Poparcie dla Donalda Trumpa jest cały czas na wysokim poziomie

Poparcie dla Donalda Trumpa jest cały czas na wysokim poziomie (fot. AP)

wywiad gazeta.pl

"USA nigdy nie zniknie. Ale zapadnie się, jak wszystko inne. Jakbym miał obstawiać, tobym powiedział, że nadchodzi wojna"

Klasa pracująca nigdy nie obchodziła liberalnych mediów. Dlatego wszyscy byli zaskoczeni, kiedy te skurczysyny zagłosowały na Trumpa. Bo nikt nie zwracał na nich uwagi - mówi Charlie LeDuff, reporter, autor "Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje".

"Przez lata tułałem się po świecie - po Azji, Europie i Dzikim Zachodzie Arktyki - pracując jako pomocnik w fabryce konserw, stolarz czy rybak włóczęga na dryfterze. W końcu zająłem się pracą najbardziej naturalną dla kogoś, kto pozbawiony jest jakichkolwiek prawdziwych talentów. Dziennikarstwem". 
Tak Charlie LeDuff pisze o sobie w książce "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki". Nazbyt skromnie. Przez dekadę pracował w dzienniku "New York Times". Opisywał m.in. strażaków ze "strefy zero", czyli rumowiska po wieżach World Trade Center. Po kryzysie w 2008 roku wrócił do rodzinnego Detroit. Zatrudnił się w lokalnym dzienniku. Opisywał strażaków, którzy muszą chodzić w dziurawych butach, bo miasta nie stać na porządne wyposażenie. Burmistrza, który za przekręty został skazany na 28 lat więzienia. Martwych bezdomnych, których zwłoki leżały miesiącami pod lodem, bo nikt się nimi nie interesował. Za "Detroit" otrzymał Pulitzera.  

Później LeDuff zatrudnił się w telewizji FOX - tej samej, która stała się tubą propagandową Trumpa. Kilka lat jeździł po kraju, nagrywając program "Americans with Charlie LeDuff". Pływał w kajaku na granicy z Meksykiem, obserwując przerzut imigrantów. Odwiedził Flint w stanie Michigan, gdzie samorządowcy zbudowali wodociągi za 300 milionów dolarów - tylko po to, by dostarczać mieszkańcom brązową, trującą wodę. Rozmawiał z robotnikami, którzy szukali jakiejkolwiek pracy na polach naftowych w Dakocie Północnej. 
Obserwował też ruszającą kampanię prezydencką wraz z jej wschodzącą gwiazdą: Donaldem Trumpem.  

Efektem jest książka: "Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje", która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne. W zeszłym tygodniu Charlie odwiedził Warszawę. 

Książka LeDuffa ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Po prawej ekscentryczne buty LeDuffa (fot. materiały festiwalu Apostrof, mat. prasowe)
Książka LeDuffa ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Po prawej ekscentryczne buty LeDuffa (fot. materiały festiwalu Apostrof, mat. prasowe)

Bartosz Józefiak: Jak bardzo jest źle? W twojej książce przeczytamy o facecie, który miał lodówkę pełną wiewiórek, żeby nie zginąć z głodu.
  
Charlie LeDuff: To cholerna prawda. Ameryka jest biedna. 

A miasto bankrut, czyli Detroit, to metafora Ameryki? 

Tak sądzę. Moje "Detroit" to część pierwsza historii, którą chcę opowiedzieć o USA. A to (Charlie pokazuje egzemplarz "Shitshow") część druga. Na początku "Shitshow" opisuję, jak Roger Ailes, prezes Fox News, mówi do mnie: Ty jesteś tym gościem, co napisał "Detroit"? A ja na to: Tak, to ja. Daj mi kamerę i pozwól zobaczyć resztę kraju. Czy Detroit to symbol tego, co się dziś dzieje w Ameryce? A może to tylko jakieś miasto dziwoląg? Znałem odpowiedzi na te pytania, ale chciałem zobaczyć prawdę na własne oczy. Cały kraj się sypie, tak jak moje miasto. 

Byłem w Detroit. Macie fatalną komunikację miejską. 

Nie ma czegoś takiego w Detroit. 

Wiem. Chciałem dojechać z Hamtramck, ubogiego miasteczka blisko Detroit, do centrum. Czekałem półtorej godziny na autobus. 

To wyobraź sobie, jak się czują ludzie, którzy dojeżdżają stamtąd do pracy.  Mógłbyś dojść szybciej. Niby miasto wraca do życia. Downtown wygląda nieźle. Może to nie Warszawa, ale jest OK. Ale spójrz na resztę. Ameryka Trumpa zamienia biedne dzielnice w raje podatkowe dla bogatych. Dan Gilbert, właściciel Quicken Loans [potentat na rynku kredytów hipotecznych - przyp. red.] wykupił dziesiątki opuszczonych budynków w centrum i przeniósł tam biura i swoich ludzi. Ale w biurowcach hula wiatr, całe piętra stoją puste. To po co je odnawiają? Bo pieniądz jest tani, inflacja niska, a Gilbertowi  przyznano hojne ulgi podatkowe i dotacje publiczne.  

Do loftów w centrum przenoszą się hipsterzy i millenialsi. A tymczasem zwykłe Bartki z Hamtramck nie mają jeb**ego autobusu. Jak mają znaleźć pracę? Nigdzie nie ma policji, bo na wszystko brakuje pieniędzy. Nie ma policji! Tak to dziś wygląda. 

Wpadłeś na najprostszy na świecie pomysł - przejechać z kamerą Stany i porozmawiać z "prawdziwymi" ludźmi. Dlaczego wielu dziennikarzy z Nowego Jorku czy Waszyngtonu nie zrobiło tego samego? 

Myślę, że zbyt wielu reporterów nie pochodzi od "prawdziwych" ludzi. Są z innej klasy, więc nie bardzo ich lubią. Moi koledzy z "New York Timesa" łapali fuchy korespondentów w Moskwie, Warszawie, Pekinie. Myślałem - OK, bierzcie. Ja wezmę imperium. Wezmę Rzym. Wezmę USA. Fajnie pojechać za granicę i pozować na Hemingwaya, ale ja zostaję tutaj. I cieszę się, że nie pojechałem. Ktoś pisze coś takiego w Europie?  

Detroit (fot. Shutterstock)
Detroit (fot. Shutterstock)

Mamy kilku gości, także w Polsce, którzy próbują robić to samo, co ty. 

OK, ale co z całą Europą? Kto jest nowym George'em Orwellem? Wiesz co: ty nim bądź. Jeśli ty tego nie zrobisz, ja przyjadę to zrobić. 

Problem w tym, że nikt nas nie słucha. Sam to widziałeś. Jeździłeś po kraju, zanim Trump został wybrany. I prawie przewidziałeś, że wygra.  

Na początku kampanii podszedłem do Trumpa na konferencji prasowej. Powiedziałem, że ma spore szanse na wygraną. Moja diagnoza mile go połechtała, więc zapytałem, czy mogę zostać wiceprezydentem. Ale nie zrozumiał żartu. 

Okazało się, że miałem rację. Moja rodzina głosowała na Trumpa. I wiem dlaczego. 

Dlaczego? 

Ponieważ ciężko pracujący ludzie szli za Republikanami przez lata, nawet kiedy było to wbrew ich interesowi. Republikanie obiecywali, że zniosą akcję afirmacyjną [chodzi o politykę, która daje Afroamerykanom dodatkowe punkty np. przy przyjęciu na studia - przyp. red.]. Wprowadziliśmy ją, ponieważ przez 400 lat wykorzystywaliśmy czarnych i próbujemy naprawić ten błąd. Ale takie stawianie sprawy obrażało białych ludzi. Republikanie nigdy nie dotrzymali słowa, nie znieśli akcji afirmacyjnej. Zrobili dla białego wyborcy wiele innych rzeczy: sprawili, że jego dom jest dziś gówno wart, a czynsz pochłania połowę wypłaty. Wysłali jego fabrykę do Meksyku. Wysłali go na wojnę, z której wrócił bez nogi. W Phoenix żołnierze umierali w kolejce do centrum zdrowia dla weteranów. Mam to wszystko w książce.  

Aż przyszedł Trump i powiedział: "Amerykański sen umarł. Przywrócimy wielkość USA". I ludzie zakrzyknęli: "O, ten Donny to ma gadane! Sam jest bogatym gościem, oszukiwał na podatkach, migał się od służby wojskowej, ale to nieważne. Jest zabawny. Zamienił głupi, nudny, pusty show telewizyjny pod nazwą 'wybory prezydenckie' w coś ciekawego".  

A co myśli czarny człowiek? Od Demokratów przez lata dostawał okrągłe zero. W zeszłym roku Demokraci sparaliżowali rząd przez walkę o nielegalną imigrację [chodzi o "goverment shutdown" - paraliż administracji federalnej. Ostatni rozpoczął się pod koniec 2018 roku, kiedy Kongres odmówił Trumpowi pięciu miliardów dolarów na budowę muru na granicy z Meksykiem, w efekcie prezydent nie przyjął prowizorium budżetowego; był to najdłuższy shutdown w historii USA - przyp. red.]. Mówię do czarnych braci i sióstr - nie "zamknęli" rządu nawet w czasie wojny domowej, a zrobili to teraz? Co, do ku**y? Wywołali burzę o mur na granicy, a co takiego zrobili dla obywateli USA przez lata? A co wcześniej Demokraci zrobili dla Detroit? I pytasz, dlaczego Trump wygrał? Dlatego.  

Donald Trump na spotkaniu z wyborcami (fot. AP)
Donald Trump na spotkaniu z wyborcami (fot. AP)

Dużo miejsca w twojej książce zajmuje NAFTA, czyli Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu.  

Tak, bo nie działa. 

Jak to nie działa? Znosi cła na towary, dzięki czemu można kupić je taniej. Pozwala przenosić fabryki między krajami. Koszty produkcji są niższe w Meksyku niż w USA. Wielu liberałów, także w Polsce, zapyta: "Czemu pracownicy zamkniętych fabryk nie zmienią pracy, nie przeprowadzą się, nie nabędą nowych umiejętności?" Co byś im odpowiedział? 

Pier***cie się. Jakie nowe umiejętności? Jazda na Uberze? Jest już w Polsce, widziałem, że kierowcy taksówek są SUPER wkurzeni. Wsiadłem dziś do taksówki i mówię: Hej, gościu, pieprzyć Ubera!  

I wiesz co? Fabryka to też nie bajka, dlatego musisz zapłacić przyzwoicie facetowi, który traci zdrowie przy maszynie. Jeszcze niedawno wywożenie zysków i fabryk za granicę było nielegalne. Dopóki jeden procent najbogatszych nie zmienił prawa, i teraz to jest legalne, a fabryki pofrunęły do Meksyku. Przejdźmy się po Detroit, gdzie pozamykali fabryki. Powiedz mi, że NAFTA działa. No dalej. Czy to wygląda, jakby działało? 

Jestem z Łodzi. Nam też jednego dnia powiedzieli, że fabryki włókiennicze nie przynoszą zysków. Więc je zamknęli. Teraz ubrania szyją w Bangladeszu. Wielki biznes przenosi fabryki tam, gdzie najtaniej. Taka jest cena wolnego rynku.  

Ale kiedyś nie trzeba było zamykać fabryk, więc co się zmieniło? Najbogatsi znaleźli pracowników z Trzeciego Świata, których mogą wykorzystywać, ot co. Żaden rynek nie jest całkiem wolny, dlatego jest rynkiem. Rynki mają zapobiegać złodziejstwu, fałszerstwom, monopolom.  

Może fabryki włókiennicze w twoim mieście nie były zyskowne, bo działały w socjalizmie, nie wiem. Ale przynajmniej nikt ich nie przeniósł do Egiptu czy Meksyku, żeby mieć większy zysk. A dokładnie to zrobiła wielka trójka w Detroit: General Motors, Ford i Chrysler. Taki Apple wyprowadza zyski za granicę. Ale jakim kosztem dla społeczeństwa? Jeden procent najbogatszych opowiada bajki o teorii skapywania. "Obetnij moje podatki, a ty też zostaniesz bogaty". A to nigdy nie działa!  

Człowieku, jedź do Detroit, albo do faceta, co je wiewiórki. Wszystko zaczyna wrzeć.  

Charlie LeDuff (fot. Bartosz Józefiak)
Charlie LeDuff (fot. Bartosz Józefiak)

Tak jak w Ferguson. Policja zastrzeliła nieuzbrojonego czarnego nastolatka. Dwukrotnie opisałeś zamieszki, jakie tam wybuchły. Jesteśmy pięćdziesiąt lat po 1968 roku, a wciąż jest tak, jak napisałeś: czterech czarnych mężczyzn w jednym samochodzie stanowi zagrożenie dla zdrowia, to jest dla zdrowia przynajmniej jednego z tych mężczyzn. 95 procent mandatów za jazdę albo "sposób chodzenia" w Ferguson otrzymają czarni. To są małe rzeczy... 

To są bardzo duże rzeczy! I to się musi skończyć. Musi. Wiele już się zmieniło. Mówisz o latach sześćdziesiątych, a wtedy czarni i biali nie mogli nawet chodzić po tym samym chodniku. To był apartheid. Żaden czarny nie mieszkał w Ferguson. W amerykańskiej kulturze najlepsza jest zdolność do zmian. Do szybkiego korygowania błędów. 

Nie chcę unikać twojego pytania, ale pozwól, że zwrócę uwagę na jedną rzecz (Charlie pisze na kartce liczbę 350). Tylu czarnych amerykańska policja zabiła w zeszłym roku. Część na to zasługiwała, część nie, prawda? (Charlie pisze drugą liczbę: 750). A tylu zabili białych. Czemu nas to nie oburza? A wiesz, ilu z tych zastrzelonych gości miało forsę? Niewielu. Im jesteś biedniejszy, tym chętniej policja się tobą zajmie. Biedny biały chłopak, z brakami w uzębieniu i edukacji, ćpun lub bezrobotny, były wojskowy: ktoś taki ma niewielu przyjaciół w świecie mediów, bo media są białe i uprzywilejowane. Media myślą, że jeśli policja cię zabiła, to widocznie na to zasługiwałeś. Za to czarne media są zbyt zajęte swoją społecznością. 

Klasa pracująca nigdy nie obchodziła liberalnych mediów. Dlatego wszyscy byli zaskoczeni, kiedy te skurczysyny zagłosowały na Trumpa. Bo nikt nie zwracał na nich uwagi.  

Tak, mamy problemy. Ale wiesz co... Przejeżdżałem dzisiaj przed ambasadą amerykańską. Człowieku... Kolejka była dłuuuga. Poprosiłem kierowcę, żeby się zatrzymał. Wyszedłem, uścisnąłem dłonie, mówię: Powiedzcie, że LeDuff was przysłał. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariata.  

Byliśmy potem przy rosyjskiej ambasadzie. Nie było ani jednej osoby stojącej w kolejce. Nie chodzi o pieniądze. Myślę, że chodzi o wolność. 

Jaką wolność? 

W Stanach robisz, co chcesz, człowieku. Byłoby miło, żebyś nie krzywdził innych, ale poza tym bądź, kim chcesz być. Kochaj, kogo chcesz kochać. To właśnie amerykański sen. 

Raczej amerykańskie kłamstwo. Wmawiacie wszystkim, że jak będą ciężko pracować, zarobią na dobre życie. A to już od dawna nie działa. Ani u nas, ani u was. 

W USA nie rozmawiamy na co dzień o jeb**ym śnie. Po prostu idziesz do roboty i codziennie masz nadzieję, że dostaniesz czek, bank nie zabierze twojego domu, nie odetną ci wody. Co to za żart? Że jak będę ciężko pracował, to zostanę bogaty? Badania pokazują, że wśród zachodnich krajów mamy najgorszą "mobilność społeczną", czyli szansę awansu między klasami. Do śmierci będziesz najpewniej w tym samym miejscu, w którym się urodziłeś. Ten sen to kłamstwo, jasne. Ale wiesz co? Po prostu daj mi żyć, daj żyć innym. Tak rozumiem ten sen. 

I to jest też sens tego, co się wydarzyło w Ferguson. Mój bohater - Brian - powiedziałby do policjantów: Zostawcie nas w spokoju. Jedziemy sobie w samochodzie. Czemu mnie wyciągasz? Czemu dajesz mi mandat? Czemu wsadzasz do więzienia? Czemu mnie bijesz w więzieniu, ja krwawię, a ty wystawiasz mi rachunek za pralnię? Dlaczego?  

Na spotkaniu z polskimi czytelnikami opowiadałeś o USA jak o wielkim eksperymencie. 

Bo tak jest. Mówisz, że amerykański sen to kłamstwo, ale to naprawdę wielki eksperyment. Wszystkie rasy, religie i kultury razem. Ameryka jest poje**na. Ale zmienia się szybciej niż jakakolwiek inna kultura. Tu był apartheid pięćdziesiąt lat temu. Wciąż nie jest idealnie, ale apartheid zniknął. Małżeństwa gejów, i tak dalej... To jest niezwykłe miejsce. 

A czy to w ogóle jest społeczeństwo? Co łączy białego rednecka z południa z intelektualistą z Nowego Jorku albo czarnym chłopakiem w Detroit?  

A jakie to ma znaczenie? Ameryka to nie jedno miejsce, to pięćdziesiąt miejsc. Amerykanie zmieniają dom średnio jedenaście razy w ciągu życia. Jak będę chciał pojechać do Missisipi, to pojadę. Ktoś z Missisipi może przyjechać do mnie. Każdy tu żyje, jak chce. I to jest w porządku. Nie chcemy być jednym, koherentnym społeczeństwem.   

Ale tak naprawdę USA zaczynają wyglądać dużo bardziej homogenicznie niż Europa. Czy Brytyjczycy naprawdę odwalili brexit, bo było u nich zbyt wielu Polaków?  

W dużym stopniu tak. 

No kur*a! Europa to jedyne miejsce, gdzie biali nienawidzą siebie nawzajem.  

Czy zobaczymy upadek USA? 

USA nigdy nie zniknie. Ale zapadnie się, jak wszystko inne. Jakbym miał obstawiać, tobym powiedział, że nadchodzi wojna. 

Tak myślisz? 

A ty? 

Boję się, że tak. 

Więc powiedzieliśmy to na głos. Wiesz, dlaczego tak uważam? Bo pieniądze są fałszywe. Teraz jest w porządku, wszyscy są zrelaksowani, ale wszyscy wiemy, że to lipna kasa. Dziesięć lat temu też to wiedzieliśmy. I nic się nie zmieniło. Dalej nie ma dobrej płacy, ludzie nie są bogatsi. Wall Street dalej produkuje fałszywe pieniądze i puste kalorie. Ostatnio zesraliśmy się ze strachu, kiedy system finansowy prawie padł. Za drugim razem będzie gorzej. I co wtedy zrobimy?  

Najpierw zwrócimy się przeciwko imigrantom. "Hej, nie ma tu dla was miejsca!" Potem zwrócimy się przeciwko sobie nawzajem. A potem... Uważam, że to wszystko zaczyna się od tych sku**ieli z Wall Street. Próbowałem to pokazać w moich książkach. 

Nie mówię, że "Shitshow" jest idealne. Jestem w nim za bardzo obecny. Bohaterowie pojawiają się i znikają zbyt szybko. Ale tak to wygląda, gościu. Opisuję czasy, gdy byłem  dziennikarzem w trasie. Nie miałem czasu, żeby się "pokręcić po okolicy".  

Charlie LeDuff
fot. materiały Festiwalu Apostrof

W Polsce mamy gości o podobnej do Trumpa mentalności. Zresztą nie tylko w Polsce, spójrzmy na brexit... 

A Ukraina wybrała komedianta. Rewelacyjne! 

Czy liberalne elity same tego nie ściągnęły? Wyśmiewając ciemnogród, ksenofobów, miłośników broni. Ludzie nie chcą w kółko słuchać o tym, że są rasistami i bigotami. Liberałowie przegrali, bo nie słuchali zwykłego człowieka. 

Pełna zgoda. Ludzie nie są głupi. Mogą nie znać faktów, na tym polega nasza, dziennikarzy, praca, żeby im je podać. Potem dokonają wyboru.  
Nie każdy może być hipsterem, niektórzy muszą pracować na farmie albo w fabryce. Redneck nigdzie nie wyjedzie. Czy Europa to ogarnia?   

Czy po Trumpie mainstream zrozumiał, co robił źle? 

Nieeee... Demokraci nie mają nic do zaoferowania. Żadnego przekazu.  
A media? Obiecały, że będą utrzymywać łączność z "amerykańskim społeczeństwem". Przed Trumpem tak bardzo się pomylili! Więc miało być więcej ludzkich historii. Dziennikarze bliżej społeczeństwa. Zamiast tego dostaliśmy telewizyjny ekran podzielony na kwadraty, a w każdym gadające głowy ekspertów. Co, ku*wa? Przecież mieliście pojechać w teren! Teraz czytam w "New York Timesie" - a wybory są za rok, przypominam - "Zobaczycie wielu z nas [dziennikarzy - przyp. red.] w Michigan". Bo Michigan to ogromny wstyd Demokratów. Stan, który kiedyś był niebieski [tradycyjny kolor Demokratów - przyp. red.], teraz poszedł za Trumpem. Dziennikarze piszą więc: "Tam właśnie nas zobaczycie". A ja się pytam: Gdzie byliście w zeszłym roku? Mój kolega Bartek przyjechał do Detroit aż z Polski, ale was tam jakoś nie widziałem. A jak już tam dotrzecie, to wybierzecie się na przejażdżkę autobusem z Hamtramck? Czy uderzycie do politycznej elity w Detroit, zrobicie kolejny wywiad z burmistrzem... bla, bla, bla. To właśnie będą robić do wyborów. I wciąż niczego nie zrozumieją. 

Można powiedzieć, że to media wybrały Trumpa. Jeśli wybory stają się cyrkiem, to wygrywa największy klown. 

O tak, oni go stworzyli, bez wątpienia. A najlepsze jest to, że wcale nie liczyli, że wygra. Pokazywali go, bo to był dobry show. Patrzyli, jak rosną im statystyki kliknięć i oglądalności. Jedyną osobą, która była bardziej zdziwiona po wyborach od dziennikarzy, był Trump. "Cooo? Robiłem wszystko, żeby to spieprzyć, i wygrałem? Teraz muszę wziąć tę fuchę".  

Problem mediów sprowadza się do pieniędzy. Opisujesz, jak redakcja obcięła ci delegacje na loty, podróże, przekąski. "Dzisiejsze media to impreza, na którą przychodzisz o pierwszej w nocy i widzisz, że wóda dawno się skończyła". Myślałem o miejscach, w których sam nocowałem, pisząc reportaże. Może jesteśmy ginącym gatunkiem? Może nikt już nie chce za to płacić? 

Może tak. A może ktoś wymyśli, jak na tym zarabiać. Wiesz, co chciałbym zrobić? Zamienić moje dziennikarstwo w Super - PAC (Political Action Comittee, komitety wspierające kandydatów w USA, przyjmujące dotacje od korporacji i lobbystów - przyp. red.). Ktoś powie: sprzedałeś się. Wziąłeś pieniądze od braci Koch (właściciele Koch Industries, hojni donatorzy na prawicy - przyp. red.). A ja na to: Tak. Pewnie, że wziąłem. Ale taka jest gra, bracie. Ja jej nie wymyśliłem. Wezmę pieniądze braci Koch i użyję ich, żeby ich wyr***ać.  

Donald Trump (fot. Shutterstock)
Donald Trump (fot. Shutterstock)

Mam dziwne przeczucie, że żartujesz. 

Może. Robię teraz podcast. Nazywa się "No bullshit news hour". Mam pięćdziesiąt tysięcy słuchaczy na każde nagranie. Więcej niż w radiu. 

Może to jest właśnie przyszłość dziennikarstwa. YouTube. Podcasty. 

Może. Gimlet Media produkują "CrimeTown": Podcast z dwunastoma milionami odtworzeń miesięcznie. Właśnie to sprzedali Spotify za dwieście milionów dolarów. Te podcasty to chyba jakaś kolejna bańka internetowa... 

A czy ty też nie jesteś częścią problemu? Sępem, który żeruje na ludzkich historiach? Czym twoja książka różni się od pracy kolegów z TV, którzy na żywo transmitują płonące sklepy w Ferguson? 

Rozumiem, o czym mówisz. Cóż... próbuję pomóc. Ostatnio pisałem o szesnastolatku, którego mama ledwie wiąże koniec z końcem. Bank zajmie jej dom, siedzi już na hipotece. Chłopak się wyprowadził. Musi jechać dwoma autobusami, żeby przedrzeć się przez Detroit, do szkoły. Po tekście ktoś wysłał dla niego czek na pięć tysięcy dolarów. Pojechaliśmy zobaczyć jego matkę. Syn dał jej kasę. Miał pięć tysięcy dolarów przez dwadzieścia minut. Dobry dzieciak. Teraz czytelnicy zaoferowali, że spłacą ich całe długi. Czy to jest "obiektywne dziennikarstwo"? Pewnie nie. Ale jestem przy moim bohaterze, zmieniam jego życie. Robię, co mogę. Tak to sobie tłumaczę. Najgorsze nie jest to, że jestem sępem. Najgorsza jest bezradność. Bo to się nigdy nie kończy. 

A zdarzyło się, że twoje historie komuś zaszkodziły? 

Na pewno. Ale przynajmniej nie ja zacząłem wojnę w Iraku. Może popełniałem błędy, ale ich nie planowałem. Prawdopodobnie krzywdziłem ludzi. Nie robiłem tego celowo. Kilku wysłałem do więzienia, ale raczej niezbyt miłych.  

Twoi przyjaciele z Nowego Jorku musieli pukać się w głowę, gdy zdecydowałeś się przenieść do Detroit.  

Tak, to było całkiem głupie. Jak już opuścisz Los Angeles czy Nowy Jork,  wypadasz z gry. Nie będą o tobie pamiętać. Twoje kontakty stają się martwe. Nikt nie zadzwoni: "Hej, gościu, chodź, popracuj dla nas". Budzę się o trzeciej w nocy z myślą: co ja, ku*wa, zrobiłem! Rzuciłem Nowy Jork, teraz Foxa. Nigdy nie zobaczę takich pieniędzy.  

Czemu to zrobiłeś? 

Bo już tego nie lubiłem. Nie mogłem mówić prawdy tak, jak ją widziałem. Teraz robię podcast, piszę dla niszowej strony i znów się świetnie bawię. Mogę napisać, że Dan Gilbert będzie miał proces za machlojki. Albo o tym, że burmistrz jest oszustem. Ale muszę pracować jednocześnie w czterech miejscach. 

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Na przykład w barze z hot dogami.  

Zarabiam, jak mogę! Dzięki pracy w barze mam ubezpieczenie. Jednego dnia szorowałem blaty od spodu. Dziesiąta rano, ja na kolanach, wchodzi młoda para. 
- O mój Boże, Charlie LeDuff? 
- Tak, to ja.  
- Co ty tu robisz? 
- Pracuję. A ty czym się zajmujesz?  
- Jestem woźną. 
- To super, przytulmy się! 
Chcę, żeby ludzie wiedzieli: LeDuff to normalny facet. Jeśli mi się nie uda, pójdę pod namiot, zawsze mogę pracować w barze. A może będę kandydował na burmistrza?  

*Książkę możecie kupić w Publio.pl >>>
 
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Charlie LeDuff (ur. 1966) - amerykański pisarz i reporter. Absolwent Uniwersytetu Michigan. Przez dwanaście lat pracował w "The Times", publikował również w "The New York Times" oraz "The Detroit News". Współpracował z telewizjami BBC 4, WJBK (lokalny oddział telewizji Fox2) oraz CNN. Autor książek: Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, US Guys. The True and Twisted Mind of the American Man, Work and Other Sins oraz Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje. Za Detroit otrzymał wiele nagród, w tym Nagrodę Pulitzera. Mieszka z rodziną na przedmieściach Detroit.

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". Pracuje nad książką reporterską o Łodzi.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (516)
Zaloguj się
  • asperamanka

    Oceniono 65 razy 49

    Pan LeDuff ma oczywiście rację, kiedy mówi, że w USA „amerykańskie marzenie” przestało jakiś czas temu działać, i kariera od pucybuta do milionera przestała być tak dostępna, jak w XIX wieku i na początku XX wieku, kiedy ten mit powstał. Tylko nie pisze dlaczego, zwalając winę za petryfikację społeczną na elity i Wall Street, bo pokazanie prawdziwej diagnozy podważyłoby jego tezy.

    Rzecz polega na tym, że 150 lat temu imigrant przybywający na Ellis Island z dziurą w kieszeni zaczynał od ciężkiej pracy u jakiegoś krwiopijcy w NY, ale gdy był zbyt eksploatowany, zawsze mógł wziąć swoje zabawki i pojechać dwa stany dalej na zachód zacząć od nowa, a jeśli miał pomysł i potrafił go sprzedać, rzeczywiście dochodził do pieniędzy. To odróżniało USA od Europy, w której i wówczas role społeczne były wyraźnie określone, a awanse trudne.

    Rzecz jednak w tym, że postęp technologiczny i specjalizacja spowodowały, że dziś praktyczny analfabeta bez wykształcenia i środków na rozruch po przeprowadzce o te dwa stany nadal pozostanie pucybutem, bo brak mu wiedzy i umiejętności żeby zrobić coś na tyle sprzedawalnego, by zbić majątek. Te masy niewykształconych czarnych i białych żyjących na kuponach żywnościowych po prostu nie mają kapitału początkowego w postaci wiedzy i umiejętności, by dobrze wystartować, więc zawsze przegrają z tymi, którzy ten kapitał mają.

    Krótko mówiąc, dziś nadal możliwa jest kariera od niższej klasy średniej do miliardów na koncie dzięki pomysłom opracowanym w garażu, ale na to potrzeba być Stevem Jobsem i na początek chodzić do lepszej szkoły i mieć coś w głowie.

    Teza pana LeDuffa o wojnie, która będzie skutkiem opisywanej przez niego beznadziei i petryfikacji społecznej jest nośna dziennikarsko, ale nie musi być prawdziwa - elity raczej sterują w innym kierunku. Po prostu tej białej i czarnej nędzy nie mającej pracy i perspektyw wlewa się w telewizor jakieś bajki o celebrycących się celebrytach, pozwala się leżeć przed nim na diecie składającej się z piwa, chipsów i hamburgerów lub pizzy, na wszelkie choroby faszeruje się opioidami przeciwbólowymi, pozwala się wierzyć że ich głosowanie w wyborach cokolwiek zmieni, i układ trwa.

    U nas rządzący odkryli, że należy robić dokładnie to samo - te wszystkie 500+ to nic innego, jak kupowanie spokoju społecznego u ludzi, którzy nic nie umieją, ktorym nie chce się nic robić nawet gdyby umieli, i ktorym do szczęścia wystarczy telewizor z durnymi programami. I takich, którzy leżą przed telewizorem nic nie robiąc, będzie coraz więcej, bo automatyzacja pozbawia coraz większe rzesze ludzi prostych prac, które kiedyś wykonywali żeby coś zarobić, więc trzeba ich spokój kupić socjalem.

  • farcry3

    Oceniono 44 razy 26

    USA zostały zagarnięte przez ten przysłowiowy 1% najbogatszych. Po upadku Lehmann B. nastąpiła degeneracja klasy średniej, która była fundamentem potęgi gospodarczej USA po II wojnie. Infrastruktura w USA to dramat. Nawet mówi sie o tym w serialu o katastrofach budowlanych ma National G. ( wypowiedż amerykańskiego inżyniera z nadzoru budowlanego z przed kilkunastu dni ) . Zdecydowanie bardziej mi odpowiada model europejski. Europa to taka stara, bogata ciotka ze swoimi problemami, ale jednak przeciętny Europejczyk żyje na wyższym poziomie ( choćby opieka zdrowotna czy wsparcie socjalne ) niż przeciętny Amerykanin. (w Polsce wielu pluje na Unie ale dutki chetnie bierze i po sute diety idą do Parlamentu Europejskiego , tak na marginesie).
    No i w USA sa potęzne dysproporcje w bogactwie co wywoluje napięcia społeczne. Co obchodzi przeciętnego obywatela fakt, że Bezosowi czy Gatesowi przybyło kolejne zero na rachunku ? Na szczęście w Europie nie ma tego kultu miliarderów i pompowania indeksów giełdowych następnie masturbowania się, czy Amazon ma już kapitalizację bilion $ czy będzie miał niedługo ? . Korporacjonizm w USA ma tyle wspólnego z kapitalizmem i wolnym rynkiem co ja z Prezesem .
    No i kolejny problem to Trump, który rozbija jedność euroatlantycką jednocześnie wojując z Chinami. Raczej łatwo przewidzieć, jak to się skończy ( w zasadzie już się materializuje ) .

  • poszum

    Oceniono 53 razy 19

    Facet narwany, ale najwyrazniej takze dosc autentyczny. Dosc dobrze tlumaczy fenomen wyboru Trumpa na prezydenta, co bylo, przyznajmy, wielka niespodzianka kilka lat temu. Jest autentyczny, ale nie do konca. Bal sie powiedziec ze duze media w USA, jak np New York Times dla ktorego pracowal, sa tak naprawde nie tyle biale co zydowskie. Bo powiedzienie czegos takiego w USA jest najwyzsza forma tabu.

  • japka_putina

    Oceniono 22 razy 16

    "Można powiedzieć, że to media wybrały Trumpa. Jeśli wybory stają się cyrkiem, to wygrywa największy klown. " Niestety, to jest sedno problemu.

  • mikron

    Oceniono 43 razy 11

    Część tej historii pasuje jako żywo do Polski: tzw. liberalne media nie zainteresowane życiem 'zwykłego człowieka' , elity polityczne gadające z pogarda o prostaczkach, moherach, ciemnogrodzie, a potem -dzonk!- i objaśniają nam mądre głowy, że Polacy nie dorośli do demokracji, że populizm ma się dobrze.
    No i w Polsce też widać medialne sępy - zrobić reportaż, błysnąć empatią przed kamerami i ciao, wracamy do naszego apartamentowca, jutro napiszemy o polskiej ksenofobii.
    I tak jest z Wami i tymi całymi umysłowymi elitami, popłuczynami po UW, KLD, PO... ciągle te same błędy, bez zmian od 89 roku, gazetowe pacany, co to się niczego nauczyć nie potrafiliście.

  • bostian

    Oceniono 22 razy 10

    Polemizowałbym z tą dekadencją. Ludziom brakuje po prostu woli i radości życia. a nie nowych idei społecznych czy gospodarczych. Ja zaczynałem karierę zawodową w 1990 roku. Czy był gorszy na to okres? Pewnie zaraz po wojnie tak, ale to jednak był bardzo trudny czas. I co? Byłem młody, zdrowy. Cieszyłem się życiem. Mieszkałem na wsi, bo taniej, w sobotę i niedziele jak miałem zmianę to drałowałem 6 km do przystanku, zdarzało mi się też wracać nocą te 6 km, gdy PKS "wypadł". I nie zazdrościłem, jak minął mnie ktoś Mercedem "beczką". Spałem na początku na dmuchanym materacu. Po pół roku zafundowałem sobie luksus - łóżko polowe. Zarabiałem 400 000 a mała lodówka kosztowała 3 000 000. I co - byłem szczęśliwy :) Już wtedy miałem wszystko, co trzeba by być szczęśliwym - niebo nade mną, wiatr we włosach. :) Pomału dorobiłem się wszystkiego. Zegarek mi służy już 12 lat, kurtka 5 rok, telewizor 14 lat. Chociaż strać mnie - szanuję wszystkie i używam tak długo, jak się da. I nadal jestem szczęśliwy. I byłbym gdybym wylądował znowu na materacu. Czy ta materia daje wam naprawdę szczęście? Do czego dążycie? Czy ktokolwiek z was jest głodny?
    Nie umiecie się po prostu cieszyć życiem. Musicie jeść pizzę czy hamburgera a nie chce się wam zrobić pierogi za 3 zł porcja? Macie domy i nie chce się wam zasadzić warzyw? Zawsze będziecie niezadowolenie i nienasyceni. Zawsze będziecie chcieli więcej i więcej. Nie umiecie żyć po prostu. Nie wiecie, co to prawdziwe szczęście.

  • kacykmoralny

    Oceniono 14 razy 10

    "No kur*a! Europa to jedyne miejsce, gdzie biali nienawidzą siebie nawzajem."

    Natomiast w Stanach wyższa klasa średnia kocha biedaków z trailer parków i dlatego nazywa ich pieszczotliwie white trash. C'mon Charlie, jesteś niekonsekwentny, przecież przykłady z Twojej książki mówią o tym, że w USA jest tak samo.

  • wladgad

    Oceniono 11 razy 9

    Ten wywiad bardziej mi przypomina rozmowę z Hunterem Thompsonem, czyli efektowne gadanie, masa uogólnień i wybuchowe emocje jako potwierdzenie faktu, że masz rację. Dla Playboya ok, ale czy to może być obiektywne?Dlaczego oni mają takiego Trampowego kaca? Może od tego muszą zacząć, od siebie. Sorry, ale poprzedni prezydent, Otrzymałem Nobla Za Nic, to był big step do przepaści, a o tym czasie nikt nic nie mówi. Czyżby cenzura?

  • sir.fred

    Oceniono 21 razy 9

    Czas robotników i fabryk się skończył. Pora to sobie uświadomić. Ludzie od ponad stu lat już nie planują kariery woźnicy albo gostka zapalającego latarnie gazowe, a to mniej więcej to samo, co robotnik w XXI wieku, w kraju rozwiniętym.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX