwa dokonane na terenie rezerwatów przez osoby nienależące do żadnego z indiańskich plemion.

Szczególnie niepokojący jest wzrost przemocy wobec Indianek mieszkających w Północnej Dakocie. Szacuje się, że do pracy na tamtejszych polach naftowych przyjechało około 100 tysięcy robotników. Większość z nich to samotni mężczyźni mieszkający w kontenerach w pobliżu rezerwatów.

Przypuśćmy, że zgłasza się do ciebie kobieta, którą zgwałcił biały mężczyzna. Co możesz zrobić w jej sprawie?

Jeszcze kilka lat temu najczęstszym scenariuszem było złożenie pozwu cywilnego w sądzie plemiennym. W 2013 roku, za czasów administracji Obamy, doszło jednak do przełomu. Ustawę o zapobieganiu przemocy wobec kobiet [Violence Against Women Act, w skrócie VAWA - przyp. aut.] uzupełniono wówczas o przepisy dotyczące ochrony rdzennych Amerykanek. Po raz pierwszy od 1978 roku władze plemienne w niektórych przypadkach mogą sądzić nie-Indian za przestępstwa popełnione na terenie rezerwatu. Chodzi o sytuację, w której mężczyzna spotykał się już wcześniej z ofiarą przemocy albo żył z nią w konkubinacie. Objęte postanowieniami VAWA są też sytuacje, w których sprawca przestępstwa miał wydany sądowy zakaz zbliżania się do ofiary. W pozostałych przypadkach - tak jak do tej pory - jurysdykcję mają sądy federalne.

Kimberly Loring trzyma zdjęcie swojej siostry Ashley Heavyrunner Loring. Dziewczyna zaginęła na terenie rezerwatu Czarnych Stóp. Zaginięcia i śmierci rdzennych Amerykanek to w USA poważny, niepokojący problem ( fot. David Goldman / AP Photo)
Kimberly Loring trzyma zdjęcie swojej siostry Ashley Heavyrunner Loring. Dziewczyna zaginęła na terenie rezerwatu Czarnych Stóp. Zaginięcia i śmierci rdzennych Amerykanek to w USA poważny, niepokojący problem ( fot. David Goldman / AP Photo)

Rdzenne Amerykanki, które padły ofiarą przemocy, są bohaterkami twojej sztuki "Sliver of a Full Moon". Czy trudno było je namówić do podzielenia się swoimi historiami?

Indianki mówiły otwarcie o swoich doświadczeniach na długo przed ruchem #MeToo. Jedną z bohaterek mojej sztuki jest Lisa Brunner. To indiańska aktywistka ze stanu Minnesota, która w sprawie sytuacji rdzennych Amerykanek wypowiadała się m.in. przed senacką Komisją ds. Indian. Lisa jako dziecko była wykorzystywana seksualnie. Od najmłodszych lat patrzyła też, jak jej ojczym, niebędący rdzennym Amerykaninem, znęcał się psychicznie i fizycznie nad jej matką. W życiu Lisy doszło też do kolejnej tragedii: jej nastoletnia córka została zgwałcona przez kilku białych mężczyzn. Przyjechali do rezerwatu, żeby się zabawić. Powiedzieli jej, że chcą, aby do nich dołączyła. Gdy dziewczyna odmówiła, wciągnęli ją siłą do samochodu. Rdzenne Amerykanki wciąż traktowane są przez białych mężczyzn jak obiekty seksualne.

A czy ty kiedykolwiek byłaś dyskryminowana z powodu swojego pochodzenia?

Moja skóra jest jasna. Trudno więc się domyślić, że mam indiańskie korzenie. Indianki o ciemniejszej karnacji znacznie częściej spotykają się z rasistowskimi lub seksistowskimi komentarzami.

W zwalczaniu takich zachowań nie pomagają chyba Disneyowskie produkcje, takie jak "Pocahontas". Coraz częściej słyszy się opinie, że główna bohaterka przedstawiona jest tam jedynie jako obiekt seksualny.

Disney serwuje nam romantyczną opowieść o indiańskiej księżniczce, która uratowała przed śmiercią angielskiego kolonistę Johna Smitha. Prawdziwa Pocahontas żyła w XVII wieku i tak jak wiele Indianek doznała krzywd ze strony kolonistów. Najpierw została wzięta do niewoli, potem musiała przejść na chrześcijaństwo i poślubić Anglika. Nastolatka trafiła ostatecznie do Anglii, gdzie zachorowała i zmarła w wieku zaledwie 20 lat. Dla rdzennych Amerykanek jej historia jest symbolem przemocy, jakiej doświadczamy od czasów kolonialnych. Każdą z nas nieraz przezywano "Pocahontas". Podczas gdy dla moich znajomych to niewinne hasło, mnie kojarzy się z cierpieniem Indianek. Za każdym razem, gdy ktoś tak do mnie mówi, tłumaczę, jaka jest prawdziwa historia Pocahontas.

Kilka miesięcy temu Donald Trump nazwał "Pocahontas" senatorkę Elisabeth Warren, która deklaruje indiańskie pochodzenie.

Wypowiedź Trumpa pokazała, że po raz kolejny rdzenne Amerykanki zostały zredukowane do postaci z Disneyowskiej bajki. Prezydent swój stosunek do amerykańskiej historii ujawnił już na początku kadencji. W Gabinecie Owalnym powiesił portret prezydenta Andrew Jacksona, który przyczynił się do masowych przesiedleń Indian. Ich wędrówka przeszła do historii jako Szlak Łez. Szli nim również moi przodkowie.

Mapa wysiedleń rdzennych Amerykanów (fot. Nikater / wikimedia.org / domena publiczna)
Mapa wysiedleń rdzennych Amerykanów (fot. Nikater / wikimedia.org / domena publiczna)

Ten wstydliwy okres w dziejach Stanów Zjednoczonych uchwyciłaś w sztuce "Sovereignty", która miała premierę na prestiżowej Arena Stage w Waszyngtonie. Czy trudno było ci się przebić?

To była bardzo długa i kręta droga. Za każdym razem, gdy mój agent wysyłał moje propozycje do nowojorskich teatrów, słyszał, że historia Indian z XIX i początków XX wieku nie jest dla Amerykanów interesująca. Jedną z moich sztuk, "Manahattę", odrzucano przez dwa lata. Gdy wysłaliśmy ją do Arena Stage w Waszyngtonie, zadzwoniła do mnie tamtejsza dyrektor artystyczna Molly Smith. Co prawda nie chciała wystawić "Manahatty", ale zasugerowała, żebym napisała sztukę o swoich przodkach. Tak powstało "Sovereignty". Jestem pierwszą rdzenną Amerykanką, której sztuka została wystawiona na deskach tego teatru. Nie mogłam uwierzyć, że spotkało mnie takie wyróżnienie. Przez lata ciągłych odmów nieraz myślałam o tym, żeby rzucić pisanie.

Sukces zwykle nakręca kolejny. Kilka miesięcy po premierze "Sovereignty" twoja sztuka "Manahatta" została wystawiona podczas Festiwalu Szekspirowskiego w Oregonie. Czy możesz wyjaśnić jej tytuł?

Kilka lat temu pracowałam w kancelarii prawnej w Nowym Jorku. Lubiłam wtedy pytać znajomych, czy wiedzą, skąd wywodzi się nazwa Manhattan. Większość nie znała odpowiedzi. Tłumaczyłam im wtedy, że nazwa nowojorskiej wyspy pochodzi od słowa "Manahatta". Oznacza to "wyspę wielu wzgórz" i wywodzi się z języka indiańskiego plemienia Lenape, które sprzedało Holendrom ten teren w XVII wieku.

Większość twoich sztuk jest mocno osadzona w dziejach rdzennych Amerykanów. Pojawiają się twoi przodkowie, często powtarza się motyw prawniczki prowadzącej sprawy przed Sądem Najwyższym. Nie ciągnie cię w stronę fikcji?

Przez długi czas sama zadawałam sobie to pytanie. Moje pierwsze sztuki prawie w całości bazowały na wywiadach z ludźmi. Zastanawiałam się, czy tak powinno być. Inni przecież wymyślają bohaterów i budują dialogi od zera. Dla mnie jednak ważne jest, żeby teatr opierał się na prawdzie. Chcę pisać o problemach, które są pomijane: o przemocy wobec rdzennych Amerykanek i o tym, że indiańskie plemiona mają ograniczone prawa na własnej ziemi. Wierzę, że teatr może coś zmienić.

Dlatego nie odpuszczasz i pod koniec kwietnia twoja kolejna sztuka - "Crossing Mnisose" - miała premierę na deskach teatru w Portland. Czy poza pracą masz czas na życie prywatne?

To dla mnie największe wyzwanie (śmiech). Na szczęście mam wyrozumiałego partnera. Jest prawnikiem i wspiera mnie w tym, co robię. To przy nim uczę się, jak zachowywać w życiu równowagę. Coraz częściej łapię się na tym, że nie mam wyrzutów sumienia, gdy zamiast pracować, spędzam czas z bliskimi. Kiedyś to było dla mnie nie do pomyślenia.


Mary Kathryn Nagle.
Ur. 1983, prawniczka i dramatopisarka należąca do plemienia Czirokezów. Pracuje w kancelarii specjalizującej się w prawie federalnym regulującym kwestie dotyczące rdzennych Amerykanów. Prowadziła sprawy przed Sądem Najwyższym USA. Dyrektorka Indigenous Performing Arts Program na Uniwersytecie Yale. Jej sztuki były wystawiane m.in. w Arena Stage w Waszyngtonie, w Portland Central Stage at the Armory, a także na amerykańskich uczelniach: Harvardzie, Uniwersytecie Kalifornijskim i Uniwersytecie Stanforda. Jest laureatką prestiżowej nagrody US Artists Award. Mieszka w Skiatook w stanie Oklahoma.

Marta Zdzieborska - Dziennikarka. Mieszka w Kalifornii, skąd pisze reportaże i teksty o bieżącej sytuacji w USA. Współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym". Publikowała w "Wysokich Obcasach", "Polityce" i "Magazynie Warszawa". Autorka książki "Tamtego życia już nie ma" (Świat Książki, 2019), zbioru reportaży o uchodźcach w Polsce. Laureatka honorowego wyróżnienia Nagrody im. Adolfa Bocheńskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2016) oraz Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka (2017).

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (253)
Zaloguj się
  • bene_gesserit

    Oceniono 58 razy 32

    Smutna reguła, że większość komentatorów artykułu z zajawką o gwałcie indiańskiej nastolatki to swojska polska wersja inceli: brzuchaci rechoczący wujowie i chłopcy o posturze oskubanego kurczaka, odziani w moro. A, jeszcze ci, którym wszystko sie z Żydami kojarzy.

    'Hehehe bym kijem nie tknoł' - wydaje ci się, że piszesz o kobietach? O sobie piszesz, żałosny gnomie.

  • ferrment

    Oceniono 32 razy 22

    Amerykanie niechętnie myśla o historii "wykolegowania" Indian. Nic dziwnego, że sztuki o tym ich "nie interesują".

  • marekmarek44

    Oceniono 5 razy 5

    Polacy powinni uchwalić KONIECZNIE ustawę 447 bis na temat zwrotu rdzennym mieszkańcom USA ich własności, czyli terytorium USA. Ustawa powinna też przewidywać monitorowanie postępu w zwrocie zagarniętego w poprzednich wiekach mienia przez europejskich przybyszy i twórców obecnego państwa.

  • rikol

    Oceniono 22 razy 4

    Rozumiem, ze kolejny artykuł będzie zatytułowany "Brytyjscy Pakistańczycy traktują białe kobiety jako obiekty seksualne"? To akurat jest prawdą, w Rotherham zgwałcili ponad 1000 białych dziewczyn, dlatego że są białe. Miejscowa policja i władze ukrywały to przez lata, z obaw o oskarżenia o rasizm. Pierwsi, którzy nagłośnili temat, to miejscowi nacjonaliści. Kiedy sprawę opisała dziennikarka daily mail, oskarżono ją o kłamstwa i rzecz jasna, rasizm. Potem okazało się, że to jednak prawda, to lewica zaczęła udowadniać, że to nie ma nic wspólnego z rasizmem, mimo że celem gangu były białe dziewczyny. Swoich nie ruszali. Aha, gang został skazany, niektórzy już po kilku latach spędzonych w wiezieniu wyszli na wolnośc i są szanowanymi członkami swoich społeczności, a jakże. Tam wyrok za gwałt nie ma żadnego znaczenia, zwłaszcza gwałt na niewiernej.

    Inna podobna sprawa to gwałty w Kolonii. Media przez tydzień ukrywały masowe gwałty na kobietach, bo sprawcami byli immigranci. Lewicowi działacze jeden przez drugiego usprawiedliwiali gwałty lub po prostu mowili, że to nieprawda. A ofiary byly oskarżane o rasizm.

    Dla lewicy prawa kobiet liczą się o tyle, o ile można za ich pomocą zaatakować białych chrześcijańskich mężczyzn. W momencie, kiedy agresorem jest kolorowy, okazuje się, że statystyki są przekłamane, a tak w ogóle to wina policji i społeczeństwa. Jest to po prostu obrzydliwe i naprawdę nie wiem, jak ci ludzie mogą patrzeć w lustro. Najwyraźniej wysokie pensje wynagradzają im wstyd.

  • pangrabarz

    Oceniono 18 razy 4

    O co Wam chodzi? Nie można napisać, że biali mężczyźni zgwałcili Indiankę? Serio?

  • jack_flash

    Oceniono 10 razy 4

    Najbardziej tragiczne położenie kobiet rdzennej ludności jest w rezerwatach, USA i Kanady. Głównymi sprawcami są rdzenni mężczyźni. Skorumpowana starszyzna ma się za to dobrze.
    Tam, gdzie Indianie wzięli się za biznes (surowce, energetyka, leśnictwo), dając zatrudnienie i perspektywę leszego życia, sytuacja zmienia sie diametralnie. Tam, gdzie żyje się na pomocy socjalnej, jest fatalnie. Kompletne rozprzężenie i zniszczenie tkanki społecznej.

  • losiu4

    Oceniono 9 razy 3

    do tego artykułu przydałby się mały suplement: twarde dane kto tak naprawdę tam najczęściej gwałci i przestępstwa popełnia :)

    Pozdrawiam

    Losiu

  • zdziwiony6

    Oceniono 13 razy 3

    Opisy przemocy ze strony białych świetnie się sprzedają. Nie twierdzę, że biali nie popełniają przestępstw ale jeśli ktoś interesuje się USA to wie, że najwięcej pzremocy stosują czarnoskórzy. Wystarczy poczytać statystyki na temat morderstw.

    Największym problemem amerykańskich Indian jest alkoholizm, który jest przyczyną wielu nieszczęść.

  • e50504

    Oceniono 23 razy 3

    BIALI MĘŻCZYŹNI ZGWAŁCILI xD

    Od kiedy to liczy się dla gazecianych pochodzenie sprawcy?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX