Nowa Huta, Plac Centralny

Nowa Huta, Plac Centralny (fot. Krzysztof Nahlik / Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

Kopciuszek Krakowa. "Chyba nigdy nie uda się Huty i Krakowa zlepić"

- Co jakiś czas widziałam w Hucie wóz strażacki podjeżdżający pod blok: jeden, drugi, trzeci. Strażacy rozkładali drabinę i wchodzili do mieszkania przez okno, ale nic się nie paliło. A potem przyjeżdżała karetka. Spytałam w końcu, co się dzieje, a oni, że nic, że znowu ktoś umarł - wspomina Renata Radłowska, dziennikarka i mieszkanka Nowej Huty. Dwadzieścia lat mieszkania, które spędziła w tej części Krakowa, zainspirowało ją do napisania książki "Nowohucka telenowela".

To już siedemdziesiąt lat. 
 
Tak, okrągła rocznica przypada 23 czerwca. Wtedy wbito łopatę pod budowę pierwszego osiedla Nowej Huty. Będziemy to świętować. 
 
My? 
 
My, mieszkańcy Nowej Huty. Mam zamiar pojawiać się na różnych wydarzeniach i sprawdzać, co właściwie świętujemy. 
 
Właśnie, co? 
 
Oczywiście wspomniane siedemdziesięciolecie. Ale szczerze powiedziawszy, nie bardzo wiemy, jak się do tego zabrać. Huta, mimo że zmieniła się przez tych kilka dekad, wciąż jest marginalizowana. Tak przynajmniej myślą sami nowohucianie. Ja także. Piszę teraz reportaż o Nowej Hucie, poświęcony zaniedbaniom Krakowa w stosunku do tej dzielnicy. Lista tych grzechów zaniechania jest bardzo długa. 
 
Nadchodzący jubileusz każdy planuje świętować inaczej. Ci najstarsi, czyli junacy - jak w PRL-u nazywano członków młodzieżowych ochotniczych hufców pracy - o których napisałam "Nowohucką telenowelę", będą świętować, jak zawsze: wyjdą przed bloki, usiądą na ławkach i zaczną dyskutować, podziwiając jednocześnie to, co zbudowali, bo Nowa Huta jest dla nich dziełem życia. Nie będzie, niestety, świętować pokolenie ich dzieci, którego raczej tutaj nie ma. To generacja zwolniona z pracy w kombinacie w ramach przemian ustrojowych. Duża część z nich z Huty wyjechała, nie tylko do innych miejsc w Polsce, ale także za granicę. Mieli potem ściągnąć tam swoich rodziców, ale to się nigdy nie wydarzyło. Rodzice zostali sami. 

Nowa Huta (fot. Shutterstock)
Nowa Huta (fot. Shutterstock)

A jeszcze młodsze pokolenie? 
 
To wnuki i prawnuki, którym dziadkowie zapisują swoje mieszkania. Niektórzy wracają tu po latach. I muszę od razu zaznaczyć, że mówiąc o Hucie, mam na myśli tę starą część, zbudowaną jeszcze w latach pięćdziesiątych. W nowszej części, wielkopłytowej, zawsze następowała naturalna zmiana pokoleniowa i młodych tam nie brakowało. Kilka lat temu jeden z socjologów twierdził nawet, że w Nowej Hucie zaczęła się gentryfikacja, co było widać przez jakiś czas. Huta stała się modnym miejscem, ale mam wrażenie, że w skali stosunkowo niewielkiej. 
 
Ja mam wrażenie, że Huta była modna tylko w prasowych tekstach. 
 
Być może moda na Hutę to rzeczywiście za dużo powiedziane, ale na początku drugiej dekady XXI wieku przeprowadziło się tu całkiem sporo młodych par z dziećmi. Ci ludzie chcieli mieszkać w dzielnicy zielonej, wygodnej, z dobrą infrastrukturą, gdzie wszędzie będą mieli blisko. To była bardzo świadoma decyzja. W Hucie raczej nie ląduje się przez przypadek, to przemyślany wybór. Oni wiedzieli, w co się pakują.  
 
A w co się pakują? 
 
Hutę zaprojektowano na wzór jednostki sąsiedzkiej - idei powstałej dawno temu w Stanach Zjednoczonych. Taka jednostka to osobny świat, jest właściwie samowystarczalna. Masz w jej ramach żłobek, szkołę, przedszkole, sklepy, pocztę, szewca, i co tam jeszcze chcesz. To przyciągnęło wiele młodych rodzin, które widzę, jak spacerują po okolicy z dzieciakami. Co ciekawe, oni znają nawet historię Nowej Huty. Wiedzą, że to było miasto projektowane z głową i dla ludzi. Tu się nikogo nie zamyka w blokach, budynków się nie grodzi. 

Nowa Huta (fot. Shutterstock)
Nowa Huta (fot. Shutterstock)

Przez Kraków Nowa Huta zawsze była traktowana jak niechciany sąsiad. Czy to się zmieniło? 
 
Nie, Kraków nie świętuje narodzin Huty. Daje tylko kasę, żebyśmy mogli świętować. I daje ją z przyzwoitości, a nie jakiejś wielkiej chęci. Rzeczywiście, Kraków z Nową Hutą nigdy się nie zrosły, choć Huta została przyłączona do Krakowa bardzo wcześnie, bo już w latach pięćdziesiątych.  
 
Ciasny i zajmujący się sobą Kraków widział Hutę jako odległe i rozległe miasto, to po pierwsze. Po drugie, Kraków jest inteligencki, a tu powstaje twór zasiedlony chłopami i robotnikami, ludźmi ze wsi, często analfabetami. W końcu, po trzecie, Nowa Huta powstała jako jedna ze sztandarowych inwestycji Polski Ludowej. Miała być w związku z tym monumentalna, wzorcowa, ludowa, i w ogóle pod każdym względem lepsza od Krakowa. To od razu postawiło Kraków i Nową Hutę w opozycji. W dodatku oba miasta oddzielało lotnisko, co powodowało, że komunikacja między nimi to była prawdziwa wyprawa, więc nowohucian nie interesował Kraków, a krakusi gardzili Nową Hutą.  
 
A może to wszystko jest rzeczą wyobrażoną, może tylko niektórzy z nas tak myślą. Huta ma taki syndrom: opuszczenia i zdrady. Jedni to w sobie pielęgnują, inni idą do przodu, a nawet biegną. 
 
Przeciwieństwa się w tym przypadku nie przyciągają? 
 
Nie bardzo, chociaż to się zmienia. Szczególnie w Hucie, o której piszę od ponad dwudziestu lat. Tutaj ostały się więzi społeczne, sąsiedzkie. W Hucie powstawały pierwsze organizacje pozarządowe, to tu testowano pierwsze projekty społeczne. A Kraków? Powiedziałabym, że z magistratu Huty nie widać. Dlatego mieszkańcy narzekają, że dzielnica jest przez władze zaniedbana. Kraków nie docenia też architektury socrealistycznej, która jest dla niego kompletnie obca, dlatego miasto Nowa Huta - ze wszystkimi oryginalnymi detalami i szlachetnością - znika pod styropianem. Mamy w Krakowie styropianozę po nowohucku. 
 
Poza tym krakowianie mają dobrą pamięć i nie zapomnieli, że kiedy Nową Hutę budowano, była ona dla władzy ludowej najważniejsza, więc pieniądze szły do niej, a nie do Krakowa, mającego przecież także swoje potrzeby i ambicje. Po upadku komunizmu dawny pupilek szybko przestał nim być. Wtedy zaczęto nazywać Nową Hutę młodszą siostrą Krakowa.  

Nowa Huta, Centrum E (Fot. Jakub Włodek / AG)
Nowa Huta, Centrum E (Fot. Jakub Włodek / AG)

Kopciuszkiem raczej. 
 
W dodatku starzejącym się. Kraków, szczególnie po naszym wejściu do Unii Europejskiej, zaczął bardzo młodnieć, a Nowa Huta - mocno starzeć. W tej starej Nowej Hucie, o której mówię, trzy czwarte populacji to ludzie po siedemdziesiątce. 
 
I jak tu świętować? 
 
Upić się na smutno. 
 
To jest zawsze jakaś propozycja. 
 
Kiedy były sześćdziesiąte urodziny Nowej Huty i postanowiono zorganizować wydarzenia jubileuszowe, powstał specjalny komitet i radni miejscy dyskutowali, co by tu i jak uczcić. Jednym z pomysłów było uczczenie junaków, o których piszę w "Nowohuckiej telenoweli" (w końcu to oni postawili miasto). I ktoś wtedy zapytał, czy można fetować symbol PRL-u, czy to się godzi, czy to jest w ogóle zgodne w prawem. "Może poświętujmy inne wątki" - zaproponowano. I tak też się stało. Wybrano sobie z Nowej Huty to, co nadawało się do świętowania: na przykład strajki w latach osiemdziesiątych albo walkę o kościoły (w mieście bez Boga, bo takim Huta miała być). Resztę wstydliwie przemilczano.  
 
Ty mieszkasz w Hucie ponad dwadzieścia lat, prawda? 
 
Tak, bardzo blisko placu Centralnego, nowohuckiej starówki, na której najważniejszym elementem są przeskalowane tablice z drogowskazami dla kierowców. 

Renata Radłowska na ławce z tabliczką z jej nazwiskiem w Parku Ratuszowym (fot. Mateusz Skwarczek / AG)
Renata Radłowska na ławce z tabliczką z jej nazwiskiem w Parku Ratuszowym (fot. Mateusz Skwarczek / AG)

Przeprowadziłaś się tam z własnej, nieprzymuszonej woli? 
 
Po wyjściu za mąż wyprowadziłam się z mojego rodzinnego krakowskiego Kazimierza, miejsca wtedy niechcianego i zapomnianego, o którym się mówiło, że mieszkają tam tylko k*rwy, pijacy i złodzieje, prosto do Nowej Huty, również uznawanej za miejsce niechciane, o którym się mówiło, że mordują tam w biały dzień. 
 
Mnie się wydawało, kiedy mieszkałem pięć lat w Krakowie, że Nowa Huta jest strasznie daleko, dlatego zorganizowaliśmy sobie kiedyś z przyjaciółmi wycieczkę do twojej dzielnicy. Jakbyśmy na drugi koniec Polski jechali. 
 
To się często zdarza młodym krakowianom, albo tym, którzy zaczęli mieszkać w Krakowie. Im się wydaje, że Nowa Huta to jakaś odległa kraina. Mówią, że "jadą na Hutę", jakby mówili, że "jadą na wakacje". Ale luz, nowohucianie też często mówią, że jadą "do Krakowa". I tak już pewnie zostanie.  
 
Nigdy się chyba nie uda Huty i Krakowa zlepić. Choć bardzo bym chciała i jestem zdeklarowaną przeciwniczką secesji. A takie pomysły też się czasami pojawiają. Myślę jednak, że nie cieszą się aż tak wielką popularnością. Pomysł na secesję rzucił kiedyś aktywista nowohucki i były miejski radny walczący zawsze o oddzielny budżet dla dzielnicy. Brało się to ze świadomości tego, jak niewielkie środki finansowe władze miasta kierowały do naszej dzielnicy. Secesyjny pomysł nie porwał jednak nowohuckich mas i umarł. 

Nowa Huta (fot. Shutterstock)
Nowa Huta (fot. Shutterstock)

Umarł, jak wielu bohaterów twojej książki. Dlaczego do nich wróciłaś po dekadzie? 
 
Z ciekawości. I dlatego, że tu mieszkam, więc oglądałam przez lata moich bohaterów na ławkach pod blokami. A właściwie ostatnio już nie ich, a klepsydry po nich.  
 
Kiedy poznałam ich przed dekadą, mówili o swojej wymarzonej Hucie, o Hucie swojej młodości, takiej, w której była nadzieja. A dzisiaj? Po dziesięciu latach? Chciałam się dowiedzieć, czy oni się zmienili, czy zaczęli Hutę widzieć inaczej. A może chciałam znaleźć w nich rozczarowanie? Kiedyś ziemia obiecana, dziś ziemia czekająca na jakiś cud, odmianę, zainteresowanie. I było rozczarowanie. Nie wiem, czy życiem, czy Hutą?  
 
Postanowiłam też odnaleźć rodziny pierwszych "telenowelowiczów" i dopisałam do każdej opowieści jakiś "amen", no i w nowym wydaniu książki są nowe teksty o nowych sześciu bohaterach oraz mniej zachwytu nad Nową Hutą, a więcej samotności i odchodzenia. Junacy po prostu dorośli do śmierci. 

Bardzo się spieszyłaś ze zbieraniem tych historii? 
 
Dziesięć lat temu nie. To nie uciekający czas był głównym powodem napisania książki, ale zachwyt nad konkretną grupą ludzi i próba zrozumienia, jak to się stało, że oni w dekadę zbudowali miasto. Co to znaczyło dla nich? Co znaczyło związać się z tym miastem na zawsze? Moi junacy wydawali mi się najbardziej ludzkim elementem tej wielkiej propagandy wokół Nowej Huty. Oni i "przednowohucianie", autochtoni, którym władza ludowa odebrała ziemię pod budowę miasta i kombinatu.  
 
Junacy to byli prości ludzie, którzy nie marzyli o budowaniu komunistycznego systemu, ale szczęśliwej przyszłości dla siebie (w większości). Przeżyli wojnę, przeżyli biedę, i oto nagle dostali szansę na lepszy los. Dlaczego z niej nie skorzystać?  

Nowa Huta (fot. Shutterstock)
Nowa Huta (fot. Shutterstock)

Bałaś się popadnięcia w sentymentalizm? 
 
Chyba nauczyłam się panowania nad nim, pisząc przez dwadzieścia lat reportaże do "Gazety Wyborczej". Wiem, na sentymentalizmie łatwo się płynie, ale często nie tam, gdzie trzeba. Poza tym on może odebrać rozsądek. 
 
Bohaterowie rozmawiali z tobą chętnie? 
 
Bardzo chętnie. Pewnie też dlatego, że jestem częścią tej społeczności. Zaczęłam od mojej sąsiadki i poszło. Jedna osoba polecała drugą. Nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś odmówił. I ja się w sumie temu nie dziwię, bo jak żyjesz w przekonaniu zbudowania czegoś wyjątkowego, i na dodatek czegoś, co próbowano ci potem zohydzić, to stajesz się jeszcze bardziej zawzięty w bronieniu sensu własnego życia. Pewnie nie zabrzmi to najlepiej, ale mam poczucie, że oni uważają moją książkę za swoją. Bo to nie jest badanie socjologiczne, żadne statystyki, tylko ich życie na papierze. To oni decydowali, o czym ze mną rozmawiają, a ja ich chętnie słuchałam. 

Książka 'Nowohucka telenowela' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (mat. prasowe)
Książka 'Nowohucka telenowela' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (mat. prasowe)

To się czuje podczas lektury. Jest w twoich reportażach intrygująca "niespektakularność".  
 
Zawsze wydawały mi się najciekawsze w ludziach nie te rzeczy, o które należy zapytać, tylko te, o których oni sami chcą opowiedzieć. Wiesz, to są takie historie, które, kiedy się grzebie w pamięci, same od razu wyskakują z głowy, ale zwykle nie opowiada się ich, ponieważ są zbyt banalne albo o niczym. Niby o niczym. 
 
Kilka lat temu napisałam do "Dużego Formatu" reportaż "Śmierć junaka". Wziął się stąd, że co jakiś czas widziałam w Hucie wóz strażacki podjeżdżający pod blok: jeden, drugi, trzeci. Strażacy rozkładali drabinę i wchodzili do mieszkania przez okno, ale nic się nie paliło, nic się nie dymiło. A potem przyjeżdżała karetka. Spytałam w końcu, co się dzieje, a oni, że nic, że znowu ktoś umarł. 
 
Kiedyś paliłam w oknie swojego mieszkania papierosa, poczułam smród, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Tak śmierdział mój sąsiad. Wezwałam policję, wpadła straż pożarna, zajrzało pogotowie, dojechał karawan. Bez dramatu, spokojnie, w stylu "takie jest życie" albo "to się zdarza". Nic spektakularnego, prawda? 

Najbliższe spotkanie autorskie z Renatą Radłowską odbędzie się 14 czerwca o godz. 18.30 w Warszawie (Stacja Muranów).  

Książkę "Nowohucka telenowela" możecie kupić w Publio.pl >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>
 
Renata Radłowska (ur. 1973), dziennikarka krakowskiego oddziału "Gazety Wyborczej", publikuje także w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Od dwudziestu lat mieszka w Nowej Hucie i pisze o niej. Nakładem wydawnictwa Czarne ukazało się właśnie drugie, uzupełnione wydanie jej reportaży "Nowohucka telenowela". 

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue".  
 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (67)
Zaloguj się
  • lukwiat

    Oceniono 22 razy 22

    Byłem parę lat temu w Nowej Hucie - w ramach objazdu dla turystów. Pomijając jakość budynków (a raczej konieczność ich renowacji) to mam jedno spostrzeżenie - wspaniale zaprojektowana dzielnica, skrojona dla ludzi, zielona, bardzo przyjazna. Trochę przypomina mi rodzinną Bydgoszcz - osiedle Leśne. Jednak Nowa Huta to jakość o półkę wyżej.

  • gotlama

    Oceniono 16 razy 16

    Jaki matoł podjął decyzję o likwidacji róż na skwerze postleninowskim, które przetrwały postawienie "pomnika" i zrobienie z tego miejsca brukowanej pustyni?

  • pjck

    Oceniono 15 razy 15

    Mieszkam teraz w innym industrialnym (post?) mieście, byłem w tylu miejscach na świecie i muszę powiedzieć, że Nowa Huta jest piękna i dobrze pomyślana. Ma parę problemów, ale takich jak reszta Krakowa albo... cały kraj.
    Chciałbym tam znów mieszkać.

  • krzysztof_ptk

    Oceniono 13 razy 13

    Warszawa, Nowa Huta i wschodni Berlin. Siostrzane miasta. Kto miał szczęście zamieszkać w 50 latach w tych nowych domach nie musiał nosić węgla z piwnicy do mieszkania, jak w starym Krakowie....

  • j-k

    Oceniono 10 razy 10

    Milo sie to czytalo...

    J.K.
    warszawiak
    rodzice z przedwojennego Muranowa
    po wojnie tez na Muranowie (znane: Nowolipki:)
    a architektonicznie Muranow - to jak Nowa Huta - tylko brzydsze...
    absolwent UJ
    pomieszkujacy na Krakowskim Kazimierzu
    i...
    sympatyk zarowno Krakowskiego Kazimierza, jak i Krakowskiej Nowej Huty.

  • asperamanka

    Oceniono 9 razy 9

    Moi dziadkowie od strony taty mieszkali przy Chopina, więc gdy byłem dzieckiem obracałem się między Parkiem Krakowskim a Parkiem Jordana. Siostra taty przy Batorego, a brat taty „dostał” mieszkanie przy Komandosów na Osiedlu Podwawelskim, i między tymi lokalizacjami się jako dziecko obracałem. Były jeszcze wyprawy na Rynek Główny, a na Kleparz, Rakowice, czy Dworzec Główny żeby z Krakowa wyjechać to już były całe ekspedycje. O istnieniu Huty w zasadzie nie miałem pojęcia chyba aż do 12-13 roku życia. Teoretycznie o istnieniu Huty wiedziałem stąd, że widziałem na tramwaju 4 na wówczas 18 Stycznia napis kierunkowy na tablicy, i to było tyle. Pierwszy raz tam pojechałem właśnie w wieku 12-13 lat, w połowie lat 70., kiedy wolno mi już było samemu wychodzić i jeździć tramwajem, i wtedy wsiadłem w re czwórkę zobaczyć dokąd ona jedzie i co tam jest. To było jak wyprawa na Marsa.

    Tak to właśnie dla mieszkańców Krakowa Huta leżała obok Krakowa ;-)

    A co do samej Huty, gdy już byłem starszy i trochę poczytałem o niej, zawsze żałowałem że to założenie urbanistyczne pozostało niedokończone - Płac Centralny miał być od południowej strony zamknięty, miał tam stać porządny Ratusz z wieżą i zegarem, jak widziałem na planach, ale gdy przyszedł 1956 rok i skończył się stalinizm, skończył się też projekt budowy „socjalistycznego miasta” i założenia nie dokończono, a w Hucie dostawiano już tylko standardowe bloki. Chyba szkoda.

  • ks-t

    Oceniono 8 razy 8

    Historia junaków z Nowej Huty to w skrócie historia całego powojennego pokolenia. Przejście od zacofanego rolnictwa, nieprawdopodobnej biedy do zakłądów przemysłowych i nowych bloków. A potem zohydzanie dorobku kilkudziesięciu lat pracy Polaków. CO styropian by sprzedawał?

  • kostol81

    Oceniono 7 razy 7

    Jestem z Gdańska ale zawsze interesował mnie temat tego "socrealistycznego miasteczka". Po obejrzeniu "Człowieka z marmuru" i poczytaniu trochę historii, myślę że ludzie, którzy je budowali bez względu na czas i okoliczności włożyli w nie mnóstwo serca i zaangażowania aby stworzyć coś wyjątkowego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX